Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Aktualności · 15 min czytania

Co u nas, w Polsce

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}Mięsiste ramię miażdży mój kark, morderczy uścisk przyprawia kręgi o chóralny jęk. Nie tylko one wydają z siebie złowróżbne dźwięki. Goryl postanawia bystro przypieczętować mój los. Pan życia i śmierci, nie raczy użyć przy tym porządnej polszczyzny. - Zajebie cie, już nie żyjesz kurwo! Erudyta zwiększa siłę przyłożoną do mej szyi. "Cię" poprawiam w myślach. Zapewne przypominam rybę wyrzuconą na brzeg morza. Wykonuję płytki, chrapliwy wdech. Walczę o każdy strumień powietrza, cóż rzec więcej? Wydech. Na krawędzi widzenia pojawia się już czarna winieta. Spadam… Spadam w dół studni, dostrzegam już dno. Jak przystało na ofiarę duszenia wyczekującą śmierci, przed mymi oczyma pojawia się typowy repertuar pod tytułem „Moje Życie”, reżyseria i pierwsza rola męska - Piotr Ek. Jestem świadectwem zdumiewającego poczucia humoru mojej najbliższej familii. Powróćmy jednak do osiłka, ceramiki podłogowej pełnej krwi i rozpoczynającej się lada moment projekcji filmowej. Dryblas nieco mocniej napina mięsień trójgłowy, a ja biorę w garść metaforyczny bilet i wchodzę do sali kinowej.{/i}

Stałem przed sztalugą, na której wisiał mój rysunek. Znajdowałem się w sali pełnej szkicujących, młodych ludzi. Po prawicy miałem docenta sztuk plastycznych, po lewej jego syna, magistra. Wyimaginujcie sobie duży, pożywny obiad. Spożyliście posiłek z wyjątkowo obfitą ilością różnokolorowych sosów oraz przypraw. Jedliście bez zastawy i sztućców na białym obrusie. Nie używaliście dłoni. Macie to? W takim razie mowa tu o wielkiej sztuce wspomnianego wyżej magistra z tą różnicą, iż została wykonana przy pomocy farb, pędzli i płótna. Jeśli dla was nie jest to artyzm najwyższych lotów, jesteście durniami i ignorantami, którzy nie potrafią się poznać na prawdziwym artyście. Szanownego docenta zajmowało coś zgoła odmiennego. Tu wkraczamy w wizje opierające się na zawijaskach, a w porywach geniuszu kropeczkach. Należy nadmienić, iż jest to z całą pewnością równie wymagający i poważny proces twórczy, jaki przeżywa podczas pracy młodszy z dwójki artystów. Nie zamierzam wam dłużej przybliżać kulisów tak wielkiej sztuki, mógłbym się jeszcze znaleźć w kropce, czy dać jakąś inną plamę. Kiedy tak stałem w pracowni, skołowany i speszony, oblepiony zaciekawionymi spojrzeniami ze wszystkich zakamarków sali, do wnętrza wszedł {i}Sześć-sześć-sześć{/i}. Jakby czekał na to od zarania dziejów, jak gdyby był anty-Gabrielem zwiastującym anty-Maryi. Trzy szóstki, mój osobisty demon, sukub z piekła rodem. Bestia plądrowała pomieszczenie tymi wielkimi ślepiami póki nie spoczęły na mym obliczu. Chciałem to już mieć za sobą. Uśmiech potwora świadczył o wszystkim, co najgorsze.

{i}Goryl o twarzy buldoga rekreacyjnie odbija piłkę o beton. W roli piłki Piotr Ek. Co absurdalne, ta czynność wyrywa mnie z objęć przeszłości. Odzyskuję szczątkową trzeźwość umysłu. Moje jestestwo nieodparcie trapi jedno pytanie… A tak. - Za co…? – Charczę zalany po pas krwią. Przez opuchnięte oczy dostrzegam zmarszczoną facjatę małpy. Trawi pytanie. W tym niewątpliwym uniesieniu intelektualnym przypomina zeschłe jabłko. Newton z pewnością nie chciałby, aby takie nań opadło. Mogę posłużyć za całkiem przekonywujący przykład. Me kolejne skojarzenie na widok myślącej twarzy osiłka, wiąże się z zabawnym psem. No wiecie, tym z całą powierzchnią pokrytą fałdkami oraz zmarszczkami.{/i}

W Polsce, ludzie rasy odmiennej od białej, nie mają lekkiego życia – myślałem, łypiąc spode łba na czarnoskórego mężczyznę, który siedział kilka miejsc przede mną. Nie licząc afroamerykanina, nocny autobus był pusty. A sądziłem, że to ja jestem ryzykantem żyjącym na krawędzi. W razie wątpliwości, Kleczków jest jedną z „tych” Wrocławskich dzielnic. To odpowiednik Lubelskich Bronowic, czy Warszawskiej Pragi. Tak, „tych” miejsc, które słyną z fruwających kostek brukowych. Niektóre ryby żyjące w głębinach wabią swe ofiary światłem. Grafoman mógłby „zabłysnąć” i użyć tegoż faktu, by nasmarować coś w stylu: „Drapieżcy z Kleczkowskich okolic czynią podobnie, wykorzystując blask księżyca odbijający się w ostrzach majchrów.” Pojazd zahamował na przystanku. Drzwi otwarły się z sykiem, weszły dwie błyszczące na glanc glace. Do czarnych, wysokich buciorów dobrali mleczne sznurówki. {i}To się źle skończy{/i}. Słońce świeci, zachichotał ktoś siedzący obok mnie. Demon pojawił się znienacka. Ten diabelny {i}Sześć-sześć-sześć{/i} ni stąd ni zowąd zmaterializował się na siedzisku, przy którym spocząłem. Witał cały świat rozradowanym uśmiechem i oczyma, z których bił niepojęty obłęd. W tym czasie zakamuflowana opcja niemiecka przeczesywała wzrokiem autobus. - Jebany bambus! – Po dżentelmeńsku spostrzegł któryś i gwałtownie ruszył w wiadomym kierunku. Tryb destrukcji został aktywowany. Neonazista bez zastanowienia, jakby nie robił nic innego od pierwszych chwil życia, chwycił dłońmi metalową rurkę wiszącą u dachu pojazdu i z całym impetem uderzył podeszwami glanów w głowę czarnoskórego. Usłyszałem jak ktoś krzyknął z tyłu: - Zostaw go! – Obróciłem się zadziwiony, a demon aż pisnął z uciechy. Brawo Don Kichocie - eterycznie zaszeptał mi do małżowiny usznej – nie pamiętasz? Przecież sobie obiecałeś! Dokonałem rozrachunku: żegnajcie ząbki, dobrze mi służyłyście, no może poza tobą, dwunastko. Rzezimieszek wciąż okładał nieprzytomnego mężczyznę, który w ostatnim odruchu świadomości skulił się do pozycji embrionalnej. Drugi łotr, podziwiający czyny pobratymca z lubieżnym uśmiechem, raptownie zwrócił spojrzenie w mym kierunku. Wydawał się być skonfundowany, wręcz na granicy zniesmaczenia. Ty robaku? Naprawdę ty? Mówisz do nas? Pomknął ku mnie, a jego prawa pięść stwierdziła: „obrońca małp będzie następny”. Musiał być podpity, inaczej nie zdołałbym się w porę uchylić. Usłyszałem trzask, uderzył w metal. Miał jeszcze drugą pięść, jeden zgruchotany palec nie mógł go powstrzymać od zalania mnie krwią. Naziol nie był w ciemię bity. - Ratunku! – Zawyłem kiedy padałem trzymając się za nos. Przypominał dopiero co zakupione meble z Ikei. Być może z powodu psychicznego wstrząsu doznanego w minionych sekundach usłyszałem „Careful With That Axe, Eugene”, Pink Floyd’ów. Od trzeciej minuty i ósmej sekundy ścieżki. Światła za szybą przestały przypominać niekończącą się wstęgę. Właśnie w tym momencie pneumatyczne drzwi ponownie się rozwarły. Wpuściły do środka grupę kiboli.

{i}- Zostaw nas samych. – Rozległ się cichy głos gdzieś z kuluarów. Zapewniam was, gdyby lód potrafił mówić wydałby z siebie podobną barwę dźwięku. Tymczasem, Level up! Strach wywindowany na jeszcze jeden poziom wzwyż! - Wiesz dlaczego tu jesteś? – Kontynuuje nowa postać na scenie - Bo żyjesz w Polsce. - Przez mgłę okaleczonego ciała, próbuję wsłuchać się w zimny głos. Jest o wiele mroczniejszy od gorylego barytonu. Przypominam sobie o ilości ateistów malejącej w okopach do zera. Człowiek w czarnej szacie nieustannie się przybliża. Kroczek, po kroczku, jak góra lodowa do Titanica, nie odwrotnie. Wydaje mi się, czy trzyma pistolet? Na całe szczęście to wiertarka. Kamień z serca. Myśl, myśl…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%