Fantastyka · 19 min czytania
Córka Łowcy Głów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Córka łowcy głów
Mimo późnej pory ulice Akkony były pełne różnych istot. Przez ten tłum przedzierała się młoda dziewczyna. Człowiek. Na oko miała około piętnastu lat. Ciemne włosy i oczy, ubrana w luźne spodnie, bluzę z długim rękawem, p r a w i e nie rzucała się w oczy. P r a w i e, bo nie można było nie zauważyć anihilatora przyczepionego do paska od spodni. Bystrzejsi rozpoznawali w dziewczynie córkę sławnego łowcy głów – Ayn Resymty. Co chwilę spoglądała na zegarek, jakby się dokądś śpieszyła. Nikt jej nie zatrzymywał. „Niech to diabli! Spóźnię się. Swoją droga ciekawe, po co mam iść na to lotnisko.” - Uważaj jak łazisz! - Rozmyślania Ayn przerwał jakiś potężny Wasaka. - Sorry… Jest lotnisko. Wreszcie. - Dziewczyna pobiegła zostawiając Wasakę za zdziwionym wyrazem mordy. Gdy wreszcie dopchała się do punktu, z którego widać było prom i wysiadających z niego pasażerów, drzwi się właśnie otworzyły. Znudzona obserwowała istoty wysiadające na Ziemię. Nie rozumiała tych, którzy z własnej woli przybywali na Ziemię. Ona osobiście tę planetę traktowała wyłącznie jako bazę wypadową. Wdała się w ojca nie tylko z wyglądu. Wtem jej uwagę przykuł człowiek stojący we włazie. Chłopak był blondynem w jej wieku. Ayn uśmiechnęła się pod nosem. Do jej klasy miał dojść nowy uczeń. Pokręciła głową, obiecując sobie w duchu, że jak tylko wróci do domu zapyta ojca, skąd ma takich informatorów. Chłopak tymczasem podszedł do niewysokiego, ciemnoskórego mężczyzny, który miał na sobie żółty kombinezon ubabrany smarem. Dziewczyna jęknęła-„teraz wiem skąd ojciec miał takie dokładne informacje”-(mężczyzna, Rikkohi, był partnerem jej ojca)-pomyślała i walnęła głową w coś za jej plecami. To miała być ściana. Niestety, to coś było znacznie bardziej miękkie i co tu ukrywać – było żywe. Ayn odwróciła się gwałtownie i zaczęła przepraszać pechowca. Spojrzała na jego twarz i urwała w pół słowa. - Zamurowało cię Resymty? A może nie poznajesz starego Dakina? – Syknęła istota baaaaaaaaaaaardzo przypominająca jaszczurkę. Tylko dużo większa i dużo groźniejsza. I nienawidząca wszystkich z rodu Resymtych. Dziewczyna podjęła próbę rozmowy – nie chciała strzelaniny na lotnisku. I nie chciała umierać. - Yyyyyyyy, ja naprawdę nie chciałam!!! Myślałam, że tam jest ściana. - A twój ojciec myślał, że moje oko to tarcza celownicza? - Przecież masz jeszcze dwa, eeee to znaczy chciałam powiedzieć, że pretensje proszę zgłaszać do niego. – Oczy Ayn błądziły po tłumie istot na lotnisku, szukając charakterystycznego, żółtego kombinezonu. - Ale trafiło na ciebie. Zemszczę się na Resymtych, zabijając też ciebie. – Dakin wybuchnął zimnym śmiechem. Dziewczyna cofnęła się o krok. Jaszczur wyciągnął ostry jak brzytwa pazur w stronę człowieka. Przez głowę dziewczyny szybko przelatywały różne myśli-„Jeśli teraz użyję anihilatora, to zginą też niewinni. W walce wręcz nie mam szans, a jak zacznę uciekać, to i tak mnie dogoni...Hej, tam idzie... - RIKKOHI” – ostatnie słowo krzyknęła na całe gardło i natychmiast padła na ziemię. Pazur Jaszczura przeorał powietrze nad jej głową, nie czyniąc żadnych szkód. Zawołany mężczyzna odwrócił się i błyskawicznie ocenił sytuację. Wyciągnął blaster i oddał jeden strzał. Trafił on prosto w prawe oko Dakina, skutecznie je niszcząc. Jaszczur zwiał z krzykiem, roztrącając przerażony tłum. Rikkohi podbiegł do czarnej postaci leżącej na ziemi: - Mała, nic ci nie jest? – spytał z trwogą w głosie. Dziewczyna podniosła się, po czym szybko sprawdziła, czy ubranie i włosy są w porządku. Po pobieżnych oględzinach odetchnęła z ulgą. - Na szczęście nie, ale prosiłam, żebyś nie mówił do mnie Mała! - Kwestia przyzwyczajenia. Ech, znowu uratowałem ci skórę. Co byś beze mnie robiła? - Wołałabym kogoś innego na pomoc. Dzięki. -Nie ma za co. - Rikkohi wyszczerzył zęby w zabójczym uśmiechu. – Poznaj mojego chrześniaka. To jest Toke Jai. Z stacji 13 na Marsie. A oto Ayn Resymty. Z Tajkani.- Chłopak zdębiał. Dziewczyna zauważyła to i uśmiechnęła się do niego. Wyciągając rękę powiedziała: - Witaj na planecie przodków. Na Ziemi... Chłopak również się uśmiechnął i uścisnął rękę Ayn. Rikkohi zadowolony zatarł ręce. - No, skoro prezentacja została dokonana, to chyba możemy już iść. - Idźcie sami. Ja muszę coś jeszcze załatwić. - Uważaj Ayn. Cześć! - Do jutra! – Dziewczyna odpowiedziała i odeszła śpiesznym krokiem. Pozostali ruszyli powoli w stronę wyjścia. Dopiero po chwili odezwał się Toke. - Czy ona naprawdę pochodzi z Tajkani? - Wiesz czym aktualnie zajmują się Resymty? - Tak. Są łowcami głów, zajmują się przemytem i... - Dobrze, dość. Nie zapominaj też, że ja z nimi pracuję. A co wiesz o Tajkani? - Planeta przemytników i innych wyjętych spod prawa. Rikkohi westchnął. - Uogólniasz. Charlie – ojciec Ayn ma tam małą wyspę, przypominającą te tropikalne. Owszem, jest łowcą głów, ale nie jest psychopatycznym mordercą. Nie bój się. Wiem, że większość ludzi z Marsa jest przewrażliwiona na punkcie Tajkańczyków, ale ty nie powinieneś dawać wiary tym pogłoskom. Ja też tam spędzam trochę czasu. A jestem człowiekiem porządnym. Teoretycznie. - Wyszli na ulicę i złapali taksówkę. Wkrótce już znajdowali się w mieszkaniu Rikkohiego. Toke, leżąc już w łóżku, przypomniał sobie wydarzenia ostatnich dni. Dni, które sprawiły, że musiał zamieszkać z mało znanym wujkiem na Ziemi... Ayn szybko wydostała się z lotniska i odnalazła telefon. Wystukała numer koleżanki z klasy – Vanessy. Odebrała nastolatka. - Hej, Ayn. Niestety, nic nie znalazłam. Wielkie Odkrycia Geograficzne to trudny temat. Działo się to co najmniej tysiąc lat temu i dziś nic z tych czasów się nie zachowało. - Trudno. Dzięki za pomoc. Nie będzie referatu. - Wiesz, że ten nowy ma dojść jutro? - Już? - No. Ciekawe, jaki będzie... - Ciekawe. Muszę kończyć. Pa – i nie czekając na odpowiedź rozłączyła się. Oparła się o ścianę kabiny. Nie chciała wracać do domu, ale stwierdziła, że musi. Westchnęła i wyszła z kabiny. Ruszyła w stronę domu. Dotarła tam po piętnastu minutach. Od progu zawołała ojca. Odpowiedziała jej cisza. Powoli udała się do swojego pokoju. Tak jak się spodziewała, do drzwi była przyczepiona kartka. Z trudem odczytała bazgroły ojca. „ Wrócę późno w nocy. Zjedz coś i idź spać. Tylko nie siedź do rana. Tata.” Powlokła się do kuchni, zjadła jakieś owoce i poszła spać. Dzień był długi i męczący. *** - Mamo, muszę iść poza stację, przynieść jakieś grzybki na lekcję. - Dobrze, tylko załóż skafander, weź blaster i uważaj na siebie. Wróć za trzy godziny. - Oki! Cześć. - Cześć synku… - Mama spojrzała za oddalającym się szybko synkiem. Szybko sprawdził skafander i udał się w stronę wyjścia. Toke zatrzymał się w odległości jednego kilometra od stacji. Wyglądała wspaniale jarząc się wieloma światłami. Spojrzał w niebo i zauważył Ziemię. Uśmiechnął się. „Kiedyś tam polecę. Tam i jeszcze dalej”- postanowił. I ruszył dalej, w stronę grupy skał. Między nimi było wejście do podziemnej groty. Wkrótce wślizgnął się do ciemnego wejścia. Rozpoczął długo i żmudną wędrówkę w poszukiwaniu małych grzybków. Odnalazł je po dłuższych poszukiwaniach. Gdy wreszcie wylazł z groty, prawie minęły trzy godziny. Zdenerwowany prawie biegł w stronę bazy. Nagle stanął jak wryty, gdy uświadomił sobie, że nie widać żadnych świateł za strony stacji. Pobiegł. Gdy znalazł się bliżej, zauważył, że nie ma powłoki osłaniającej stację i utrzymującą powietrze w środku. Pełen najgorszych przeczuć zaczął przetrząsać ruiny. Widział wiele trupów, ale nie zwracał na nie uwagi. Szukał tego jednego. W końcu go odnalazł. Ciało jego matki. Uklęknął przy nim i wziąwszy go w ramiona, zaczął płakać. Nie wiedział, ile tak siedział. W każdym bądź razie długo. Tak długo, aż zabrakło mu łez. Wstał gwałtownie i spojrzał w niebo. Wiedział, kto jest przyczyną tych zniszczeń. Kaasaaw. Rasa interesująca się tylko zniszczeniem. Jej muzyką były krzyki torturowanych ofiar, a sztuką… Nie chciał o tym myśleć, ale tu byli Kaasaawi. W tym przekonaniu utwierdził go fakt, że nic nie zginęło. Ani tu, ani nigdzie indziej. Rozejrzał się po resztkach mieszkania. Wziął trochę swoich rzeczy, jedzenie i laptopa matki. Spojrzał na nieruchome ciało. Zamknął jej oczy, po czym przywalił je stertą gruzu. Nie miał czasu na lepszy pochówek. Wyszedł poza miasto. Z pewnej odległości ponownie ogarnął je wzrokiem. Esencja zniszczenia. Rąbnął ręką w pobliską skałkę i przysiągł zemstę wszystkim Kaasaaw. Pobiegł w stronę pobliskiego hangaru, gdzie był ukryty mały myśliwiec starego typu. Odnalazł go kiedyś i nikomu o nim nie mówił. Teraz, posiłkując się wskazówkami z laptopa, uruchomił go i odleciał. Niedaleko od planety znalazł prom. Toke za dostarczenie na Ziemię obiecał oddać myśliwiec. Na laptopie było zapisane pewne nazwisko. Z adresem. „Rikkohi, Akkona, Ziemia”. Jego chrzestny. Pamiętał go jak przez mgłę, ale tylko on mu został… Teraz Toke leżał na łóżku i myślał, co będzie jutro w szkole… *** - Drogie dzieci. Dziś dołączy do nas nowy uczeń. Chcę, abyście byli dla niego mili. – Nauczycielka wyszła za drzwi. W klasie zaczęto gorączkowo szeptać. Dziewczyna z ostatniej ławki ziewnęła szeroko. Nie rozmawiała, bo nie miała z kim. Zresztą, nie miała na to ochoty. Drzwi się otworzyły. Szepty ucichły. W drzwiach stanęła nauczycielka oraz blondwłosy chłopak. - To jest…