Erotyka · 24 min czytania
Co na to Albert? cz. I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Uczucia tych, których przestaliśmy kochać, zawsze są śmieszne. - Oscar Wilde
Cholera mnie wzięła i to nie pierwszy raz. W zasadzie to dymała mnie na lewo i prawo jak chciała. Wtedy przybrała postać podłużnego, buczącego urządzenia wepchniętego w sam środek grządki. Odstraszacz kretów. Urządzenie, za które mój mąż pozwoliłby się powiesić. To jemu właśnie Wacek powierzył swoje ukochane ogórki, koper i rzodkiewki. Od kiedy zamieszkaliśmy na wsi nic innego go nie interesowało. Oglądał programy, kupował nawozy, a jedynym działem, jaki przyciągał go w księgarni był ogrodniczy. Ostatnio, w przypływie szaleństwa, kupił sobie pięć kur ozdobnych, a potem słuchał z nimi Mozarta. Twierdził, że jaja są od tego większe, ale sypiałam z nim codziennie i jakoś nie zauważyłam.
Mąż w pracy, a ja na ogrodowym krześle, w samym środku raju. Winorośl osłaniała od upału, przez uchylone okno słyszałam gitarę B.B Kinga zmieniającą w proch wszystkie problemy i zmartwienia. Wciągnęłam do płuc orzeźwiającą woń nieskalanego cywilizacją wiejskiego powietrza. Dłoń ściskająca książkę zwisała, całkowicie zdana na łaskę oparcia. Zamknęłam oczy. Piosenka się skończyła, koiłam nerwy ciszą zapowiadającą kolejny utwór i nagle TO. Było tam przez cały dzień, a nawet i dłużej, stworzone chyba tylko na moją udrękę. Kretów też. Grało mi na nerwach barbarzyńsko, napinając do granic wytrzymałości i puszczając, aż zgrzytałam zębami. Najchętniej zmiażdżyłabym mu tę zieloną, matową główkę, tak jak powinno się robić wszystkim wężom w raju, ale powstrzymywałam się ostatkiem sił. W końcu to Jego dom. Nieustannie mi o tym przypominał. To On pracuje, On zarabia, On go kupił, On stara się jak może i to On utrzymuje cycatą, nic nierobiącą zabawkę w domu, choć „dziwka wyszłaby dużo taniej”. W zasadzie przez dziesięć lat nie przeszkadzało mi takie podejście, aż do zakupienia tego cholernego urządzenia. Jestem leniwa i nie wstydzę się tego. Wyjście za dobrze prosperującego, starszego o dwadzieścia dwa lata elektryka umożliwiło mi duchowy i intelektualny rozwój bez wypruwania sobie flaków osiem godzin dziennie.
Poza tym, jaki on był wtedy przystojny! Ciemnooki, śniady, z krótko ostrzyżonymi błyszczącymi włosami i czarującym uśmiechem. Do tego te dłonie – silne, nierzadko noszące ślady zacięć i oparzeń. Ta seksowna małomówność i prostota… – Co się panu stało w rękę? – zapytałam, gdy rozkręcał moją suszarkę. Uniósł wzrok, pierwszy raz patrząc na mnie tak naprawdę. Potem powiedział, że w oczy rzuciło mu się nasze podobieństwo – tak jak on mam rysy twarzy tak ostre, że można by ciąć nimi stal. – Taka praca – odpowiedział zdawkowo, ponownie pochylając nad urządzeniem. Seksowna małomówność i prostota przerodziła się niedługo potem w gburowatość i prostactwo.
Warkot samochodu potrafi wyrwać z zamyślenia. Zeskoczyłam z krzesła, wsunęłam książkę pod poduszkę i energicznym krokiem weszłam do domu. Przełożyłam naszykowany wcześniej obiad z lodówki do mikrofali, sięgnęłam po pilota i wyłączyłam muzykę. Włączyłam telewizor na program informacyjny. Przeczesałam włosy dłonią i podeszłam do drzwi. – Hej kochanie, już wróciłeś?
Nadstawiłam do pocałowania lewy policzek. Cmoknął go od niechcenia, westchnął głęboko, wszedł do przedpokoju i rzucił siatkę z zakupami na fotel. Zdjął ciężkie, zielone od roślin buty i wsunął nogi w swoje ukochane laczki. Kolejne zboczenie Wacka: nigdy nie stanął na podłodze bez buta. Ze zdejmowaniem skarpetek do snu też miał problem. Kiedyś tak nie było. Boże, czego ja nie robiłam z dużymi palcami u jego stóp, gdy byliśmy narzeczeństwem. – Słyszałaś, co ten tam – wskazał palcem na telewizor wyświetlający uśmiechniętą twarz premiera – znowu wymyśla? – Nie. Pokiwał głową, rozpinając spodnie i zdejmując koszulę, ukazując światu swój brzuch – jak nic siódmy miesiąc błogosławionego stanu. Ewentualnie za dużo chleba i klusek.
Część 22 / 3
Poszłam do kuchni, wyjęłam talerz z kuchenki mikrofalowej, weszłam do salonu i podałam go Wackowi. – Mikrofale powodują białaczkę – oznajmił, co wywołało u mnie lekki uśmiech. Najwyraźniej dziś ma dobry humor. Może się ogolę – przemknęło mi przez myśl – bo wygląda na to, że to dzień wesołego pożycia. – Smacznego skarbie. Jak on mnie specyficznie kocha.
Po kolacji, jak co wieczór nastąpił czas wspólnego czytania. Kiedyś przynajmniej było wspólne, teraz leżymy na przeciwległych skrajach łóżka, każde zatopione w rozmyślaniach o miejscu, w które chciałoby uciec. Tego dnia przemierzając niezwykłą książkę, odkrywałam potencjał własnego mózgu. – Wiesz Wacek, że odległości pomiędzy neuronami są tak małe, że przekazywanie informacji pomiędzy nimi prawdopodobnie odbywa się na zasadzie kwantowej? – wystrzeliłam słowa z szybkością karabinu maszynowego w stronę zatopionego w lekturze, lekko przygarbionego mężczyzny w okularach. Z dnia na dzień trudniej dostrzec w nim tego przystojnego, czterdziestoletniego „chłopaka od suszarek”, którym był kiedyś. – A to dopiero… – odpowiedział biorąc głębszy oddech, a ja czekałam aż zabierze mnie w świat odkrywczych spostrzeżeń na ten niezwykły temat. – Wiedziałaś, że kury zostały udomowione już około trzeciego tysiąclecia przed naszą erą w Indiach? Westchnęłam ciężko, odłożyłam książkę odwracając się na bok, w stronę ściany, przyciskając głowę poduszką, żeby uciec od światła lampy. – Wacek, zgaś światło. – Zaraz. „Zaraz”… zapewne to ten wyraz odpowiada za dziewięćdziesiąt procent rozwodów.
Boże, jak on mnie podniecał, gdy interesował się mechaniką! Te wszystkie tłoki, sprężyny, wiertarki… a potem odkrył fascynujący świat kur czubatek i założył sklep ogrodniczy. Te wszystkie doniczki, nasiona, grabie… Słyszałam, jak odkłada książkę na bok, czułam jak materac skrzypi pod nim, gdy podsuwał się w moją stronę, a chwilę potem jego silną dłoń na moim udzie. Macał je, jakby miał kupić bochenek chleba i właśnie sprawdzał, czy jest wystarczająco świeży. – Wacek, zgaś światło… On wie, że ja nie mogę przy zapalonym, ale wcale nie reaguje. Obiektem zainteresowania stały się moje jędrne, małe piersi. Sapał za mną, ściskając raz jedną raz drugą, a ja nie czułam nic. Przez chwilę zastanawiałam się, czy odwrócić się na plecy, w końcu dochodząc do wniosku, że tak. Uradowany jak wyposzczony kogut wlazł na mnie, z czymś w rodzaju pomruku zadowolenia zaczął oblizywać moją szyję i wargi. Nie zdejmując ze mnie nawet T-shirtu, wsadził łapę pod majtki i zaczął je zsuwać.
Kilka chwil później stękał nade mną, zadając kilka ostatnich zdecydowanych pchnięć, a ja wpatrywałam się w znienawidzoną, zapaloną lampę w okropnym, fiołkowym kolorze. Kupiła nam ją moja matka, choć w tym domu nigdy nie było i nie będzie już nic fiołkowego.
Po wszystkim wygasł, opadł z sił i wyślizgnął się ze mnie jak młodociany, przyłapany na kradzieży złodziej, a ja znów obróciłam się na bok, życząc mu dobrej nocy. Wacek wstał do pracy. Zawsze budziłam się pięć minut przed czasem, śpiąc czujnie jakby w oczekiwaniu na jakąś fantastyczną przygodę. Niestety, pięć minut mijało, świt przeszywał odgłos małego, elektronicznego mordercy i małżonek mój podnosił się ciężko, zrzucając z siebie kołdrę ruchem przywalonego gruzem herosa. Sapał, nadal nie ruszając zegarka, w ciemnościach poszukując swoich ukochanych ciapków. Nie potrafiłby bez nich stanąć na podłodze nawet w chwili śmiertelnego zagrożenia. Gdyby wybuchł pożar zamieniłby się w węgielek, grzebiąc łapą pod łóżkiem. Gdy już je znajdował, wycierał kurz z podłogi o pościel, wyłączał budzik i szedł pod prysznic. Wydawał przy tym z siebie takie odgłosy, jakby go to bolało, a ja klnąc w myślach przyduszałam się poduszką, odgradzając od świata. Kto o zdrowych zmysłach wstaje o piątej w nocy? Łapałam powietrze przesycone zapachem naszych ciał i zaciskałam poduszkę jeszcze mocniej. I mocniej. Jeszcze mocniej. Wychodziły chyba ze mnie myśli o samobójstwie, gdy rezygnowałam z oddechu dla odrobiny snu.
Z kuchni dobiegały mnie odgłosy smażenia jajecznicy i włączonego radia. Wacław zawsze słuchał wiadomości jedząc śniadanie – jak to zawsze mówił: „Chcę być w kontakcie ze światem”. Przypalona jajecznica śmierdziała. Nigdy nie umiał jej zrobić, a potem bolał go brzuch. Zamruczałam cicho, zawijając się mocniej w kołdrę. Zawsze naprawdę się wysypiam dopiero, gdy łóżko jest całe dla mnie. Dziś nie wstanę, żeby zrobić mu śniadanie, dziś jestem jego „księżniczką”, bo miał wczoraj dobry humor i dałam mu zamoczyć…
Część 33 / 3
Błogość… nie leżę już w łóżku, tuż obok fiołkowej lampy. Błogość… nic pode mną nie skrzypi, nie ugina się. Jestem tylko ja, w aksamitnej pościeli, nic nie muszę, klimatyzacja w willi cichutko radzi sobie ze śródziemnomorskim klimatem, a gdzieś tam, w basenie, bez pozwolenia pluszcze się mój nagi ogrodnik… Obracam się na bok i jest mi jeszcze lepiej, bowiem mój opalony sługa właśnie wślizgnął się do łóżka. Choć jest za mną, czuję jak napina mięśnie, swoje cudowne ramiona i wiem również, co zaraz się stanie – złapie mnie mocno, szarpnie do tyłu a potem ukarze mnie za lenistwo, zdaję sobie przecież sprawę z tego jak twardo to postanowił i że jest już gotowy… – Danusiu kochanie… – szepcze mi do ucha. – Skarbie, bo ja się śpieszę do pracy. Życie posypało mi się jak zamek z piasku, gdy wdepnie w niego wściekły bachor. Otworzyłam oczy, ściągnęłam z twarzy poduszkę i spojrzałam mu w ślepia. Wyglądał na zmartwionego. Przycisnął do mojego uda pęk kluczy do tego swojego beznadziejnego sklepu ogrodniczego. Tak… po wczorajszym był zdecydowanie rozkoszny. – Zgubiłem okulary, nie mogę znaleźć, nie wiesz gdzie są? Ledwo widząc na oczy, nie umiałam odnaleźć się w nowym środowisku budzącej się wsi i różowych ścian pokoju. Uniosłam się do pozycji siedzącej. – W książce, czytałeś przecież – obwieściłam spokojnym tonem, zamknęłam oczy, zaczynając zasypiać w tej turystycznej pozie z kiwającą głową. – Może jajecznicy chcesz? – pytanie powaliło mnie z powrotem na gigantyczne łóżko z baldachimem. Klimatyzacja szumi cichutko, a nad łóżkiem stoi jeszcze wilgotny ogrodnik.
Około południa kumulując wszystkie siły powlokłam się na kanapę. Sięgnęłam po książkę. Jest okropnie głupia, ale na swój sposób fascynująca. Poza tym mam słabość do Mastertona odkąd wiem, że jego żona jest Polką. Byłam w momencie, gdy zmutowana genetycznie świnia, a właściwie knur z mózgiem chłopca – syna rośliny wydostaje się z laboratorium, by siać postrach. Z wypiekami czytałam o seksownej kobiecie uwielbiającej te zwierzęta. Zerknęłam na parapet – mięso wieprzowe już prawie się rozmroziło. Też mam do niego słabość.
Z jakże ciekawego świata sznycli i strategicznego planowania obrania ziemniaków wyrwał mnie telefon. Wacek. – Danusiu… – wymruczał, a ja przewróciłam oczami starając się nie wybuchnąć śmiechem. Wiem, co oznacza to mruczenie. – Wrócę w nocy, właśnie widziałem w Internecie kaczki mandarynki, prawdziwa okazja, ale muszę po nie pojechać aż pod Kraków, przecież pocztą mi ich nie wyślą, a poza tym chcę je najpierw dokładnie obejrzeć… – tłumaczył się, jakbym w ogóle się odzywała. Cóż za gadatliwość, cały dzień spędzi w samochodzie, więc najwyraźniej zamierza wyrobić normę… – W sensie nie gotować obiadu? – odpowiedziałam zdawkowo, ale że najwyraźniej jego myśli nadal krążyły wokół wesołych wydarzeń minionej nocy, tłumaczył dalej: – Zrobimy oczko wodne, wpuścimy do niego trochę rybek... „A potem te cholerne kaczki je zeżrą” – odpowiedziałam w myślach, mocniej zaciskając wargi. – Pamiętam, że kiedyś chciałaś takie oczko Danusiu… wiesz, co słodka? Zrób sobie dziś święto. Jedź do miasta i kup coś ładnego. – Dzięki skarbie.
Te nasze „Danusie”, „skarby” i najróżniejsze słodycze człowieka o słabszych nerwach mogłyby doprowadzić do skrętu kiszek. Myśl o wyruszeniu na poszukiwanie „czegoś ładnego” ożywiła mnie jednak, zmusiła do uczesania się i zmienienia spodni. Wybrałam te, w których mój tyłek wygląda najfajniej i od razu wyszłam na przystanek.
Niecałą godzinę później…