Fantastyka · 3 godz. 43 min czytania
Coastrage- Dzieje Kerda
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Pierwsze kroki
Nawet pod pokład docierało delikatne, poranne, chłodne powietrze. Muskało ono lekko policzek śpiącego Kerda. - Hej koleś! Zbudź się! Zbudź!- zagrzmiał jakiś ochrypły głos tuż nad jego głową. - Co? Gdzie? Jak? Aaaa....- odpowiedział znużony Kerd. - Wstawaj! Nawet ten okropny sztorm nie mógł cię zbudzić. Podobno dopłynęliśmy do Etherwind, na wybrzeże Coastrage. Teraz pewnie nas wypuszczą. Etherwind?? Co to jest Etherwind?? - Mówił sam do siebie Kerd, podnosząc się z trudem. Rozejrzał się dookoła. "Więc jestem na statku."- pomyślał. Znajdował się w ciasnym pomieszczeniu. Sam na sam z przerażającym współlokatorem- mrocznym Elfem, który spoglądał na niego tymi swoimi czerwonymi ślepiami, w których czaiła się żądza krwi. - Cicho!- rzekł mroczny Elf - Idzie strażnik. Miał rację. Po drabinie schodził żołnierz i podszedł do nich całkiem spokojnie. Wzbudziło to podejrzenia Kerda. -Ty elfiasty!- powiedział strażnik- Nie ty! ON!- i wskazał palcem na Kerda.- Zaprowadzę cię do Centralnego Urzędu. Radzę ci nie stawiać oporu. Chodź za mną! Kerd poszedł za nim posłusznie. W końcu wyszli na pokład. Usłyszał radosne ryki Jentów transportowych. Strażnik doprowadził go do jakichś starych, spróchniałych drzwi. -Wejdź do środka- rzekł.- Gdy tylko cię zarejestrują będziesz mógł wyjść na wolność i otrzymasz tymczasowe mieszkanie. Strażnik otworzył drzwi. Kerd poczuł, jak w jego nozdrza uderza słodki zapach perfum. - Proszę! Podjedź do mnie!- powiedział starzec siedzący przy biurku.- Czekaliśmy na ciebie! Czekali na niego? To jeszcze bardziej wzbudziło jego podejrzenia. Nie wiedział jak uda mu się wypełnić formularz, ponieważ nie pamiętał nic, oprócz dzisiejszych wydarzeń. - Dlaczego na mnie czekaliście?- powiedział. - Gdyż jest tu twój Towarzysz. Starzec otworzył drzwi za sobą i krzyknął: "Harikassi, zobacz, twój pan tu jest!". Nagle wyskoczył zza starca dziwny stwór. Przypominał pancernika, ale był o wiele większy. Miał kolczasty pancerz, a ogon zakończony kolcami, podobny do cepa bojowego. Zwierzątko wpatrywało się w Kerda swoimi słodkimi ślepkami i wąchało go zawzięcie. W końcu wydało z siebie radosny kwik i skoczyło w jego ręce. Kerd nie wiedział o co chodzi, ale w końcu sobie przypomniał. Przecież jest magiem! A Harikassi to jego ukochany Towarzysz! Ale nie wiedział skąd Harikassi znalazł się tu przed nim. Będzie musiał się tego dowiedzieć. - To co najmniej wiemy, że jesteś magiem! Bo na wojownika to raczej nie wyglądasz... A więc jak się nazywasz??? - Jestem Kerd, po prostu Kerd. -Ach tak... Wyglądasz mi na Elfa, możliwe, że pół-szlachetnego, ale to trzeba by jeszcze zbadać, bo Szlachetnym, to raczej nie jesteś ( istnieją różne rodzaje elfów), jaki jest twój znak zodiaku? - Hm, to chyba Imperator. Tak to na pewno Imperator . - Ciekawe...... przystawię pieczęć i uczynię cię prawowitym obywatelem Etherwind. Proszę, oto 100 Stylli na początek. Niestety, nie mamy wolnych mieszkań, więc otrzymasz na własność pokój w Oberży Młokosa. Weź Akt Obywatelstwa i pozwolenie na pokój w oberży. Życzę Ci powodzenia! Kerd wyszedł z centralnego urzędu. Jego Towarzysz był tuż za nim. Okazało się, że trafił do miejscowości Alone. Była to nieduża wioska, kilka domów, oberża i dom kupca. Kerd rozglądał się niepewnie. - Wiesz, Harikassi- rzekł Kerd.- Masz pojęcie, gdzie jest ta oberża? - Raczej nie, Kerd. Ale spytajmy się miejscowych, nawet tego Dunnera, co tu właśnie idzie. Wesoły, mały ludek podskakiwał radośnie niosąc na plecach wielką torbę Soli Pieprznej. - Hej ty!! - zawołał Kerd. - Ja? Ja nie zrobiłem, ten tego.......- odpowiedział przerażony Dunner.- Nie róbcie mi krzywdy! - Chłopie! Ja nie chcę ci zrobić nic złego! Potrzebuję tylko informacji.- rzekł, przyjaznym tonem Kerd. - Zapewniam cię, nie chcemy twojej krzywdy- dodał pospiesznie, widząc przerażenie na piegowatej twarzy - Wiesz gdzie znajduje się oberża Młokosa? Jestem tu nowy, więc nie orientuję się zbytnio. -Ach! Przybysz! Oczywiście, że ci pomogę! Musisz iść prosto, do końca uliczki, aż zobaczysz dom z desek. To właśnie Oberża Młokosa. - Dziękuję ci bardzo!- powiedział Kerd i rzucił Dunnerowi 3 Stylle. - Panie! Nikt nie był dla mnie taki dobry! Dałeś mi pieniądze! Tatuś się ucieszy!- odpowiedział młody Dunner. Kerd zaczął zmierzać w kierunku Oberży Młokosa. Budynek z daleka odróżniał się od zwykłych ceglanych domków. Był wykonany z drewnianych, mahoniowych desek. Dach miał pokryty granitem, połyskującym niewinnie w świetle słońca. Kerd otworzył łukowate, obite mocną blachą drzwi, które skrzypiały niemiłosiernie. Zajęli miejsce przy stoliku. Podeszła do nich Nephilianka- kelnerka i spisała ich zamówienia. Kerd zauważył, że właściciel oberży- Młokos, spogląda na niego tajemniczo. Gdy zjedli obiad, podeszli do baru, aby porozmawiać z karczmarzem. - Witam, szanowny Młokosie- rzekł dziarsko Kerd- Proszę, przynoszę to z Centralnego Urzędu- i wręczył uszatemu gospodarzowi kartkę. - Hm, wszystko się zgadza. Jednak radziłbym, żebyś kupił sobie jakąś tandetną szatę u miejscowego, tandetnego, nędznego kupca (Młokos nie lubił kupca za to, że kiedyś, zamiast 5 kg Rakszy odważył mu 4,90kg i kazał zapłacić jak za 5kg), bo twój ubiór można uznać za gorszy niż tandetny. Che, che...- zaśmiał się. No cóż... w końcu miał rację. Strój Kerda wyglądał jak zwykła szmata, która była cała w łatach. Jakoś mag nie zwrócił na to wcześniej uwagi. Poczuł, że się rumieni. W końcu Harikassi przerwał trwającą ciszę: - Mógłbyś nam pokazać pokój? - Och! Oczywiście, pokój dla maga z Towarzyszem. Już się robi. Kiedy doszli do pokoju, Kerda aż zaćmiło. Wiedział, że jego pokój nie będzie luksusowy, ale to była istna rudera! Łóżko ze złamaną nóżką, szafka nocna pogryziona przez termity, skrzynka na ubrania bez zamka, posklejane butelki i świecznik (drewniany) z samym knotem. A dla Towarzysza- hamak. - Dobrej nocy!- odrzekł Młokos, perfidnie przy tym chichocąc. Przynajmniej pościel była czysta. Następnego ranka wyrwał Kerda ze snu przeraźliwy krzyk. Ubrał się pospiesznie, obudził Harikassi'ego i prędko zbiegł po schodach do baru w oberży. - Ręce do góry! - zagrzmiał jakiś mocny głos- Niech nikt się nie rusza, a nikomu nic się nie stanie! Ty, Młokos! Dawaj pieniądze, bo inaczej obetnę ci ten głupi łeb! - Już, już wyjmuję- odezwał się przez łzy Młokos. Kerd obserwował tę sytuację zza ściany, więc nikt się nie zorientował, że jeszcze ktoś znajduje się w barze. - Harikassi- powiedział Kerd- Jak myślisz, czas na dramatyczne wejście? - No, dobrze by było. Żal mi tego Młokosa, może perfidny, ale to też stworzenie. - Dobra. Wyskoczymy i spróbujemy ponegocjować. Jak się nie uda, to użyjesz swoich kwasowych mocy, Hari. - A co z tobą? Ty przecież jesteś magiem!- szepnął stanowczo Harikassi. - Wiesz, nie bardzo nie pamiętam jak się rzuca zaklęcia. Nie czarowałem od wieków! - Ale z ciebie leń, Kerd- zachichotał Harikassi. - Nie wymądrzaj się, tylko czekaj na mój znak- powiedział w skupieniu- Trzy, dwa, jeden, TERAZ!!!- i wyskoczył ze swojej kryjówki. Kerd nie był nigdy zbyt sprawny fizycznie, więc podczas skoku potknął się o schodek i wylądował twarzą na ziemi. - Cha, cha!! Co to za pajac , w jakichś tandetnych łachach!- zagrzmiał głos. Teraz Kerd zobaczył, że zbój to Retsit i szybko ocenił swoje szanse. On nie pamiętał zaklęć ,a Retsici byli wspaniałymi wojownikami. Ale przecież nie mógł tak zostawić biednego Młokosa! - Jestem Kerd, mag, a to mój Towarzysz Harikassi. Przyszedłem tu, aby ponegocjować. - Ponegocjować? Po co? - Nie mogę pozwolić na to, by Młokos cierpiał. Wyzywam cię na pojedynek. - Już nie żyjesz! Cykor!- powiedział szyderczo Retsit. Napastnik wypowiedział znienawidzone słowo, które wywoływało w Kerdzie straszliwą furię: "Cykor"!!! No i zaczęło się. Pierwszy natarł Retsit. Dzierżył w ręce ogromny miecz obosieczny. Kerdowi udało się uniknąć śmiertelnego ciosu, lecz został mocno draśnięty. Na nodze powstała paskudna, krwawa plama. Kerd popatrzył Retsitowi głęboko w oczy i wypowiedział słowa: "Erto, fertuno!". Z jego dłoni wyleciał pocisk czystej, magicznej energii, który przebił pancerz przeciwnika. Retsit machał mieczem we wszystkie strony, ale Kerd był dość zwinny i unikał najbardziej niebezpiecznych ciosów. Ciskał w Retsita magiczną energią, pomniejszymi ognistymi kulami ( nimi musiał trafiać bardzo precyzyjnie, ponieważ mogły wypalić dziurę w ścianie). W końcu Kerd padł na ziemię obolały i zmęczony. Używał czaru tarczy, by odpierać ataki Retsita. Napastnik dostrzegł słabość maga i chciał zadać ostateczny cios. W tym samym czasie Kerd powiedział cichym, słabym głosem: "Ojcze, pomóż...". Nagle błysło oślepiające światło i przed elfem pojawiło się jakieś widmo. Tajemnicza zjawa rzekła: "Nie bój się. Jestem przy tobie". Odepchnęła napastnika jednym ruchem dłoni. Z podłogi wyrosły wiązki zielonej energii i oplotły Retsita. Duch uśmiechnął się do Kerda i rozpłynął w powietrzu. Wszyscy obserwujący to zdarzenie nie dowierzali własnym oczom. Wątły, słaby mag pokonał umięśnionego Retsita. Kerd leżał obolały na ziemi. Krew ściekała mu z ran na piersiach, policzku, nodze. Harikassi podszedł do maga, kuląc ogon i popiskując. Przytulił się do niego. Ciszę zagłuszył Młokos: - Co tak stoicie i się gapicie?- krzyknął zdenerwowany- On jest umierający! Niech ktoś pędzi po uzdrowiciela! No, ruszać się! Kerd uratował wam wasze nic nie warte życia, a wy tylko się przyglądacie?!- słowa Młokosa wywołały głośną wrzawę. Kilkoro gości pobiegło po uzdrowiciela. Inni pilnowali pokonanego Retsita, obwiązanego zieloną energią. Wszyscy robili coś w sprawie Kerda. - Kerd? - Tak, Harikassi? - Dlaczego powiedziałeś "ojcze, pomóż"? Przecież nie pamiętasz swoich rodziców. - Sam nie wiem. Tak samo nie wiem, dlaczego przypomniały mi się te zaklęcia. - Patrz! Idzie Młokos!- i rzeczywiście. W ich kierunku właśnie zmierzał oberżysta. Niósł w ręku kawałek materiału. Kerd nie zwróciłby na niego uwagi, gdyby nie błyszczał tajemniczo. - Kerd- zaczął piskliwym głosem- Chciałbym ci się odwdzięczyć za to, że uratowałeś mnie przed tym Retsitem. - Och, to taka drobnostka!- odpowiedział Kerd, załamującym się głosem. - Nie, nie. To nie drobnostka. Przecież jesteś okropnie ranny. To jest szata wykonana ze skóry Granitowego Smoka, wzmocniona pokruszonym rogiem jednorożca. W całym Etherwind zrobiono tylko takie trzy. Po jednej na każdy kontynent. Ta szata jest bardzo odporna na ciosy, wzmacnia moc zaklęć i potrafi zmieniać kolor. No i ładnie wygląda. - Nie mogę tego przyjąć, nie jestem godzien. - A właśnie, że jesteś! Jeśli jej nie przyjmiesz, to spalę ją w kominku! A po drugie, taki czar jaki dzisiaj nam zaprezentowałeś widziałem tylko raz w życiu! Widziałem jak wykonywał go sam Imperator! Możliwe, że masz jakieś powiązania z rodziną królewską! - Ja i rodzina królewska? W życiu. Bardzo ci dziękuję za tę szatę, Młokosie. Niech bogowie cię błogosławią- i mag zemdlał.
Niedługo poważne zadanie
Następnego ranka Kerd obudził się w całkiem innym miejscu. Nie leżał w swoim rozklekotanym łóżka, ale na wygodnym łożu z ogromnym baldachimem, o przepięknych zdobieniach. Jednakowoż całe pomieszczenie było wspaniałe. Na ścianach wisiały gobeliny, na wielkim stole pośrodku pokoju stała platynowo- srebrna zastawa. Na małym stołeczku obok łóżka czekało już śniadanie. Znad porcelanowego garnca unosił się przepyszny zapach bulionu z Jentów, na talerzu leżała pieczeń wołowa oblana aromatycznym sosem, a w platynowym dzbanku była wonna herbata z drzewa Rodnego (w tych czasach było trudno zdobyć choćby dziesięć listków tej wspaniałej rośliny, toteż była bardzo droga). Również obok Harikassi'ego leżała taca pełna owoców i Jentowego, pieczonego mięsa. Towarzysz spał smacznie w wielkim koszu wypełnionym puchatymi poduszkami. Kerd nie miał zielonego pojęcia jak się znalazł w tak cudownym miejscu. Nagle drzwi otworzyły się z głuchym skrzypieniem. Do pokoju wszedł Młokos: - Jak się masz Kerd?- odezwał się swoim chropowatym, piskliwym głosem- Po tym, jak dałem ci szatę nagle zasłabłeś. Myślałem, że już po tobie, ale w ostatniej chwili wszedł uzdrowiciel, a dokładniej uzdrowicielka, najlepsza w całym Coastrage i okolicach. Podała ci jakieś ziółka i kazała przenieść do najlepszego apartamentu. No.. Jak ci się podoba? - Ech.., no jest wspaniały- odpowiedział niepewnym głosem Kerd.- I czuję się dobrze, szczególnie kiedy poczułem zapach Jentowego bulionu. Naprawdę pachnie znakomicie. - Przyrządziłem go według przepisu mojej babci! - A co do tej uzdrowicielki, kto to właściwie jest? - To piękna Szlachetna, Meribrathen Berth. Powiedziała, że jak poczujesz się lepiej to będzie chciała porozmawiać z tobą. Mówiła, że jesteś strasznie poważnym przypadkiem. Okropnie się o ciebie martwiła. Czuwała przy tobie do godzin rannych. Tak naprawdę to gdzieś dwie godziny temu zmusiłem ją, aby trochę odpoczęła. Chyba wpadłeś jej w oko, Kerd!- i zachichotał perfidnie. - Cha, cha! Bardzo zabawne- rzekł oburzony Kerd- Ja? Komuś podobać się? Jestem tylko jakimś leśnym Elfem, na dodatek wyglądam jak wyjątkowo wymęczony anemik! Co ona może we mnie widzieć? - Liczy się to co ma się wewnątrz, Kerd. Kiedyś to zrozumiesz. Masz tylko 195 lat ( to ok.19 lat). Jesteś jeszcze dzieckiem. - Nie jestem dzieckiem! Jakbym chciał, to mógłbym cię rozwalić jednym mocnym zaklęciem! - Nie jestem pewny, czy byś mnie rozwalił. Młokosy są odporne na magię w 98%. che, che. Po chwili Młokos wyszedł z pokoju. Mocno przemyślał słowa oberżysty. "Liczy się to, co ma się wewnątrz"- to zdanie brzęczało mu w uszach przez dłuższą chwilę. Drzwi otworzyły się ponownie. Tym razem ujrzał w nich grupkę ludzi, którzy położyli mu przy łóżku paczki. Kiedy wyszli, Kerd wstał, aby je obejrzeć. Leżały tam ubrania, zwoje z zaklęciami, profesjonalne zestawy alchemiczne, wszystko pakujący plecak, ogromny worek z przysmakami oraz wielki wór, w którym znajdowało się Drzewo Rodne. "Ci ludzie są dla mnie za dobrzy"- pomyślał, lecz nagle poczuł straszliwy ból i krzyknął przeraźliwie. Zemdlał. Gdy się obudził, zobaczył, że jakaś kobieta kroi coś przy stole. Kerd myślał, że to pewnie służąca. Nagle postać odwróciła się. Elf ujrzał najpiękniejszą twarz ,jaką kiedykolwiek widział. Miała delikatne rysy, różane policzki, a srebrnoblond włosy połyskiwały jej lekko w świetle lamp naftowych. -Witaj Kerd-powiedziała melodyjnym głosem z pięknym akcentem tajemnicza nieznajoma.- Jestem Meribrathen Berth. Czujesz się już lepiej? -Ja.... ten tego.. eeeeee- nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Był tak ogłupiały urodą Meribrathen, że stracił kontakt z rzeczywistością. - No spokojnie, Meri chce się dowiedzieć, czy coś cię boli.- powiedział Towarzysz uzdrowicielki. Był to mniejszy Czarodziejski Smok o złotej skórze i motylich skrzydłach. - Kerd czuje się dobrze- teraz odezwał się Harikassi, który pożerał wzrokiem małą smoczycę. - Muszę obejrzeć rany, posmarować cię maściami. To nie będzie bolało. Meribrathen podeszła do Kerda. Delikatnymi palcami odwiązywała powoli bandaże, obserwując go ukradkiem. Elf był w siódmym niebie. Wszyscy traktowali go jak bohatera, spał w luksusowym apartamencie za darmo i opatrywała go śliczna uzdrowicielka. Myślał, że to wszystko jest snem. Nie wiadomo czemu skusił się na dotknięcie ręki Meribrathen. Objął niepewnie jej dłoń i popatrzył jej w oczy. Szlachetna zarumieniła się i pocałowała Kerda w policzek. Mag poczuł się, jakby wypił naraz dziesięć wywarów z Soli Pieprznej. Nie zdziwił by się, gdyby z uszu buchnęła mu para. Po kilku dniach Kerd wyszedł wreszcie na świeże powietrze. Ubrał szatę z granitowego smoka i założył złoty pas. Nagle podbiegł do niego dziwny osobnik, przypominał Izyta. - Kerd! Kerd! Czy to ty?- krzyknął Izyt. - Tak to ja, a co? - Jestem Zarbo.- powiedział łapiąc oddech. Izytom trudno było poruszać się na powierzchni.- Przysłał mnie Naczelny Głos z miasta Lont. Słyszał o twoich wyczynach i zamierza się z tobą osobiście spotkać. Chce przeprowadzić test na wiarygodność. Prosi, abyś stawił się u niego jutro wieczorem. - Dobrze, przekaż mu, że będę! Kerd nadal wędrował po okolicach Alone. Zastanawiał się, dlaczego Naczelny Głos chciał się z nim spotkać. Przecież pokonanie Retsita nie jest ogromnym wyczynem. Trudno, musi czekać do jutra. Nazajutrz Kerd, jak zwykle, został obsłużony wykwintnym posiłkiem, Meribrathen opatrzyła mu rany, a Harikassi, za pomocą księgi magii dla zaawansowanych, próbował uczyć go nowych zaklęć. Jednak Kerd był tak podekscytowany dzisiejszym spotkaniem, że nie można było w niego wpoić choćby prostego czaru subatomowej mocy magicznej. -Kerd, skup się!- wrzeszczał Harikassi- Jak tak dalej pójdzie to nigdy się nie nauczysz zaklęć z podręcznika dla zaawansowanych! A jak Naczelny Głos będzie chciał, żebyś zaprezentował swoje magiczne zdolności? - To zaprezentuję zaklęcie z tym widmem- odpowiedział obojętnie. -Och! Przecież próbowałeś je ćwiczyć i nic z tego nie wychodziło! Pewnie możesz je rzucać kiedy jesteś bardzo ranny lub strasznie przestraszony. - Ale mi się nie chce! Jestem za bardzo podekscytowany. - Może ja pomogę? Kerd i Harikassi obrócili się gwałtownie i ujrzeli w drzwiach Meribrathen. Ubrana była w lekko prześwitującą szatę, wykonaną z delikatnego jedwabiu. - No dalej Kerd. Głos na pewno będzie chciał, abyś zaprezentował swe umiejętności. Ja też kiedyś u niego byłam i zażądał pokazania czarów uzdrawiających i kapłańskich. -AAAAAAAA....eeeeeee...oooooooo............- Kerd nie mógł wydusić z siebie słowa, tak był ogłupiały pięknem Meribrathen. - Chodź Kerd. Nauczę cię zaklęcia subatomowej mocy magicznej. Kerd podniósł się chwiejnie i podszedł do stołu. Harikassi wziął w pyszczek księgę i podał ją Meribrathen. Ona, z wdzięczności, pogłaskała go delikatnie. Harikassi przewrócił się na plecy z rozkoszy. - A więc najważniejsza jest koncentracja. Skup się na powstaniu subatomowej mocy w twoim umyśle, poczuj jak ona się tworzy. Czujesz to? -Tak, o tak. Teraz uformuj dłonie w magicznym geście i wypowiedz słowa: "Atomes Energis!" i wypuść kulę. Spróbuj rozwalić ten tytanowy posąg, który właśnie wyczaruję.- machnęła ręką i z podłogi wyrósł tytanowy blok, który uformował się w podobiznę Kerda. W końcu Kerd utworzył w dłoniach kulę i wypuścił ją. Energia przeleciała przez pokój i roztrzaskała na małe kawałeczki tytanowy postument. -Myślę, że czas na przerwę. Alex (tak nazywała się smoczyca Meribrathen), poleć do Młokosa i powiedz mu, żeby przyniósł kolację. Szybko! - Dobrze, pani!- odpowiedziała Alex i błyskawicznie wyleciała z pokoju. Meribrathen patrzyła się przez okno. Wiatr rozwiewał jej idealnie wyczesane, srebrzyste włosy. Uśmiechnęła się i podeszła do stołu. Zaczęła rozcierać tłuczkiem dziwne, świecące zioła. Przypominały Ziele Intelektu. Podała je Kerdowi. Poczuł, jakby wlewano mu do głowy tysiące litrów oleju. Po prostu zrobił się mądrzejszy. - To jest proszek z Ogonowca Kracistego. Sam odczułeś, jakie ma skutki.- i uśmiechnęła się tajemniczo.- Będziesz mądrzejszy i lepiej skoncentrowany. Mam nadzieję, że to ci pomoże. -Oczywiście, że mi pomoże. Wszystko co mi dajesz, jest najlepsze!- schlebił jej Kerd. Meribrathen uśmiechnęła się lekko i wyszła z pokoju. Kerd był nieco podekscytowany, w każdym bądź razie tajemniczy Izyt nie wytłumaczył mu, dlaczego ma się zjawić u Głosa. Niedługo wszystko się okaże... Nastawał wieczór. Na niebie pojawiły się wszystkie gwiazdy. Miasteczko stało się dziwnie opustoszałe i ciche. Kerd ubrał swą magiczną szatę, na nią włożył płaszcz z futra Niedźwiedzia Dużego. Wyszedł z oberży i zmierzał w kierunku przystanku Jentów transportowych. -Dlaczego się spóźnia?- spytał się Kerd Harikassi'ego- Dawno powinien być. -Nie wiem, może musiał się zatrzymać na załatwienie potrzeb fizjologicznych, che che. Nagle, z ogromną prędkością, wskoczył na stację dorodny Jent. Były to zwierzęta o łagodnym usposobieniu, mające pięć metrów wysokości i otwieraną skorupkę, do której wchodzili pasażerowie. Ludzie zebrani na stacji szybko zaczęli zajmować miejsca. Mag wykupił miejsca w pierwszej klasie, więc nie obawiał się, że nie starczy dla niego miejsc siedzących. Usadowiwszy się na fotelu, poczuł dziwne pociągnięcie w okolicach pępka. Jent ruszył do miasta Lont. Miasto Lont, pierwsze poważne zadanie
Podróż nie trwała długo. Zaledwie pół godziny. Skorupka Jenta się otworzyła. W oczy Kerda uderzyły światła lamp magicznych dochodzących z Lont. Było to miasto bardzo duże, a szczególnie- niezwykle piękne. Stację Jentów otaczały majestatyczne posągi z Platyny. W oddali można było ujrzeć wspaniały śnieżnobiały pałac, który wręcz raził w oczy swą bielą. - Kerd, wiedz gdzie znajduje się siedziba Głosów?- spytał Harikassi. - Nie. Trzeba popytać się miejscowych. - Tylko nie to!- wrzasnął oburzony Hari- Nie chcę znowu trafić na jakiegoś Dunnera, któremu na pociechę trzeba dawać Stylle! - Nie marudź Hari. Przecież to moje pieniądze! - Ach tak?! No i zaczęło się. Harikassi i Kerd droczyli się z dobre dwadzieścia minut, kiedy zaczepił ich bogaty Szlachetny, odziany w szatę szytą platynowymi nićmi. - Panowie!- odrzekł dziarskim tonem.- proszę się uspokoić! - A niech się pan wypcha! Ja muszę spuścić tęgie lanie temu...... nie wiadomo czemu!- odpowiedział Kerd niezwykle wojowniczo. - Czy pan to Kerd, przybysz z Alone? - Tak to on!!! Ten pędrak jakiś!!!- tym razem odezwał się Harikassi. - Och, to pan, panie Kerd! Przepraszam, że od razu pana nie poznałem. Przecież ma pan tak wojowniczy charakter, że trudno pana pomylić z kimś innym (ech, co za idiota). - A co pan do mnie ma?- huknął Kerd. - No, to ja jestem Naczelnym Głosem. Kerda aż zatkało. Myślał, że w sprzeczce z Harikassim przeszkodził mu jakiś bogaty mieszczan. Mag nie wiedział jak się z zachować. - Och! Panie, Naczelny Głosie! Gdybym wiedział, że to pan, zachowałbym się zupełnie inaczej. - To właśnie był początek testu. Następnym twoim celem, Kerd, będzie odnalezienie mnie. Pamiętaj, na pewno nie będę przebywał w siedzibie Głosów. Mogę się nawet ukrywać pod inną postacią. Jednakowoż, udzielę ci paru wskazówek - Wskazówek? - Tak. Jednak nie będą to podpowiedzi w tradycyjnej formie, ale zagadki. Jesteś gotów, Kerd? - No pewnie. A czy ja nie byłbym gotów? - W to nie wątpię. A więc zaczynam:
Spójrz w me odbicie, Spójrz trochę na bok, Wpatruj się w oczy, Na twarzy wąsatej. - Tak brzmi pierwsza zagadka.. Życzę ci powodzenia! Do zobaczenia!- zakończył Głos i przeteleportował się. - Hari, co to może oznaczać?- spytał się Kerd. - Nie mam pojęcia, wyrecytuj tę zagadkę. - Poczekaj, muszę sobie przypomnieć... A! Już wiem!- i powiedział wierszyk. - „Spójrz w me odbicie”, hm, odbicie. Tu chyba chodzi o lustro. Tak, na pewno. – powiedział Harikassi. - Przecież w tym mieście może być z milion luster! Jak znajdziemy to właściwe? - Poczekaj, myślę. Zaraz, zaraz. Ja tu główkuję, a ty siedzisz! Czy to nie przypadkiem twój test? Ty jesteś magiem! Pomyśl, logicznie!- krzyknął Towarzysz.- No, pomyśl! Choć raz, che,che.-zarechotał perfidnie. - Nie bądź taki sprytny! Ale masz rację, trzeba trochę pomyśleć. Nie uważam, że mowa tu o lustrze. To by było za proste- powiedział Kerd, zapatrzony w taflę Księżycowego Stawu. Spojrzał na wielki zegar, który właśnie wybił godzinę dwudziestą. Ze wskazówek wytrysnęły magiczne gwiazdki, które odbiły się od stawu, formując się w wielką, wąsatą twarz , przedstawiającą zastępcę Imperatora. Kerda olśniło. - To oczywiste!- wykrzyknął i złapał Harikassi’ego za ogon. Rzucił na siebie zaklęcie przyspieszające ruch i niezwykle szybko znalazł się przy brzegu Księżycowego Stawu. Patrzył to na Harikassi’ego, to na wąsatą twarz. Przyjrzał się bardzo uważnie oczom postaci. Potem spojrzał na tarczę zegarową. Na wskazówce stał Naczelny Głos. Kerd, dosłownie automatycznie, rzucił zaklęcie lewitacji i ,razem z Harikassim, poszybował w stronę zegara. - Wspaniale Kerd! Przeszedłeś pomyślnie pierwszą próbę. Zobaczymy jak sobie poradzisz z następną- rzekł dziarsko Naczelny Głos. - Na czym ona polega?- spytał się mag. - Zaraz zobaczysz- i to powiedziawszy, Głos przeteleportował ich w jakieś dziwne miejsce. Wyglądało jak jakaś szklarnia. A najdziwniejsze było to, że były w niej też dwa kotły z kwasem, nad którymi wisiały dwie Meribrathen! Zupełnie identyczne! „Która jest która?”- pomyślał Kerd. - A więc! Twoja kolejna próba polega na rozpoznaniu prawdziwej Meribrathen Berth. Możesz zadać najwyżej dwa pytania. Kerd stanął jak wryty. Los jego ukochanej zależał od jakichś głupich pytań. Musi wytężyć mózg tak, jak nie wytężał nigdy w życiu. - Dobra. Meribrathen, co dałaś mi przed wyjazdem do miasta Lont? - Proszek z Ogonowca Kraciastego- odpowiedziały jednocześnie. - Hm- zastanowił się.- Która z was jest prawdziwą Meribrathen Berth? - Ja jestem!- odpowiedziała pierwsza - Ona jest prawdziwa!- odpowiedziała druga. Po krótkim namyśle, Kerd odpowiedział: - Wiem, która jest prawdziwa! Wybieram drugą! - Brawo, Kerd! Udało ci się! Jak się domyśliłeś? - Pierwsze pytanie zadałem ot, tak. Natomiast na drugie, tylko nieprawdziwa Meri powiedziałaby, że to ona jest tą właściwą, ponieważ prawdziwa Meribrathen na pewno znała cel tego testu. Więc wybór był oczywisty. - Ekhm! Przepraszam, że panom przeszkadzam, ale czy ktoś uwolni mnie z tych magicznych więzów?- zapytała nieśmiało panna Berth. Wciąż wisiała nad kotłem z kwasem, obwiązana zieloną, magiczną energią. - Ależ oczywiście! To potrwa tylko momencik.- rzekł Naczelny Głos. Machnął ręką i więzy się rozproszyły. Meribrathen wylądowała lekko, niedaleko wielkiego kotła. Wyjęła z sukni ogromną, złotą szczotkę i rozczesała włosy, które zaczęły, jak zwykle, niewinnie błyszczeć. Kerd zaczął wpatrywać się w Meribrathen. Ona posłała mu „buziak w powietrze”, a on poczuł, że jest mu tak gorąco, jakby ktoś mu przyłożył rozżarzony węgiel do, hm, czterech liter. I w istocie, elf stanął za blisko kotła i podpaliła mu się szata. Mag zaczął wrzeszczeć i tarzać się z bólu. - Ech, naprawdę z niego wielki idiota.- rzekł z ironią Głos, rzucając na podpalonego Kerda zaklęcie Większego Strumienia Wody. Mag uśmiechnął się i, jak zwykle, zemdlał. Kerd myślał, że znajduje się już w Gaju Matki Natury, gdy nagle przemówiły do niego znajome głosy: „Ten to tylko mdleć porządnie umie, che, che!”- odezwał się jeden piskliwie. Był to głos Młokosa. Ale skąd on tutaj, w Lont? A może to Kerd znajdował się znów w Alone? - Nie męczmy go zbytnio. On musi odpocząć. Nie każdy wytrzymałby „atak” magicznego ognia- rzekła Meribrathen. Kerd usłyszał, że ktoś coś uciera i rozlewa do pojemników. Otworzył jedno oko i ujrzał Meribrathen siedzącą obok Młokosa. Zaczęli cicho rozmawiać: - Jak myślisz Młokosie? Czy Kerd może być nim?- zaczęła Meribrathen. - Bardzo możliwe. Spełnia wszystkie wymagania. Jednak pozostali dwaj kandydaci też są bardzo przekonujący. - Jednakowoż ten prawdziwy powinien być Elfem Smoczym Serafinowym. Ten inny mag, Gerard, jest najbardziej podobny do Elfa Smoczego. Nie wiem, co o tym myśleć. Wszystko się okaże w swoim czasie. - Masz rację. Musimy zaczekać do końca testów. Kerd podniósł się wreszcie. Harikassi podbiegł do niego i przytulił się mocno. Elf odchrząknął, a Meribrathen i Młokos odwrócili się. - Hm, żądam wyjaśnień! O co chodzi z tymi Elfami Smoczymi? I gdzie się właściwie znajduję?- spytał się Kerd wojowniczo. - Ekhm, znajdujesz się aktualnie na przedmieściach Lont, gdzie rozpoczną się następne testy. A z tymi Elfami, to jest taka sprawa...- Młokos urwał i przełknął ślinę.- ...... że poszukujemy rzadkiego rodzaju Elfów Serafinów. I ty, Kerd, spełniasz pewne wymagania, co świadczy o tym, że możesz być z nimi powiązany. - Ja? Nie wierzę! Przecież do tej specjalnej odmiany należy jedynie Imperator! Jeśli ja miałbym nim być, to byłbym..... - Synem Imperatora- dokończyła Meribrathen.- Ale najprawdopodobniej jest nim mag Gerard. Posiada on niezwykłe zdolności, przypisane Elfom Serafinowym. Dzisiejszy test rozstrzygnie wszystko. Przygotuj się do niego, Kerd. Kerd patrzył to na Młokosa, to na Meribrathen. Jego intelekt nie mógł pojąć, że to on mógłby mieć powiązania z rodziną królewską. Nie, to na pewno nie on. Będzie musiał to przemyśleć. Zasłabł. Słońce zachodziło i skąpało całe Lont w czerwonym, delikatnym świetle. Dunnerzy wracali do swych słomianych chatek, po ciężkim dniu pracy na roli. Jenty kładły się do snu. Dało się słyszeć ciche pohukiwania sów. Naczelny Głos przygotowywał zadania testowe. Siedział w swoim gabinecie, patrząc się obojętnie przez okno. Do głowy nie przychodziły mu żadne pomysły. Choć dawno już otrzymał od samego Imperatora zadania obowiązkowe, to sam chciał kilka wymyślić. A jeżeli trafi na złego kandydata? Czy Imperator każe wygnać go na Deathricks? Miał, wprawdzie portret syna Imperatora, ale był on na nim w wieku 42 lat. Głos nie wiedział, co począć. Nadszedł czas testu. Wybiła równo dziesiąta, kiedy wszyscy kandydaci zebrali się na przedmieściach Lont. - Witajcie! Najwyższa pora was sobie przedstawić. Pierwszy z lewej to Gerard, mag o niespotykanej mocy.- Gerard uśmiechnął się tak, jakby już wygrał test. Spojrzał głęboko w oczy Kerda. Wzbudziło to podejrzenia naszego bohatera. - Następny, także mag, Elf Kerd! – Gerard znów dziwnie na niego spojrzał- I został ostatni kandydat, to wspaniały Szlachetny rodzaju Skrzydlatych. Niemien!- Niemien ukłonił się nisko i zatrzepotał majestatycznymi skrzydłami.- Prezentację mamy już za sobą, więc przystąpię do przedstawienia zarysu zadania. Po pierwsze: będziecie musieli spędzić tu noc. To wydaje się bardzo proste, ale.... no właśnie. Jest jedno „ale”. Głównym zadaniem jest odnalezienie Srebrzystego Smoka i zdobycie jego serca. Może to się wydawać brutalne, nawet nieludzkie, jednak jest konieczne, gdyż tylko Elf Smoczy Serafinowy potrafi odnaleźć ten rodzaj smoka, ba, i pokonać go! Macie czas do rana. Życzę powodzenia!- i to powiedziawszy zniknął. Magowie zaczęli się na siebie patrzeć. Niemien wyglądał na przerażonego, trzęsły mu się skrzydełka. Gerard mówił coś do siedzącego na jego ramieniu Towarzysza- pomniejszego Czarnego Smoka Cienia. Kerd, nie wiedzieć czemu, Gerarda nie lubił od samego początku. Emanowała od niego jakaś dziwna energia, trochę mroczna. Zdawać by się mogło, że on nie jest istotą rodzaju Śmiertelnych. Harikassi wskoczył do torby Kerda, wykonanej z ciepłej skóry niedźwiedziej. Cóż, zaczynało się robić zimno, czas ruszać na poszukiwanie Smoka Srebrzystego. - Ja ju, już i, idę.- wyjąkał Niemien i wsiadł na swojego Towarzysza- Śnieżną Panterę Bojową. Gerard skinął głową, zmienił się w kruka i poleciał w kierunku gór. Kerd został sam, wraz z Harikassim. - Hari, my też ruszajmy.- zagaił niepewnie Kerd. - Masz rację. Chociaż z tym jednym się z tobą zgodzę.- zaśmiał się perfidnie. - Znowu zaczynasz tę swoją głupią gadkę. Po pierwsze, teraz naprawdę musimy się skupić na zadaniu. To nie są przelewki. A poza tym, chcę uratować tego smoka. To przecież też stworzenie. Zdaje mi się, że Głosowi nie chodziło dosłownie o zdobycie jego serca. Musi być w tym jakiś haczyk... - Na pewno jest. Zabijanie smoków jest nielegalne. Chyba, że... zezwolenie na unieszkodliwienie takowego wyda sam Imperator. Nie rozmyślajmy lepiej zbyt dużo nad tą sprawą. Nadrzędnym celem jest odnalezienie tego pana Srebrnego. Chodźmy. I wyruszyli. Szli i szli. Kerd od czasu do czasu rzucał zaklęcie przyspieszające ruch. Księżyc był już wysoko. Mogła być godzina dwudziesta czwarta. Wiatr szeleścił liśćmi drzew. Czasem coś przebiegało przed Kerdem i Harikassim, ale później się okazywało, że to Jent lub zdziczałe Kurcze Mantara. Dało się słyszeć wycie wilków i trzepot skrzydeł Shnaiperów. Wszystko wydawało się po prostu straszne. W końcu dotarli do wielkiej skały i zatrzymali się na odpoczynek. Kerd wyjął z torby placek i orzeszki, a Harikassi wykopał sobie z ziemi kilka tłustych robaków. Nagle mag usłyszał krzyk. Wstał, mając usta wypchane orzeszkami. Ktoś się zbliżał. Zaczął się nasilać tupot nóg i trzask łamanych gałęzi. Kerd ułożył ręce w magicznym geście, przygotowany na najgorsze. Z krzaków wyleciał wrzeszczący Niemien. Skrzydła miał całe zadrapane. W niektórych miejscach nawet obficie krwawiły. Gonił go jego Towarzysz! - Kerd! Ratuuuj!- krzyknął Niemien.- Perełeczka się wściekł! Ugodziło go jakieś zaklęcie i zwariował. Rzucił się na mnie! Nie mogłem go powstrzymać! AAA! – w tym momencie urwał, gdyż Perełeczka naskoczył na niego od tyłu. Zaczął kąsać i drapać jego skrzydła. Zza kamienia wyskoczył Harikassi i ugodził Perełeczkę kwasową strzałą. Śnieżna Pantera przestała gryźć Niemiena, odwróciła wzrok w stronę Hari’ego. W oczach Towarzyszy zabłysnął magiczny Płomień. Było to zjawisko bardzo rzadkie, zdarzało się tylko przy walkach magów na śmierć i życie. Kerd nie mógł stać i patrzeć. Podbiegł do Niemiena i rzucił na niego kilka zaklęć energetyzujących. Harikassi i Perełeczka kąsali się zawzięcie. Kerd zauważył, że za każdym zranieniem Śnieżnej Pantery Niemien zwijał się z bólu. No tak! Przecież mag i Towarzysz byli związani duchowo i cieleśnie! - Harikassi! Nie kąsaj Perełeczki!- wrzasnął mag.- Kiedy to robisz, ranisz także Niemiena! - Dobra! Postaram się unikać ciosów! - Trzymaj się kolego. Perełeczka uderzył w Harikassi’ego kulą energii. Mały Towarzysz pisnął i upadł na ziemię. Kerd także poczuł ten okropny ból. Nieoczekiwanie zza drzewa wyskoczył Gerard wraz ze swoim smokiem. Odrzucił Śnieżną Panterę od Hari’ego falą uderzeniową. Wymamrotał coś i wskazał palcem na Perełeczkę, który nagle znieruchomiał i zemdlał. Niemien także. - Gerard! CO IM ZROBIŁEŚ?! Mów!- powiedział z oburzeniem Kerd. - Jeśli to tak bardzo cię interesuję to właśnie uratowałem im życie. Zdjąłem zaklęcie z Towarzysza Niemiena. Mdlenie to skutek uboczny, przejdzie za pięć minut. - Nie wierzę ci zbytnio. - To już twoja sprawa. Ale wiedz, że jakbym nie wkroczył to byście już leżeli trupem. Faktycznie, Gerard miał trochę racji. Jednakowoż, Kerd nadal nie miał do niego zaufania. Patrzył na niego spode łba gdzieś z pięć minut, kiedy obudził się Niemien . - Gdzie, gdzie ja jestem? – zapytał niemrawo skrzydlaty mag. - Nadal w tym okropnym lesie.- odpowiedział Gerard i uśmiechnął się. Wywołało to u Kerda ogromne zdumienie, gdyż nie widział jeszcze, by Gerard szczerze się uśmiechał. Elf chyba powoli zaczynał mu ufać. - Nie siedźmy tu tak bezczynnie. Chyba pamiętacie o zadaniu, nieprawdaż? – zagaił Kerd.- Musimy znaleźć smoka. - Zgadzam się z tobą.- odpowiedział Niemien.- A więc, w drogę! Chodź Perełeczka!- wskoczył na panterę i zanurzył się w ciemnościach. - Idę.- odpowiedzieli jednocześnie Gerard i Kerd. Ten pierwszy poszedł na wschód, a drugi na północ. Kerd zawędrował bardzo daleko. Było widać szczyt samotnej Wieży – Góry, siedliska wstrętnych potworów, także smoków. Jednak Kerdowi coś podpowiadało, że Srebrzysty Smok nie znajduje się tutaj. Harikassi upierał się przy innej teorii: - Och, Kerd! Przecież wszystkie smoki z okolicy tu przylatują! - Nie byłbym taki pewny, Hari. A jeśli on nie jest z okolicznej bandy smoków? - Źle myślisz. Wiesz mi, ja też bym chciał żebyś okazał się Synem Imperatora. To by było takie piękne! Wykwintne jedzenie, mnóstwo Stylli, ponętne...- i urwał w tej chwili.- Kerd co ci jest? - Nie mogę złapać oddechu! – powiedział Kerd, trzymając się za szyję i dysząc. - Dlaczego sam siebie dusisz?- krzyknął Towarzysz. - Moje ręce.........aa!......nie chcą się odczepić! To jakby pod wpływem cudzej woli! Harikassi ratuj! - Ale co mam robić!- Harikassi wiercił się gorączkowo.- Ja posiadam tylko kwasowe moce! Nie potrafię ściągać zaklęć! - Ja....ja....... umieram!- wydusił z siebie Kerd i upadł na ziemię nadal dysząc. Jedno drzewo zaczęło palić się czerwonym światłem., które oślepiało. Zaczęła wychodzić z niego jakaś dziwna postać, jakby dym. Zaświeciła ponuro brunatnymi oczami i zasyczała. Popatrzyła najpierw na Hari’ego, a potem na Kerda. Przemówiła: - Ersi, Kerd ma feliti pour’de woich. Colliat me dux , comes? - O czym ty gadasz potworze! On umiera a ty w jakiś nieznanych dialektach mi kazania wygłaszasz!- wykrzyczał Harikassi przez łzy. Postać machnęła ręką i utworzyła płomienie, które ułożyły się w napis: „Drogi, Kerd nie na czas zamyka oczy. Będziesz jego przywódcą Towarzyszu?” - O co ci chodzi? Lepiej mu pomóż! - Garshyn, comes collia me dux.- postać dokończyła. Podeszła do Kerda, przyłożyła mu rękę do szyi i wypowiedziała zaklęcie. Mag otworzył oczy. - A, Kerd! Jo’v ert can mekag nawratac?- tajemniczy osobnik znów przemówił. - Ja, ja. Neine glivicks a met .- Kerd odezwał się w dziwnym języku.- Och! Co ja mówię! Co to za język? A!- i spojrzał na „dymową” zjawę.- Co to za stworzenie! - Ime neme Shadow.- zaśmiał się.- Ech, Kerd. Zacznę lepiej mówić waszym językiem. Cóż, jestem Cieniem, kimś rzadko spotykanym na Cesimp. Zauważyłem, że się dusisz, więc wyszedłem ci na pomoc. A tak przy okazji, to nazywam się Shadow. - No dobra Shadow, skąd wiedziałeś jak się nazywam? - Kerd, Cienie wiedzą więcej niż myślisz, nawet to, gdzie znajdują się Srebrzyste Smoki.- i tu zachichotał. - Powiesz mi gdzie się znajdują? Proszę!- powiedział Kerd robiąc „ładne oczka”. - Oj, nie wiem. Będę wredny i ci nie powiem. Cienie słyną z wredności. - Grr!- zawarczał Kerd. - A może powiem? Sam nie wiem. Ale lepiej będzie jak zadam ci zagadkę w moim języku. - Ale ja go nie znam! - Jak to nie znasz? A to co powiedziałeś to co było, hm? - Nie wiem , jakoś tak miałem przebłysk pamięci i wiedziałem co powiedzieć. - Trudno. Musisz sobie poradzić. Słuchaj uważnie, recytuję: Neme Shadow, Zto meber? Selvir Draco ter komm, Ret osvit Shadow neme glik. - Co to ma być?- spytał się Kerd.- Tylko w tym rozumiem Shadow, nic więcej. - Och, skoncentruj się!- odezwał się wreszcie Harikassi, siedzący dotąd cicho.- Musisz pomyśleć, jak pomyślisz to rozwiążesz zagadkę. - Więc myślę. „Neme Shadow”, to na pewno chodzi o imię Shadowa . „Zto”, co to może być? Ach! To oczywiste! „Zto” to to samo co „CO”! „Imię Shadow, co......co......oznacza”! Tak to jest to! - Kerd jestem z ciebie dumny. Chociaż raz wykazałeś się intelektem, choć marnym. - Nie dekoncentruj mnie Hari. „Selvir Draco”, hm, hm, „draco” to smok, a „selvir”...srebrny! Mam dalszą część zagadki! „Imię Shadow, co oznacza? Srebrny Smok jest tam..... Ret osvit neme glik..... Jest tam, gdzie znaczenie imienia Shadow siedzi! Mam całość ! Ale, o co w tym chodzi? Jakie może być znaczenie imienia „Shadow”? - Nie mam pojęcia, może chodzi o coś ciemnego.... - Brawo Hari! Jesteś genialny!- krzyknął Kerd z radości i pobiegł w kierunku starej, ciemnej jaskini. - Ja genialny? Ach! – zdumiał się Towarzysz.- Ej! Poczekaj trochę! - Shadow, jestem twoim dłużnikiem. Nigdy ci tego nie zapomnę! - Nie ma za co. – odpowiedział Cień.- Nie bój się, niedługo się spotkamy.- dodał ciszej. Kerd pędził co sił w nogach. Harikassi, choć dość szybki, ledwo nadążał. Dotarli wreszcie do wielkiej, ciemnej jaskini. Patrzyli się w na nią chwilę. - „Ret osvit Shadow neme glik”.- zacytował Kerd.- „Gdzie znaczenie imienia Shadow siedzi”. - Dokładnie.- potwierdził Harikassi. - To było proste. „Shadow” oznacza „cień”. Więc trzeba było poszukać miejsca, w którym zawsze jest ciemno. Teraz trzeba tu tylko wejść i znaleźć Srebrzystego Smoka. - No, ale ja tam nie wejdę! Jest, je, za, za ciem, ciemno!- wyjąkał wystraszony Towarzysz. - Od czego są zaklęcia Światła? Chodź, nie ma się czego bać. I weszli do jaskini. Harikassi „strzelał” zębami ze strachu. W tajemniczej grocie było ciemno i zimno. Wiatr świszczał, krople wody spływały ze zwisających stalaktytów. - Kerd, rzuć na to trochę światła.- powiedział Harikassi. - Jasne.- odpowiedział mag. Kerd machnął ręką i wokół niego pojawiła się żółta poświata. Teraz dopiero mogli zobaczyć piękno tej jaskini. Stalaktyty i stalagmity uformowane w zaskakujące formy, przypominające smoki. Poza tym, na kremowych ścianach groty widniały wspaniałe malowidła, na których przedstawione zostało życie Srebrzystego Smoka. Harikassi oglądał wszystko ze zdumieniem, kiedy nagle coś go niezwykle zainteresowało.... - Kerd, patrz tutaj!- zawołał.- Na tym obrazku jest mały Kwasowy Pancernik.- w istocie. Na jednym z malowideł był rzeczywiście narysowany Kwasowy Pancernik, a obok niego dziecko bawiące się w towarzystwie Srebrzystego Smoka. Bestia woziła go na swoich lśniących plecach i była najwyraźniej z tego zadowolona. Kerd wpatrywał się tępo na obrazek i nagle poczuł w sercu dziwny ból. To jakby ból tęsknoty za domem, bezpieczeństwem, miłością. Ta chwila dała mu wiele do myślenia, ale na myślenie teraz nie było czasu. - Harikassi, ruszajmy dalej.- odrzekł Kerd, a łza mu spłynęła po policzku. - Masz rację, czuję coraz bardziej zapach siarki, cel jest blisko. Wędrowali dalej i usłyszeli krzyk Niemiena. Przyspieszyli kroku i po pewnym czasie zobaczyli Srebrzystego Smoka, który trzymał w łapach Skrzydlatego Elfa. Perełeczka piszczał i starał się odwrócić uwagę smoka, lecz on nie był nim zainteresowany. Kerd nie czekał długo. Wziął jedną z leżących obok kości i ugodził bestię w łapę. Smok odwrócił głowę i zaczął szarżować na maga. Wystraszony Kerd uciekał co sił w nogach, ale w końcu znalazł się w ślepym zaułku. Potwór przyjrzał mu się uważnie i obwąchał go. Zawarczał i obnażył kły. Otworzył paszczę i Kerdowi ukazało się serce Srebrzystego Smoka! - Kerd! Już pędzę na ratunek!- to Gerard wbiegł do groty. Jego Towarzysz powiększył się i rzucił się na Srebrzystego Smoka. Bestie kąsały się zażarcie. Gerard zauważył, że Kerd jest ranny. Ale rany pojawiały się dość dziwacznie. Kiedy Towarzysz Gerarda trafił swojego przeciwnika Kerd krzyczał i pojawiały się na nim krwawe pręgi. Wyglądało to, jakby był on związany ze Srebrzystym Smokiem cieleśnie. Gerard był przerażony. Ugodził srebrnego potwora Błyskawicą i zmienił się w....SERAFINA SMOCZEGO!!! Mag w tej nowej postaci atakował Srebrzystego Smoka. Niemienowi udało się w tym czasie uciec z jaskini. Walka toczyła się zajadle, gdy do akcji wkroczył Shadow. Odrzucił Gerarda magiczną energią. Natychmiast podszedł do Kerda. - Kerd! Kerd! Zto ert fearow?- spytał się Cień. Kerd odpowiedział mu mruknięciem i zaczął krzyczeć z bólu. Shadow spróbował zregenerować Kerda zaklęciami, ale to nie przynosiło większego skutku. W pewnym momencie czar Implozji przypadkowo poleciał w stronę obezwładnionego maga. Elf chciał osłonić się zaklęciem tarczy, lecz nie miał na tyle mocy magicznej. Shadow, nie zastanawiając się długo osłonił Kerda własnym ciałem. Czar przebił jego „dymową” powłokę. Cień wrzeszczał. Rozbłysło oślepiające światło, które odrzuciło Smoka, Gerarda i Kerda na boki. Kiedy wszystko się uspokoiło i Cień padł na ziemię. Kerd podbiegł do niego. - Shadow! Shadow! Wstawaj bracie!- mówił gorączkowo. - Kerd, belissi. Na mnie już czas, nic nie rób, nie możesz. - Nie pozwolę ci odejść! Ale, ale dlaczego mnie uratowałeś? Dlaczego?- zapytał z łzami w oczach. - Mam swoje prywatne powody. W końcu niedługo się dowiesz prawdy. Całej prawdy. - Jakiej prawdy? O czym ty mówisz? - Kerd, Cienie wiedzą więcej niż myślisz.- i tu zaśmiał się. Płaczący Kerd uśmiechnął się lekko do niego i przytulił. Poczuł się dobrze. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz się do kogoś przytulał, jak do.... przyjaciela. - Prawda jest blisko, Belissi.- Shadow uśmiechnął się i rozpłynął w powietrzu, tak po prostu. - NNNIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!- wrzasnął wściekły Kerd. Ciężko oddychając podniósł się z ziemi i zawołał: - Widzicie co z niego zostało?! Jakiś dym wiszący w powietrzu. MORDERCY!- mag wpadł w furię. Nie wiedząc co robi , przywołał magiczny Miecz Okidaesa i zaczął szarżować na Gerarda i Srebrzystego Smoka. Ci dwaj patrzyli się na niego jak na szaleńca i próbowali go uspokoić. Ale on nie słuchał. Śmierć Shadowa była dla niego wielką stratą. Choć znał go tak krótko, to czuł, że spotkał go już wcześniej, w dalekiej przeszłości. Poczuł, że stracił kogoś bardzo bliskiego. Nagle błysło zielone światło i przed oszalałym Kerdem stanęło widmo, takie samo jak w Oberży Młokosa. Powiedziało: „Stój!”. Kerd stanął posłusznie, a postać wyrwała mu z ręki miecz i jednym dotknięciem palca rozkruszyła na miliony kawałeczków. Zjawa odwróciła się do Gerarda i rzekła: „Ty! Strzeż się!”. Serafin Smoczy stanął jak wryty. Rozpłynęła się w powietrzu. Przez chwilę trwali tak w ciszy, gdy Gerard ugodził smoka Tytanową Błyskawicą i on padł jak długi. Kerd także. Podstępny Serafin znów zmienił się w zwykłą postać i podszedł do zwłok smoka. Rozciął mu klatkę piersiową i wyjął serce, które wyglądało jak ogromny, czerwony kryształ. Pojawił się Głos. - Ach! Mamy zwycięzcę! – powiedział zdumiony.- Kłaniam się przed tobą.......... Synu Imperatora. – na te słowa Kerd otworzył oczy. Ujrzał płaszczącego się przed Gerardem Naczelnego Głosa. A więc Kerd nie jest Synem Imperatora. Gerard okazał się lepszy, cóż, Kerd nie wiedział co robić. Przyteleportowała się Meribrathen i ukłoniła się grzecznie przed Gerardem. - Panie Naczelny Głosie, muszę z panem porozmawiać. - Oczywiście! Dziedzicu korony- tu zwrócił się do Gerarda.- przeproszę cię na chwilę. Panno Meribrathen... - Głosie, nie uważasz, że ktoś tu potrzebuje pomocy medycznej?- powiedziała Meri i wskazała na Kerda. - Ach, Kerd.- odrzekł z ironią.- Zajmij się nim. Wygląda gorzej niż ścierwo. - GŁOSIE! Wcześniej się nim interesowałeś a teraz to co? A jeśli dokonałeś złego wyboru? - Zły wybór? On przecież ma serce Srebrzystego Smoka! O pomyłce nie ma mowy! Niech ten anemik wraca tam skąd przyszedł, do Alone. Niech tam robi za herosa nie wartego funta kłaków. - A więc to tak? Dobrze, żegnam pana. – powiedziała , wzięła Kerda i przerażonego Harikassi’ego na ręce. Zanim się przeteleportowała, Głos dodał: - Kerd to skończony głupek. Wiedziałem to od samego początku. Takich jak on powinno się wytępiać! - Jedyny głupek, który się tu znajduje to pan. A wytępiać się powinno wytępiać takich, jak ten pański Gerard.- i splunęła Gerardowi pod nogi.- Do widzenia! -wraz z Kerdem i Harikassim zniknęła.
Podróż Młokosa Meribrathen stanęła przed Oberżą Młokosa. Była bardzo wściekła. Cóż, każdy by się nieźle zdenerwował, gdyby ktoś obrażał jego umierającego kolegę. Szlachetna walnęła drzwiami od oberży i wykrzyczała: - MŁOOKKOOSS!!! Gdzie się podziewasz, nigdy cię nie ma, kiedy jesteś potrzebny!- jakby na zawołanie z kuchni wyszedł Młokos. - Odezwała się ta, co zawsze o czasie.- odpowiedział chichocząc. Młokos spojrzał na leżącego na jej rękach Kerda.- Na wszystkich bogów, jeśli istnieją! Co mu jest? - Nie wiem, chyba niezbyt dobrze z nim. A szanowny Naczelny Głos nie chciał się nim zająć. Był zajęty tym swoim niby Synem Imperatora. Tak, tak, jak ten Gerard jest Dziedzicem Korony Etherwind to ja jestem Jentem w zupie. - Wydawał się takim miłym Szlachetnym!- odrzekł wściekły Młokos.- Ale teraz nie czas na pogaduszki, Meri chodź za mną. Szlachetna posłusznie podążyła śladem Młokosa. Właściciel oberży zaprowadził ją do kuchni. Podszedł do marmurowego posążku i włożył do niego kamień. Kuchnia zawirowała i znaleźli się w całkiem innym pomieszczeniu. Szli nadal, aż znaleźli się przy tajemniczym portalu. Młokos zanurzył w nim połowę ciała i odrzekł: - Nie obawiaj się Meribrathen. To tylko Portal Wymiarów. Wejdź do niego po prostu. - Dobrze.- odpowiedziała i wykonała polecenie. Świat stał się nagle kolorowy, wszystko zaczęło się kręcić. Przeteleportowali się do innego wymiaru. Znaleźli się w całkiem innym świecie. Przedmioty dookoła wydawały się przezroczyste, jakby zrobione z wody. Meri patrzyła na to wszystko z wielkim zdumieniem, Młokos wydawał się być przyzwyczajony. Przeszła przed nimi biała postać. Uśmiechnęła się do nich. Młokos machnął do niej ręką i zaśmiał się. - Co to było? Gdzie się w ogóle znajdujemy?- zapytała Meribrathen. - To był poczciwy dziadek Malkovic, stary krewny, a znajdujemy się dokładnie w Świecie Umarłych, albo jak wy to mówicie, w Gaju Matki Natury. - Przecież to niemożliwe! Nie można przedostać się do świata duchów! Chyba sobie ze mnie żartujesz Młokosie. - Żartuję? Cha, cha. Dobre sobie. Zaraz ci udowodnię, że mówię prawdę.- wyszli z pomieszczenia i znaleźli się na świeżym powietrzu. Roiło się tu od dusz zmarłych! Szlachetna nie dowierzała własnym oczom. - Ale jak to możliwe? - Wszystko moja droga jest możliwe. - Jak w takim razie pomożemy Kerdowi? – spytała się. - On aktualnie znajduje się na tzw. Progu Śmierci . Musimy znaleźć jego duszę i wsadzić ją do ciała. - odpowiedział tak, jakby to było proste jak bułka z masłem. - Jego duszę? Tu są miliardy dusz! - Wiem. Trzeba tylko wiedzieć gdzie jej szukać. Dusza Kerda dopiero opuściła jego ciało, więc jest jeszcze szansa, że znajdziemy ją jeszcze w Wielkiej Poczekalni. - Wielkiej Poczekalni? - Tak. Tam trafiają wszystkie dusze i czekają na to, żeby je zarejestrować do Świętej Księgi. To coś takiego jak Centralny Urząd w naszym świecie. Kerd pewnie czeka tam jeszcze na swoją kolej. – zaśmiał się.- Ale się nie doczeka. Ja pójdę poszukać duszy, a ty pilnuj jego ciała, żeby go złe duchy nie zżarły. Ja tylko zmienię postać......- Młokos wypowiedział magiczną formułę i upadł na ziemię. Po chwili, z leżącego ciała, wyszło coś w rodzaju ducha Młokosa .- Ja już idę, muszę się spieszyć. Opiekuj się też moim ciałem. - Powodzenia Młokosie! Niech ci Matka Natura sprzyja! Świat Umarłych to bardzo dziwne miejsce. Tu właśnie dzień styka się z nocą, są jednocześnie wszystkie pory roku i zawsze widać gwiazdy. Młokos wędrował dalej, a zaciekawione dusze przyglądały mu się uważnie. Jednak wciąż myślał o Kerdzie. Ukazywała mu się jego martwa twarz, zastygła w lekkim zdziwieniu, ciało pokryte krwią, szata przedziurawiona w wielu miejscach. Młokos zastanawiał się, co mogło się zdarzyć podczas ostatniego zadania. Nie mógł uwierzyć, że Kerd nie jest Dziedzicem Korony. Był pewny, że to on. Ale nie było czasu na rozmyślania, jeśli się nie pospieszy, to dusza Elfa przepadnie na zawsze. Miał do wykonania pewne zadanie- musiał utrzymać Kerda przy życiu. „Jak tu utrzymać go przy życiu”- pomyślał.-„ Ciągle się pakuje w kłopoty, mdleje. Oj, Młokos, wrobili cię w Kurcze Mantara. Ale cóż, obietnica to obietnica, trzeba jej dotrzymać”. Znalazł się przed Wrotami Wielkiej Poczekalni. Pilnowały ich dwie Gorgony, przebrzydłe stworzenia o kurzych łapach w wężowych włosach. Młokos wiedział, że będzie musiał odpowiedzieć na ich idiotyczne zagadki. - Ach! Kogo my tu widzimy! Młokosik®, dawno cię tu nie było.- odpowiedziały skrzekliwie. - Nie miałem żadnych misji. Przejdźmy już do zagadek, spieszy mi się. - Hi, hi. Więc zaczynamy. Mając trzy patyczki ułóż kwadrat!- zachichotały. - Proste.- odpowiedział Młokos. Wziął do ręki patyczki i błyskawicznie ułożył kwadrat. Jego figura wyglądała tak:
Część 22 / 3
(drogi czytelniku, to naprawdę jest kwadrat, tyle że liczby 2) - JAK TO MOŻLIWE???? Grrrr...- zawarczały. - Zawsze rozwiązuję wasze zadania. Teraz już otwierajcie tę bramę. Szybko!- wykrzyknął Młokos. Wrota zaskrzypiały przeraźliwie i otworzyły się. Wściekłe Gorgony patrzyły groźnie na Młokosa, a on pokazał im środkowy palec(potwory nie zrozumiały, co to oznacza) . Znalazł się w Wielkiej Poczekalni. A było to miejsce najdziwniejsze z najdziwniejszych. Na eteralnych ławkach siedziały dusze zmarłych. Niektóre czytały Niebiański Dziennik Cotygodniowy, inne grały w tajemnicze gry, a jeszcze inne, gapiły się w skrzynkę z ruchomymi obrazami wiszącą na ścianie. Cała poczekalnia była poobwieszana przeróżnymi okienkami. Co jakiś czas wchodziły (lub wychodziły) do nich dusze. Takie okienka służą duszom za tymczasowe mieszkania. „Świat Umarłych jest tak bardzo podobny do naszego, a jednocześnie tak inny”- pomyślał Młokos. Wciąż rozglądał się za duszą Kerda, ale nigdzie jej nie było. Jeśli przybył za późno? Przecież musi dotrzymać obietnicy danej wiele lat temu. Usłyszał głos: - Prosimy do pokoju numer 456987 Kerda......- Młokos wyostrzył słuch.-....... z Towarzyszem Lopololem. Natychmiast.- Młokos odetchnął z ulgą. Szedł dalej. Po pewnym czasie znów przemówił ten sam głos: - Kerd z Cesimp, proszony wraz ze swoim Towarzyszem Harikassim do pokoju Gubernatora.- Młokos nie dowierzał własnym, szpiczastym uszom. „ Kerd, nie może tam iść! Nie teraz, to nie ten czas”- pomyślał. Wytężył wzrok i ujrzał duszę Kerda, niosącą na rękach Harikassi’ego. Popędził co sił w nogach. Co chwilę wpadał na inne dusze, potykał się, upadał. Krzyknął: - Kerd! Nie! Nie możesz tam wejść!- ale mag go nie słyszał. Nic dziwnego, w Wielkiej Poczekalni panował taki gwar, że trudno było usłyszeć własne myśli. Rzucił na siebie zaklęcie Głośności i zawołał jeszcze raz: - Kerd, chodź tu natychmiast!- Elf nadal nie reagował.- To ja Młokos! Jeśli zaraz nie przyjdziesz to powiem coś bardzo brzydkiego (albo nie, tylu tu starych znajomych). Kerd!- mag dotykał już klamki od pokoju Gubernatora.- A więc to tak! Boisz się mnie?! Nie mam wyboru, muszę to powiedzieć: CYKOR!!!- i zaśmiał się złośliwie. Kerd natychmiast odwrócił głowę w jego stronę i chciał już coś powiedzieć, gdy drzwi pokoju się otworzyły i wciągnęły go do środka. - NIE!- wrzasnął Młokos tak głośno, że wszyscy ucichli i zaczęli się na niego patrzeć.- Przepraszam.- odrzekł. – Dostałem ataku pamięci średniotrwałej. Che, che. – skończył i zaczął biec do pokoju Gubernatora. Złapał za klamkę i walnął drzwiami tak mocno, że odleciał od nich napis „Gubernator Świata Umarłych”. Wszyscy patrzyli na niego ze zdumieniem, a Kerd uśmiechnął się delikatnie. - Gubernatorze! Jak pan śmie? Czy pan wie co czyni?- odrzekł rozwścieczony Młokos. - Jakim prawem wchodzisz tu bez pukania Młokosie? I na dodatek zniszczyłeś mi mój misternie wykończony Platynowy napis! - Czemu pan bierze Kerda na rozmowę? - Bo muszę mu przekazać całą prawdę. - Nie czas na to! Co pan sobie wyobraża? A po drugie, po co mu się przyda prawda w tym świecie? - No właśnie Młokosie. Jeśli te informacje nie są przydatne w tym świecie, to dlaczego nie mogę ich powiedzieć?- odrzekł Gubernator z ironią. - Ponieważ ja zabieram go świata żywych. - Jakim prawem? To niedorzeczne. - Złożyłem przysięgę wiele lat temu, mam nadzieję Gubernatorze, że wiesz o co mi chodzi. - Hm, niech sobie przypomnę.......ach tak!- Młokos spojrzał na niego tajemniczo.- No tak, niestety, Elita Umarłych nie poszerzy się o nowego członka. Bierz go, póki nie związał się ze Światem Umarłych na wieki. Pędem! - Wiedziałem Gubernatorze, że jesteś wyrozumiały. Dziękuję!- wziął Kerda za rękę i wybiegł z pomieszczenia. - Ech, jeśli kiedykolwiek do nas trafi, będzie cennym nabytkiem.- dodał cicho Gubernator. Kiedy opuścili teren Wielkiej Poczekalni, natknęli się na Meribrathen. Goniła ją banda wygłodniałych dusz. Niosła ciała Kerda i Młokosa. Jej Towarzyszka- Alex- próbowała odpędzać opryszków od swojej właścicielki. - Obawiałem się tego.- odrzekł Młokos.- Wygłodniałe dusze poczuły zapach świeżej krwi i chcą jak najszybciej wypić ją na obiad. - Młokosie, co zrobimy? – powiedział wystraszony Kerd, podczas gdy Meribrathen uciążliwie broniła się przed chmarą dusz. - Nie mamy szans w walce z nimi. Jest ich za dużo. Jedynym wyjściem pozostaje ucieczka ZWIEWAJMY!!! - Zgodzę się z tobą.- odpowiedział Kerd dziarskim tonem. Rzucił na Meribrathen czar Szybszej Lewitacji. Szlachetna uniosła się kilka metrów nad ziemię i wylądowała obok Kerda. Złapała go za rękę i zaczęła biec za Młokosem. On zaprowadził ich z powrotem do portalu. Harikassi ledwie nadążał. Wracali do domu. Meribrathen położyła ciała mężczyzn na podłodze. Jako pierwszy „ożył” Młokos. Kerd nie był zdecydowany. Jego ciało wyglądało tak odrażająco, że każdy zwymiotowałby na jego widok. - Kerd, nie bądź głupi!- popędzała go Meribrathen.- Chcesz już na zawsze pozostać duszą? Nie będziesz mógł już jeść, pić i......i....... - Co „i”?- powiedział uszczypliwie Kerd. - Nie mam do ciebie cierpliwości. Młokos zrób coś! - Dobra.- odrzekł właściciel oberży.- Kerd, czemu nie chcesz wrócić do ciała? - No bo ono jest takie obrzydliwe. I w ogóle. Jak jest się duszą nie ma się trosk, nie czuje się bólu. - Nie zmuszaj mnie do użycia siły. Właź do tego ciała albo pożałujesz, że mnie kiedykolwiek poznałeś! – wykrzyczał Młokos tak głośno, że aż podskoczył. - Ty mnie szantażujesz?- odpowiedział mag. - Jeśli zaraz nie znajdziesz się wśród żywych to..............( w tej wypowiedzi Młokosa zostały użyte niezwykle wulgarne słowa, więc wycięłam je, ze względu na tych bardziej delikatnych czytelników). - Już, już. Wchodzę.- skończył Kerd i położył się na swoim zmasakrowanym ciele. Po chwili otworzył już materialne oczy i zaczęły mu doskwierać rany. Począł miotać się z bólu. Meribrathen natychmiast przeteleportowała ich do apartamentu.
Xaras i Bagna Argonów
Po kilku dniach Kerd już całkiem wydobrzał. Pod czujnym okiem Meribrathen rany szybko się zagoiły i kończyny nie bolały przy poruszaniu. Mag czuł, że spotka kogoś bardzo ważnego w jego życiu. To przeczucie spędzało mu sen z powiek. Młokos twierdził, że to powikłania po walce ze Srebrzystym Smokiem. Nastał już zmierzch. Dzień powoli ustępował miejsca nocy. Czerwone słońce zachodziło, zmęczone ciągłym oświetlaniem Coastrage. Kerd podszedł do okna i rozejrzał się. Westchnął. Co on teraz będzie robił? Już niedługo skończy się termin darmowego urzędowania w Oberży Młokosa. Świat jest naprawdę okrutny. Nagle usłyszał dziwny dźwięk przypominający syczenie. Śpiący Harikassi zerwał się gwałtownie i zaczął warczeć. - Harikassi, co ty wyrabiasz? To tylko wiatr...- rzekł Kerd próbując uspokoić Harikassi’ego. Jednak Towarzysz nadal nie ustępował. Zaczął warczeć jeszcze głośniej i nastroszył kolce na ogonie. - Naprawdę nie ma się co denerwować, Hari. Gdyby to było coś niepokojącego, to już dawno by nam coś zro........- urwał gdyż z okna wyskoczyła na niego zakapturzona postać. Złapała go za szyję i wymierzyła potężnego prawego sierpowego. Harikassi rzucił się na napastnika, lecz ten odrzucił go jednym ciosem. Zasyczał coś i wsadził Kerda do ogromnego worka. Mag miotał się na wszystkie strony, przeraźliwie krzyczał. Z wielkim hukiem wpadł do pokoju Młokos, trzymający trzepaczkę. Powiedział: - Puść go albo ugodzę cię tą niebezpieczną.......... trzepaczką! - Cha, cha, cha! Ssssshieck. – wysyczała postać. Kopnęła Młokosa i uciekła z Kerdem w worku. - Wypuść mnie, albo inaczej cię uszkodzę!- krzyknął mag. - Nie ma mowy, muszę cię dostarczyć Władcy. – odpowiedziała postać. - Jakiemu znowuż Władcy?- zapytał Kerd. - Wkrótce się dowiesz. – skończyła i wybuchła demonicznym śmiechem. W worku było strasznie ciasno. A poza tym – bardzo duszno. Za wywietrznik służyła mała, okrągła dziurka, przez którą Kerd obserwował otoczenie. Musiał przewędrować już spory kawałek drogi, gdyż księżyc był bardzo wysoko. Mag nie znał tych okolic. Znajdował się w jakiejś puszczy, może dżungli. Na drzewach wisiały nietoperze i przyglądały się z zaciekawieniem. Koniki polne odgrywały swe wieczorne pieśni. Kerd słyszał także sapanie niosącej go postaci. Mówiła coś do siebie w nieznanym języku. Ciągle powtarzała „Xaras”. Któż to mógł być? Może jakiś bóg? Wszystko się okaże w swoim czasie. Elf usłyszał przeraźliwe skrzypienie. Wyjrzał przez dziurę i zobaczył, że postać otwiera furtkę. Osobnik podszedł do wielkiego głazu i wyszeptał słowa :”Sssik ert candono fresstasssss”. Skała odsunęła się i odsłoniła wspaniałe miasto. Budynki, mimo prostego wyglądu, były pokryte prawdziwą Platyną! Wszędzie krzątali się Argoni. Każdy składał pokłon przechodzącej postaci. Niezwykle podejrzane. Worek, w którym siedział Kerd, został odwiązany. Maga chwyciły łuskowate dłonie i rzuciły na ziemię. Zanim zdążył wyszeptać zaklęcie, został obwiązany zieloną energią. Wokół niego stało wiele Argonów i przyglądało się uważnie. Mag zaczął wrzeszczeć i kląć na gapiów. Oni zareagowali no to śmiechem. Po pewnym czasie wszedł do sali jakiś tajemniczy osobnik w kapturze. Był to prawdopodobnie Argon, gdyż spod czerwonej szaty wystawał długi ogon. Pozostali popatrzyli się na niego z przerażaniem. On zaśmiał się cicho i pokazał im ogonem, żeby wyszli. Tajemniczy Argon przyglądnął się związanemu Kerdowi. Po chwili zrzucił kaptur. Był to w rzeczywistości Człowieczny! Przecież to niemożliwe! Jak Człowieczny może być jednocześnie Argonem? Osobnik przemówił: - Jak się miewasz?- Kerd nic nie odpowiedział. Był zbyt bardzo wystraszony, by poruszyć ustami.- Powtórzę. Jak się miewasz?!- tym razem Człowieczny wrzasnął przeraźliwie. Elfowi serce podskoczyło do gardła. Kropelki potu zstąpiły mu na czoło. – Jeśli nie chcesz odpowiedzieć to nie musisz. Ech, Kerd, z tobą zawsze tak było. Nawet jak byłeś jeszcze mały to można cię było nieźle wystraszyć.- zaśmiał się. - Ja..... znaliśmy się wcześniej?- zapytał niepewnie mag. - Kerdziku, z tobą tak zawsze. Nigdy nie akceptowałeś swojego otoczenia. Nie poznajesz mnie? Swojego kochanego kuzyna? Kerd był zszokowany. To jest jego KUZYN? Nie mógł tego pojąć, nie pamiętał swojej rodziny a tu taka niespodzianka! Ta informacja nie mogła do niego dotrzeć.... - Jesteś moim kuzynem? Masz jakiś dowód?- spytał podejrzliwy Elf. - Jeśli coś ci mówi imię „Xaras”, znany jako fan ciemnych mocy, to mogę cię naprowadzić. - Xaras? Hm....- zastanowił się chwilę. Coś mu to mówiło, widział w wyobraźni postać, ale tak jakby przez mgłę. Możliwe, że Człowieczny mówi prawdę....- Coś sobie przypominam, ale czemu, Xaras, jesteś jednocześnie Argonem i Człowiecznym? - Wiedziałem, że o to zapytasz.- rzekł z satysfakcją.- Kochany wujcio Wielki, ech, to były czasy. Pyszne jedzenie, spanie w ciepłym łóżku. Czasy, które nigdy nie powrócą. No właśnie, a pamiętasz wujcia Wielkiego? - Nie sądzę. - Podejrzewałem, że nie będziesz go pamiętał. W każdym razie wujcio Wielki....... ale mam mówić o czymś innym. Więc zaczynam. Pewnego dnia, jak zwykle wziąłem trochę jedzenia z kuchni i poszedłem do lasu na obrzędy Cieni. Zawsze te stworzenia mnie fascynowały.... Gdy tam się znalazłem zastałem moją matkę raniącą Cienie. Chciałem jej przeszkodzić, ale ona nie słuchała. W końcu, opętana przez złe demony, rzuciła się na mnie i zaczęła atakować. Próbowałem przemówić jej do rozsądku, unikać ciosów. Wszystko na nic. Cóż, musiałem ją zabić- we własnej obronie. - Jak mogłeś zabić własną matkę? To nie do pojęcia!- krzyknął zszokowany Kerd. - Czasem...... ech......trzeba ponosić pewne ofiary...ale... opowiadam dalej. Kiedy wujcio się o tym dowiedział postawił mnie przed Sądem Najwyższym. Za zabicie członka rodziny królewskiej groziła mi śmierć lub wygnanie na Deathricks.... - ........za zabicie członka rodziny królewskiej?- przerwał mu elf.- Czy tak powiedziałeś? - Tak, moja matka była siostrzenicą wujcia Wielkiego. - Jeżeli ty jesteś moim kuzynem, a twoja matka należała do rodziny królewskiej to znaczy, że ja...... - Też należysz. To prawda.- dokończył Xaras.- Powiem ci to, co powinieneś ode mnie wiedzieć o swoim pochodzeniu. A wracając do mojej rozprawy sądowej......wujcio Wielki nawet mnie lubił, nie chciał zsyłać na niechybną śmierć. Jednak uczynił coś, czego nie wybaczę mu do końca życia. Poprzez straszne eksperymenty zamienił mnie w to!- i Xaras zrzucił z siebie czerwoną szatę. Całe nogi i plecy miał pokryte zielonymi łuskami, a na klatce piersiowej znajdowała się dziura, przez którą było widać...... serce! Pulsujące, czerwone serce! – Uczynił mnie czymś gorszym niż najnędzniejsze ścierwo! Zdeklasował mnie do poziomu Argonów. I śmiejąc się, uczynił mnie ich królem!- Xaras znów włożył szatę i podszedł do wielkiego stołu. Roztrzaskał go jednym uderzeniem i walnął ogonem w platynową kolumnę, która zadrżała. Oddychając ciężko, zwrócił się do Kerda: - Teraz powiem ci bardzo ważne dla ciebie informacje. Jesteś członkiem rodziny królewskiej, kimś zaginionym na wojnie sprzed wielu lat. Jesteś światłem na horyzoncie, tak jak mówiła Wyrocznia: „Światło blade rozjaśni się wściekle, ale przyjdzie jaśniejsze, które przyćmi go własnym blaskiem”. Kerd, jesteś światłem, które przyćmi inne! Kerd, jesteś...............- nie skończył, gdyż do pomieszczenia wpadł olbrzymi kolczasty jaszczur, a wraz z nim Argonowi strażnicy. Na gadzie siedział Młokos wykrzykujący słowa w języku Argonów. Xaras wziął Kerda za rękę i pociągnął w stronę wyjścia. Miał już dotknąć klamki, gdy stanęła mu na drodze Meribrathen. - Nie tak prędko!- rzekła. Wykonała kilka gestów i ugodziła Xarasa zaklęciem. On odpowiedział na to sykiem i zaczął na nią szarżować. Nawet nie zauważył, jak Kerd wyrwał się z jego uścisku. Mag pędził ile sił w nogach, strażnicy rzucali w niego włóczniami. Podskoczył, zrobił w powietrzu salto z półobrotem, utworzył magiczne znaki i otoczył się barierą. Kopał napastników, uderzał z pięści, ciskał w nich czarami. Jeden z Argonów krzyknął coś co zabrzmiało jakoś tak: „Sss, wypuśśśśścsssik Lissssza!”. Inni podbiegli do potężnej bramy i zaczęli wpisywać tajemnicze kody. Wrota otworzyły się i wyszedł z nich przerażający stwór. Miał dwa metry wzrostu, czerwone oczy, straszne szpony i był szkieletem! Strażnicy krzyczeli: „AA! LISZ! Uciekasssćss!”. Potwór łapał niektórych i gniótł w rękach. Pierwszy zaatakował go Młokos ujeżdżający kolczastą jaszczurkę. Nie stanowił dla Lisza żadnego problemu. Monstrum uderzyło go tak mocno, że wylądował na przeciwległej ścianie. Młokos z trudem podnosił się z podłogi. Jaszczurka plunęła ogniem w potwora. On zaśmiał się i znokautował ją jednym zaklęciem. Tymczasem Meribrathen walczyła z Xarasem. Miał on nad nią przewagę, gdyż był o wiele szybszy i zwinniejszy. Potyczkę obserwował Kerd, który sam powalał strażników jednego po drugim. Nagle wyskoczył na niego ten sam Argon, który wcześniej uprowadził go z Oberży Młokosa. Znów wsadził go do worka i wymknął się tylnymi drzwiami. Xaras ogłuszył Meribrathen i pobiegł za Argonem. Porywacz był niezwykle szybki. Przeskakiwał przepaście, zwinnie poruszał się po drzewach. Po pewnym czasie położył worek z Kerdem na ziemi. Schował się za krzakami. Chwilę później przybiegł Xaras. Uśmiechnął się widząc worek. Już miał go odwiązać, gdy wyskoczył na niego Argon. Zasyczał przeraźliwie. Rozpoczęła się bitwa. Argoni kąsali się zawzięcie. Kerd widząc walkę, wylazł z worka. Ukrył się za drzewem. Xaras zaczął węszyć, drugi Argon także. Obaj spojrzeli w stronę Kerda. Zasyczeli głośno i zaczęli go gonić. Mag rzekł: „O kurczę!!”, zrobił się zielony ze strachu. Szybko ocenił swoje szanse i popędził co sił w nogach. Biegł przed siebie co chwilę potykając się o korzenie drzew. Wiatr świszczał, pot oblewał mu czoło. Obejrzał się za siebie. Argoni już prawie go dogonili. Niespodziewanie stało się coś niezwykłego. Przed Kerdem pojawiła się dziwna postać. Wyczarowała portal i wciągnęła go do niego. Świat zawirował i Elf znalazł się w zwykłej chatce. Rozległo się głuche uderzenie. Mag padł na ziemię. Obudził się mając ogromny ból głowy. Ledwo się poruszał. Leżał na hamaku, a obok niego stał stoliczek z upieczonym udkiem Mantara. Kerd wyciągnął rękę po potrawę i zaczął ją jeść. Była bardzo gumiasta. Niespodziewanie, za plecami maga zagrzmiał znajomy głos: - Wybacz Kerd! Niestety, musiałem ci ogłuszyć, ponieważ strasznie się rzucałeś i wrzeszczałeś. Wiesz, nie lubię zwracać na siebie zbytniej uwagi (jak wszystkie osoby z mojego gatunku), Belissi.- głos zaśmiał się. Elf odwrócił się i ujrzał Shadowa! Ale jak to możliwe? Przecież Shadow rozpłynął się przez zaklęcie Implozji! - Shadow, to ty? Naprawdę ty?- rzekł uradowany Kerd. - Ja belissi. - Ale jak to możliwe? Przecież zaklęcie Implozji powoduje nieodwracalną śmierć! - Nie w każdym wypadku. - Jak to?- spytał zdziwiony mag. - To proste. Widzisz, Belissi, Cienie są niezwykłymi stworzeniami. Nas nie da się tak łatwo zabić. My sami jesteśmy tak jakby „duszą”. Żeby nas unieszkodliwić trzeba posiadać większą moc magiczną, większą moc niż ma nawet sam Imperator. Ot, co!- skończył Shadow. - Ale, ale..... Jak mnie znalazłeś i dlaczego uratowałeś przed Xarasem i Argonem? - Chodzi ci o tych dwóch? Hm, widzisz. Jeden z nich jest klonem drugiego. Nawet ja nie wiem, który z nich jest prawdziwy. Wiem jednakowoż (a Cienie wiedzą dużo) , że będziesz musiał z nimi stoczyć walkę. To od ciebie będzie zależało czy prawdziwy Xaras będzie żył. Musisz dokonać słusznego wyboru. - Ja nie wiem jak ich rozróżnić!- krzyknął Kerd. - Cóż, ja też nie. A co do tego jak cię znalazłem...... po prostu obserwowałem cię ciągle, nic więcej. - To czemu nie ujawniłeś się wcześniej?- zapytał oburzony Elf. - Miałem swoje powody. A dlaczego cię przed nimi uratowałem? To proste, Belissi, żeby cię uprzedzić o klonie Xarasa, gdyż jest on bardzo niebezpieczny. Jednak, moja moc nie jest na tyle silna, abym mógł utrzymać cię tu przez dłuższy czas. – skończył i opuścił głowę. Spojrzał na misę z wodą, która zaczęła dziwnie bulgotać. Pochylił się nad nią i zamruczał dziwnie. Złożył ręce i krzyknął. Z misy wydobyły się dłonie i zaczęły kręcić okręg w powietrzu. Po chwili, w miejscu okręgu, pojawiło się coś w rodzaju lustra. Shadow podszedł do niego i rzekł cicho : „Niedobrze”. Odwrócił się w stronę Kerda i zaczął: - Wykryłem w lustrze Magicznej Wizji coś bardzo ważnego. Mianowicie, Kerd, misję dla ciebie. - Misję, jaką misję?- spytał zainteresowany mag. - Wiem, że to zabrzmi dość dziwnie....ale.....musisz zniszczyć Gerarda. - Jak to? Nie mogę tego zrobić! To Syn Imperatora! - Nie rozumiesz, Belissi. Według lustra Magicznej Wizji, doprowadzi on do całkowitego upadku państwa jeśli „nie przyjdzie światło, które przyćmi inne”. Kerd, musisz to zrobić! Gerard nie jest prawdziwym Synem Imperatora. - Przecież to niemożliwe. On wygrał test. Nie ma mowy o pomyłce. - Mylisz się, i to bardzo. Przeszedł test podstępem. Zachował się jak prawdziwy tchórz! - Shadow, chyba naprawdę postradałeś zmysły! – huknął głośno Kerd, wymachując rękami we wszystkie strony. - Nie...nie.....Belissi...zniszcz go, albo inaczej on zniszczy TWÓJ LUD. –rzekł Cień ze łzami w oczach. Zatkał usta rękami tak, jakby powiedział niezwykle brzydkie przekleństwo. Kerd nie wiedział co odpowiedzieć. Nie mógł poruszać ustami. „Nie, to na pewno sen. Bo jeśli Gerard nie jest Dziedzicem Korony to.....ja nim jestem”- pomyślał. – Nie powinienem ci tego mówić. Dowiedziałbyś się we właściwym czasie. Wyrocznia mnie potępi! Jaki jestem tępy!- powiedział Shadow i zaczął walić głową w ścianę, która zmieniła się w portal.- Idź Kerd! Moja moc długo cię już nie utrzyma w tym wymiarze. Idź, szybko!- Elf , zszokowany, popędził w stronę portalu. Dlaczego Shadow to przed nim ukrywał? Dlaczego? Znów znalazł się w lesie. Oparł się o pień drzewa, by złapać oddech. Czuł się jednocześnie zdenerwowany i zszokowany, smutny i szczęśliwy. Nigdy nie miał takiego nastroju. Usiadł sobie wygodnie, gdy zaszeleściły pobliskie krzaki. Wyskoczył z nich Xaras i tajemniczy Argon. Uderzali ogonami o ziemię wojowniczo, ale Elf nie zwracał na to uwagi. Dla niego już nic nie miało sensu. Osobnicy podeszli do niego i zapytali: - Czemu nie walczysz? - A po co? Dla kogo? Co mi to da? Czy koniecznie muszę być mordercą?- powiedział mag i odwrócił głowę w ich stronę. Patrzył na nich obojętnie. Argon zaśmiał się cicho. - Xaras, on wie. – rzekł Argon. - Jak to? Co wie? Ach.....aj....auć......gr...ssss....- rzekł Xaras wydając dziwne dźwięki. Po chwili rozpadł się na miliony kawałeczków. Kerd otworzył usta ze zdumienia. Spojrzał na Argona, który uśmiechnął się tajemniczo. Zrzucił kaptur i powiedział: - Już po wszystkim Kerd. - Ale o co w tym chodzi? Przecież miałem sam pokonać......ach!- krzyknął, gdyż zauważył, że Argon wygląda tak samo jak Xaras. - To ja jestem prawdziwym Xarasem. Tamten to był klon, stworzony przez wujcia Wielkiego, albo jak wolisz, wujcia Imperatora. – i zaśmiał się. Kerd też się zaśmiał. – Stary druh Shadow wygadał się, ech, on nigdy nie potrafił dochować tajemnicy. Skoro już o tym wiesz, to mogę ci wyjawić całą prawdę. – Kerd nie odpowiedział, ale kiwnął twierdząco głową. I Xaras opowiedział. Była wojna. Etherwind próbowało zdobyć Soulsplace. Kerd miał zaledwie 90 lat. Imperator zabierał go na wszystkie bitwy i wyprawy wojenne. Mówił: „Niech się chłopak uczy od małego!”. Imperator był wspaniałym dowódcą, strategiem. Nie spotkał państwa, które nie poddałoby się jego potędze. Do czasu. Potężna armia złożona z Mrocznych Elfów, Kajitów, Orków i Ożywieńców zaatakowała w nocy obóz głównych sił Etherwind. To była istna rzeź. Szczególnie, gdy do walki wkroczyli okrutni Mertowie (walczyli po stronie Etherwind). Żołnierze dosłownie „latali” po całym obozie, sypały się deszcze zatrutych strzał. Imperator osobiście wkroczył do walki. Zmiatał oddziały jeden po drugim swoimi czarami. Jego żona – Elgereth – została sama z dzieckiem. Do jej namiotu wkroczyli Orkowie. Rzucała w nich wszystkim co miała pod ręką – talerzami, sztućcami, grzebieniami, nawet Platyną, a napastnicy tylko się z niej śmiali. W końcu miotnęła w nich porządnym zaklęciem i ogłuszyła na kilka sekund. Zdążyła uciec. Jednak Orkowie nie ustępowali. Byli bardzo szybcy i zbliżali się z każdą sekundą. Dobiegła nad urwisko. Nie wiedząc co dalej robić, przytuliła mocno Kerda i skoczyła w przepaść. Złapała się cienkiej gałęzi, która z każdym ruchem uginała się coraz bardziej i pękała. Elgereth już zaczęła spadać, gdy pojawił się Shadow i złapał ją. Jednak nie mógł jej długo utrzymać. Powiedziała mu, żeby uratował dziecko i udał się do Wyroczni. Uśmiechnęła się i puściła jego dłoń. Shadow długo jeszcze patrzył się w bezdenną otchłań. W końcu wstał i wziął dziecko. Zaczął wychowywać Kerda. Kerd miał 192 lata. Na Soulsplace żyło mu się dobrze, ale nadal nic nie wiedział o swoim pochodzeniu. Pewnego dnia na kontynent przybyły dziwne statki. Były to tzw. okręty zasiedlające. Ich zadanie polegało na łapaniu tubylców i przenoszeniu do Etherwind. Niestety, złapały również Kerda. Podczas podróży Kerd zajmował kajutę wraz z pomylonym magiem i Mrocznym Elfem. Siedział sobie i liczył robaki w jabłkach, kiedy szalony czarodziej – przez pomyłkę – rzucił na niego zaklęcie Utraty Pamięci. Nieświadomy niczego Elf, został pozbawiony wszelkich wspomnień. Oczywiście przez cały czas towarzyszył mu Harikassi. Prawdę mówiąc, podczas tej pamiętnej nocy, był on rozmiarów małego pączka, więc mógł bez problemów schować się w ubraniu Kerda. Z czasem rósł, ale nigdy nie wiedział nic o przeszłości Kerda.
Dni z Meribrathen i Xarasem
Kerd pierwszy raz poczuł, że jest naprawdę szczęśliwy. Wędrówka z Xarasem była owocna w niespodzianki, kuzyn opowiadał mu śmieszne historyjki z dzieciństwa. -......a wtedy Imperator tak się wściekł, że aż mu korona spadła! Cha! Cha!- śmiał się Argon. Elf uśmiechnięty od ucha do ucha patrzył na wschodzące słońce. Wiatr rozwiewał mu włosy, a on miał wrażenie, jakby kamień spadł mu z serca. - Jesteśmy na miejscu. – rzekł po chwili. Rzeczywiście. Z daleka połyskiwał granitowy dach Oberży Młokosa. Elf zaczął biec. Xaras, bez żadnych trudności, dotrzymywał mu kroku, a do tego wykonywał niesamowite akrobacje. Smutny Młokos siedział przed swoją oberżą pisząc jakiś list. Obok niego spoczywał Harikassi, który łkał cichutko. Kerd przyspieszył. Zaczął wołać: - Młokos! Harikassi! Tutaj jestem! - Widzisz Harikassi? Chyba mam jakieś zwidy. Słyszę głos Kerda. – zwrócił się właściciel oberży do Kwasowego Pancernika. Mały Towarzysz tylko pisnął. Po chwili mag był już przed nim. Młokos podniósł głowę i aż krzyknął z wrażenia. - Kerd! Kerd! To naprawdę ty? Mój przyjacielu! – powiedział uradowany. - Tak to ja. Jestem w domu. – rzekł mag. Harikassi podbiegł do niego i rzucił mu się w ramiona. Zza Elfa wyskoczył Xaras. - To ty! Nie zbliżaj się do niego, albo tym razem naprawdę cię uszkodzę! – krzyknął wojowniczo właściciel oberży. - Daj na wstrzymanie Młokosie! – zagaił spokojnie Xaras. – Nie skrzywdziłbym przecież....Syna Imperatora.. – i zaśmiał się złośliwie. - Co ty mówisz Argonie? Grr.... – zawarczał Młokos. - Uspokój się. Ja już wiem o wszystkim. Wiem, że jestem Dziedzicem Korony. – wtrącił się Kerd. - Ty wiesz?! Jak to?! On ci powiedział? Jeśli tak to.......zabiję go! - Nie, nie. To Shadow. Ale mam do ciebie pytanie Młokosie. Dlaczego wcześniej mi tego nie powiedziałeś? – zapytał Kerd. - Och, uch, wiesz.......- rzekł nieśmiało właściciel oberży. - Czy może zakazał ci tego mój ojciec? - Nigdy w życiu! Gdyby wiedział, nigdy by........ech......zabroniła mi Wyrocznia. – odparł wreszcie. - Nie rozumiem. O co chodzi z tą Wyrocznią? Wszyscy o niej mówią... - Kerd, wejdź, odpocznij porozmawiamy później. Ty też, Xaras. Przyniosę dodatkowe łóżko do pokoju Kerda. – Młokos skończył i wszedł do oberży. Elf zastanawiał się, dlaczego Młokos tak długo to przed nim ukrywał. „Przecież mógłbym już teraz sypiać we wspaniałym pałacu, rozmawiać z ojcem, mieć przy sobie pełno sługusów!” Takie myśli ciągle zaprzątały mu głowę. Jednak zdziwił się, że przez tak długi czas ani razu nie pomyślał o Meribrathen. Xaras aż zaniemówił z wrażenia. Nie przypuszczał, że jego kuzyn może mieszkać w takich luksusach. Twierdził, że jego Platynowy pałac nie był tak bardzo zdobiony jak ten jeden apartament. Kerd nie odpowiedział mu nic tylko westchnął. Położył się na łóżku, chciał wreszcie odpocząć, uspokoić się. Ale nie było to na razie możliwe, gdyż zachwycony Xaras wciąż wydawał z siebie okrzyki zdumienia na widok niemalże każdej łyżki. Mag zakrył głowę poduszką, ale i to nie pomogło. Do pokoju weszła Meribrathen. Xaras podszedł do Elfa i szepnął: - Ej, a co to za kobitka? - To Meribrathen Berth. Uzdrowicielka. – odparł mag wpatrując się w Szlachetną.. - Niezła sztuka! – zaśmiał się Argon. - Nie waż się tak o niej mówić! – wrzasnął wzburzony Kerd. - Cha! Cha! Kerd kocha Meribrathen, Kerd kocha Meribrathen, Kerd kocha Meribrathen! – zażartował Xaras. - Zamknij się! Grr......dlaczego mam w rodzinie samych idiotów? - Kerd kocha Meribrathen, Kerd kocha Meribrathen! – kuzyn nie ustępował. - PRZESTAŃ! – tym razem mag huknął tak głośno, że Meribrathen się odwróciła w jego stronę. Śmiała się. Wraz z nią chichotał Xaras. Kerd myślał, że zaraz wybuchnie. Czuł, że się czerwieni, ale po chwili także się uśmiechnął. Szlachetna usiadła między nimi. Spytała: - O co chodzi chłopcy? - Yhm.....emmm.....hmmm.....- mag nie mógł wydusić słowa. - Kerd kocha Meribrathen, Kerd kocha Meribrathen! – rzekł Argon. - Przestań, przestań. – powiedziała żartobliwie Meri. - Piękna, nie wiesz przypadkiem, kiedy będzie kolacja? - Za godzinę. - To dobrze jestem strasznie głodny! – Xaras uśmiechnął się i puścił oko do Meribrathen, która się zaczerwieniła. Wreszcie odezwał się Harikassi: - Kerd, czy ty tego nie widzisz? Xaras kradnie ci dziewczynę! - Och, Hari. Po pierwsze to nie jest moja dziewczyna, a po drugie.........uch.... też to zauważyłem. - Nie mogę uwierzyć, że tak łatwo się dajesz. To do ciebie niepodobne. - To co mam zrobić? Podejść do niego i go spoliczkować? - No może nie tak gwałtownie.....ale......hm- Towarzysz zastanowił się chwilę. – Mam pomysł! Podejdź bliżej. – tu ściszył głos i zaczął.- Zaproś Meribrathen na kolację. Taką romantyczną, przy świecach i w ogóle. Wtedy na pewno ją zdobędziesz! - Jakie zdobywanie? Harikassi, kto powiedział, że chcę ja podrywać?- powiedział Kerd z rumieńcem na twarzy. Hari spojrzał na niego krzywo. - Dobra. Już się nie wtrącam. Zrobisz, co zechcesz. – skończył i poszedł na swoje poduszki. Mag był zakłopotany. Nie wiedział, co ma robić. Ale nie mógł także znieść widoku Xarasa podrywającego Meri. Tak, podejdzie do niej i się spyta (choć uważał, że kolejna bitwa ze Srebrzystym Smokiem była by o wiele łatwiejsza). - Meribrathen......e.....mam pytanie. – zaczął. Za plecami trzymał kciuki. - Tak Kerd? – rzekła melodyjnym głosem. Kerd myślał, że się zaraz rozpłynie. - Wiesz....ja tak myślałem......że....ty....ja....no....wiesz, dziś wieczór...... - Och, bardzo mi przykro. – powiedziała smutnie Szlachetna. – Ale nie mogę. Mam już plany na dziś. - Dob....dob....dobrze. Wiedziałem, że i tak nie mam szans.....och.....przepraszam...- skończył, czuł, że zaraz się rozpłacze. Ale co Meribrathen może robić dziś wieczorem? Musiał się o to spytać: - Przepraszam, że o to pytam, ale jakie masz plany na wieczór? - Och, zaprosił mnie na małą przechadzkę. Zaprosił mnie Xaras. Nie tego już za wiele. Dość, że mieszka z nim pod jednym dachem, dość, że go w ogóle akceptuje, to ON odbiera mu Meribrathen. Kerd był tak wściekły, że nie zdziwiłby się, jakby z uszu buchnęła mu para. Musi sobie z Xarasem poważnie porozmawiać. - XARAS! GDZIE JESTEŚ?- Elf huknął tak głośno, że wszystko aż zadrżało dookoła. - W ubikacji. Poczekaj chwilę.-zaraz potem, rozległ się dźwięk „spłukiwania” wody i z małego pokoiku wyszedł Argon. – Czego? – rzekł żartobliwie. - I ty jeszcze się pytasz czego?! Nie mogę uwierzyć, jak mogłeś MI to zrobić? - Kuzyn, spokojnie. Nie wiem o czym mówisz. - Ach tak? Teraz będziesz mi tu udawał świętoszka, co? A kto mi sprzątnął Meribrathen sprzed nosa? - A, o to ci chodzi. Hm, nie wiem jak ci to wytłumaczyć, ale.....pobieramy się. – powiedział Xaras z szelmowskim uśmiechem na twarzy. - Jak.....to.....co.....się pobieracie? - Cha! Cha! Przepraszam nie mogłem się powstrzymać! To był tylko żart.- kuzyn aż trząsł się ze śmiechu. - Bardzo śmieszne. – rzekł ironicznie Kerd. – A ta wasza dzisiejsza przechadzka? - To.....wiesz ostatnio dokuczają mi trochę bóle w okolicy serca. Meribrathen powiedziała, że jest gdzieś takie ziółko w okolicy, co może mi pomóc. - To wszystko? - Tak, to wszystko.- potwierdził Xaras. – Zero randki. Po prostu spotkanie lekarza z pacjentem.- skończył i znowu wszedł do ubikacji. Kerdowi wydawało się to bardzo podejrzane. Ale dlaczego Meri mu nie powiedziała, że chodzi tylko o zbieranie ziółek na dolegliwości Argona? Musi się tam jakoś wkraść. Musi. -Hari! - Co? Gdzie? Jak?- Towarzysz szybko podniósł się z poduszek. - Musisz mi pomóc! - Co za nowina! Ja cię kręcę! Który to już raz z kolei? - Nie czas na głupie sprzeczki. Muszę się wkraść na spotkanie. – Kerd zaczął wszystko wyjaśniać Harikassi’emu. - Może udaj jakąś dolegliwość? Na przykład bóle stawów. Wiem, że rośnie tu taka roślinka, którą można zrywać tylko w nocy. - Dziękuję! Jesteś genialny! - Co za nowina. – powiedział Towarzysz i wrócił na swoje poduszki. Kerd opowiedział Meribrathen o swoich „bólach”, a ona bez żadnego zastanowienia, zgodziła się do wziąć na wieczorną przechadzkę. Była nawet zadowolona. Po zachodzie słońca, zebrali się przed oberżą. Kerd ubrał swoją magiczną szatę, daną mu niegdyś przez Młokosa. Xaras natomiast miał na sobie zwykłe, czerwone szaty. Na razie nic nie wskazywało na jakąś randkę. Do czasu przyjścia Meribrathen. Miała na sobie elegancką, zwiewną sukienkę do kolan przewiązaną złotym pasem. Xaras zagwizdał na jej widok, natomiast Kerdowi opadła szczęka. Wskazała ręką, żeby za nią szli. Bez żadnych sprzeciwów spełnili rozkaz. Doszli nad mały stawik. Meribrathen spojrzała na księżyc i skinęła głową. Zdjęła buty i wskoczyła do wody. Po chwili wyszła , trzymając w ręku jakieś glony. Na początku Kerd tego nie zauważył, ale kiedy się uważnie przyjrzał, zrozumiał, że Meribrathen prześwituje sukienka. Przełknął ślinę i obserwował. Szlachetna podeszła do Xarasa, któremu ogon „latał” we wszystkie strony, i wręczyła roślinę. Była w dość małej odległości od Argona, ale po chwili odwróciła się w stronę Kerda. Wepchnęła mu glony do ust. Smakowały jak rozgotowane brokuły, więc mag nie chciał ich przełknąć. Szlachetna spojrzała Kerdowi głęboko w oczy i pocałowała. Mag natychmiast przełknął roślinę. Zauważył, że Xarasa już nie ma. Jest sam na sam z Meribrathen! Jego marzenie się spełniło! Ale ona była naprawdę za blisko.......
************************ Rano mag był bardzo wypoczęty i zrelaksowany. Przeciągnął się klika razy i otworzył oczy. Stał nad nim oddział żołnierzy łypiących na niego groźnie. - Obywatel Kerd?- powiedział dowódca. - Tak, aaaaaaa coooooooooo....- odrzekł sennie Elf. - Wiesz zapewne, że skończył się twój termin urzędowania w oberży Młokosa. Więc z rozkazu Centralnego Urzędu, przyszliśmy cię wyrzucić. - Co? O czym w ogóle mówicie? – mag spojrzał na kalendarz. Rzeczywiście! Był 26 Luty! Ostatni dzień darmowego pobytu w oberży! – Panowie, a myśleliście może co ja będę teraz robił? - Che, che. To nie nasz problem. – zarechotali i wzięli Kerda za fraki. Po chwili leżał, w piżamie, na chodniku przed oberżą. Przechodnie patrzyli ukradkiem na całą sytuację. Przyszedł Xaras i ziewając, rzekł: - Co to za zamieszanie? A...aaa!!! – żołnierze rzucili się na Argona. - To ten pół Argon! Xaras! Łapcie go!- i zaczęli go obwiązywać linami. Xaras kąsał zawzięcie, wymachiwał ogonem, robił co mógł aby nie zostać schwytany. Słychać było głos Młokosa, wykrzykującego różnorakie przekleństwa. Przyteleportowała się Meribrathen. - CO TO MA ZNACZYĆ?!- krzyknęła, a jej głos potoczył się echem po wiosce. - Panna Meribrathen Berth, cóż za zaszczyt. My tylko wyrzucamy tego chłystka z oberży i łapiemy zdrajcę Imperium – Xarasa. – powiedział dowódca, na pewno mocno wystraszony. - Zostawcie chłystka, ja się nim zajmę. - Och, niech pani się nie trudzi my to załatwimy. - MILCZEĆ! I TEGO DRUGIEGO, TAKŻE ZOSTAWCIE! - Ale to jest zdrajca Imperium – Xaras Cabrio’ von Imperios! - To jest Xaras? To tylko iluzjonista głąbie! - Jak to? Nie ma mowy o pomyłce. - Durniu, to mój osobisty iluzjonista. Zapewnia trochę rozrywki przy kolacji. Teraz przygotowywał numer o zdradzie Xarasa, idioto! Czy uważasz, że nie wiem, kogo zatrudniam? - Nie, nie. W to nie wątpię. Twoja wola, pani. – dowódca skończył i odszedł. Kerd wstał i podbiegł do Meribrathen. - Jak ci się odwdzięczę? - Nic nie musisz robić. Wystarczy, że ze mną zamieszkasz. Przynajmniej na razie. – Kerd nie wierzył, w to co słyszał. On ma mieszkać z Meribrathen? Nieprawdopodobne! Nie mógł uwierzyć we własne szczęście. - E...e...Meribrathen...nie wiem co powiedzieć....- Szlachetna zarumieniła się. Po chwili wstał Xaras i zaczął: - Ej! A co będzie ze mną? Kerd! Chyba nie zostawisz mnie na pastwę losu, co? - Jasne, że nie. Chodź kuzynie. – rzekł mag i poklepał Xarasa po plecach. Odwrócił się w stronę wschodzącego słońca.
Część 33 / 3
Meribrathen mieszkała w niewielkiej, ale przepięknie urządzonej rezydencji otoczonej ogrodem, w którym mieszkały żywe wróżki. Wnętrza jej domu były pozłacane, wszystkie schody marmurowe, a kolumny Platynowe. Nie mogło też zabraknąć pracowni uzdrowiciela, bo jak zapewne czytelniku wiesz, że panna Berth była uzdrowicielką. Posiadała też kolekcję egzotycznych stworzeń, które kochała jak własne dzieci.... Chociaż Meribrathen jest piękną i bardzo ciekawą osoba, to nigdy nie zaznała szczęścia w miłości. Jej poprzedni adoratorzy chcieli tylko dobrać się do jej majątku. Kobieta nie miała łatwego życia... Szlachetna od razu pokazała Kerdowi i Xarasowi ich pokój. Były w nim dwa łóżka z puchowymi kołdrami, ławą, szafą i kredensem. Harikassi otrzymał (jak zwykle) kosz z poduszkami. W końcu był tylko Towarzyszem. Około piętnastej, podano wykwintny obiad. - Mniam! Jakie pyszności! – krzyknęli razem na widok dań Xaras i Kerd. Na stole pojawił się Jentowy rosół, pieczeń z dzika, sałatka z drzewa Rodnego i egzotyczne owoce. - To dopiero zakąska. Konkretne dania pojawią się niedługo. – powiedziała Szlachetna. Jej smoczyca jadła razem z Harikassim z jednej miski. - Powiem szczerze, że jeśli uda mi się to wszystko zjeść to nie ruszę już nic więcej! – rzekł Kerd podgryzając udka kurczaków. - Racja kuzyn! – powiedział Xaras, który głośno siorbał pijąc Jentowy rosół. - Xaras! Trochę kultury. Jak możesz tak jeść przy damie? – skarcił go Elf. - Już dawno oduczyłem się dobrych manier przebywając wśród Argonów. - To lepiej przypomnij je sobie. - Nie chciałabym wam przerywać tej pasjonującej rozmowy, ale muszę coś ogłosić. – zaczęła Meribrathen i podniosła się. – Na obiedzie będzie gość. A mianowicie – Naczelny Głos z Lont. - CO??? – poderwał się Kerd. – On? Jak mogłaś go zaprosić? - Hm, mam z nim kilka spraw do załatwienia. – Szlachetna popatrzyła się złowrogo na maga. – A poza tym, Kerd mówiłeś, że jesteś najedzony. Więc, jeśli możesz ruszyć swój królewski zadek, to proszę żebyś opuścił jadalnię. I ty Xaras także. - Ale....jak....- rzekł Kerd. - Proszę WYJŚC!!! – Meribrathen huknęła tak, że woda w szklankach zadrżała. Mag i Argon poszli do swojego pokoju.
- Kerd! Co żeś najlepszego zrobił? Ona nas przyjmuje do swojego domu, a ty się tak zachowujesz. Przecież nie masz w tej sprawie nic do gadania. Nie mogłeś powiedzieć nic głupszego. – Xaras nie wytrzymał i z wściekłości przewrócił stół. - Jasne! Teraz wszystko na mnie! Wszyscy przeciwko mnie! Zawsze tak jest. Jak facet znajdzie odrobinę szczęścia to zaraz cały świat się rozpada. – krzyknął Elf. - Też uważam, że zachowałeś się nietaktownie. Trzeba teraz tę sprawę przeczekać. Najlepiej by było, żebyś w ogóle nie wchodził jej w drogę. – wypowiedział się filozoficznie Harikassi. - Ale jak? Hari, to nie takie proste. Nie wiem co ze sobą zrobić. – Kerd padł na łóżko i zakrył głowę poduszką. Xaras siedział na krześle i myślał. Oczy zapłonęły mu wściekłą czerwienią. - Spróbuję wszystko odkręcić ,nie martw się. – Towarzysz skończył i wybiegł z pokoju. Harikassi biegał w kółko po rezydencji. Chciał odnaleźć smoczycę Meribrathen – Alex. „Hm, może znajdę ją w ogrodzie” – pomyślał. Pędził korytarzem co sił w nogach. Skręcił w lewo i wpadł na....Alex. - O nareszcie jesteś! Wszędzie cię szukałem! - Tak? O co chodzi? - Nie domyślasz się? - Ach, zapewne o tę sprzeczkę Kerda z Meribrathen. Cóż...moja pani jest na niego bardzo wściekła. - Zauważyłem. Mój pan bardzo to przeżywa. On jest taki wrażliwy. Łatwo go zranić... Chciałbym jakoś to odkręcić...czy Meribrathen można czymś przebłagać? - Niech pomyślę. Hm, przeprosiny nie za bardzo by pomogły. Kolacja też odpada, nie zgodzi się....Mam pomysł! Kerd musiałby jej zaimponować! - Ale w jaki sposób? - Niech weźmie udział w zawodach, na przykład „dzikiego tańca”! - Czego? – Harikassi zdziwił się. - „Dzikiego tańca”! To połączenie tańca nowoczesnego ze sztuczkami magicznymi. Wtedy już będzie jego na pewno! - Zastanówmy się. Kerd + „dziki taniec” = wielka klapa. Może umie trochę czarować, ale ze sprawnością fizyczną u niego już gorzej. - Jak wolisz. Posiadanie pana to duża odpowiedzialność. - Racja.
Po kilkudziesięciu minutach sprzeczek Kerd dał się namówić na naukę „dzikiego tańca”. Czytał książki o nim, chodził na pokazy i oczywiście ćwiczył. Na razie wykonywał jedynie podstawowy krok, polegający na przeskakiwaniu z nogi na nogę oraz łatwy czar Wodnych Biczów. Xaras znał się trochę na „dzikim tańcu” więc pomagał Elfowi ze wszystkich sił. Pokazywał bardziej skomplikowane kroki, opracowywał treningi siłowe. Po dwóch tygodniach ostrych, nieustających ćwiczeń magowi zaczęło wreszcie coś wychodzić. Pozy i czary nie stanowiły już większego problemu. Innym dylematem był natomiast jego wygląd. Kerd zauważył, że tancerze są przystojni i dobrze zbudowani. Prawdę mówiąc, Elf tych dwóch cech nie posiadał. W przeciwieństwie do swojego kuzyna był wątły i miał wychudzoną twarz. I dobrze o tym wiedział. Często zazdrościł Xarasowi tej burzy grubych, ciemnych loków, boskiego oblicza i atletycznego ciała. Jedynym zewnętrznym atutem Kerda były jego oczy. Błękitne, pełne wyrazu, w których można wyczytać wszystko. Raz groźne, raz radosne. Można nawet rzec, że jego spojrzenie było wręcz przepiękne. - Czas popracować nad wyglądem kuzynie. – rzekł Xaras trzymając w ręku podejrzane narzędzia. - Czy jest to konieczne? – spytał drżącym głosem Elf. - Niestety tak. Chcesz zaimponować Meribrathen? Musisz wyglądać jak drencerzy (tancerze wykonujący „dziki taniec”). Nie bój się, najwyżej zaboli tylko troszeczkę. – Argon wybuchł demonicznym śmiechem. – Ale musimy też wyjść na miasto i kupić ci trochę ubrań. Masz jakieś oszczędności? - Hm, z 30 Stylli się znajdzie. - To za mało. Skąd wykombinować mamonę? - Mam jeszcze drzewko Rodne i inne rzeczy, które dostałem od ludzi z Alone po pokonaniu Retsita. – stwierdził Kerd. - Wspaniale! Nie poznasz siebie kuzynie. – powiedział Xaras zacierając ręce. - I właśnie tego się obawiam. Udali się do najbliższego miasta – Lont. Poszli do zakładu krawca Farie’rha. Xaras musiał chodzić z kapturem na głowie, ponieważ mogli go rozpoznać tutejsi strażnicy. - Na początek....szata. Nosisz za bardzo obcisłe szaty, drencerzy noszą o wiele bardziej „obwisłe”. Popatrzmy...- i zaczęli poszukiwania. Jak znaleźli coś odpowiedniego, to im rzedła mina na widok ceny. Nie mogli sobie pozwolić na drogie szaty. Musiało im starczyć jeszcze na dodatki typu: łańcuch, saszetka na magiczny pył i inne. Kerd przymierzał szaty jedna po drugiej, ale w każdej coś mu nie odpowiadało. W pierwszej wygląda za grubo, w drugiej za chudo, w trzeciej....szkoda mówić. Nagle rozległ się dźwięk trąb i do sklepu weszła straż. Ustawiła się w szeregu i stanęła na baczność. Ktoś rozwinął pozłacany, czerwony dywan. Wszedł Gerard z orszakiem. - Złożyć pokłon Dziedzicowi Korony! – krzyknął kapitan straży. Gerard dumnie kroczył po dywanie, a przed nim biegli Dunnerowie i sypali płatki kwiatów. - Książę! Co za zaszczyt! Co sprawiło, że wstąpiłeś do mojego skromnego zakładu? – zapytał płaszcząc się krawiec Farie’rhan. - Muszę sobie kupić klika nowych szat. Mam nadzieję, że znajdę coś odpowiedniego. – rzekł ze słyszalną pogardą Gerard. Rozglądnął się obojętnie po sklepie aż w końcu jego wzrok zatrzymał się na Kerdzie. Podszedł do niego i zaczął: - Witaj Kerd! Dlaczego nie złożysz mi pokłonu jak wszyscy? – Elf nie odezwał się w ogóle lecz spojrzał na niego groźnie. Xaras zawarczał cichutko. – Zapytam jeszcze raz: dlaczego nie ukłonisz się przed księciem Etherwind? - Nie będę płaszczył się przed oszustem. – powiedział przez zaciśnięte zęby Kerd. Strażnicy głośno wciągnęli powietrze. - Ach tak? – zaśmiał się Gerard. – Nie musisz być obrażony na mnie za to, że ja wygrałem test. Ale żeby wyzywać mnie od oszustów...nie uważasz, że na za dużo sobie pozwalasz? Poza tym, z kim tu przyszedłeś? Czyżby to twój sługa? – Xaras był już bardzo zdenerwowany. Nie lubił kiedy ktoś obrażał jego rodzinę. A nienawidził tych co podawali się ze jej członków. – Odpowiedz, czekam. - mag znów milczał. – Może zdejmiemy mu ten kaptur. Pozwolisz nam na to? – nie czekając na odpowiedź Kerda podszedł do Argona i zrzucił jego okrycie. Wszyscy znajdujący się w sklepie wydali okrzyki zdumienia. – Xaras Cabrio’ von Imperios? Tak myślałem, że zadajesz się z samymi szumowinami. Xaras nie wytrzymał. Podbiegł do Gerarda i przewrócił go jednym ciosem. Strażnicy zaraz ruszyli z odsieczą. Argon bronił się ze wszystkich sił. Ogonem wywracał niektórych napastników. Górna część jego szaty się rozdarła. Gerard, uśmiechając się głupkowato, walnął pięścią w odkryte serce. Xaras nigdy nie krzyczał z bólu, ale teraz czuł, jakby ktoś przeszywał go tysiącem imadeł. Płakał. Przebojowy twardziel się rozpłakał. Kerd stał jak wryty i nie wiedział co robić. Pomyślał co by powiedział Harikassi w takiej sytuacji: „A nie mówiłem” lub „Skup się Kerd! Skup!”. Tak! To musi teraz zrobić – skupić się, wytężyć mózg. Wykonał magiczny gest i rzucił kilkoma strażnikami o ścianę. Gerard ugodził go Błyskawicą Tytana. Kerd padł jak długi. Z wielu poparzeń na całym ciele zaczęła wylewać się błękitna krew. - KERD! NIE! – Xaras napiął wszystkie muskuły i odrzucił napastników. Jakiś strażnik już miał przeszyć Elfa strzałą gdy Argon osłonił go własnym ciałem. Gerard krzyknął: - Bierzcie Xarasa! Tamtego zostawcie! Niech tu zgnije...- strażnicy szybko wykonali rozkaz.. Po chwili zrobiło się cicho. Kerd patrzył w dal mówiąc „Xaras, nie, nie”. Wyczołgał się ze sklepu. Zostawił za sobą pasmo błękitnej krwi. Przymknął na chwilę oczy. Usłyszał nad sobą znajomy głos: - Na wszystkich bogów, jeśli istnieją! Kto to?- jak się czytelniku zapewne domyślasz był to Młokos. Kucnął i odwrócił twarz maga w swoją stronę. – Kerd, to ty (szczerze mówiąc, mogłem się domyślić)? Co ci się stało? – przyjrzał się uważniej. – Błękitna krew! Bogowie! Przemiana! Nie spodziewałem się, że nastąpi tak szybko! - Xaras....zabrali go....próbowałem.....nie udało mi się....nie zabijcie mnie za to.....- wyszeptał Elf. - Nikt cię nie chce zabijać! Pędzimy do Meribrathen. – Młokos skończył i Kerd zemdlał.
Młokos wpadł jak burza do rezydencji Szlachetnej i (jak to było w jego zwyczaju) wykrzykiwał różnorakie przekleństwa. Powywracał przy okazji kilka cennych dzbanów (z dynastii Ping-Pong). Przybiegł Harikassi. Zapiszczał przy Młokosie i zapłakał....błękitną krwią. Pojawiła się Meribrathen: - Co.....kto.....co się stało? – powiedziała wystraszona. - Nie mam zielonego pojęcia. Może się coś dowiemy jak dasz mu jakieś zioła. - Oczywiście. – skończyła i zaprowadziła Młokosa z nieprzytomnym Kerdem do pokoju. Wyjęła moździerz, alembik i palnik. Zaczęła przygotowywać mikstury. W pocie czoła miażdżyła, zgniatała, rozpuszczała, podgrzewała magiczne rośliny. Harikassi polewał Elfa zimną wodą. Noc była bardzo niespokojna. Kerd dostawał ataków epileptycznych. Wokół jego łóżka rozlewała się bez przerwy błękitna krew. Młokos i Meribrathen zasnęli z wyczerpania....... Nagle pojawiło się oślepiające zielone światło. Kerd wstał. Stała przed nim ta sama zjawa, która widział w oberży i jaskini smoka. Przemówiła: - Nie pozwól światłu ciemności zrujnować królestwo. Tyś jedynym, prawdziwym i prawowitym. Ratuj nas wszystkich. Przemiana nastąpiła. – skończyła i zniknęła. Elf padł na poduszki. Rano Kerd zauważył, że obok jego łóżka stoi pełno paczek. Harikassi biegał wokół nich i wsadzał dziwne przedmioty. Elf usiadł. Pomyślał o zjawie. „To na pewno był tylko zły sen...nie ma żadnej przemiany...”. Na jego rękach nie było już ran, z których leciała błękitna krew. Na ich miejscu pojawiły się tajemnicze, połyskujące runy. Przetarł oczy i popatrzył jeszcze raz. Czy to były jakieś przywidzenia? Dotknął jednego napisu. Zasyczał i zapłonął wściekłą czerwienią. - Nie dotykaj! – wrzasnął Młokos, który wpadł niczym burza do pokoju. – Nie wolno ci! - Ale dlaczego? – spytał poirytowany Kerd. - Bo nie! A poza tym...musimy mieć jakiś dowód. – Elf otwierał już usta, żeby zadać jeszcze jego pytanie, ale Młokos wyszedł z pomieszczenia. Mag zwrócił się do Harikassi’ego: - O co w tym wszystkim chodzi? - Nie pamiętasz ostatnich wydarzeń? Nie pamiętasz jak zabrali Xarasa? Nie pamiętasz, że znalazł cię Młokos i gdyby nie on, mógłbyś nadal leżeć na ulicy? – Towarzysz spojrzał gniewnie. – Idziemy odbić Xarasa. - Co...co....Xarasa? Ale jak...gdzie? - Meribrathen mówi, że zabrali go do Fortu Łaski. Możliwe, że dojdzie do krwawej walki, ponieważ znajduje się tam najlepiej strzeżone więzienie w całym Etherwind. Ale musimy odbić Xarasa. A w sumie...to ty musisz go odbić. Przecież to twój kuzyn...bliski krewny....to twój obowiązek. Mamy wyruszyć jeszcze dzisiaj. – skończył i zabrał się do pakowania kuferków. Kerd, nie mając nic lepszego do roboty, postanowił mu pomóc. Zaczął wkładać do swojego wszystko pakującego plecaka szaty, amulety, księgi z zaklęciami, antidota oraz inne bardzo przydatne rzeczy. Szatę ze skóry granitowego smoka założył na siebie, gdyż czuł się w niej o wiele bezpieczniej. Potem poszedł do biblioteki Meribrathen. Zaczął wyszukiwać rozmaite słowniki. Chciał się dowiedzieć, co oznaczają runy na jego rękach. Wertował książki jedna po drugiej, ale w żadnej nie znalazł choćby słowa na temat tajemniczych symboli. Przyszedł Harikassi: - Cóż za wspaniały widok! Kerd i książka, nieprawdopodobne! – zaśmiał się szyderczo. - A ty nie bądź taki mądry! – odparł Elf. – Szukam znaczenia tych runów...- po tych słowach podwinął rękaw szaty. Harikassi nie krył zdumienia. Zamyślił się na chwilę i zaczął: - Coś mi świta w pamięci...jakbym już kiedyś coś takiego widział.....zastanówmy się....hm....mam! – krzyknął uradowany Towarzysz i popędził w stronę półek. Strącił ciężki wolumin „Cienie –kultura i historia”. Otworzył go i szybko przewracał kartki. Zatrzymał się na jednej stronie. Spojrzał na tekst i przeczytał: - „Fearow ert. Ret osvit komm ende klift. Kertropresso. Liter gerpepe. Poweris neine klifu“. - Czyli „Stało się. Gdzie znaczenie i on. Przemieniony. Światło przybyło. Władza tylko jego”. I co ma wspólnego z tymi runami? – spytał się Kerd. - Och! Jeszcze nie rozumiesz? – zawarczał Harikassi. – Popatrz się! – i podsunął wolumin Kerdowi pod nos. Spojrzeli na ilustrację pod tekstem i popatrzyli na ręce Elfa. Znaki były identyczne! Ale co oznaczał sens tych słów? Zebrali się przed domem Meribrathen. Wszyscy obładowani bagażami wsiedli do powozu. Zaczęła się długa podróż...
Ucieczka Argona
Xaras siedział w swojej celi i patrzył się głupawo na podłogę. Nawet nie miał współlokatora. Przydzielono mu (z rozkazu Gerarda, rzecz jasna) izolatkę, gdyż powszechnie był uważany za bardzo niebezpiecznego przestępcę. Biedakowi doskwierała samotność. Tęsknił za Harikassim, za Młokosem, za Meribrathen....za Kerdem. Tak, za nim chyba najbardziej. Przecież to jedyny członek jego rodziny, który go nie odtrącił.....go – Xarasa matkobójcę. Nie wystraszył się jak inni jego wyglądu, a raczej jego odkrytego serca, które teraz bolało jeszcze bardziej.... Nawet nie mógł jeść razem z resztą więźniów. Pewnie chcieli, żeby oszalał z braku jakiegokolwiek towarzystwa.....i właśnie teraz nastąpił ten moment kiedy pomyślał, czy warto.....czy warto było tak bronić honoru tej rodziny, która go tak nienawidzi? Czy warto było tak nadstawiać karku za tego kuzynka – Kerda? W sumie, może tylko za niego...on tylko jakimś jasnym promykiem nadziei. Jednakowoż, Argon nie traktował Kerda jak kuzyna. To była jakaś mocniejsza więź.....to była taka braterska miłość.........rozmyślania Xarasa zakłócił strażnik: - Xaras Cabrio’ von Imperios? - No, a czego? – spytał się groźnie Argon. - Z rozkazu Głównego Sędziego otrzymujesz pozwolenie na korzystanie z publicznej stołówki. - Hm, cóż za miła odmiana. - Nie wymądrzaj się tylko chodź. – strażnik skończył otworzył drzwiczki celi. Obwiązał Xarasa zieloną energią i ruszyli w stronę stołówki. Xaras kroczył dumnie poprzez korytarze Fortu Łaski uśmiechając się tajemniczo na widok chowających się przed nim więźniów. W tym więzieniu tylko on się liczył. Był jakby królem... W stołówce strażnik ściągnął zieloną energię z rąk Argona i puścił wolno, ale nadal bacznie go obserwował. Xaras migiem wziął miskę z grochówką. Usiadł obok jakiejś Nephilianki i Retsita z głupkowatym wyrazem twarzy. Jadł zupę okropnie przy tym siorbiąc. Kocica przyglądała mu się uważnie i od czasu do czasu trzepotała pięknymi czarnymi skrzydłami. Retsit wciąż spożywał posiłek. - Za co siedzisz? – spytała Nephilianka. A głos miała wspaniały jak słowiczy śpiew. Xaras, który wcześniej nie zwracał na nią uwagi przestał jeść grochówkę. Potrząsnął swoimi bujnymi lokami i odpowiedział mając usta pełne zupy: - Nie wmawiaj mi, że nie wiesz. - Masz rację. Wszyscy tu cię znają. Jesteś naszym idolem...w trochę innym tego słowa znaczeniu...- i zaśmiała się. Argon teraz dopiero się jej przypatrzył. Miała jasną, kremową sierść z tygrysimi paskami. Włosy czarne jak noc, gęste i pofalowane. Oczy czerwone, z głębokim wyrazem. Ubrana w zwykłą więzienną szatę, taką jak wszyscy. – A tak przy okazji, jestem Arish. - A ja Xaras, miło mi. - Hm. – skończyła Arish i przysunęła się do Argona. Swoim kocim ogonem dotknęła delikatnie potężnego ogona Xarasa. On aż podskoczył i krzyknął: - Hola, hola! – i dźgnął ją lekko łokciem. Zaczęli rozmowę. Arish opisywała Xarasowi poszczególnych więźniów. Zwróciła szczególną uwagę na Polpisa – Człowiecznego o ogromnej sile. - Siedzi za cztery brutalne morderstwa Głosów z Gorack. – mówiła z przejęciem Nephilianka. – Podobno obszedł się z nimi tak okropnie, że nie zostało po nich dosłownie nic. A poza tym....ekhm....- tu ściszyła głos – uważa, że jestem jego dziewczyną, co nie jest prawdą. Kto by chciał takiego jak on? - Chociażby ja. – zażartował Xaras. – Patrz tylko jakie ma muskuły! Jak się nimi popisuje! Niesamowite! – i zaczął naśladować siedzącego na przeciwnym końcu sali Polpisa. Robił śmieszne miny, prężył muskuły. Podnosił jedną ręką Arish, tak jak Polpis inne więźniarki. Nephilianka zaśmiała się głośno. Xaras poskakał trochę i wywrócił się przez przypadek. Kocica wylądowała na nim. - Och, przepraszam. – powiedziała i zrobiła się czerwona jak burak. - E tam. Mi takie coś pasuje. – rzekł Xaras pięknie się uśmiechając. Argon wstał i pomógł Arish się podnieść. Siedzący razem z nimi Retsit zaczął bić brawo. Inni poszli za jego przykładem. Po chwili stołówka rozbrzmiewała burzą oklasków. Zwróciło to uwagę Polpisa. Zaczął kroczyć powoli przez salę. Nagle wszyscy ucichli. Słychać było tylko ciężkie kroki Człowiecznego. Podszedł do Xarasa i szturchnął go. Popatrzył się na Arish i przyciągnął do siebie. Zagrzmiał grubym, basowym głosem: - Zostaw moją dziewczynę w spokoju! - Wcale nie jestem twoją dziewczyną! Puść mnie! – zapiszczała Nephilianka i spojrzała błagalnie na Xarasa. - Słyszałeś co powiedziała? Puść ją! – zawarczał Argon. - Oho! Czyżbyś mi groził? – zaśmiał się Polpis, a za nim inni także wybuchli śmiechem. - Na razie jeszcze proszę.....grrr... - I to ma być prośba? Jak chcesz mnie o coś prosić, to padnij na kolana! JUŻ! – wykrzyczał Człowieczny i popchnął Xarasa tak, że upadł na twarz. – Od razu lepiej, che, che. W Argonie zebrało się tylko złości, że nie zdziwiłby się, jakby zaraz wybuchł. Mógł znieść jeszcze to, że go obrażano. Ale jak widział kobietę w potrzebie – nie wytrzymywał. Popchnął Polpisa. Więźniowie wydali z siebie okrzyki zdumienia. Wściekły Człowieczny rzucił Xarasem o ścianę, który nie pozostał mu dłużny i wywrócił Polpisa swoim wielkim, potężnym ogonem. Argon i jego przeciwnik siłowali się z dobre pół godziny, póki do akcji nie wkroczył strażnik: - Wy! Polpis i Xaras! Natychmiast przestańcie! – walczący nie zwrócili na niego uwagi. – Ostrzegam! Bo będę musiał użyć magii! – i to ostrzeżenie nie poskutkowało. – Dobrze, jak chcecie. Sami się o to prosiliście. – skończył i powalił obydwóch czarem Pomniejszej Implozji. Obaj padli jak dłudzy. Jacyś gwardziści zabrali ich do celi. - No i pięknie! Skończyłem w jednej celi z jakimś przygłupem.... – mruknął Xaras. - Nie zaczynaj się Argonie, bo znowu będę musiał cię sprać. – odgryzł się Polpis. - Ekhm...kto kogo sprał to sprał. – powiedział ironicznie Xaras. Od tej pory siedzieli cicho. Tylko od czasu do czasu Polpis patrzył się gniewnie na Argona, który z nudów wymachiwał ogonem. W nieco innym miejscu.....w nieco innym czasie..... Kerd z Harikassim wciąż się sprzeczają: - Musimy iść w prawo! – wrzeszczał Elf. - Nie, nie. W lewo. – Harikassi nie ustępował. - W prawo. - W lewo. - A zamknijcie się wreszcie! – krzyknął Młokos. Obaj umilkli. – Tak o wiele lepiej. Moje biedne uszęta są bardzo wrażliwe na hałas. A tak poza tym, dajcie mi tę mapę. – Młokos wyrwał pergamin z rąk Kerda. Spojrzał na niego i uśmiechnął się – Nic dziwnego, że się sprzeczacie. Mapa jest odwrócona do góry nogami. – Mag wraz z Towarzyszem się zaczerwienili. – Chodźmy prosto. I lepiej by było, żebym ja był przewodnikiem. Kerd osłaniaj tyły. Harikassi pilnuj bagaży. Naprzód! – skończył Młokos i wyruszyli. Odkąd Meribrathen odłączyła się od nich przy Wielkim Jarze takie kłótnie zdarzały się dość często. A Kerd miał nadzieję, że pobędzie trochę sam na sam z ukochaną. Cóż, życie jest ciężkie, a jednak trzeba je przeżyć. A poza tym Meri mówiła, że ma coś do załatwienia w Hopes Land i, że później znów się spotkają. Kerd pomyślał o Xarasie. Przecież to przez niego Argon jest w więzieniu z najsurowszym rygorem w całym Etherwind. Jak on sobie radzi? A jak Kerd ma sobie poradzić bez Xarasa? Podwinął rękaw prawej dłoni. Runy wypisane jego błękitną krwią błyszczały niewinnie. Mag dotknął lekko jednego z napisów. Znaki rozżarzyły się wściekłą czerwienią. Młokos błyskawicznie zerknął do tyłu. - Kerd! Co ja ci mówiłem! Pod żadnym pozorem nie wolno dotykać runów! - Ale dlaczego? - Jesteś nieznośny jak malutkie dziecko. Jak mówię „nie”, to znaczy „NIE”! – i na tym rozmowa się skończyła. Nikt potem już się nie odezwał. No, chyba, że Harikassi, który chrapał przez sen drzemiąc słodko na bagażach. Argon ciągle wpatrywał się w zimną, kamienną podłogę swojej celi. Wszędzie panowała błoga cisza. Zagłuszał ją tylko ciężki oddech Polpisa. - Musimy uciec. - Co? – odpowiedział tępawo Polpis. - Jak „co”? Chcesz tu gnić do końca życia? Nie chcesz już nigdy zobaczyć promieni słońca, poczuć powiewu lekkiego zefirku na twarzy? Bo ja nie. Na pewno. A poza tym muszę chronić swojego kuzyna. - Jakiego kuzyna? - Kerda. W sumie to przez niego tutaj jestem....ale gdyby nie ten Gerard... - Syn Imperatora? - Jaki tam syn. On udaje. Wielki Test wygrał perfidnym podstępem. Nie wiem jak wujcio Imperator mógł nie rozpoznać własnego syna... - Właśnie. On go jeszcze nie spotkał. Słyszałem, że Imperator jest znów na jakiejś wyprawie wojennej. Ale....sądzisz, że ten Kerd jest Dziedzicem Korony? - Ja jestem tego pewny. Ech...- Xaras pomyślał przez chwilę – Mam plan! Posłuchaj... – Argon zaczął szeptać coś do ucha Człowiecznego, a on tylko uśmiechnął się ironicznie. Wieczorem ktoś zapukał do drzwi celi. Był to strażnik więzienny. - Racje żywnościowe! - Chwileczkę..- odrzekł Xaras. W ręce naszykowaną miał porcję magicznego pyłu. Argon otworzył klapę więzienną. - Macie nędzne pokraki. Nie chcieliście być grzeczni! Teraz zobaczycie! Będziecie dostawać po sucharku dziennie i zaraz spokorniejecie. - Nie sądzę. – powiedział Xaras i sypnął proszek w strażnika, który po chwili padł na ziemię i spał głęboko. Polpis schylił się i przysunął do celi bezwładne ciało. Argon użył swojego ogona, wydobył klucz i otworzył celę. Księżyc był już wysoko. Młokos zarządził postój. Kerd rozłożył śpiwory, a Harikassi rozpalił ognisko. Młokos wyjął bułki i parę kiełbasek. Czarami spowodował, że mięso samo nabiło się na patyki i unosiło w odpowiedniej wysokości nad ogniem. - Powinieneś się tego nauczyć, Kerd. Wielce przydatna sztuczka... - Ech...-mag westchnął ciężko. Słyszał jak Harikassi wykopuje robaki z ziemi i zjada je z apetytem. Elf sięgnął po ciężki wolumin. Zaczął go wertować. Po chwili zatrzymał się na stronie z wielką, barwną ilustracją. Przedstawiała Elfiego Serafina Smoczego. Piękne, majestatyczne stworzenie, ze śnieżnobiałymi skrzydłami. I niby Kerd jest takim samym. „Phi! Chyba jakieś nieuki rysowały tę postać...ja na pewno nie jestem taki przystojny” – pomyślał mag. - Kerd, ja wszystko słyszę! – krzyknął Młokos. – Chyba nie uprzedziłem cię, że potrafię czytać w myślach w promieniu 20 metrów. A te obrazki to ja sam malowałem. - Ups....ale ja taki nie jestem! - A czy ktoś powiedział, że TY jesteś na tym obrazku? Nie wszystkie Serafiny są takie same. A to jest twój ojciec. Oczywiście jak był trochę młodszy. - Młodszy.....- powtórzył cichutko mag. Odszedł od Młokosa na odpowiednią odległość. Rozpalił obok siebie niewielkie ognisko. Wlepiał przez chwilę oczy w obrazek. Powtarzał „mój ojciec, mój ojciec”. Ale zanim go spotka czeka go jeszcze długa podróż. Najpierw muszą uwolnić Xarasa, potem pojadą uzupełnić zapasy do targowiska Falls, a na samym końcu stolica – Gorack. Znając ich szczęście, na pewno jeszcze coś się po drodze wydarzy. Kerd nagle poczuł dziwny ból w okolicach łopatek. Jakby coś chciało z niego „wyskoczyć”. Odczucia stawały się coraz mocniejsze. Ból narastał pulsacyjnie. W pewnym momencie Elf wrzasnął i ugięły się pod nim kolana. Młokos z Harikassim przybiegli natychmiast. - Kerd co ci? – pisnął zmartwiony Towarzysz. - NIEEEEEEE......WIEEEEMMMMMM......AAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!- mag nadal wrzeszczał nieopisanie głośno. - Kerd spokojnie. Już jestem. Połóż się na brzuchu. O tak właśnie. Nic ci się poważnego nie dzieje. Twój ojciec przechodził przez to samo. Ale jak mogło to nastąpić tak szybko! On przemienił