Komedia · 7 min czytania
Codziennie rano dokonuję cudu.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Codziennie rano dokonuję cudu. 6.15 dzwoni po raz pierwszy pieprzony budzik. 6.24 dzwoni po raz drugi. 6.30 dzwoni i trzeba wstać. I wstaję, lecz z trudem. Ciepła kołdra, ciepłe posłanie, żegnam was uroczyście, przed nami dwudziestoparogodzinna rozłąka. Ach, co ja bez was pocznę? Patrzę czule na rozkopane prześcieradło, na zmięte poszewki. I smutno mi i spać mi się chcę. Położyć się raz jeszcze... ale nie.. trzeba wykonać kolejną misję, przeżyć prawidłowo kolejny dzień. No jak mi się nie chce. Odwracam się na pięcie, nie mogę tak spoglądać na łoże rozkosznych snów, mojego milczącego przyjaciela. Człapię do okna. Na parapecie leżą wcześniej przygotowane spodnie. Biorę je, po czym kucam przy mojej ubraniowej szafeczce. Otwieram ją. Drzwiczki uderzają z łoskotem w ściany. Hm... no i pięknie... nie mam w co się ubrać. Znowu. Cholera jasna, z jednej strony bluzki, w których nigdy się już nie pokażę, z drugiej, jakieś nie pasujące do niczego rzeczy. Gdybym mogła walnęłabym łbem w tą zasraną meblościankę. W końcu wyciągam jakiegoś łacha i wolnym krokiem kieruję się do łazienki. Zapalam światło, wchodzę. Głęboki oddech moi drodzy. Chwila prawdy. Kucam, przemieszczam się (-Mamo, czemu ta pani się czołga? -Nie wiem synku, to pewnie jakaś kretynka, nie patrz na nią) pod lustro. Wolno, wolno, wolno wstaję. Ludzka twarz odbija się niedbale w gładkiej tafli. Kto to do cholery jest? Nie poznaję. Przyglądam się uważnie. Włosy jak siano (masakra, wiesz?). Nos jak wielka piłeczka, olbrzyyyymi! Świńskie oczka zerkają zmęczone. Stado pryszczy gra w najlepsze w golfa. Nie krępujcie się moje małe. Odczuwam pewnego swojego rodzaju obrzydzenie patrząc tak na tę mordę. Szczerzy się do mnie? (Uciekaj!) Przynajmniej ma proste zęby. Chlapię twarz zimną wodą. Twarzo, pobudka! Muszę tak zrobić, pewnie jeszcze o tym nie widziała. Robię tylko dobry uczynek. Kolejna akcja. Niebezpieczna. Chwytam w palce czerwony jak krew grzebień. Aaaaa! Cała naprzód! Pierwszy cios spada jak błyskawica. Szarp. Szaaarp. ... No tak. Utknął. Ciągu, ciągu. Idzie z trudnością. Przedziera się przez dzikie kłącza splątanych kłaków. Bolesna to wyprawa. Zakończona, względnym sukcesem. Bilans? Kłąb włosów wyrwany. Hołd dla poległych. Idziemy robić laleczki voodoo? Zbieram to co zostało na głowie i formuję coś w rodzaju kucyka. No, nawet się rusza jak potrząsnę głową. Tylko tu jeszcze pociągnę za włosek, tutaj któregoś wyciągnę. Może być. Sięgam po stanik leżący na pralce. Zapinam i nakładam. Nie, źle leży. Jedna pierś, druga (a może chce pan łódko?), no teraz lepiej. Jak tylko skończę te dwadzieścia coś lat, powiększam sobie biust. Nie ma opcji. Co to za radocha mieć coś, czego nie widać? Szybko wskakuję w spodnie, naciągam bluzkę. Jeszcze raz spoglądam na lustro, z nadzieję, że może, jakoś, wyglądam... nie. Jaka twarz! Wruqhash. Znowu pokój. Posłanie patrzy z wyrzutem. Ścielę moją jaskinię marzeń. Siadam przy biurku. Godzina 6:53, czas dość dobry. Stawiam przede mną lusterko. Sięgam do torby, gdzie ukryłam narzędzia tworzenia. Kolejny raz staję się Bogiem. Pstryk. Światło lampki obiega