Horror · 48 min czytania
Ciężar Wspomnień
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Blask telewizora, oświetlał twarz człowieka siedzącego na kanapie. Jego zmarszczone czoło i zdeterminowany wzrok zdradzały napięcie, jakby oglądał ważny mecz, lub bardzo wciągający film. Jednak na ekranie widniały jedynie mroczki a z głośników wydobywał się jednostajny szum. Po dłuższej chwili, oderwał wzrok od telewizora i bardzo powoli rozejrzał się wokół siebie. Był w domu, w swoim domu. Jednak wydawał mu się on w jakiś sposób obcy. Było to dziwne uczucie, bo dokładnie znał to mieszkanie a z drugiej strony, czuł jakby był tu pierwszy raz. Miał wrażenie, jakby przed chwilą zdarzyło się coś ważnego, ale nie mógł sprecyzować co. Miał lukę w pamięci, im bardziej próbował sobie przypomnieć, tym bardziej myśl ta wiła się i umykała mu, niczym piskorz złapany w dłonie. Jakby właśnie obudził się z fascynującego snu, który za wszelką cenę pragnął zapamiętać a który blakł z każdą sekundą. Jego rozmyślania przerwał dźwięk telefonu. Wstał i podszedł powoli do stolika na którym stał aparat. Ogarnęła go nagle fala irracjonalnego niepokoju, stał przez chwilę z ręką zawieszoną nad słuchawką, aż w końcu przełamał się i odebrał. - Halo. - wymamrotał. Odpowiedziała mu cisza. - Halo. - powtórzył. Ze słuchawki zaczął się wydobywać szum. Podobny do tego z telewizora ale nie jednostajny. Co chwilę przerwały go jakieś trzaski i zgrzyty. Wydawało się także jakby przebijał się przez nie ludzki głos. Na początku prawie nie słyszalne echo, z chwili na chwilę robiło się coraz wyraźniejsze. Mężczyzna wsłuchiwał się ale nic nie mógł zrozumieć, jakby słuchał rozstrojonego radia. Nagle wyłowił jedno słowo. Ledwie niewyraźny szept, jednak był pewien tego co usłyszał. - Morderca. - powiedział głos ze słuchawki. - Kto mówi? - dopytywał się mężczyzna. Szum zaczął się wzmagać a po chwili dołączył do niego przeraźliwy pisk. Dźwięk był nie do wytrzymania. Naglę się urwał. Znów dochodziła tylko cisza. Stał tak przez chwilę ze słuchawką przy uchu po czym bardzo powoli odłożył ją na widełki. Kto to dzwonił? I dlaczego nazwał go mordercą? Był zdezorientowany, jednak nie czuł strachu. Ogarniało go tylko dziwne uczucie otępienia. Może to była pomyłka, albo jakiś głupi dowcip? - tłumaczył sobie. Jego rozważania przerwało dziwne stukanie, dochodzące z sypialni. Poderwał się, zaskoczony podejrzanym dzwiękiem i przez chwilę stał, jakby nie wiedząc co robić, jednak w końcu ruszył w tamtą stronę. Nie doszedł jednak do celu. Przystanął w przedpokoju i spojrzał w lustro wiszące na ścianie. Wstrzymał oddech i przez chwilę wpatrywał się w nie otępiały. Był pewien że ma halucynacje. Jego twarz, szara koszulka a nawet jeansy były umazane w zakrzepłej już krwi. Spojrzał w dół na siebie, jednak był czysty. Żadnych czerwonych plam. Przejechał palcami po policzku i również nie wyczuł zakrzepniętej krwi. Jednak w lustrze była wciąż widoczna. Spojrzał na odbicie swojej umorusanej na czerwono twarzy. - Nie zabiłem jej. - stwierdziło nagle jego odbicie, po czym wykrzyczało: - NIE ZABIŁEM SŁYSZYSZ? Mężczyzna zamachnął się, i w przypływie wściekłości łupnął pięścią w lustro. Posypały się kawałki szkła. Na szkle pojawiła się pajęczyna pęknięć. Widmo zniknęło. Spojrzał na swoją rękę i bez zbytniego zdziwienia zauważył, że krwawi. Nie odczuwał jednak bólu. Może lekkie mrowienie ale nic ponadto. Ruszył w stronę łazienki, chcąc opatrzyć sobie ranę. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Otworzył apteczkę by wyjąć bandaż, gdy zobaczył że po ranie na ręce nie został nawet ślad. Poczuł że mu duszno, ogarnęło go uczucie klaustrofobii. Marzył o łyku świeżego powietrza. Zdał sobie sprawę że musi natychmiast wyjść na dwór bo zwariuje. Kołysząc się jak pijany wytoczył się z łazienki i pospiesznie ruszył w stronę drzwi prowadzących na klatkę schodową. Nacisnął na klamkę i wtedy wszystko zgasło. Zapanowała ciemność.
Kiedy się obudził, nie był już w swoim mieszkaniu. Leżał na łóżku i wpatrywał się w brudny, żółty sufit. Chciał usiąść, lecz nie mógł się ruszyć. Do łóżka przypięty był grubymi, skórzanymi pasami. Rozejrzał się powoli po pomieszczeniu w którym leżał. Wyglądało to jak szpitalna izolatka, ale była w bardzo kiepskim stanie. W gruncie rzeczy określenie "kiepski", nie oddawało w pełni stanu, w jakim znajdowało się pomieszczenie. Oprócz łóżka na którym leżał, stała tylko obok stara pordzewiała szpitalna szafka. Ściany pokryte były łuszczącą się, żółtą farbą. W wielu miejscach były poobdrapywane a spod płatów farby wyzierał tynk, niczym mięso spod odłażącej skóry. Podłoga pokryta była kurzem, brudem i gruzem. Jedyne okno w tym pomieszczeniu było małe i zakratowane a do tego tak brudne że przepuszczało jedynie pojedyncze promienie słońca. Było jedynym źródłem światła w tym pokoju. Jarzeniówka na suficie była zbita i czasy świetności miała już dawno za sobą. - Gdzie... - wystękał. Był zdezorientowany, dławił go strach a do tego wciąż czuł to otępienie w głowie. Jakby naszpikował go ktoś przeciwbólowymi zastrzykami. Chciał zacząć wyć, wiedział że coś jest tu cholernie nie w porządku, lecz nie miał siły nawet powiedzieć normalnego zdania a co dopiero wyplątać się z tych pasów. Ogarniało go straszliwe zmęczenie. Zamknął oczy. Czuł jakby zapadał się w sobie, dryfował na krawędzi między snem a jawą. Albo życiem i śmiercią. Nagle czyjś głos znów sprowadził go na ziemię. - Robert? - to był głos kobiety. Głos który bardzo dobrze znał. To była jego żona. 'To był tylko sen' westchnął do siebie w duchu. Uśmiechnął się na myśl że znów jest w swoim łóżku a obok niego leży jego ukochana. - Aniu? - wymamrotał. - Tak? - Miałem dziwaczny sen. - Jaki kochanie? - Byłem w jakimś szpitalu... przypięty pasami do łóżka... - mruczał Robert wciąż jeszcze otępiały. - Było tak brudno i... - To nie sen kochanie. - przerwała mu. Otworzył oczy. Stała nad nim Anna. Od razu rozpoznał jej jasno niebieskie oczy, błyszczące, spływające na ramiona, czarne włosy i anielski uśmiech. Ubrana była w biały fartuch i pielęgniarski czepek. Dalej był w izolatce. Skupił się w sobie żeby przewalczyć ogarniającą go senność. Zaczął wić się na łóżku próbując się wyswobodzić. - Gdzie my jesteśmy? - spytał. - Dlaczego jestem związany, dlaczego jesteś tak ubrana? Kobieta milczała. Wyciągnęła dłoń i dotknęła jego policzka wciąż ciepło się uśmiechając. Mężczyzna westchnął i przymknął powieki. Poczuł dziwne przyjemne uczucie ogarniające go, które jednak szybko minęło gdy otworzył oczy. Anna zniknęła ale pasy które go krępowały były rozpięte. Usiadł na łóżku i zaczął masować sobie skronie. Kiwał się przy tym miarowo w przód i w tył. Myśli kłębiły mu się w głowie jak w smole. Był rozkojarzony, nie mógł skoncentrować uwagi. W końcu wstał i chwiejnym krokiem ruszył do drzwi. Były uchylone, pogięte i nie miały klamki. Pchnął je i wyszedł na korytarz. Rozejrzał się. Wystrój niewiele różnił się od izolatki. Wszystko było pożółkłe i brudne. O dziwo, nie było całkowicie ciemno, gdyż niektóre jarzeniówki, jakimś niewiadomym sposobem, jeszcze działały, jednak były one nieliczne, więc panował półmrok. Mężczyzna przez chwilę zastanawiał się w którą iść stronę i w końcu zdecydował się na prawą. Szedł w szpitalnej piżamie, chwiejnym krokiem, stąpając bosymi stopami po zimnej podłodze. Mijał stare wózki inwalidzkie, pogięte stojaki na kroplówki i pordzewiałe ruchome łóżka którymi wiozło się pacjentów na operację. Korytarz był bardzo długi i wąski. W dodatku nie było zbyt jasno i Robert nie widział nawet jego końca. Ten szpital nie mógł działać. To była jakaś ruina. Jak się tu znalazłem? Czy naprawdę ją widziałem? - zastanawiał się w myślach. Starał się wytłumaczyć jakoś logicznie sytuację w jakiej się znalazł. Niestety logika chyba spakowała walizki i pojechała na safari zostawiając go tu samego z dziwnymi zdarzeniami które działy się wokół. Nadepnął na coś i to wyrwało go z zamyślenia. Spojrzał pod nogi. Był to pielęgniarski czepek. Zauważył, że po podłodze ciągną się czerwone smugi, podobnie na ścianach. Jedna z nich, była niewątpliwie odciskiem dłoni. Ruszył pędem przed siebie. W miarę jak biegł, krwawe plamy były coraz częstsze a świecące jarzeniówki pojawiały się coraz rzadziej. Ściany robiły się z metra na metr jeszcze ciemniejsze, w niektórych miejscach farba była tak zdrapana, jakby orały ją pazury jakiegoś monstrum. Mężczyzna jednak nie zwalniał mimo że czuł jak serce łomocze mu w gardle. Ściany jakby pulsowały w rytm jego bicia. Zapraszały go, by biegł dalej. Poczuł mdłości. W pewnym momencie krwawe ślady urywały się. A raczej zakręcały żeby zniknąć za wielkimi dwusegmentowymi drzwiami. Mężczyzna bez wahania pchnął je i wszedł do środka. Jego mdłości jeszcze się pogorszyły. To pomieszczenie musiało kiedyś służyć za salę operacyjną, bo na środku stał nadgryziony już mocno zębem czasu, operacyjny stół. Była nawet wielka lampa, także niezdatna już do użytku. Wszystko, dosłownie wszystko, było umazane w krwi a na stole leżały dwie ucięte nogi. Nagle mężczyzna upadł jak długi twarzą na ziemię. W ostatnim momencie zasłonił się rękami i dzięki temu uchronił się przed stratą zębów. Przekręcił się na plecy i chciał wstać ale wtedy zobaczył czemu się przewrócił. Zamiast nóg pozostały mu tylko dwa poszarpane kikuty z których tryskała krew. Odchylił głowę do tyłu i zaczął wrzeszczeć. Po chwili stracił przytomność.
Znowu biegł przez korytarz. Wyglądało to na jakąś piwnicę. Ściany były ciemne i zmurszałe, wzdłuż nich i sufitu biegły pordzewiałe rury. Podłoga była pokryta żwirem i gruzami. Było ciemno, nie działała większość żarówek dyndających pod sufitem. Daleko na końcu korytarza, jak fatamorgana, migotały jedyne w okolicy drzwi. Mężczyzna starał się biec jak najszybciej. Czuł że coś go goni. Słyszał to coś. Jednostajne miarowe skrzypienie. Czuł jednak, jakby do nóg miał przyczepione ciężkie ołowiane kule. Im bardziej starał się przyspieszyć tym bardziej zwalniał, powietrze było gęste jak smoła. Co gorsza drzwi, zamiast przybliżać się, oddalały. Korytarz zdawał się rozciągać, im dłużej biegł. Odwrócił głowę by spojrzeć za siebie i zobaczył swojego prześladowcę. Powoli wyłaniał się z ciemności. Był to wózek inwalidzki. Robert zawył i zdwoił wysiłki. Niestety na marne. Wózek powoli i bezlitośnie zbliżał się, poskrzypując przy tym jakby drwiąco z każdym obrotem koła. Mężczyzna wrzasnął odwrócił głowę i w ostatnim desperackim wysiłku ruszył do przodu. Ale drzwi były już bardzo daleko, słabo widoczne, jakby kilometry stąd. Jedyne światełko w tym długim, wąskim tunelu. - Nie! - zawył. - Nie dostaniesz mnie ty skurwysynu! Ale ten już był tuż za nim. W ostatnim momencie Robert odwrócił się i zakrył twarz rękami. Wózek zatrzymał się. Przez chwilę, zaledwie przez ułamek sekundy, wydało mu się że widzi siedzącą na nim sylwetkę. Zamrugał gwałtownie oczami. Znowu, tym razem odrobinę dłużej. Czy ktoś na nim siedzi? Czego ode mnie chce? Co ja tu robię? Wtedy na wózku pojawił się mężczyzna, a przynajmniej mógł kiedyś za takiego uchodzić. Był bardzo chudy. Jego łysa głowa była bezwładnie przekrzywiona na bok. Miał zaszyte oczy i usta i obcięte uszy. Po jego rękach i nogach pozostały tylko kości, które oblekała skóra. Nie zostało śladu po ciele i mięśniach. Jego głowa powoli przechyliła się z boku na bok. Nagle zaczął nią trząść jak w napadzie epilepsji. Głowa rzucała się z boku na bok, wyginając się pod nienaturalnymi kątami, coraz szybciej i szybciej. Nagle zatrzymała się. Z nosa zaczęła ciec krew, a po chwili także ze szpar w zaszytych ustach i oczach. Była czarna i gęsta. Krzyk uwiązł mężczyźnie w gardle. Zaczął krok po kroku wycofywać się do tyłu. Nagle wózek ruszył w jego stronę a głowa siedzącej na nim istoty, znów zaczęła wyginać się z dużą prędkością. Robert potknął się o własne nogi i runął do tyłu, a ziemia otworzyła się pod nim i połknęła go.
Tu-tum, tu-tum, tu-tum. Dochodziło go jednostajne, stłumione dudnienie. Wszędzie było światło, oślepiające, białe światło. Poczucie otępienia wróciło ze zwielokrotnioną mocą. Próbował się poruszyć, ale jego kończyny były jak z ołowiu. Nawet mrugnięcie przychodziło mu z trudem. Chciało mu się pić, usta miał wyschnięte na wiór. Język przylepił mu się do podniebienia a głowa pulsowała mu tępym bólem. Podobnie jak żołądek. Miał już tego serdecznie dość. Chciał znowu znaleźć się w domu, u boku swojej żony. Zamknął oczy i przywołał jej obraz. Wydawał się tak odległy. Jak by nie widział jej wiele lat. A przecież widział ją zaledwie... Hmm. Kiedy? Jego mętne rozważania przerwał głos który dobrze znał. - Wstawaj śpiochu. Otworzył oczy i ujrzał swoją żonę stojącą nad nim. Oparła dłonie o biodra i starała się przybrać srogą minę, bezskutecznie. - Śpisz i śpisz a dzień ucieka. Zamrugał ze zdziwieniem zaspanymi oczami i rozejrzał się. Był spowrotem w domu, w sypialni. Przez okno wpadały do środka promienie słońca. Był piękny letni poranek. - To sen. - mruknął Robert zaspany i usiadł na łóżku. - Co mówisz kochanie? - Nic. Miałem poroniony sen. Pokręcił głową po czym przeciągnął się ziewając przy tym nieskromnie. - No to przebudzaj się z niego szybciej, bo już prawie dziewiąta. Pamiętasz jaki dzisiaj dzień? - Jaki? - Skleroza w twoim wieku to nie przelewki mój drogi. Czy może jeszcze nie kojarzysz? - uśmiechnęła się szeroko. - Wyjeżdżamy dzisiaj! Wstawaj i szykuj się, śniadanie już gotowe. - Jawohl Kapitan! - zasalutował o po czym zwlókł się z łóżka i poszedł się wykąpać. Prysznic go orzeźwił. Cały zły nastrój, jeśli jakiś pozostał, ulotnił się właśnie w tej chwili. Kiedy umył zęby i skończył się golić, miał już się ubrać, ale stanął i zagapił się w lustro. To co w nim zobaczył, rzeczywiście mogło być trochę podobne do jego twarzy, ale tylko podobne. Był niesamowicie blady. Jego twarz była tak chuda że przypominała czaszkę. Skóra była trupio blada a zapadnięte i podkrążone oczy Wyrażały nieopisaną pustkę. Wzdrygnął się na ten widok i odbicie znikło. Zastąpiła je spowrotem jego twarz. Zdrowa i opalona, taka jaką ją pamiętał. Robert odetchnął głęboko i przetarł oczy. To przez ten cholerny koszmar, pomyślał i poszedł na śniadanie. Stanął w przedpokoju. Jego żona była w kuchni. Właśnie nakładała jajecznicę na talerze. Była ubrana w białą koszulkę, dżinsy i kuchenny fartuch. Włosy spięła z tyłu gumką. Słońce wpadało spod uchylonych żaluzji rozlewając się złocistą kałużą po pomieszczeniu. Z pokoju gościnnego dochodził jakiś kiepski popowy kawałek. Niewiadoma mu piosenkarka śpiewała: "Your out of your mind". Ogarnęło go uczucie deja vu. Jakby to już się kiedyś zdarzyło, bądź śniło. Zignorował je jednak i usiadł do stołu. Jedli jajecznice, pili kawę i rozmawiali. W większości były to ich wyjazdowe plany. Robert był domatorem. Nie lubił wyjeżdżać, same były z tym problemy. Do tego pod namiot. Co za pomysł! Wyjeżdżać z ciepłego, wygodnego i najważniejsze bezpiecznego mieszkania, i narażać się na łaskę pogody, komarów, złodziei no i oczywiście tych zasranych straganiarzy, którzy na każdym kroku próbują ci wcisnąć te swoje bezwartościowe pierdółki. Tych ostatnich na szczęście nie uświadczy wielu tam gdzie jadą. Na mazurach nie ma ich chyba zbyt dużo. A przynajmniej żywił ku temu szczerą nadzieję. Będą za to komary, o tak na pewno będą. Te małe cholery zawsze go tam prześladowały. Westchnął. Ania za to jak na złość kochała wyjazdy. On najchętniej spędził by urlop w domu, ale ze względu na nią był gotów się poświęcić. Mimo że małżeństwem byli już ponad 6 lat, on czasem wciąż jeszcze nie mógł się nadziwić jak pomimo tylu różnic jakie ich dzieliły tak rzadko się kłócili. Owszem drobne sprzeczki się zdażały, ale nigdy nic poważniejszego. A przecież byli jak czarne i białe, książka i film, befsztyk i galaretka w czekoladzie. Anna przerwała jego rozważania i jakby czytając w jego myślach powiedziała: - Nie rób takiej pochmurnej miny, będziemy się dobrze bawić, zobaczysz. Wzięła go za rękę i uśmiechnęła się. Ten uśmiech zawsze go rozbrajał i w końcu on odpowiedział jej tym samym. - Wiem, ale przecież znasz mnie. Jeśli nie znajdę sobie jakiegoś problemu to będę chory. Roześmiali się oboje. Dokończyli śniadanie i wspólnie pozmywali. Rozmawiali o nieistotnych sprawach, żartowali i cieszyli się swoim towarzystwem. Po śniadaniu Anna poszła pakować resztę swoich rzeczy (ciekawe gdzie ona to wszystko zmieści) a Robert rozsiadł się na kanapie i zaczął czytać gazetę. Przekładał bez przekonania kolejne strony. Kolejny polityk rządzącej partii podejrzany o łapówkarstwo, narkoman zamordował dla 20 złotych, UFO nad Ustką, nic jednak z tych rzeczy go nie interesowało. Na chwilę zatrzymał się, zaciekawił go tytuł "Urodziło się prosię z dwiema głowami!", jednak tylko dlatego bo chciał zobaczyć zdjęcie. Już miał odkładać gazetę gdy coś przykuło jego uwagę. "Poważny wypadek pod Warszawą" - brzmiał tytuł artykułu. Robert nie lubił czytać złych wiadomości, choć takich w gazetach najwięcej, ale z jakiegoś powodu się zainteresował. Może dlatego że mieli dziś wyjechać. "Dwie ofiary, w tym jedna śmiertelna to bilans wypadku który zdarzył się dziś 60 km od Warszawy. Z nieustalonych jeszcze przez policję przyczyn, samochód z ogromną prędkością uderzył w rosnące tuż przy drodze drzewo. Pasażerka zginęła na miejscu, natomiast Kierowca znajduje się na oddziale intensywnej terapii. Jego stan lekarze określają jako bardzo ciężki. Wiadomo już że kierujący pojazdem nie był pod wpływem alkoholu." Chciał doczytać do końca, lecz weszła Anna... - No. Jakoś to wszystko zmieściłam w tych ciasnych walizkach. - otarła czoło teatralnym gestem uśmiechając się przy tym. - No tak, tylko kto to będzie ładował do samochodu? - Jak to? Przecież wiadomo. Zrobi to mój ukochany misiaczek. - mówiąc to usiadła mu na kolanach i przytuliła się przymilnie. - Tak? A gdzie on jest? - Robert zaczął się rozglądać. - W każdym razie nie zazdroszczę mu tego dźwigania. Anna sprzedała mu pieszczotliwego kuksańca i przybrała nadąsaną minę. - Pewnie się znajdzie jak przyjdzie czas iść do łóżka. - To niewykluczone. - odparł po chwili udawanego namysłu. Roześmiali się obydwoje. Pocałował ją po czym Anna wstała oznajmiając: - Myślę że możemy zacząć się zbierać. Jeżeli wyruszymy niedługo to powinniśmy być na miejscu około trzynastej. Robert niechętnie przytaknął. Nie miał na to zbytniej ochoty ale pogodził się już z tą myślą. W końcu to tylko dziesięć dni. Wstał i zaczęli zanosić bagaże do samochodu. To znaczy on je zanosił a Anna przytrzymywała drzwi. Co ja bym bez ciebie zrobił kochanie, pomyślał pomiędzy jednym stęknięciem a drugim. Ich samochodem był stary i poczciwy, szary polonez. Anna nigdy nie mogła się nadziwić jakim cudem ten gruchot jeszcze jeździ i czasem wspominała że przydał by się nowy samochód, lecz dobrze wiedziała że jeszcze ich na to nie stać. Zresztą Robert nie martwił się, był przekonany że ten który mają, pociągnie jeszcze dobrych parę lat. Zamknął bagażnik i ostatni raz spojrzał na blok w którym mieszkali. Wrażenie deja vu powróciło. Zmarszczył brwi i wsiadł do samochodu. Ruch na ulicach był niewielki. W sumie bliski zeru. Było to zdarzenie co najmniej dziwne jak na Warszawę ale dzięki niemu dość szybko znaleźli się poza miastem. Biurowce, mieszkalne bloki i centra handlowe, zamieniły się w jednorodzinne domki, pola uprawne i pasące się na łąkach krowy. Z radia dochodził stary przebój zespołu Talking Heads - "Road to Nowhere". Milczeli, ona czytała jakieś czasopismo dla kobiet a on zapatrzony był w drogę. Myślał o swoim dzisiejszym śnie. Rzadko pamiętał co mu się śniło, a jeśli już tak się stało to obraz był zamazany, zostawały mu w głowie tylko pojedyncze fragmenty, jakby przez mgłę. Tu jednak było inaczej, widział to wszystko wyraźnie oczami wyobraźni, jakby to się działo przed chwilą. Może to był jakiś zły znak. Robert nie był przesądny, jednak po plecach przeszedł mu dreszcz. Spojrzał na deskę rozdzielczą, przerwał swoje rozważania i siarczyście przeklął. Przy wskaźniku paliwa, paliła się czerwona, ostrzegawcza lampka. A przecież niedawno tankował. Mógł przysiąc że kiedy wyjeżdżali, wskazówka była co najmniej w połowie skali. - Co się stało? - Anna już nie czytała tylko z zaniepokojeniem patrzyła na męża. - Nic takiego kochanie - westchnął. Po prostu zaraz skończy nam się paliwo. - Myślałam że zatankowałeś przed wyjazdem. - Ja też tak myślałem. - wzruszył ramionami i spojrzał na nią przepraszająco. - Mam nadzieję, że jest tu w okolicy stacja. Jego nadzieje nie okazały się daremne i po jakichś pięciu minutach jazdy zobaczył stojący na drodze znak, informujący o znajdującej się pół kilometra dalej stacji benzynowej. - Chyba mamy dziś szczęście. - uśmiechnął się do żony a kątem oka zauważył że na przejrzystym dotąd niebie zaczynają kłębić się chmury. Stacją okazałe się obskurna rudera, która w latach swojej świetności (jeżeli takie kiedyś w ogóle miała) była pewnie pomalowana na biało, teraz jednak była szara, brudna i obdrapana. Okna były zakurzone i zasłonięte żaluzjami. Przed nią, niczym milczący, smętni strażnicy, stały dwa stare dystrybutory paliwa. Nie była to stacja żadnego z tych dużych koncernów, których w Warszawie było zatrzęsienie. Przed obiektem stała tylko tabliczka, orzekająca że rzeczywiście jest to Stacja Paliw. Polonez leniwie wtoczył się na jej teren i zatrzymał się przy dystrybutorach. Wokół roztaczały się jedynie pola uprawne. Dopiero w oddali migotały nieśmiało pojedyncze dachy domów. Był środek lata, piękna pogoda, czas kiedy rolnicy zaczynali żniwa, jednak na polach nie zauważył nawet jednego traktora. Spojrzał na żonę a ona uśmiechnęła się do niego. Odwzajemnił uśmiech, wysiadł i zabrał się do nalewania benzyny. - Chcesz coś ze sklepu Aniu? Sądząc po stanie tego biznesu, zbyt bogatego wyboru tam pewnie nie ma ale coś do picia i jedzenia powinni mieć. Wzruszyła ramionami - Może weźmiemy jakiś napój? Robert przytaknął, dokończył nalewać benzynę, odwiesił dozownik i ruszył w stronę wejścia. Dopiero teraz zauważył stojący przed drzwiami, będący w podobnym stanie jak całe to miejsce, inwalidzki wózek. Jak mógł go przegapić? Po plecach przeszedł mu dreszcz. Przypomniał sobie dzisiejszy sen, jak biegł przez ciemny piwniczny korytarz. Odgonił od siebie tą myśl nacisnął na klamkę i wszedł do środka. Wewnątrz panował półmrok a w pojedynczych promieniach słońca, które przebijały się spomiędzy żaluzji tańczyły drobinki kurzu. Na suficie wiatrak obracał się z leniwym szumem. Robert przeszedł pomiędzy rzędami półek. Bez większej nadziei rozejrzał się za lodówką, lecz bezskutecznie, więc musiał zadowolić się niezmrożonym napojem. Z uwagi na to że nic lepszego nie znalazł, Wziął dużą plastikową butelkę gazowanej, bezbarwnej oranżady. Spojrzał na etykietkę. Na naturalnym soku, mówił napis na niej. Ha, tak na pewno, pomyślał. W tym napoju jest pewnie więcej chemii niż w proszku do prania. Zastanawiał się jak wyglądała by reklama tej oranżady. Nasz napój, bazujący na naturalnej wodzie z cukrem, genialnie gasi pragnienie, chroni przed szkorbutem, a także kapitalnie czyści zardzewiałe rury. Uśmiechnął się cierpko i ruszył w stronę kasy. Za ladą jednak nikogo nie było. Zastukał w nią parę razy i zawołał: - Hej! Chciałem zapłacić. Nikt mu nie odpowiedział. Odwrócił się i rozejrzał po sklepie. Było pusto, i oprócz leniwego szumu wentylatora, cicho. Skierował wzrok spowrotem na ladę i aż podskoczył. Siedział na niej czarny kot. Był duży ale i potwornie chudy. W ogóle nie przejął się reakcją Roberta. Przyglądał się mu przez chwilę, jakby obserwował jakiegoś dziwnego insekta. - Ale mnie przestraszyłeś kolego. Gdzie jest twój pan? Kot, jakby zignorował jego obecność i zaczął czyścić sobie futerko. Robert stał jeszcze chwile przy ladzie, zawołał ze dwa razy ekspedienta, lecz w dalszym ciągu nikt nie odpowiadał. Już miał odwrócić się i wychodzić, gdy zauważył stojące w kącie, stare, zakurzone lustro, oprawione w piękną, bogato zdobioną ramę. Przedmiot nie pasował do reszty otoczenia, wydawało się jakby był…