Biografia · 4 min czytania
Co dwie głowy, to nie jedna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Noc z dwudziestego szóstego na dwudziestego siódmego marca była wyjątkowo ciemna i wietrzna. Pod nogami chlupotały zimne kałuże wody i śniegu, żadnych oznak wiosny. Przyszły ojciec gnał na oślep byle szybciej po babkę Pietrysię, która odbierała porody po okolicznych wsiach. Była to jedyna babka, wiekowa i niezwyczajna. To ona parła przodem, co chwilę rzucając przez ramie: - Głospodorzu! A nie zostawojcie w tyle. A włody toście uwarzyły tyle co trza? Ojciec przerażony, bo w uszach świdrował mu krzyk rodzącej żony, chętnie zakopał by się pod ziemię, by nie iść dalej, gdyby Pietrysia nie wywinęła kozła. - O Jezusicku. Co za dupa chłop! A ciągnij ze mnie z ty ziemi! A prędzy! Nie wiadomło, co tam z wasom. Zmęczeni i utytłani przyszli na czas, bo rodząca oprócz tego, że krzyczała wniebogłosy, to Pietrysia po zbadaniu orzekła: - Jesce tak wartko nie bedzie, bło to pirse rodzenie i tam jesce nic nie widać. Spokojnie uwarzyla wody, przygotowała czyste, choć mocno sfatygowane prześcieradła, a ojcu nakazała przyciąć knot u lampy, bo światła mało, a dymu i smrodu do krejsa, co znaczyło - dużo. - Mateńko Tuchowsko! Róbcie co ze mną, bło chyba umirom - dało się słyszeć z izdebki. - A cichojcie głosposiu, cichojcie - pocieszała Pietrysia. Rodząca raz milkła, to znowu zanosiła się nieludzkim skowytem, a przyszły ojciec wreszcie odważył się i stanowczo powiedział: - A radź ze babo co, bło przysięgom, ze jak się co stanie, to łeb ukręcę. Pietrysia jakby nie słyszała. Gadając coś do samej siebie poszła do izdebki, a ojciec za nią. - A Pietrysia to tak wiedzą cy to bedzie syn cy córka - odważył się zapytać. - A wiem! Pewnie ze wiem. Jak bedzie marchewka i dwa łorzeski, to bedzie synek, a jak sikulycka, to dziurawy Włojtek. Rodzenie przeciągało się, a Pietrysia co zbadała…