Fantastyka · 37 min czytania
Córka Danchemika, cz.I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
{font:verdana}{i}Fanfik na podstawie komiksu Hiromu Arakawy pt. "Fullmetal Alchemist". Recenzja oryginału: http://manga.tanuki.pl/strony/manga/20-fullmetal-alchemist/rec/512 Odcinki usunięto z YouTube'a, więc w ramach przykładu - anime: https://www.youtube.com/watch?v=CoRw-ORyngo{/i}
I
- „Prawda ponad prawdą”, hę? – Edward Elric zgniótł wiadomość w metalowej dłoni i z irytacją wepchnął papierową kulkę głęboko do kieszeni. – I co to niby za wskazówka?
- Na pewno niezbyt szczegółowa – zauważył Al. Z żalem odprowadzał wzrokiem odlatującego ptaka, spłoszonego nieoczekiwanym hałasem. – Może doktor Marcoh chce, żebyśmy pamiętali o tych słowach, gdy już znajdziemy jego notatki?
- Ale co to w ogóle znaczy? – Chłopak z rezygnacją opadł na ławkę, wyciągając nogi daleko przed siebie. – Jeśli facet sugeruje, że jego badania nie są tym, czego szukamy, to dlaczego zdradził nam miejsce ich ukrycia? A może będziemy musieli przeszukać całą Bibliotekę?
- Możemy też znów odwiedzić doktora w drodze do miasta i zapytać o szczegóły.
- Nie ma mowy! – warknął Ed, a jego mina nagle zaczęła przypominać młodszemu bratu upartego osła. – To oznaczałoby przyznanie się do porażki! Sami świetnie sobie poradzimy, wielkie dzięki. W końcu jesteśmy alchemikami i to nie byle jakimi – dodał chełpliwie.
Al westchnął. Obaj znajdowali się na zatłoczonej stacji w ich rodzinnej wiosce Resembool, czekając na pociąg do Central City. Dzień zapowiadał się wyjątkowo ciepło i słonecznie, poranne chmury zniknęły, a okolicę zalał przyjemny blask. Ludzie przechadzali się po peronie z uśmiechami na twarzach, niedaleko słychać było bawiące się dzieci. Nikt już nie dziwił się na widok wielkiej, stalowej zbroi i chłopca w czerwonym płaszczu i białych rękawiczkach.
Przynajmniej tutaj, pomyślał Al. Choć przyzwyczajony do takiego stanu rzeczy, nadal deprymowały go zdziwione spojrzenia przechodniów, a czasem nawet znajomych osób. To nieustannie przypominało mu o sytuacji, w jakiej się znaleźli.
Dlatego właśnie zmierzali do Stolicy. Po raz pierwszy mieli przed sobą konkretny trop, a nadzieja na zdobycie tego, za czym gonili od trzech lat, nareszcie zaczęła wydawać się możliwa do spełnienia. Al nie mógł się już doczekać, kiedy wraz z bratem znajdzie się w Narodowej Bibliotece Amestris. Tam, zgodnie ze słowami doktora Marcoh, leżą notatki, zawierające informacje na temat Kamienia Filozoficznego – tajemniczego artefaktu, dzięki któremu zignorowanie najważniejszych Zasad Alchemii byłoby możliwe. To dzięki niemu bracia mogliby wreszcie odzyskać to, co stracili.
Al popatrzył na ptaki przechadzające się po płytach peronu, potem na grupkę nieopodal rozrabiających dzieciaków. Marzył, by móc znów czuć to, co one.
- Powinien zaraz być – przerwał ciszę Ed, patrząc na swój kieszonkowy zegarek, symbol Państwowego Alchemika. Ziewając głośno, przeciągnął się i wstał. – Chyba mam jakieś drobne, więc skoro jest jeszcze trochę czasu...
Nagle padł na niego wielki cień. Chłopak skulił się odruchowo.
- Kupiłem bilety oraz dzisiejszą gazetę. – Donośny głos majora Alexa Louisa Armstronga rozbrzmiał mu nad głową, a wielka dłoń opadła ciężko na jego ramię. Pod Edwardem ugięły się kolana. – Zobaczcie, doprawdy ciekawe rzeczy piszą o waszym rodzinnym regionie.
- O naszym regionie? – zdziwił się Al i wziął gazetę. Ed, wciąż z nietęgą miną, przysiadł obok na oparciu, by mieć lepszy widok. – Chodzi o Resembool?
- Nie tylko. To dotyczy prawie całej południowo-wschodniej części Amestris.
Część 22 / 6
Właściwy artykuł znaleźli na trzeciej stronie. „Czy dojdzie do rozłamu?”, głosił tytuł.
- „Wczoraj w East City podpisano zgodę na zorganizowanie trzydniowego festiwalu pod hasłem <<Wolność dla Wschodu>>. Impreza ma odbyć się na głównym placu miasta, zaś jej celem jest zrzeszenie jak największej ilości zwolenników idei stworzenia państwa niezależnego od militarnych rządów Amestris. Organizatorzy liczą na wysoką frekwencję, gdyż zgodnie z niezależnymi badaniami przeprowadzanymi od wielu miesięcy we wschodniej części kraju, systematycznie rośnie poparcie…” Stworzenie nowego państwa? Nigdy nie słyszałem o czymś takim!
- Od dawna nie byliśmy w tych rejonach – zauważył Ed. – Nie licząc wypadu do Lior i Youswell, niemal dokładnie rok.
- Wszystko zaczęło się od Anihilacji Ishvaru – wtrącił major, ignorując zaciekawione spojrzenia ludzi na peronie. Pojawienie się olbrzymiego mężczyzny w mundurze wywołało spore zamieszanie. – Początkowo nie przejmowaliśmy się tym, jednak z czasem ciche szemrania przemieniły się w głośny protest przeciw obecnym metodom sprawowania władzy. Przede wszystkim przyczyniło się do tego stowarzyszenie nazywane „Drogą do Wolności”, od ponad dwóch lat prowadzące szeroko zakrojoną, pokojową kampanię informacyjną na terenie wschodniego Amestris. Działacze przekonują mieszkańców o ich kulturowej odrębności od reszty państwa i kuszą perspektywą stworzenia własnego, opartego na lepszych rządach. Nie zabraniamy prowadzenia tego typu działalności – mówiąc to Armstrong pokręcił głową z dezaprobatą – niemniej jest to sytuacja stawiająca rząd w bardzo negatywnym świetle.
- Dziwne... - mruknął Ed. W East City, jak sam dobrze wiedział, władzę reprezentował pewien pułkownik, któremu z całą pewnością nie na rękę byłoby doprowadzenie do takiej sytuacji. Czym zajęty był Roy Mustang, że dopuścił do takiego zaognienia konfliktu na podlegającym mu terytorium? – Zobacz – wskazał palcem na tabelę w artykule – tutaj są wyniki poparcia społeczeństwa na Wschodzie dla tego stowarzyszenia. W okolicach Resembool jest niemal najwyższe, aż 70 procent… Winry jakoś nic nam o tym wszystkim nie wspominała.
- Niby kiedy? – zdziwił się Al. – Przez trzy dni i noce nic tylko naprawiała twoją protezę.
- No tak, faktycznie. – Ed nie zwrócił uwagi na sarkazm w głosie brata. – To by niejako tłumaczyło tak wielkie poruszenie na peronie.
- Dlaczego?
- Kasa, braciszku. – Edward uśmiechnął się szelmowsko. – Skoro ta impreza ma być takim wielkim wydarzeniem, to z pewnością do miasta przybędą tłumy. Istny szturm na hotele, więc kto może zaklepuje najlepsze miejsca. Chociaż myślę, że pewnie już od wczoraj ceny pędzą w górę.
Rozmowę przerwał im przeciągły gwizd. Wszyscy zebrani jak na komendę spojrzeli w kierunku, z którego dochodził. Długo wyczekiwany pociąg wreszcie pojawił się na horyzoncie.
Teraz dopiero dało się poznać, jak wielu ludzi postanowiło tego ranka wyjechać z Resembool. Gdy lokomotywa z hukiem i łomotem wtoczyła się na stację, wzbijając kłęby dymu, podróżni już czekali z bagażami, gotowi natychmiast wsiąść do środka. Wtedy Ed przypomniał sobie, że miał jeszcze przed wyjazdem kupić coś słodkiego na drogę.
- Zaraz wracam – zapewnił, gdy Al zaczął protestować. – To nie jest daleko, poza tym pociąg odjeżdża dopiero za pół godziny.
- Nie zapomnij zostawić coś na obiad! – zawołał Al, lecz tamtego już nie było. Chłopiec westchnął z rezygnacją. Bywały takie momenty, kiedy naprawdę obawiał się stracić starszego brata z oczu.
Major Armstrong mruknął coś o fascynująco-pouczającym rozwiązywaniu krzyżówek i wszedł z walizką Eda i gazetą do środka, zostawiając Ala przed wejściem do wagonu. Jemu to nawet nie przeszkadzało; mógł teraz spokojnie obserwować krzątający się tłum. Większość z tych ludzi znał nie tylko z widzenia, lecz oni albo byli zbyt zajęci, by do niego podejść, albo zwyczajnie nie wiedzieli, kim on jest. Ponadto wyraźnie unikali zbliżenia się do Ala; jeszcze nikt nie wszedł do wagonu, przy którego wejściu stał niczym strażnik, z rękami splecionymi na piersiach. Tym razem nie wywołało to w nim przygnębienia, lecz pewną satysfakcję. Czasami dobrze jest sprawiać wrażenie bycia kimś innym, niż się jest w rzeczywistości. Ciekawe, co by oni wszyscy powiedzieli, gdyby przekonali się, że w tej wielkiej, budzącej respekt zbroi tkwi czternastoletni dzieciak!
Dzięki temu, że górował nad całą resztą, mógł spokojnie wyglądać powrotu Eda. Znając dobrze jego możliwości oraz pamiętając o ilości „drobnych”, jaką miał przy sobie podejrzewał, że zbyt prędko to nie nastąpi. O pensjach Państwowych Alchemików nie mówi się głośno, jednak to żadna tajemnica, że ich wysokość jest jednym z wielu powodów niechęci zwykłych ludzi do tej instytucji. Tym lepiej dla Eda, potrafiącego pochłonąć wręcz nienaturalnie wielkie ilości jedzenia. Al z łatwością wyobraził sobie brata koczującego przy jednym z wielu stoisk nad pączkami z kremem. „Żeby tylko nie stracił poczucia czasu”, pomyślał. Spóźnianie się na odjazd nie należało do przyjemności, a im obu zdarzało się to zbyt często, żeby można było mówić o przypadku. „Założę się, że przytarga ze sobą tyle słodyczy, ile tylko zdoła”.
Część 33 / 6
- Eee… Panie Zbrojo?
Al drgnął, a metalowe płyty zagrzechotały cicho. Rozejrzał się, lecz w pobliżu nie było nikogo. Spojrzał w dół i wtedy zobaczył szeroko uśmiechniętą buzię może dwunastoletniej dziewczynki z wielkimi, ciemnoniebieskimi oczami i dwoma niedużymi warkoczami. W rękach trzymała plik kolorowych ulotek. Dopiero po dłuższej chwili Al uświadomił sobie, że mała coś do niego mówi.
- Um… przepraszam, czy mogłabyś powtórzyć?
- Chciałam serdecznie zaprosić pana do udziału w Festiwalu, który odbędzie się za miesiąc w East City – wyrecytowała formułkę, uśmiechając się zachęcająco. – Dokładna data będzie wkrótce podana w prasie. Proszę, tutaj znajdzie pan dokładniejsze informacje – to mówiąc podała Alowi ulotkę. – W planach jest mnóstwo atrakcji promujących tradycję i osiągnięcia ludności ze wschodniej części naszego kraju…
- Pracujesz dla „Drogi do Wolności”, prawda? – przerwał jej Al. „Całkiem chwytliwa ta nazwa”, pomyślał przy tym z lekką ironią.
- Nie, tylko pomagam. Rozdaję ulotki i zapraszam ludzi – wyjaśniła ze śmiechem. – Moja mama też pomaga, bo dzięki temu będziemy mogły pojechać do East City za darmo. Jeszcze nigdy tam nie byłam, no i chciałabym zobaczyć Festiwal. Ma być bardzo fajnie – dodała, robiąc słodką minkę.
- Dziękuję, w takim razie dobrze się nad tym zastanowię – zapewnił Al. – I żaden ze mnie Pan Zbroja; jestem Alphonse Elric.
- Nazywam się Maaya Fletcher – przedstawiła się dziewczynka, wyciągając rękę. – Bardzo przepraszam, ale muszę dalej rozdawać ulotki; gdy pociąg pojedzie, nie będzie tu nikogo. Było mi bardzo miło, panie Alphonse.
- Wzajemnie. – Al poklepał lekko Maayę po głowie, a ta zachichotała i odbiegła kawałek, machając mu ręką. Chwilę potem zniknęła w grupie osób, które jeszcze stały na peronie, a jej głos zagłuszył gwar rozmów.
Chłopiec nadal patrzył tam, dokąd pobiegła. Wspomnienia sprzed zaledwie kilku dni odżyły na nowo, znów miał przed sobą roześmianą twarzyczkę i brązowe warkoczyki. „Czy tak właśnie mogłaby wyglądać za kilka lat?...”. Nie mógł powstrzymać drżenia rękawic. „Jej głos… nawet on jest niemal identyczny!”. Wiedział, że nie powinien myśleć w ten sposób, jednak przez krótką chwilę prawie uwierzył, że to, co wydarzyło się tydzień temu w East City, było tylko koszmarem. „Powiedziała, że nazywa się Maaya. I że nigdy tam nie była. Nie mogę się tak zadręczać, bo jeszcze trochę i będę ją widział wszędzie…”
- Co tam trzymasz, Al? Hej, słyszysz mnie?
- Ed!
Chłopak wyrósł przed nim jak spod ziemi. W rękach miał sporą, papierową torbę, której zawartość przypominała reklamę wszystkich słodyczy dostępnych w największej cukierni świata.
- Miałem już cię szukać. Naprawdę potrzebujesz tego wszystkiego?
- Przecież będziemy jechać cały dzień! – zaprotestował Ed z obrażoną miną.
Część 44 / 6
- Nie zapomniałeś o obiedzie w pociągu, mam nadzieję?
- Za kogo mnie masz? Nie martw się, nie wydałem wszystkiego. – Poklepał dumnie kieszeń płaszcza, nieznacznie wspinając się na palce. – Nie traktuj mnie jak dziecka. Powiedz, co to? – ponowił pytanie, wskazując na zaciśniętą pięść brata.
Al zupełnie zapomniał o ulotce.
- Piszą tu o Festiwalu, co ma być za miesiąc. Trochę się pogniotła…
- Przeczytałeś coś niepokojącego o tej całej organizacji? – Ed postawił paczkę na ziemi, po czym wziął ulotkę i zaczął szybko wertować strony. – Ludzie wokół chyba dostali kręćka na jej punkcie, mówią tylko o niej. Wiesz, nie ograniczają się do robienia wody z mózgu; wszyscy twierdzą, że ich działacze szczególnie udzielają się społecznie, pomagają finansowo najbiedniejszym, urządzają dodatkowe zajęcia w szkołach, takie rzeczy… Ci organizatorzy muszą być nieźle pokręconymi fanatykami, nie? Chyba na serio myślą o uniezależnieniu się od Amestris…
- Zobacz, kto mi to dał – przerwał mu Al, wskazując palcem. – Widzisz tę dziewczynkę z warkoczami?
Starał się mówić normalnie, lecz właśnie zauważył Maayę zagadującą ostatnich maruderów na peronie. Wielki zegar na szczycie budynku poczekalni przypominał, że za kilka minut wybije jedenasta; dokładnie tyle brakowało do odjazdu pociągu. Ostatni podróżni chyba zdali sobie z tego sprawę, bo zaczęli pospiesznie żegnać się z małą wolontariuszką i wchodzić do jednego z wagonów. Maaya każdemu z nich machała na pożegnanie. Choć dzieliło ją od Ala około dwudziestu metrów, chłopiec wyraźnie widział jej uśmiechniętą twarz. Teraz jeszcze bardziej przypominała mu…
- A gdzie jest Alexander? No wiesz, jej PIES.
- Co?!
Zszokowany Al spojrzał na Eda, a tamten roześmiał się głośno. Wciąż chichocząc, mocno klepnął młodszego brata po ramieniu.
- Chodźmy już do środka. Za chwilę zaczną zamykać drzwi.
Al w milczeniu patrzył, jak Ed podnosi swoją paczkę i już bez słowa, nie oglądając się za siebie, wchodzi do pociągu.
Z budynku wyszedł, ziewając, jedyny strażnik na stacji, by zgodnie ze słowami Eda pozamykać wszystkie wejścia do wagonów. Jakby na dźwięk jakiegoś sygnału Al ruszył z miejsca, bezwiednie zmierzając w stronę dziewczynki. Chciał tylko jeszcze jeden raz spojrzeć w jej oczy z bliska. Czy rzeczywiście były dokładnie tego samego kształtu i koloru? Czy naprawdę iskrzyły się tą samą radością życia?...
Już tylko jeden pasażer, starszy mężczyzna z melonikiem, żegnał się z Maayą. Ta obowiązkowo pomachała mu ręką, po czym spojrzała na Ala i z dystansu około dziesięciu metrów pomachała również i jemu. Chłopiec zatrzymał się, lecz ona, zamiast podbiec, odwróciła się i spokojnym krokiem poszła w przeciwną stronę. „Pewnie wraca do domu”, pomyślał Al, a pod wpływem tej myśli ogarnął go nagle tak bolesny żal i tęsknota, że z trudem powstrzymał się, by nie wyrazić ich na głos. Chciał ją zawołać, lecz zaraz zrezygnował. Zamiast tego ponownie zaczął iść w stronę dziewczynki.
- Al, zaczekaj!
Część 55 / 6
To był Ed. Stanął obok, patrząc na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Daj jej spokój. To przecież nie ona. Wracajmy do pociągu.
- Dobrze wiem, że to nie ona – odparł Al. – Ale… ty nie rozumiesz…
Starszy brat westchnął ciężko. Przez chwilę stał tylko z rękami wbitymi w kieszenie i opuszczoną głową, jakby rozważając słowa, które zaraz miał wypowiedzieć.
- Al, obaj musimy się z tym pogodzić. Sam przecież widziałeś… co tam się stało. Co ten bydlak zrobił z Niną… i z jej psem. Nie możemy dręczyć się absurdalną nadzieją. – Podniósł wzrok, lecz nawet nie próbował spojrzeć na oddalającą się sylwetkę dziewczynki. – Wiem, że chciałbyś…
- Rozumiem, o co ci chodzi. – Może to było zbyt szorstkie, jednak Al nie panował już nad głosem. – No to wracajmy, skoro tak chcesz.
Minął brata, nawet na niego nie patrząc. Zdążył zauważyć majora Armstronga i strażnika idących w ich stronę… gdy nagle Ed złapał jego rękawicę.
- Spójrz tam!
Nie musiał pytać, gdzie. Z jednej z uliczek, które minęła Maaya, idąc wzdłuż torów, wyszła zakapturzona postać i teraz szybkim krokiem zbliżała się do dziewczynki. Zatrzymała ją i pochyliła się, najwyraźniej coś mówiąc. Bracia obserwowali tę scenę w milczeniu.
Z takiej odległości mogli jedynie wywnioskować, że nastąpiła burzliwa wymiana zdań. Maaya odsunęła się gwałtownie, a wtedy rozmówca pchnął ją na ścianę i zacisnął ręce na jej szyi.
- Widzisz to?! – wydusił z siebie Ed, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Lecz trwało to zaledwie chwilę.
Al odruchowo wyciągnął rękę, chcąc położyć ją na ramieniu brata, lecz zdołał jedynie musnąć palcami koniec jego płaszcza. Chłopak jak sprinter pomknął przed siebie, jednym susem pokonując kilka stopni dzielących peron od chodnika biegnącego między torami a ścianami budynków.
- Ed, zacze…
- HEJ, TYY!! – ryknął Ed. Zakapturzona postać, widząc go, puściła Maayę i rzuciła się do ucieczki.
Al, nie zwlekając, również ruszył do biegu.
Część 66 / 6
- Zaczekajcie, chłopcy! – Usłyszał za sobą głos majora, który oczywiście zignorował. Teraz widział przed sobą tylko Maayę, skuloną pod ścianą. Z blaszanym łomotem opadł przed nią na kolana.
- Nic ci nie jest?!
- N-nie… - wyjąkała, trzymając się za gardło i drżąc na całym ciele.
Zamaskowany napastnik nie uciekł daleko. Jakieś pięćdziesiąt metrów dalej zatrzymał się i odwrócił, odrzucając kaptur. Krył się pod nim mężczyzna o długich, splątanych włosach i wychudzonej twarzy, której głębokie zmarszczki nadawały surowy wygląd.
Ed stanął również, dysząc ciężko.
- Dlaczego ją skrzywdziłeś?! – warknął. Nie doczekał się odpowiedzi. – Dobra, wobec tego poddaj się w tej chwili! Nie masz dokąd uciec.
- Czyżby? – Mężczyzna ze złośliwym uśmieszkiem spojrzał na wylot uliczki po swojej lewej stronie.
Ed klasnął i padł na kolana, przykładając dłonie do płyt chodnika. Trysnęły błękitne iskry i jak po niewidzialnych przewodach pomknęły ku mężczyźnie, kreśląc wokół niego półokrąg. W ich miejscach płyty popękały i w ciągu zaledwie kilku sekund pojawiła się ściana wysoka na trzy metry, całkowicie zasłaniająca drogę ucieczki w głąb miasteczka.
Mężczyzna spojrzał na chłopaka ponuro.
- Transmutacja bez użycia kręgów, co? Imponujące. Jednak uważaj, dzieciaku; nie wiesz, kogo masz przed sobą.
- Dowiem się, jak tylko cię przesłucham. Masz pecha, właśnie zadarłeś z Państwowym Alchemikiem.
- Ach, państwowy… - Napastnik uśmiechnął się, lecz tym razem z tak głęboką pogardą i nienawiścią, aż ten widok zbił nieco Eda z tropu. – W takim razie…
Wyciągnął lewą rękę w bok i w jednej sekundzie dopadł ściany. Wokół jego dłoni nie strzeliły żadne iskry, natomiast wyładowania pojawiły się na ścianie obok chłopaka. Ten spojrzał na nią zaskoczony i zobaczył coś, czego nigdy wcześniej nie widział.
Wyglądało to tak, jakby palce ogromnej, niewidzialnej ręki wbijały się w mur, zgarniając materiał i tworząc z niego kulę. Masa obróciła się w powietrzu, zgodnie z ruchem dłoni mężczyzny.
Ed zadziałał instynktownie.…