Erotyka · 10 min czytania
Cognac
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Stał tam, jak zwykle zresztą. Dokładnie w tym samym miejscu, w którym spodziewałem się go ujrzeć. Przewidywalny jak kolejny zakamuflowany wzrost podatków. Niemyty jak jabłko zerwane przez biblijną Ewę. Nieustępliwy jak szczególnie silny wyrzut sumienia.
-Kierowniku? – wychrypiał.
Nie zwracałem na niego uwagi, starając się zdążyć do drzwi marketu nim runie w ich progu i rozedrze koszulę na piersi w dramatycznym geście. Byłem naiwny. Jeśli ktoś był z góry skazany na przegraną w tym sprincie, byłem nim ja, nie ten jegomość.
-Szefie? – nie udawał chrypki.
Skrzypiał niczym pozbawiona łożysk dwukółka, którą przed południem pchał z mozołem w stronę pobliskiego punktu skupu złomu, by spieniężyć owoc porannych poszukiwań. Wtargnął nią na jezdnię tuż przed maską mego auta; zapamiętałem dobrze ramę od szpitalnego łóżka, archaiczny węglowy piecyk i pokryty warstwą kamienia bęben od automatycznej pralki. -„Pewnie nie używała Calgonu” – pomyślałem rozbawiony, wciskając znów pedał przyspieszenia. Poranna kawa pozostawiła w moich ustach przyjemny posmak dobrze upalonych ziaren i incydent taki jak ten nie był w stanie zepsuć mi reszty dnia. Tak było przed południem. Nie mógł mnie jednak wtedy dosięgnąć swoją aurą. W tej chwili sytuacja uległa gwałtownej ewolucji. Jego aura, nim spostrzegłem, otaczała mnie szczelniej niż kombinezon głębinowego nurka.
-Prezesie? – nie rezygnował.
Część 22 / 2
Zdobył przyczółek i właśnie się na nim umacniał… Zwolniłem nieco kroku, oszołomiony tempem społecznego awansu. Stromą i wyboistą drogę od kierownika do prezesa przebyłem szybciej niż dystans od zaparkowanego właśnie auta do drzwi tego cholernego sklepu. -„Zaraz… czy jest coś, czego zakup usprawiedliwiał mój upór? Lodówka i barek ledwie się domykają (ten ostatni przetrzebiłem wczoraj nieco, nadal jednak gotów byłem na przyjęcie plutonu spragnionych piechurów), nową tubkę pasty do zębów otworzyłem dwa dni temu, papier toaletowy, mydło i szampon kupowałem w środę. Gazety wylądowały rano na podjeździe przed domem. Nowa kasjerka na stoisku z wędlinami miała bardzo śmiały dekolt, te ostatnie jednak były pomalowane syntetyczną bejcą, jakby koalicja przegłosowała zakaz stosowania olchowego dymu. Co mnie więc tu ciągnie?”- zastanawiałem się gorączkowo. Zamiar błyskawicznego odwrotu kiełkował już we mnie, gdy uzmysłowiłem sobie, że wycofując się nadwyrężę image prezesa. Prezes nie zrezygnowałby. Z pewnością nie! Łaskawy mi ze wszech miar dawca awansów zasłaniał wątłym ciałem rozsuwane drzwi do czynnego jeszcze tylko przez kwadrans dyskontu. Te ostatnie, przy każdym z jego teatralnych gestów rozsuwały się z przeraźliwym piskiem, by po chwili zacząć się zamykać. Nie pozwalał im; poruszając się znów rozwierały się więc, ponownie wydając agonalne pojękiwanie. Musiałem wreszcie na niego spojrzeć. Nie było innej opcji. Z bliska jego twarz przypominała wizerunek umęczonego Chrystusa z jednego z płócien Boscha. Podobieństwu przeczył jedynie brak korony cierniowej. Zgubił pewnie… Postanowiłem zastosować obronę poprzez frontalny atak. Dzięki matce naturze niemały, wyprostowałem się i naprężyłem mięśnie obręczy barkowej. Wciągając równocześnie brzuch (na dłuższą metę było to dość męczące), zbliżyłem się do plażowego ideału. Drzwi marketu zdołały się właśnie przymknąć i w ich szklanej tafli ujrzałem z satysfakcją własne odbicie. Według mojej pobieżnej oceny nie było to odbicie gościa, którego gotów byłbym poprosić choćby o zapałki. Sto czterdzieści w klatce i pół metra w bicepsie. Gdybym tak jeszcze poradził sobie z mięśniem piwnym…
-Szefuńciu ?
Awans na prezesa diabli wzięli. Przeoczyłem niechybnie fakt, że prezes naprawdę dobrze ustawiony nie zawracał sobie dupy wciąganiem piwnego brzucha, wyjąwszy sytuację w której jego rozmówczynią była nowoprzyjęta sekretarka, długonoga i mniej więcej o połowę młodsza.
-Daj na flaszkę…
Zszokował mnie autentycznie. Prędzej spodziewałbym się, że mnie poprosi do tańca… Zazwyczaj takim jak on brakowało do „bułki”, albo na „gołąbki w pomidorowym”. Ilekroć dzieliłem z nimi bochenek zakupionego właśnie chleba, spodziewałem się, że już za chwilę wyląduje w koszu. A ten sukinkot wysmarowany brylantyną, obuty w trupięgi z Tesco, chciał na flaszkę! Bratnia dusza, psiakrew! Czy mam wymalowane na twarzy, że wczoraj popiłem?! Wstrząs był tak znaczny, że zapomniałem o brzuchu. Opadły mi też ramiona. Moje odbicie w przeszklonych drzwiach sklepu stało się jakby bardziej ludzkie. Uznałem, że lepiej będzie wyłożyć karty. Oczywiście platynowy American Express nie był jedną z nich. Postanowiłem po prostu rozegrać tę scenę szybko i bez wnikania w napisany przez niego scenariusz.
-Do