Filozofia · 6 min czytania
Cogito ergo sum
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Tego dnia słońce położyło się do snu nadzwyczaj wcześnie, jakby zmęczone ruchem według monotonnego schematu praw przyrody. Na niebie można było już dotrzeć półokrągły księżyc i mnóstwo gwiazd. Zwiastun pięknej pogody.
Jechał autobusem. Dochodziła piąta po południu, ale w oknach mijanych domów paliło już się światło. Wydawało się to trochę dziwne, jednak nie zwracał na to większej uwagi. Bardziej koncentrował się na trasie przejazdu. Trasie zupełnie innej niż ta, którą autobus wiozący go z pracy jeździł na co dzień. Pewno efekt robót drogowych. Wreszcie ktoś podjął mądrą decyzję, żeby zreperować pełną dziur ulicę. A kto wie, może nawet poszerzą krawężnik?
Autobus zatrzymał się, a kierowca ogłosił koniec jazdy. Wyrwał się z zamyślenia. Rozejrzał się wokoło. Dziwne, ale nawet nie zauważył jak pojazd zupełnie opustoszał. Nie odczuł nawet tego jak zatrzymywał się na kolejnych przystankach. Tak to jest płynie się z prądem myśli. Zapomina się wtedy o bożym świecie. Z drugiej strony był bardzo zmęczony. Został w pracy dłużej. Musiał wreszcie uporządkować całą kartotekę. Na jutro szef chciał sprawozdanie z całego miesiąca. Taka papierkowa robota może zamęczyć człowieka na śmierć. Nie marzył już teraz o niczym innym, jak o wygodnych pantoflach i dobrym obiedzie. Żona kończyła dziś wcześniej. Powinna przygotować coś specjalnego.
Szedł przed siebie. Do domu. Ulica wydawała mu się trochę nieswoja, jakby genialny malarz paroma pociągnięciami pędzla odmienił ten obraz. Ciekawe zjawisko. Dawno nie wracał do domu w świetle księżyca. Aura całkiem romantyczna. Zatrzymał się przed furtką do mieszkania. Chwycił za klamkę. Zamknięte. Przeszukał kieszenie i wyciągnął klucze. Dziwne, ale po kilku próbach otwarcia drzwi, te w ogóle nie reagowały. Zamek musiał zardzewieć. Zresztą żona już dawno pojękiwała, żeby go zmienić. Zadzwonił dzwonkiem. Drzwi otwarł kilkuletni chłopczyk. Kochany synek czekał pewno na tatusia, żeby wreszcie rozłożyć kolejkę liniową. - Mamo! Jakiś pan do ciebie! – zawołał Mały dowcipniś. Miał to chyba po nim, uwarunkowania rodzinne. Ucałował chłopca w czoło i poszedł dalej, do kuchni. Żona zmywała naczynia. -Przepraszam kochanie, że jestem później, ale musiałem zostać w pracy. Sama rozumiesz... Kobieta zbladła i popatrzyła na niego badawczym wzrokiem. -Kim pan jest i jakim prawem wszedł pan do mojego domu?! Cóż za brak kultury! Akwizytorom i naciągaczom nie wierzę! Andrzej! Zza pleców kobiety wyłonił się mężczyzna. Wysoki brunet. Popatrzyli na siebie wyzywającym wzrokiem. Jak prawdziwi samce, gotowi do walki o swoje terytorium. - Proszę wyjść z mojego domu! - Kim pan do jasnej cholery jest, że wygania mnie pan z mojego domu! Kochanie kim jest ten mężczyzna! Co tu się u diaska dzieje! W tej chwili wszystko mi wytłumacz! Podszedł do kobiety, swojej żony, chwytając ją za ramiona. Zaraz potem odebrał potężny cios. Przewrócił się. Pan Andrzej chwycił go za barki, podniósł z ziemi i wyprowadził…