Fantasy · 38 min czytania
Córka pustyni- rozdział 2 -podbój Kanaanu.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Retrospekcja I · Abiram
Dziecko kanałów
Egipt miał wiele twarzy.
Jedną znali kapłani, urzędnicy i możni — twarz złota, alabastru i chłodnych sal, gdzie cień zasłon chronił przed gniewem słońca. Drugą znali żołnierze faraona: twarz dyscypliny, kamienia i brązu, prawo wyryte ostrzem włóczni na plecach buntowników. Ale była jeszcze trzecia. Ta, o której nie skrybowie i której nie malowano na ścianach grobowców. Twarz kanałów, błota, much i cuchnącej wody. Twarz nędzy tak starej, że nawet bogowie musieli się od niej odwracać.
Tam właśnie dorastał Abiram.
Miał dziesięć lat i ciało wychudzone jak pies pustyni. Żebra odcinały mu się pod skórą, na lewym barku miał świeżą bliznę po nożu. Nie pamiętał już kto go nią obdarzył — w tej części miasta rany dostawało się tak samo łatwo jak kurz do ust. Jednego dnia kamieniem, drugiego kijem, trzeciego przez cudzą zazdrość albo własny głód. Śmierć była tu tańsza niż mięso na targu i równie powszechna.
Matka umarła kiedy miał cztery lata. Ojciec — jeśli w ogóle istniał jako konkretny człowiek, a nie jako anonimowy element nocy — nigdy nie był częścią jego historii. Przez sześć lat Abiram żył tak jak żyją dzieci kanałów: z tego co ukradł, z tego co wywalczył, i z tego co inni uznali za bezużyteczne i wyrzucili. Nauczył się spać z jednym okiem otwartym. Nauczył się odróżniać kroki człowieka który szuka bijatyki od kroków człowieka który szuka ofiary — bo to nie to samo i różnica jest kwestią przeżycia. Nauczył się też czegoś czego nie uczyli w żadnych koszarach i żadna szkoła: jak patrzeć na grupę ludzi i od razu wiedzieć kto jest groźny, kto się boi i kto zaraz ucieknie.
Ta ostatnia umiejętność uratowała mu życie więcej razy niż mógłby policzyć.
✦ ✦ ✦ Pierwsze co zapamiętał — nie jako myśl, jako doznanie, tak jak zapamiętuje się gorączkę albo głód — to dźwięk kanału nocą. Ten głuchy, rytmiczny plusk wody o nadbrzeżne pale. Matkę widział rzadziej niż ten dźwięk bo matka pracowała od świtu do zmroku u praczek Górnej Dzielnicy, i kiedy wracała to wracała zmęczona tym konkretnym zmęczeniem które nie pozwala już na nic poza leżeniem. Kochała go — Abiram wiedział to bez słów, bo miłość matki jest jedną z tych rzeczy które dziecko czuje nawet kiedy nie ma nazwy na to uczucie — ale miłość nie karmi i nie chroni i nie uczy jak przeżyć wśród dzieci kanałów które nauczyły się że słabość jest zaproszeniem.
Kiedy umarła — na gorączkę, tak jak umierała połowa dzielnicy na gorączkę co roku, bo woda kanałów nosiła w sobie rzeczy niewidoczne które zabijały przez skórę i przez usta — Abiram miał cztery lata i przez trzy dni siedział przy jej ciele zanim sąsiadka powiedziała mu że nie wróci. Abiram wyszedł wtedy na zewnątrz, usiadł przy kanale, i patrzył na wodę przez bardzo długi czas. Potem wstał i zaczął żyć tak jak żyją dzieci kanałów bez rodziców: sam, zębami i paznokciami, przez naukę błędów i przez naukę cudzych błędów, bo cudze błędy są tańsze.
Banda którą zebrał liczyła ośmioro — od siedmiu do trzynastu lat, różne pochodzenia, jeden wspólny mianownik: nikt ich nie chciał i nauczyli się z tym żyć.
Haruf był sprytny ale za miękki w środku. Neb chodził wolno i myślał wolno ale bił jak wół. Iset miała złość która dawała jej siłę trzy razy większą niż wskazywało ciało, ale złość bez cierpliwości jest narzędziem które tnie właściciela. Reszta była tłem — użyteczna jako obecność, niebezpieczna jako ciężar.
Abiram zarządzał nimi kombinacją strachu i przewidywalności. Bałeś się Abirama, kiedy zawodziłeś. Mogłeś mu ufać, kiedy robił, co mówił. Równanie proste jak życie na kanałach.
Chłopak nie płakał. To był pierwszy sygnał który Menkara zapamiętał, wiele lat później. Nie płakał kiedy go biły starsze dzieci. Nie płakał kiedy głodował. Nie płakał kiedy widział martwych. Nie dlatego że był nieczuły — dlatego że bardzo wcześnie zdecydował że płakanie jest informacją którą dajesz przeciwnikowi i że informacja ta jest zawsze używana przeciwko tobie.
✦ ✦ ✦ Stał boso na skraju kanału i patrzył na wodę, która nie była wodą, tylko gęstą ciemną mazią pełną śmieci, gnijących trzcin i padliny.
— Idą — mruknął Haruf z tyłu.
Abiram się nie odwrócił.
— Ilu.
— Dziesięciu. Może dwunastu. Z Sobaczej Ulicy. — Haruf splunął do kanału. — Wzięli pałki. I kilku ma noże.
Część 22 / 6
Dopiero wtedy Abiram odwrócił głowę. To właśnie odróżniało go od reszty — nie był największy, nie był nawet najsilniejszy, ale kiedy inni czuli strach, on czuł jasność. Świat robił się wtedy prosty. Kto stoi. Kto się cofa. Kto krzyczy. Kto pierwszy pokaże słabość. Wszystko układało mu się w głowie szybciej niż innym przychodziło oddychanie.
— Nie bijcie ich na środku placu — powiedział. — Cofniemy się między mury. Tam nie wejdą wszyscy naraz.
Walka była krótka i brudna. Po wszystkim na placu leżało sześć ciał — trzy z bandy Sobaczej Ulicy, trzy z jego. Abiram patrzył na to bez słowa. Śmierć nie robiła na nim wrażenia. Robiły wrażenie błędy. Podejście za szeroko. Krzyk za wcześnie. Kij za wysoko. Nóż w złym momencie. Wszystko można było policzyć.
I wtedy usłyszał klaskanie.
Powolne. Równe. Spokojne.
Na końcu uliczki stał mężczyzna. Wysoki, o skórze ciemnej od słońca i twarzy przeciętej dwiema starymi bliznami. Krótka broda, ogolona głowa, pancerz z brązowych łusek. Przy biodrze zakrzywiony miecz, na plecach łuk. Medżaj.
— Kto dowodził? — zapytał.
Nikt się nie odezwał. Abiram zrobił krok naprzód.
— Ja.
Medżaj zmierzył go spojrzeniem od stóp do głów.
— Ile masz lat.
— Dość żeby zabijać.
— O to nie pytałem.
— Dziesięć — odpowiedział Abiram.
Mężczyzna podszedł bliżej. Spojrzał na ciało Tareka.
— Tego zabiłeś ty?
— Tak.
— Był większy.
— Był wolniejszy.
Część 33 / 6
Medżaj parsknął krótkim śmiechem. — Jak masz na imię, chłopcze?
— Abiram.
— Ja jestem Menkara. — Rozejrzał się po slumsie jakby mierzył i ważył. Błoto. Kanał. Trupy. Dzieci z nożami zamiast zabawek. — Wiesz co widzę? Większość z was zdechnie tu zanim dorośnie. Z gorączki. Od ostrza. W błocie. Jak psy. — Jego wzrok zatrzymał się na Abiramie. — Ale nie ty.
— Co dostanę? — spytał chłopak.
Haruf wciągnął gwałtownie powietrze. Iset rozchyliła wargi ze zdziwienia. Dziecko ze slumsów nie stawiało warunków żołnierzowi faraona.
Menkara jednak nie wybuchł gniewem.
— Jedzenie. Dach. Broń w ręce. I naukę na którą tu nigdy cię nie będzie stać.
— A oni? — Abiram skinął głową w stronę bandy.
— Oni są stadem. Ty jesteś kłem.
Abiram spojrzał po swoich. Haruf — sprytny ale za miękki. Neb — za wolny. Iset — złość bez cierpliwości. Wszyscy użyteczni tylko tu, na placu śmierdzącym kanałem. Dalej ciągnęliby go w dół jak kamienie uwiązane do nóg.
— Dobrze — powiedział.
Kiedy Menkara zniknął za rogiem, Haruf wydusił:
— Pójdziesz z nim?
— Tak.
— A co z nami?
Abiram spojrzał na niego chłodno. — Przeżyjecie albo nie.
Spojrzał na plac jeszcze raz. Na ciała. Na krew wsiąkającą w pył. Na muchy które już siadały na rozbitych twarzach. I odwrócił się i poszedł.
✦ ✦ ✦ Koszary Medżajów stały na skraju miasta, tam gdzie kamienne dzielnice Egiptu kończyły się i zaczynała pustynia. Abiram wszedł do nich z jedną szatą na plecach i niczym więcej — bo nic więcej nie miał i nie zamierzał udawać inaczej.
Część 44 / 6
Pierwsze tygodnie były najtrudniejsze. Nie dlatego że ciężko fizycznie — ciężko było zawsze na kanałach — ale dlatego że wszystko miało zasady. Wstawanie o tej godzinie. Ćwiczenia w tej kolejności. Posłuszeństwo wobec tego konkretnego człowieka w tej hierarchii. Abiram nie lubił zasad. Ale rozumiał ich użyteczność i uczył się szybciej niż ktokolwiek się spodziewał.
Był najmłodszy w oddziale o pięć lat. Inni rekruci mieli piętnaście, szesnaście, niektórzy osiemnaście. Patrzyli na niego jak na anomalię — dziecko z kanałów które Menkara przyprowadził z jakiegoś kaprysu. Dwóch próbowało to sprawdzić fizycznie, pierwszej i drugiej nocy. Obaj pożałowali — nie dlatego że Abiram był silniejszy, bo nie był — ale dlatego że walczył bez żadnych reguł, tak jak walczy ktoś kto przez dziesięć lat walczył o przeżycie.
Po tygodniu nikt nie próbował drugi raz.
Menkara ćwiczył z nim osobiście. Walka mieczem, włócznią, łuk, rzut nożem, poruszanie się w nocy, czytanie terenu, prowadzenie małego oddziału przez nieprzyjazny teren. Uczył bez zbędnych słów: pokazywał, kazał powtórzyć, poprawiał uderzeniem kiedy było źle. Abiram nie protestował — rozumiał uderzenia jako informację, a informacja jest zawsze użyteczna bez względu na sposób dostarczenia.
Koszary miały też własną hierarchię poza formalną — tę nieformalną, niepisaną, składającą się z tysięcy małych sygnałów które decydowały kto jest naprawdę szanowany a kto tylko tolerowany. Abiram studiował ją z taką samą uwagą jak studiował technikę miecza. Kto kiedy i do kogo mówił pierwsze słowo przy posiłku. Kto zajmował które miejsce przy ognisku. Kto chodził z kim na wartę i z własnego wyboru a kto dlatego że nie miał innego. Te wzorce mówiły więcej o strukturze władzy niż jakikolwiek formalny rozkaz.
W piątym roku zrozumiał co jest walutą w koszarach. Nie siła — siłę miał każdy kto przeżył selekcję. Nie lojalność — to było oczekiwane minimum. Walutą było zaufanie w konkretnej sytuacji: przekonanie że kiedy jest najgorzej, ten człowiek obok zrobi to co mówi że zrobi. Abiram zaczął budować to zaufanie świadomie. Nie przez słowa — przez konsekwencję. Rok po roku, misja po misji, małymi gestami które się sumowały.
Po roku był lepszy niż połowa Medżajów w oddziale. Po dwóch — lepszy niż trzy czwarte. Menkara patrzył na to z miną człowieka który zasadził coś i obserwuje jak rośnie szybciej niż planował — z mieszaniną satysfakcji i niepokoju którego nie umiał do końca nazwać.
✦ ✦ ✦ Stało się w czwartym roku, na placu ćwiczeń, w obecności całego oddziału.
Sparing z drewnem. Przeciwnik nazywał się Sennefer — starszy o trzy lata, szybki, jeden z niewielu którzy potrafili jeszcze dać Abiramowi pracę. Walczyli już dłużej niż powinni i Sennefer trafił go w żebra czysto, twardo, i roześmiał się — nie złośliwie, po prostu z radości dobrego uderzenia, tak jak śmieją się żołnierze.
Coś w Abiramie pękło. Nie głośno. Bez krzyku. Po prostu zniknęła ta jasność która zawsze oddzielała go od czynu — i został sam czyn.
Drewno przestało być drewnem. Pierwsze uderzenie złamało Senneferowi rękę w przedramieniu. Drugie poszło w głowę i Sennefer już nie parował, bo nie mógł, i trzeciego Abiram nie zatrzymał — uniósł kij żeby roztrzaskać leżącemu czaszkę, i twarz miał spokojną, i to było najgorsze ze wszystkiego, ten spokój.
Cios nie spadł.
Menkara złapał kij w locie jedną ręką, a drugą — otwartą dłonią, na odlew, z całej siły — uderzył Abirama w twarz. Raz. Głowa Abirama odskoczyła w bok. Na placu zapadła cisza w której słychać było tylko dyszenie Sennefera leżącego w pyle.
— Spójrz na siebie — powiedział Menkara. Nie krzyczał. Mówił tak żeby usłyszeli wszyscy, a to jest gorsze niż krzyk. — Prawie zabiłeś własnego. Nie wroga. Własnego. Na ćwiczeniach. Bo cię zabolało i bo się roześmiał.
Abiram stał. Policzek piekł. Ale piekło coś jeszcze, głębiej, w miejscu którego nie umiał nazwać.
— Wojownik który nie panuje nad sobą nie jest wojownikiem — ciągnął Menkara, wciąż do wszystkich, wciąż spokojnie. — Jest psem. A psa który gryzie własne stado się zabija. Zapamiętaj to. I niech zapamiętają wszyscy.
Puścił kij. Odwrócił się. Odszedł.
Abiram nie ruszył się przez długą chwilę. Wokół wracał gwar, ktoś podnosił Sennefera, ktoś coś mówił — ale to wszystko było daleko, za szybą. Abiram liczył. Tak jak liczył zawsze kiedy bolało. Ilu widziało. Gdzie stali. Kto się odwrócił żeby nie patrzeć na jego twarz, a kto patrzył wprost.
Część 55 / 6
Zapamiętał każdego.
I zapamiętał, że Menkara miał rację — to było najgorsze. Bo gdyby nie miał racji, można by to nazwać niesprawiedliwością i odłożyć. Ale Menkara miał rację, i upokorzenie sprawiedliwe jest cięższe od krzywdy, bo nie ma w nim niczego co można by komuś odebrać z powrotem. Zostaje tylko twarz która piekła przed wszystkimi, i pamięć tych którzy patrzyli.
Abiram nie zapominał takich rzeczy. Nigdy. To nie była decyzja — to była jego budowa, jak kość, jak ścięgno. Rachunek raz otwarty zostawał otwarty aż do wyrównania.
Tamtego wieczoru nie powiedział nic. Ćwiczył dalej. Uczył się dalej. Brał od Menkary wszystko czego ten mógł go nauczyć — z tą samą uwagą co zawsze, może większą. Bo postanowił już wtedy, choć słowami ująłby to dopiero lata później: weźmie od tego człowieka wszystko, do ostatniej umiejętności. A kiedy nie będzie już czego brać — wyrówna rachunek.
✦ ✦ ✦ — Masz problem — powiedział Menkara pewnego wieczoru przy małym ognisku, w trzecim roku służby. — Nie z walką. Z ludźmi.
Abiram czekał. Nauczył się że Menkara mówił dalej bez zachęcania.
— Patrzysz na nich jak na przeszkody albo narzędzia. Nigdy jak na sojuszników.
— Bo są albo jednymi albo drugimi.
— Nie. — Menkara odłożył kawałek chleba. — Sojusznik stoi po twojej stronie z własnego wyboru. Siłą możesz mieć posłusznych — ale posłuszni uciekają kiedy jest naprawdę źle. Sojusznicy zostają.
Abiram nie odpowiedział. Ale zapamiętał — bo Menkara miał rację, choć Abiram nie zamierzał mu tego mówić.
Myślał o tym przez kilka tygodni. O różnicy między posłusznym a sojusznikiem. O tym że na kanałach nie było sojuszników — była tylko tymczasowa zbieżność interesów której nie należało mylić z czymś trwalszym. I że może Menkara opisywał coś co istnieje poza kanałami, coś czego Abiram nigdy nie widział i co przez to traktował jako abstrakcję.
Nie zmienił sposobu patrzenia na ludzi. Ale dodał do rachunku nową kolumnę.
✦ ✦ ✦ Ósmego roku Menkara zabrał go na misję na południe. Trzydziestu Medżajów, cztery tygodnie, kraj coraz bardziej wrogi w miarę jak oddalali się od Nilu w kierunku wzgórz gdzie nomadzi mieli własne prawa i własne rozumienie granic.
Walczyli trzy razy. Dwa razy krótko — potyczki przy przeprawach, szybkie i czyste. Raz poważnie — z nomadami nubijskimi, przez dwie godziny, w wąwozie gdzie słońce biło z góry i nie było gdzie się schować i każde oddychanie kosztowało podwójnie. Kiedy było po wszystkim Abiram siedział na ziemi nie mogąc podnieść ramion i po raz pierwszy od lat czuł coś co nie było strachem ani bólem ale ich kombinacją — coś głębszego, bardziej pierwotnego, tę konkretną słabość ciała która przychodzi gdy ciało daje wszystko co ma i nie ma już nic do dodania.
Siedmiu z trzydziestu nie wróciło.
Abiram siedział przy ich ciałach wieczorem i po raz pierwszy od dzieciństwa — od płakania przy ciele matki — poczuł coś w gardle. Nie płakał. Ale coś tam było. Zapamiętał to uczucie jako informację o sobie: że są granice nawet dla rzeczy które postanowiłeś nie czuć.
Menkara usiadł obok bez słowa. Siedzieli przez chwilę w ciszy którą obaj rozumieli inaczej ale która była dla obu właściwa.
— Ocalałeś dlatego że walczyłeś za całość, nie za siebie — powiedział kapitan w końcu. — Nie dlatego że lubisz tych ludzi. Dlatego że rozumiałeś że razem mają szansę, osobno żadnej.
Część 66 / 6
— To nie lojalność. To rachunek.
— Tak. Ale właśnie dlatego jest trwalszy niż uczucia. Rachunki nie zmieniają się zależnie od nastroju.
Abiram patrzył za nim długo po tym jak kapitan wstał i odszedł sprawdzić rannych. I po raz pierwszy od ośmiu lat pomyślał że może ten człowiek wie coś czego on jeszcze nie wie. Nieprzyjemna myśl. Ale uczciwa.
W drodze powrotnej — przez cztery dni przez pustynię, z rannymi na noszach, ze stratami które wszyscy czuli i o których nikt nie mówił — Abiram myślał o tym zdaniu. O rachunku jako fundamencie. O tym że Menkara walczył tak samo jak on — z zimną kalkulacją, bez zbędnych emocji — ale że gdzieś w tej kalkulacji Menkara miał kolumnę której Abiram jeszcze nie widział wyraźnie. Kolumnę która nie nazywała się lojalnością ani uczuciem ale która odpowiadała za to że Menkara patrzył na swoich ludzi inaczej niż Abiram patrzył na swoich.
Abiram nie wiedział jak tę kolumnę nazwać. Ale wiedział że istnieje. I że on jej nie ma.
✦ ✦ ✦ Wrócili kiedy Nil wylewał. Tamtego wieczoru Abiram siedział przy ognisku sam — bo lubił siedzieć sam kiedy miał coś do przemyślenia, a miał teraz za dużo — i ważył pytanie: czy zostaje jako żołnierz cudzej armii na resztę życia, czy idzie tam gdzie może być czymś więcej niż narzędziem cudzej ręki.
Odpowiedź była łatwa. Była łatwa od początku. Czekał tylko na właściwy moment — bo Menkara nauczył go że właściwy moment ma znaczenie, że różnica między dobrą decyzją we właściwym czasie a dobrą decyzją w złym czasie jest różnicą między zwycięstwem a niepotrzebnym ryzykiem.
Czekał osiem lat. Nie dlatego że bał się — bo nie bał się Menkary, bał się tylko jednego, że umrze zanim się nauczy wszystkiego. A teraz nauczył się wszystkiego. Nie było już ani jednej rzeczy którą Menkara umiał a Abiram nie. Rachunek był gotowy do zamknięcia.
Wszedł do namiotu kapitana po zmroku, kiedy obóz już spał i warty stały daleko, twarzą do pustyni a nie do swoich.
Menkara siedział przy lampie z tabliczką na kolanach — pisał raport, tak jak pisał raporty każdego wieczoru po misji, precyzyjnie, bo wierzył że dobra dokumentacja jest podstawą dobrego dowodzenia. Podniósł głowę. Spojrzał na Abirama. Potem na miecz w jego dłoni.
W jego oczach nie było strachu. Była rezygnacja — ta konkretna rezygnacja człowieka który wiedział od dawna że to nastąpi i tylko nie wiedział kiedy.
— Wiedziałem — powiedział. Odłożył tabliczkę. Wstał powoli, bez pośpiechu, i sięgnął po własny miecz oparty o słup namiotu. — Od tamtego dnia na placu. Uderzyłem cię, i zobaczyłem twoją twarz, i wiedziałem że przyjdziesz. Pytanie było tylko kiedy.
— Nauczyłeś mnie wszystkiego — powiedział Abiram. — Już nie mam się czego od ciebie uczyć.
— Więc przyszedłeś po ostatnią lekcję. — Menkara stanął w gardzie. Czysto. Klasycznie. Stopy ustawione tak jak uczył, ciężar równo, ostrze w linii. Tak walczył Medżaj. Tak walczył człowiek honoru — z odsłoniętą twarzą, dając przeciwnikowi szansę, bo walka bez szansy nie jest walką tylko rzezią. — Wyciągnij broń jak należy, chłopcze. Choć raz w życiu zrób coś jak należy.
Abiram wyciągnął miecz.
✦ ✦ ✦ Pierwsze starcie było próbą. Dwa ostrza spotkały się i rozeszły, raz, drugi, trzeci — krótkie, twarde dzwonienia brązu w ciasnocie namiotu. Menkara był stary ale ręka miał pewną i wiedział o walce wszystko co można wiedzieć po trzydziestu latach na służbie faraona. Pchnięcie, zasłona, riposta — każdy ruch czysty, oszczędny, bez jednego zbędnego cala.
Abiram parował i ustępował, czytał. Tak jak czytał zawsze. Gdzie kapitan przenosi ciężar. Którą nogą rusza pierwszą. Że prawe ramię odrobinę wolniejsze niż dziesięć lat temu — bo czas bierze nawet najlepszych, i to też była informacja, i informacja jest zawsze użyteczna.
Menkara nacierał i Abiram ustępował, i przez krótką chwilę wyglądało to jak…