Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 25 min czytania

Cmieny Hientarne

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Cmieny Hientarne Część pierwsza: Nóż i Krzyż

Występują: - Rina jako Czarownica Sabrina - Kate jako Ariel, Szamanko-Indianka z Kolorowych Skarpetek - Pudełko jako Zenon Pudełkow alias Morderca Pudelków

Księżyc w (prawie) pełnej krasie oświetlał przedpotopowy cmentarz na Zadupiu, zwanym potocznie Sławkami, na którym w środku upalnego lata, równo o północy, piękna i genialna Czarownica Sabrina odprawiała modły do wszystkich znanych jej bogów i demonów o wieczną młodość, nieśmiertelność oraz… dobry wzrok. Ponieważ dobry Bóg dał Sabrinie wszystko – i urodę, i wiedzę, i zdolności, jedyne, o czym zapomniał to… zdrowe oczy. Sabrina wprawdzie nosiła szkła kontaktowe minus 5, ale nie wiedziała, że jej wada tak naprawdę wynosi zaledwie… minus 2. - Vater unser der Du bist im Himmel. Geheiligt werde Dein Name. Dein Reich komme. Dein Wille geschehe. Wie im Himmel als auch auf Erden…~! – modliła się, a raczej śpiewała po niemiecku Sabrina, która tak naprawdę była bardzo dziwnego wyznania. Wierzyła we wszystko: diabły, demony, anioły, wampiry, wilkołaki, duchy, bogów wielu itd., jedyne, w co nie wierzyła, to w Marsjan, zwanych potocznie UFO lub kosmitami. Może dlatego, że nigdy żadnych nie spotkała, może dlatego, że miała złe doświadczenia z pewnym „czerwonym UFO”, może dlatego, że nie lubiła Sailor Mars, a może dlatego, że nie lubiła Marsów, któż to wiedzieć może! Ubrana w czarny golf, (prawie) czarną spódnicę, czarne rajstopy, brązowe (?) sandały, gotycka i New Age’owata czarnowłosa Sabrina z krzyżem u boku i Wielką Księgą (Proroctw) w ręku nie spodziewała się czyhającego na nią (zza drzewa) niebezpieczeństwa i najspokojniej w świecie poczynała swe czarno-magiczne obrzędy. Zenek Pudełkow, zwany Mordercą Pudelków (ponieważ zabił sześćset sześćdziesiąt pięć pudelków różnej maści i rasy [?]), czaił się za drzewem już od dobrych 15 minut, gdyż w obawie przed klątwą wolał nie przeszkadzać swej nowej ofierze, którą przypadkiem upatrzył na tym Sławkowym Zadupiu. Zobaczył czarownicę Sabrinę, jak wchodziła na przedpotopowy cmentarz, i jako że spodobał mu się jej neo-gotycki styl, postanowił uczynić z niej swoją sześćset sześćdziesiątą szóstą ofiarę. Kit, że poprzednie ofiary były tylko psami. Poczynając od ofiary sześćset sześćdziesiątej szóstej, Pudełkow zdecydował, że będzie zabijał tylko homo sapiensów, ale że nie chciał mieć (zbyt wielkich) wyrzutów sumienia, że zabił jakieś całkiem niewinne dziewczę/chłopię, stwierdził, iż będzie wybierał tylko nie całkiem normalnych ludzi płci byle jakiej. A gdzie znaleźć nie całkiem normalnych ludzi płci byle jakiej, jak nie na cmentarzu w środku nocy? Szkoda tylko, że aby doczekać się na tą jedną jedyną ofiarę już drugi miesiąc z rzędu koczował na cmentarzu w Sławkach… Pudełkow w swym długim, siwym płaszczu, w pomarańczowej chustce założonej na czoło i opuszczonej na ramiona wyszedł zza drzewa w momencie, gdy zdawało mu się, że czarownica kończy śpiewać i już cieszył się w myślach: „Haha, moja nowa ofiara!”. Skradał się powoli do niczego nieświadomej Sabriny i już miał zadać cios swoim tasakiem (kuchennym), gdy dziewczyna wyczuła jego obecność i odwróciła się… W pierwszej chwili ujrzeliśmy totalne przerażenie na twarzy Sabriny, która jedną ręką trzymała wielką Wielką Księgę, drugą wyciągnęła, jakby w geście obronnym. W drugiej widzimy już, że nie miał to być gest obronny, a ruch mający na celu sięgnięcie po... krzyż. Drewniany, ręczny krzyż miał być jedyną szansą dla bezbronnej czarownicy, która podczas obrzędów modlitewnych chwilowo straciła swe moce na rzecz mocy ciemnych. Czarownica pokazała Pudełkowowi krzyż, jakby ten był jakimś wampirem, diabłem albo, nie-daj-Boże, wyjątkowo wierzącym mordercą… - Buhahaha! - Morderca Pudelków roześmiał się złowieszczo i aż odchylił do tyłu z kompletnym lekceważeniem. - I co ty mi możesz tym zrobić, hahaha?! – psychopatyczny śmiech Zenka słychać było chyba na całej powierzchni Zadupia, które liczyło, w kolejności od lewej do prawej: trzy chaty na krzyż, oborę (sztuk jedną), trzy krowy, cztery świnie, parę kurczaków, jedną owieczkę Dolly i… tego no… ku rozpaczy Pudełkowa zero pudelków. Za to kotów (ulubieńców czarownic, nie tylko Sabriny) było na pęczki… Mnożyły się jak grzyby po deszczu, dzięki czemu mieszkańcy Sławków mogli przynajmniej oszczędzać na pułapkach na myszy. Świrów z pobliskiego DPS-u (z którego nomen omen uciekł nasz Pudełkow) było równie wiele co kotów, mimo że Zenek sam jeden wystarczał aż nadto i groził reszcie czubków śmiercią ich pudelków, nieważne, że żaden z nich pudelka nie miał, jeżeli nie pozwolą mu zamieszkać w opuszczonej kaplicy na opuszczonym przedpotopowym cmentarzysku. Wracając do meritum sprawy, czyli walki na nóż i krzyż rozpętanej między naszą Czarownicą i jeszcze bardziej „naszym” mordercą Pudełkowem. - Akuryo Taisan! A kysz, zły duchu, przepadnij! - Sabrina zaczęła inkantować zaklęcie czarnej magii, niestety, pomyłkowo wzięła Pudełkowa za ducha (w końcu który żywy idiota rzucał by z tasakiem na czarownicę??? odpowiedź brzmi naturalnie: Zenon Pudełkow) i jedyne co mogła to użyć krzyża jak miecza, odpierając nim pierwszy atak tasakiem. Parę chwil (choć w wyobraźni oponentów wieczność) trwał zacięty pojedynek na nóż i krzyż, z którego zwycięsko wyszedł… tasak, naturalnie. Krzyż nie wytrzymał ataku noża i wypadł Sabrinie z ręki. Jeszcze próbowała go złapać, ale nie zdążyła. Pudełkow dopadł ją od tyłu i jednym sprawnym ruchem podciął gardło. Krew lała się na wszystkie strony, Zenek zanosił się szyderczym śmiechem. Sabrina upadła na ziemię obok swojej Wielkiej Księgi (Słownika Ortograficznego) i dogorywała, patrząc w niebo, jakby szukała ratunku bóstw nocy. Gdy czarownica umiera i pozostaje po niej tylko krzyż, Wielka Księga i kupa czerwonej cieczy na zielonej trawce, Pudełkow próbuje zaciągnąć trupa (za nogi) w jakieś mniej widoczne miejsce. Nie bardzo mu to wychodzi, więc w końcu bierze czarownicę na plecy (mimo swej drobnej, prawie że dziewczęcej postury, Zenek jest bardzo silnym facetem) i zanosi ją pod drzewo za którym pierwej się chował. - Dobra, trup jak byk! - upewniwszy się, że nie żyje, Morderca Pudelków pokazuje niewiadomo komu kciuka i odchodzi, by świętować swoje sześćset sześćdziesiąte szóste udane morderstwo. *** Zenek Pudełkow nie wiedział jeszcze, że tym razem wtopił. Świadkiem owej sceny był nie kto inny, jak słynna Szamanka i Indianka w jednym, Ariel z plemienia Kolorowych Skarpetek.

- „To jaaaa, Narcyz się nazywaaam, Przepraszam i dziękuję - ja tych słów nie używam, Jestem piękna i urocza - popatrzycie w moje… eee… ocza, Jestem przecież najpiękniejsza, a na pewno najskromniejszaaaaa... Uooooo… ”

Tak darła się Ariel idąc wśród (wcale nie takiej) ciemnej nocy po Zadupiu, na którym zresztą nie spodziewała się spotkać nikogo. Zmierzała na cmentarz, by jak zwykle, pogawędzić z parką swoich ulubionych (homoseksualnych) duchów płci męskiej, a przy okazji pobawić się też w Shinigami i wysłać parę innych zagubionych duszyczek (tudzież Hollowów) do Zaświatów (tudzież Soul Society). Zwykle szło jej to bez problemu, bo duchy z przedpotopowego cmentarza w Sławkach nie miały zbyt wielu problemów (poza tym jednym: Jak ja, za przeproszeniem, do diabła, mam się dostać do tego Nieba??? Windą???) i albo grzecznie dawały się odesłać do Nieba albo z pewnych względów (jak np. bardzo miła pani Szamanka) postanawiały zostać na cmentarzysku na stałe. Tych „stałych” duchów było piętnaście i, poza wyżej wymienioną parą ulubieńców, Ariel-chan zawsze starała się przekonać wszystkie o opłacalności pójścia do Nieba, stawiając za przykład zielone pastwiska niebieskie, pięknego Michała Archanioła oraz miodem i piwem/mlekiem (zależy jak dla kogo) płynące niebiańskie rzeczki. Nie żeby miała o Niebie blade pojęcie, a o stanie Soul Society, podziale na Rukongai i Seireitei itp. itd., wolała nawet nie wspominać. Parę swych ulubieńców nie miała serca posyłać tam gdzie trzeba (wiedziała, że z racji swej orientacji z góry byli skazani na Piekło), dlatego wyraziła niemą zgodę, by zostali stałymi mieszkańcami Przedpotopowego Cmentarza (którego tyle razy już tak nazwałam, że wypadałoby zmienić to na nazwę własną), natomiast pozostała trzynastka duchów była tam, że tak powiem, nielegalnie, ale cóż im zrobić mogła nasza Ariel-chan? Dopóki były nie groźne, nie miała siły, ni prawa wyganiać ich stamtąd. Tym razem jednak było inaczej. Ariel przestała śpiewać „Narcyza” już gdy zbliżała się do cmentarza, ponieważ zauważyła, że coś jest nie tak. Nie czuła obecności ani jednego ducha, jakby się pochowały w czeluściach swych grobów i co najważniejsze… jej ulubieniec (ukeś) z pary ulubieńców nie „przyleciał w podskokach”, by ją powitać, co zwykł robić nawet gdy się wcześniej nie zapowiadała. Z wprawą godną shinobi zakradła się akurat w momencie, gdy Zenon zabijał Sabrinę. Nawet gdyby chciała, nic nie zdążyłaby zrobić, zresztą… Morderca mordercą, zdarza się wśród ludzi, ale Ariel zaraz zauważyła KOGO owy morderca zabił. Rozejrzała się wokół ostrożnie, starając się by Zenon nie zauważył jej ukrytej za jednym z nagrobków. - „Nie ma… nikogo… Nawet moich kochanych…!” – pomyślała z zawodem. Tymczasem Zenek ciągnął, a potem niósł trupa Sabriny na plecach, przenosił go pod drzewo i ulatniał się paręnaście grobów dalej, by świętować kolejne zwycięstwo. Ariel-chan zauważyła leżący na ziemi krzyż, a obok niego Wielki Słownik Ortograficzny (wedle okładki) i zaraz zorientowała się, co musiało się stać… - „Czarownica ich przegnała! Wszystkich! Nawet moich ulubieńców, którzy zarzekali się, że w życiu (abstrahując od tego, że dawno już nie żyją) nie opuszczą swojego ulubionego cmentarza! Odprawiała jakieś zakazane rytuały i wykorzystała do tego energię duchową (reiatsu ;) wszystkich [teraz już wszystkich ;] moich kochanych duchów! Boże świętojański, a jak już ich więcej nie zobaczę?!” Upewniwszy się, że morderca jest daleko i raczej jej nie zauważy, Indianka w krótkich, niebieskich spodenkach, kolorowych (pożyczonych, bo wszystkie jej KOLOROWE były akurat w praniu) skarpetkach i dwoma (miast jednym) orlimi piórami wetkniętymi za uszy podeszła do książki, leżącej na ziemi. Nie pomyliła się. Magiczne Księgi zwykle były oprawione w jakieś fałszywe okładki i treść, by zwykli śmiertelnicy nie mogli ich odczytać. Między wierszami, a właściwie między hasłami Wielkiego Słownika Ortograficznego Ariel z trudem (bo bez breli) rozpoznała zaklęcia czarno-magiczne. Niestety, książka przy upadku się zamknęła i Szamanka nie wiedziała jakiego zaklęcia użyła czarownica, że aż wszystkie duchy się pochowały. - „Nie, nie zostawię tak tego…” – zdecydowała i z książką pod pachą podeszła do samotnego pod drzewem trupa czarownicy. Jeszcze ciepłego, ale na pewno nie żywego. - „Co by tu zrobić… Co by tu zrobić… - zastanawiała się. – Mogłabym ją ożywić i uczynić swoim niewolnikiem. Jak to zrobię, powie mi, co zrobiła z moimi duchami i jak je sprowadzić z powrotem… Z tym że za cholerę nie pamiętam żadnego odpowiedniego zaklęcia… „REVIVE A SOUL” , owszem, ale jak to leciało?” Zaczęła mruczeć pod nosem „Over Soul” z… no… „Króla Szamanów”. Zwykle jej to pomagało się skupić, przypomnieć sobie odpowiednią formułkę…

„Hiki au kizuna de…! Yobi samase! Azayaka ni! Let there be light! Revive a Soul!”

Nie pomogło. W dalszym ciągu nic mądrego nie przychodziło jej do głowy. Wtem przypomniała sobie o księdze, którą trzymała w swej opalonej rączce (bo dopiero co wróciła z wczasów w Czarnowiosze) i zaraz stwierdziła, że… to chyba jednak nie jest w jej języku. Po chwili… - „Ach, no tak. Ślepa jestem jak but, zapomniałam o brelach... - wyjęła okulary, założyła na nos i od razu, jak na życzenie… księga sama otwarła jej się na Inkantacji Wskrzeszenia Człowieka! – Chmmm, trochę dziwne to „REVIVE A SOUL”, ale… - przypomniała sobie swoje duchy, zwłaszcza Ducha Stróża, jak lubił określać się jej ukeś i stwierdziła, że jeśli ma ich odzyskać, nie ma innego wyjścia… Ariel nie potrafiła wskrzeszać zmarłych. Potrafiła „jedynie” zwrócić ciału duszę (owe „WSKRZESZENIE DUSZY”), w takim wypadku ciało pozostawało martwe, a człowiek stawał się, krótko mówiąc ZOMBIE, żywym trupem na rozkazach Szamanki. - On a mirito dohan baumu hatta ara ha shanau! On mani hatsu mei un! Makai Tenjo! - wyrecytowała Szamanko-Indianka bez zająknięcia, przyzwyczajona do japońskiego słownictwa. – YOMIGAERE! Powstań! REVIVE A SOUL! Mięśnie twarzy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%