Romans · 14 min czytania
Co może pójść nie tak?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Są takie dni, kiedy wszystko musi pójść nie tak. Wtedy wszystkie możliwe znaki na niebie i ziemi zapowiadają mający wkrótce spełnić się najgorszy scenariusz. Problem w tym, że zazwyczaj ich nie zauważamy.
Pogoda była ciężka, parna. Jak to często bywa pod koniec czerwca. Gdyby spadł deszcz, byłoby dużo lepiej, jednak deszcz spaść nie chciał. Gdzieś daleko niby coś błysnęło na sinym nieboskłonie, ale nawet nie rozległ się grzmot.
Zanim w końcu udało się Radkowi wyjść z mieszkania, w którym właściwie nie było już tlenu, zdążył jeszcze zerwać sznurówkę w bucie, dwa razy zmienić koszulę – każda wcześniejsza wydała mu się nieadekwatna wobec mających nastąpić wkrótce okoliczności – oraz wyjąć z szafy czekający tam „na wszelki wypadek” parasol, by po chwili namysłu na powrót go tam włożyć, bo i tak w końcu uznał, że pojedzie samochodem. Przed wyjściem stanął jeszcze w przedpokoju, ponownie przyjrzał się swoim kątom. Jeśli skończy się tak, jak przewidywał, czyli „u niego”, to w żadnym razie nie może tu być żadnego bajzlu. Sprzątał cały dzień. Wszystko grało.
Zszedł na dół klatką schodową, minąwszy się po drodze z sąsiadką wracającą z pieskiem. Ogarnęła go mało dyskretnym spojrzeniem, nasączonym nieudolnie skrywaną dezaprobatą. Nic nie powiedziała, ale gdyby się odważyła, to z pewnością byłoby to coś w rodzaju: „ale się sąsiad odstawił”. Faktycznie, miała prawo tak pomyśleć, w ogóle by się z nią na ten temat nie sprzeczał. Wypełnił całą klatkę chmurą drogiego kosmetyku nabytego ledwie kilka dni wcześniej.
Już dobrą godzinę wstecz ogarnął go nieokreślony niepokój. „Coś jest nie tak” – pomyślał. „Chyba powinienem wrócić do domu, napisać jej smsa, że coś mi wypadło i zakończyć całą tę awanturę”. Zdławił szybko wątpliwości, tym bardziej, że na zewnątrz było jeszcze bardziej duszno niż w mieszkaniu.
Niezdrowo zamyślony dobrnął do drugiej z kolei kwiaciarni, pierwsza jak na złość była nieczynna. Gdy wchodził do środka spadła na niego pierwsza maleńka kropla. Wtedy też przypomniał sobie, że przecież miał jechać samochodem. „Uspokój się chłopie, weź się w garść” – zganił sam siebie. Aż do przesady wesoła pani za ladą przesłuchała go sprawniej niż agenci z guantanamo. A jakie kwiaty, a z jakiej okazji, a jaka płeć? A to znajoma, koleżanka, czy żona? Aaa, pan kawaler, to chyba randka, prawda? A narzeczona jakie lubi kwiaty? Aaaa, to pierwsze spotkanie. To koniecznie musi być coś niezobowiązującego, prostego a zarazem finezyjnego. Ale wie pan co? Kwiaty na pierwszą randkę, to kiepski pomysł. Niech pan lepiej kupi coś na koniec, jeśli sprawy się dobrze ułożą.
Gdy opuszczał kwiaciarnię, zaczęło już solidnie kropić. Wracać się po parasol, a w ostateczności i być może po samochód, nie było już sensu. Limit czasowy nieubłaganie się kurczył. Pozostawało naiwnie liczyć, że natura będzie łaskawa. Zdążył zapomnieć, że przecież w tak dużym mieście istnieje coś takiego jak komunikacja miejska. Sto lat nie jechał tramwajem. Musiał pytać ludzi na przystanku, którym najszybciej do centrum. Chwilę później znalazł się w straszliwym ścisku. Gdzie ci wszyscy ludzie jeżdżą w niedzielę w południe?
W szyby uderzyły strugi deszczu, niebo zrobiło się niemal czarne. Ulice śródmieścia zniknęły za ścianą ulewy, migały tylko tu i tam surrealistyczne zamglone sylwetki przechodniów uciekających bezładnie we wszystkie strony, poprzykrywanych marynarkami, kurtkami i czym tam popadło. Wtedy pożałował, że jednak nie wrócił po parasol.
Część 22 / 2
Ulewa ucięła się nagle akurat wtedy, gdy musiał już wysiadać. Niebo z prawej strony przetarło się, chmury zostały podziurawione przez kąśliwe promienie słońca. Wtedy Radek poczuł się lepiej, jakiś euforyczny entuzjazm wdarł się do jego duszy. Pożałował, że nie kupił jednak tych kwiatów, tylko nabrał się na tanie psychologizowanie pani z kwiaciarni. Dziś trzeba pokazywać, że ma się gdzieś konwenanse. Zwłaszcza jak idzie się na spotkanie z piękną, nowoczesną kobietą. Co może pójść nie tak? Przecież zapytał otwarcie, czy spotka się z nim w jakiejś fajnej knajpce. Ona odpowiedziała dosyć pewnym głosem, bez cienia zawahania, że jasne, czemu nie. A jednak mimo tego słońca, mimo tej cudownej poprawy pogody, mimo tego optymistycznego zrywu, niepokój który przyplątał się do niego jeszcze w mieszkaniu wciąż mu towarzyszył. Usadowił się gdzieś w tyle jego głowy i przypatrywał mu się z szyderczą miną.
Nie był dawno w śródmieściu. Nie znał tych wszystkich modnych knajp i kawiarni z przeszklonymi wejściami, z klimatyzacją i wyborem win z całego świata. W środku siedzieli młodzi i uśmiechnięci ludzie, zajęci swoimi sprawami, rozmawiający i gestykulujący, jakby od tego gestykulowania zależał los świata. Sprawdził w telefonie, która to miała być kawiarnia, bo z nerwów zapomniał nazwy. Jest. Oczywiście szklane wejście, chudy kelner-hipster, klimatyzacja i brzęk kieliszków z winem. Która godzina? Idealnie. Dosłownie pięć minut przed czasem. Nie było jej. I wcale go to nie zdziwiło. Miał praktykę w takich działaniach i przewidywał, że zjawi się tu mniej więcej dziesięć minut po umówionej godzinie. Mógłby się o to założyć.
Chudy kelner-hipster nawet nie zdążył dojść do jego stolika. Telefon w kieszeni zawibrował niepokojąco. Przyszedł sms.
„Przepraszam, ale jednak coś mi wypadło. Może następnym razem? Pozdrawiam. Ania”
Kelner-hipster spojrzał mu głęboko w oczy i od razu się wycofał. Bo każdy facet rozpozna kopniętego w tyłek na kilometr. I nigdy nie jest to miły widok.
Wyszedł z knajpy z jakimś dziwacznym poczuciem ulgi przemieszanym z wściekłością. Co poszło nie tak? Właściwie wszystko. Przecież ona nie była dla niego, nie ta liga. Zgodziła się, bo kobiety często szybciej działają niż myślą. Zalał go też cierpki wstyd. Trzeba będzie jeszcze się pochwalić kumplom z pracy całym tym wypadkiem, albo po prostu skłamać i rozproszyć niepowodzenie w legendach i domniemaniach. Nie trzeba było pokazywać im jej zdjęcia w telefonie i gadać o tym spotkaniu przez kilka dni z rzędu. Jeszcze tylko do sklepu. Trzeba kupić piwo. Trzy, czy cztery? Sześciopak. Najwyżej zostanie.
---
Sączył ostatnie piwo z sześciopaku, leżąc wygodnie na swoim zawiedzionym łóżku. Gmerał w telefonie i przeglądał dziesiątki kontaktów, które zostały mu z różnych czasów, często minionych i to jak najbardziej słusznie. Omijał handlowców z pracy, rodzinę i kolegów. Analizował jedynie abonentów płci przeciwnej i segregował je do przegródek. Warto, czy nie warto. Grono z każdą minutą nieubłaganie się kurczyło. Zjechał w dół listy już chyba szósty raz. Już miał odłożyć telefon i włączyć telewizor. Jednak powstrzymał się, podjechał jeszcze raz w górę. Pod literę I. Iwona. Dlaczego Iwona została zapomniana? Kiedyś dawno temu poznali się na szkoleniu. Potem widzieli się kilkukrotnie przy jakichś okazjach. Zawsze miło go witała, uśmiechała się,