Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 58 min czytania

Córka słońca, rozdział 19

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}{b}ROZDZIAŁ XIX SAM{/i}{/b}

Kiedy późnym popołudniem pozwolono mu wreszcie ubrać się i wyjść z kliniki, Amanda również wróciła już do domu. Krzątała się wesoło po kuchni, przygotowując obiad i śpiewając przy akompaniamencie wbudowanego w drzwi od lodówki telewizora jakąś skoczną piosenkę. Był to jeden z tych przebojów, które pomimo banalności tekstów przeżywały tego lata swój renesans. Na jego widok rzuciła mokrą ścierkę do zlewu, i nie odwiązując przyprószonego mąką fartuszka, rzuciła mu się na szyję. Piszczała przy tym z radości jak mała dziewczynka. − Tak bardzo się cieszę, że jesteś już w domu – wyszeptała mu prosto do ucha, wspinając się na palce. Pomógł jej w tym, pochylając się lekko. – Okropnie martwiłam się o ciebie, Aldo. Rozciągnął usta w uśmiechu, w którym więcej było zuchowatości i robienia dobrej miny do złej gry niż autentycznej radości. − Niepotrzebnie, kotku. Jak widzisz, jestem cały i zdrowy. Powinien powiedzieć narzeczonej o swoim kalectwie już teraz, ale gdyby to zrobił, zepsułby jej radość. A gdyby jej wcale nie powiedział? Pewnie po kilkudziesięciu bezowocnych próbach zajścia w ciążę zaczęłaby najpierw obwiniać o bezpłodność siebie, a potem, po upewnieniu się, że wciąż jest pełnowartościową kobietą, wysłałaby go do urologa, któremu musiałby wreszcie wyznać prawdę. Wyszedłby w oczach tej dziewczyny na człowieka bez skrupułów, który podstępem zaciągnął ją do ołtarza, wiedząc doskonale, że nie jest w stanie spełnić jej oczekiwań. Ich małżeństwo na pewno nie przetrwałoby tak ciężkiej próby. Musiał być z nią szczery już teraz i żywić nadzieję, że Amanda, ujęta jego uczciwością, zaakceptuje go takiego, jakim go uczyniono. − Szpital to zawsze szpital – odparła z troską w ciemnych oczach. – Najlepiej tam nie trafiać. Za każdym razem czułam wielką ulgę, kiedy z niego wychodziłam. − Nie wyobrażasz sobie nawet, Amy, jak bardzo masz rację. Cieszę się, że już po wszystkim i że znów mogę być z tobą. − Obiecaj, że nigdy mnie zostawisz i że będziesz się mną opiekował do śmierci. Powiedziała to z pozorną lekkością, lecz wiedział, że Amanda naprawdę tak myśli. Właściwie jej desperackie przywiązanie było mu na rękę. Teraz, gdy przygotowania do ślubu były na ukończeniu, a miłość Lorany powoli stawała się pięknym wspomnieniem, nie chciał zrywać z Amandą. Jak to mówią, lepszy rydz niż nic. A jednak jej potrzeba ciągłych zapewnień o miłości i wierności wciąż go irytowała. Nic nie mógł na to poradzić. − Przecież już ci obiecywałem, że cię nie opuszczę – odparł, wykręcając się delikatnie z jej uścisku. Zdjął buty i odstawił torbę z brudną bielizną. – Ile razy mam ci powtarzać to samo? Nie ufasz mi, Amy? − Ależ ufam. Po prostu tak bardzo lubię, kiedy to mówisz. Zamilkła i spuściła oczy niczym skarcone dziecko, a jej niedawna radość prysła jak mydlana bańka. Znów wkradało się pomiędzy nich coś ciężkiego i niedobrego. Działo się tak zawsze, gdy mężczyzna miał dość bycia oplatanym mackami miłości Amandy. − Posłuchaj, czuję się już nieźle, ale przeszedłem tam okropne rzeczy, o których chciałbym jak najszybciej zapomnieć. Chcę zjeść obiad i odpocząć, dobrze? Potem porozmawiamy. − Przepraszam, Aldo – powiedziała cicho i wróciła do kuchennych zajęć. Już nie śpiewała. Po raz kolejny zrobiło mu się przykro z powodu własnej nieczułości i jej smutku. Żenił się z nią, zależało mu na niej, a jednak nie umiał być w niej zakochany. Namiętność pomogłaby mu w doborze właściwych słów, które nie raniłyby wrażliwej dziewczyny. Bez tego uczucia był w związku z Amandą jak ślepiec, wciąż gubiący drogę. − Nie masz za co przepraszać – pochylił się i pocałował ją w kark, starając się ją udobruchać. – Nic się nie stało. To ja przepraszam za moją głupotę. Jesteś najwspanialszą kobietą na świecie. Nie zasługuję na ciebie. − Nie mów bzdur – zaczerwieniła się lekko, a na jej wargi powracał powoli uśmiech. – To ja jestem szczęściarą. Tak przystojny mężczyzna jak ty mógłby przebierać w kobietach jak w ulęgałkach. − Gdybym chciał cię zostawić, nie brałbym z tobą ślubu. Proszę, zacznij mi wreszcie ufać. Zdaję sobie sprawę, że dałem ci solidne powody do podejrzliwości, ale tamto jest skończone. Przysięgam ci po raz setny, że nigdy więcej nie spotkam się z... z nią – dokończył, nie będąc w stanie wymówić imienia Quatessinki. – Teraz istniejesz dla mnie tylko ty i to się nie zmieni. − Jesteś moim światem, Aldorencie. Nie wiem, co bym bez ciebie poczęła. − Moja maleńka Amy, nigdy nie będziesz musiała poczynać niczego beze mnie – odparł z czułością i delikatną przyganą. Zjedli w spokoju obiad, gawędząc serdecznie o tym i owym. A potem zaczął zdawać jej szczegółową relację ze wszystkiego, co przeżył w ciągu kilku ostatnich dni. − Zawrzyjmy pewien układ – zakończył. – Rozmawialiśmy o tym tylko ten jeden raz. Tylko dziś i nigdy więcej. To było naprawdę koszmarne i nie chcę wciąż wracać myślami do tamtych przeżyć. Obiecaj mi z kolei ty, że pozwolisz mi zapomnieć. Była nieco zdziwiona jego defensywną postawą, lecz bardzo starała się go zrozumieć. Uważała go do tej pory za najsilniejszego i najodważniejszego mężczyznę na świecie, lecz czemu nie miałyby istnieć rzeczy przejmujące tak wielką zgrozą, by uciekali od nich nawet najdzielniejsi? − Oczywiście – skinęła głową. – Co tylko zechcesz. Ale przecież tak bardzo cieszyłeś się na tę kurację. Mało nie wyskoczyłeś ze skóry, pędząc do szpitala na złamanie karku. Czyżby coś poszło źle? − N...niezupełnie. To znaczy... właściwie cel został osiągnięty. Będę żył sto dwadzieścia lat, a może nawet dłużej. Na pewno cię przeżyję, więc nie musisz się martwić, że zostaniesz na starość bez pomocy. − To cudownie, Aldo – rozpromieniła się. − Ale jest coś, o czym musisz wiedzieć już teraz. Chwila, której tak bardzo się obawiał, musiała wcześniej czy później nadejść. Lepiej było mieć to już za sobą. Słyszał, jak jego serce tłucze się w piersi jak ptak w klatce. Wciągnął głęboko powietrze, i patrząc w jej pełne nagłego niepokoju oczy, kontynuował: − Nie będziemy mieli dzieci. Nie mogę ich mieć z tobą ani żadną inną kobietą. Plącząc się kilka razy jak uczniak przed nauczycielką, powtórzył jej prostymi słowami to, czego dowiedział się parę godzin temu od lekarza. − Staliśmy się nowym gatunkiem – zakończył. – Nie możemy się rozmnażać. Przykro mi, że nie mogę dać ci tego, czego pragniesz. Pomimo to nie tracę nadziei, że nasze małżeństwo będzie udane. − Ach, tak. Rozumiem. Nie było żadnych pretensji, żadnego płaczu, żadnego ataku histerii. Tylko te kilka suchych słów. Do samej nocy Amanda była zamyślona i milcząca. Nie było to milczenie pełne gniewu i ledwo tajonej wściekłości, ale raczej głęboka zaduma. Rozmawiała z nim o codziennych sprawach jak gdyby nigdy nic, lecz czyniła to nieuważnie, traktując mężczyznę, którego podobno tak bardzo potrzebowała, prawie jak powietrze. Czuł się w tej sytuacji niezręcznie, lecz próbował ją zrozumieć. Hiobowa wieść zaskoczyła ją i wytrąciła z równowagi. Potrzebowała trochę czasu, by oswoić się z niekorzystną dla niej zmianą. Przez cały wieczór schodził jej z drogi, starając się nie złościć dodatkowo dziewczyny, lecz bez przerwy spoglądał na nią ukradkiem, starając się odgadnąć jej stan ducha. To, co widział, sprawiało, że nie tracił jeszcze nadziei. Był pewien, że kiedy Amanda otrząśnie się z doznanego szoku i przywyknie do myśli o życiu tylko we dwoje, stosunki między nimi wrócą do normy. Nie zamierzał wywierać na nią presji ani wymuszać czułości, gdy nie była na to gotowa. Pod tym względem bardzo się od niej różnił. Dlatego ze spokojem przyjął jej chłód i obojętność w łóżku. Nie pocałowała go nawet w policzek, ale odwróciła się do niego plecami i udawała, że śpi. Doskonale wiedział, że jest to sen pozorowany. Znał ją na tyle dobrze, że nie dawał się nabrać na taką sztuczkę. Zresztą, on też długo nie mógł tej nocy zasnąć. Przyszłość znów zaczęła go przerażać, a to, co zaledwie kilka dni temu wydawało się może nie różowe, ale przynajmniej proste, teraz stanęło pod znakiem zapytania. Rano odwiózł ją, wciąż zamyśloną, do pracy, a potem pojechał do złotnika odebrać obrączki. Nie bardzo miał co robić z resztą dnia. Nie musiał jechać do ZSS. Wiedział, że nikt nie będzie miał mu za złe, jeśli zrobi sobie po tak wyczerpującym przeżyciu kilka dni wolnego. Wybrał się więc do zmodernizowanego przed rokiem kompleksu kinowego, tego samego, do którego zabrał niegdyś Derrę, na panoramiczny film o życiu wędrownych ptaków. Usiadł w miękkim, wygodnym fotelu, ciesząc się uczuciem unoszenia się w szklanej kuli. Miał obraz z każdej możliwej strony, również nad głową i pod nogami, z dobiegającym ze wszystkich stron ogłuszającym świergotem i ptasim nawoływaniem. Całkowicie dał się porwać uroczemu widowisku. Szybował z dzikimi gęśmi nad pustkowiem kenlackiej tundry, w oślepiającym blasku wiszącego nisko nad horyzontem słońca, zostawiwszy wszelkie ludzkie zmartwienia w jakimś innym świecie. Przez te dwie godziny był naprawdę szczęśliwy. Pomyślał, że nie miałby nic przeciwko temu, by trwały w nieskończoność. Wychodziłby z sali kinowej tylko po to, by coś zjeść i skorzystać z toalety. Dlatego też zafundował sobie jeszcze jeden film, tym razem o życiu delfinów, nakręcony u wybrzeży ermilskiej Kryształowej Zatoki. Po raz kolejny cieszył się, że jest sobą, Aldorentem Morrisonem, intelektualistą o niezwykłych upodobaniach, doświadczającym życia w całej jego pełni, a nie jakimś zmęczonym ślęczeniem przed komputerem pracownikiem biurowym, szukającym w filmach akcji ucieczki przed monotonią codzienności. Wreszcie musiał jednak wrócić do domu. Zbierało się na deszcz i zastanawiał się, czy nie powinien pojechać po Amandę. Już zaczynał się ubierać, gdy zadzwonił telefon. To była ona. Mówiła, że trochę się spóźni, bo ma zamiar wpaść od razu po pracy do rodziców, i żeby się o nią nie kłopotał. Powiedziała te kilka zdań z całkowitym spokojem. Zaniepokoił go nagle ten jej spokój i pogoda w głosie. Sprawiała wrażenie osoby nie odczuwającej żadnej przykrości. Biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację, powinna jednak coś czuć. Powinna być wściekła, zmartwiona, rozczarowana, zdesperowana i nieszczęśliwa. Tymczasem ona zachowywała się tak, jakby wyznał jej, że nabawił się w szpitalu biegunki. Dlatego miał niedobre przeczucia, których nie chciał, a może nie odważał się sprecyzować. Postanowił zrobić jej niespodziankę i przygotować dobry obiad. Umiał gotować, ponieważ radził sobie nieźle z prawie wszystkimi manualnymi pracami. Pojechał do centrum handlowego. Nie tracąc czasu na oglądanie całego wystawionego towaru, zrobił zakupy, a potem biedził się w domu przez dwie i pół godziny nad bulionem z kury oraz pierogami z mięsem i kapustą. Położył na stole w jadalni świeży obrus i zapalił zapachowe świece. Wkrótce w całym mieszkaniu unosiła się woń topionego wosku, zmieszana z jabłkową nutą. Kiedy cicho zapiszczał elektroniczny układ, sygnalizując otwarcie drzwi przy pomocy karty magnetycznej, niemal wybiegł jej na spotkanie. Miał zamiar wziąć od niej torby z zakupami, jeśli jakieś po drodze zrobiła. Jakież było więc jego zdziwienie, gdy Amanda ominęła go bez jednego słowa czy spojrzenia. Położyła torebkę na stoliku pod lustrem, zdjęła buty, przeszła do sypialni, wyciągnęła z dna szafy dużą walizkę, wreszcie zaczęła pakować bieliznę i ulubione ubrania. Wszystko to robiła w milczeniu, ignorując mężczyznę i przygotowany do posiłku stół. − Co ty robisz? – zapytał, kiedy wróciła mu zdolność mówienia. − Pakuję się. Nie widzisz? − Ale... po co? Po co się pakujesz, Amy? Nie rozumiał tego, co się działo. Wydawało mu się, że to dalszy ciąg szpitalnych koszmarów. − Wyprowadzam się. Wracam do rodziców. Jak mogła być tak niesamowicie, tak lodowato spokojna, gdy wszystko w nim gotowało się ze zdumienia i lęku? Co ona wyprawiała? Po co odgrywała tę całą komedię? Co chciała jeszcze na nim wymóc? − Ale dlaczego to robisz? Wytłumacz mi, jeśli potrafisz. Amy, do diaska! Przecież za dziesięć dni bierzemy ślub, a ty się wyprowadzasz?! − Nie mogę za ciebie wyjść, Aldorencie. Wciąż wkładała rzeczy do walizki. Miał chęć powyrywać jej fatałaszki z rąk i wyrzucić tę okropną walizkę przez okno. Może to by ją otrzeźwiło. Jeśli nawet nie wróciłoby jej rozsądku, to przynajmniej wyrwało z tego arktycznego transu i zmusiło do okazania emocji. − Przecież wszystko jest już dopięte na ostatni guzik! Co powiemy ludziom, którym zaprosiliśmy na nasz ślub? Mam teraz dzwonić do każdego z osobna i odkręcać całe to zamieszanie? − Tak właśnie zrobimy – odparła z lekkim zdziwieniem, upychając w kufrze sandały na cienkiej szpilce. – Nie biorę ślubu dla ludzi. Uroczystość można odwołać, nawet w ostatniej chwili. Wolę wyjść na idiotkę niż zmarnować sobie życie. − Co ty mówisz...? Zmarnować życie?! Niedawno błagałaś mnie prawie na kolanach, żebym się z tobą ożenił! Co się zmieniło, Amy? − Wszystko – powiedziała cicho. – Teraz to już nie ma sensu. Małżeństwo to nie zabawa. Nie bierze się go po to, żeby ze sobą mieszkać i chodzić ze sobą do łóżka. Małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety, zawieranym w celu zrodzenia i wychowania potomstwa. Jeśli tego nie ma, nie ma małżeństwa. − Przecież wiele par nie ma dzieci, a mimo to są ze sobą szczęśliwi. Bezpłodność nie jest przyczyną nieważności małżeństwa. − Jeśli odpowiada im taki styl życia, nie bronię im tego. Dla mnie to paranoja. Jestem normalną kobietą i chcę mieć pełną, szczęśliwą rodzinę. Życzę ci wszystkiego dobrego, ale nie poświęcę się dla ciebie. Nie mogę tracić czasu. Muszę jak najszybciej znaleźć moim dzieciom ojca. Rozumiesz? Gdyby tak mógł się z tego obudzić. Niestety, wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały na to, że ten koszmar dzieje się naprawdę. − Nie pozwolę ci odejść, Amando – powiedział głosem na pozór spokojnym, lecz gdzieś w jego głębi przyczaiła się groźba. – Nie wolno ci zniszczyć naszych marzeń. Możemy być bardzo szczęśliwi. Wierzę w to i sprawię, byś i ty uwierzyła, czy tego chcesz, czy nie. − Aldorencie, bądź poważny. Mniejsza o to, w co wierzysz. Wiem, że twoje poglądy są bardzo oryginalne, ale znakomita większość ludzi trudzi się przez całe życie właśnie po to, żeby założyć i utrzymać rodzinę. Kształcimy się, tyramy jak woły i oszczędzamy każdy cent po to, żeby zapewnić naszym dzieciom lepszy start w dorosłość niż mieliśmy my sami. Nie chcę obudzić się pewnego dnia z ręką w nocniku jako nieszczęśliwa, pięćdziesięcioletnia kobieta, żyjąca tylko pracą, sypiająca z mutantem i nie mająca przed sobą żadnego celu. Mówiła do niego jak do małego dziecka. Role odwróciły się całkowicie. Teraz to ona była górą, ponieważ jemu zależało bardziej. Teraz Amanda była szafarką łask, a on był potrzebującym i wysychającym z pragnienia. Dopiero w tej chwili zobaczył ją taką, jaka w gruncie rzeczy zawsze była. Pomimo fizycznej kruchości Amandy nie nazwałby jej teraz subtelnym i wrażliwym dziewczęciem. Była najbardziej wyrachowaną ze wszystkich osób, jakie znał, egoistycznym i nastawionym na zaspokajanie swoich pragnień stworzeniem. Umiała prosić i okazywać troskę tylko wtedy, gdy to, czego potrzebowała, wymykało jej się z rąk i musiała zrobić wszystko, by to dobro odzyskać. Uśmiechała się i była czuła tylko wtedy, gdy wszystko szło dokładnie po jej myśli. Ponieważ przestał pasować do jej planów, wymazywała go ze swojego życia jednym ruchem dłoni. Wciąż mówiła o rodzinie i tradycyjnych wartościach, a przecież nie miała tak naprawdę pojęcia, czym są miłość i poświęcenie dla drugiego człowieka. W zestawieniu z Loraną wypadła w jego nagle szeroko otwartych oczach bardzo blado. Po raz kolejny uświadomił sobie, jak wielką pomyłkę popełnił. Zastawił sobą przejście, oparł się umięśnionymi ramionami o futrynę drzwi. Gdyby się uparł, zatrzymałby ją w mieszkaniu bez trudu. Gdyby chciał, mógłby ją związać i zamknąć w szafie jak lalkę, zanim zdążyłaby sięgnąć po telefon, by wezwać pomoc. − Nie wyjdziesz stąd, ty... ty mała intrygantko! – zaczął mówić zduszonym głosem, z malującą się na twarzy śmiertelną powagą. – Dla ciebie poświęciłem miłość, jaka zdarza się tylko raz w życiu. Narzucałaś mi się tak bardzo, że zmusiłaś mnie w końcu do rozstania z najwspanialszą kobietą, jaka chodzi po tej ziemi, więc jesteś mi teraz coś winna. Spłacisz swój dług, Amando Winter. Przysięgam na wszystko, ty przebiegła suko, że to zrobisz! W młodości nauczono mnie, czym jest honor. Powiedziano mi, że obietnica to rzecz święta, a ten, kto ją łamie, nie zasługuje na dobre traktowanie. Dlatego zawsze dotrzymuję danego słowa i nienawidzę ludzi, którzy postępują inaczej. Żadne z nas nie kocha drugiego, a jednak weźmiemy ze sobą ten ślub. Zrozumiałaś? − Powinieneś się cieszyć. Daję ci przecież wolną rękę. Możesz teraz wrócić do swojej wyrośniętej dzikuski, jeśli tego pragniesz. Dla niej wciąż jesteś tak samo dobry. Nigdy nie mogłeś dać jej dziecka, więc nie powinno sprawiać jej różnicy, czy mężczyzna, z którym żyje, jest pełnowartościowy. Wreszcie udało mu się wyprowadzić ją z równowagi. Zaczerwieniła się i oddychała szybciej, co było u niej oznaką zdenerwowania. Krążyła po pokoju i raz po raz zaciskała pięści, uderzając co jakiś czas jedną o drugą, jakby miała zamiar za chwilę zacząć go nimi okładać. Wiedział, że tego nie zrobi. Już nie. Wiedział, że ona wie, iż żarty i czułości właśnie się skończyły. Nawet jeśli nie oddałby jej, to na pewno bez trudu by ją obezwładnił. Będzie więc musiała zadowolić się bolącymi kostkami palców i słownym jadem, którego postanowiła mu nie szczędzić. Ale i on nie pozostawał jej dłużny. − Jestem niepełnowartościowy, tak? Więc powiem ci, że nie mieści mi się w głowie, jak mogłem wybrać taką wiedźmę jak ty, łamiąc serce dobrej i uczciwej dziewczynie. Chyba bogowie pokarali mnie za moje grzechy. − Pewnie wciąż na ciebie czeka, więc biegnij do niej, jeśli chcesz. Dlaczego jeszcze tu stoisz, ty przerośnięty dziwolągu? Z jej ust usłyszał po raz pierwszy obelgę, którą on i jemu podobni mieli słyszeć bardzo wiele razy w ciągu swojego długiego życia. Uspokoiła się trochę i wróciła do pakowania. Z trudem domknęła walizkę i przetaszczyła ją przez pół pomieszczenia. Jeszcze wczoraj rzuciłby się natychmiast na pomoc, ale teraz stał jak wbity w podłogę i nie zamierzał kiwnąć dla niej choćby małym palcem. Jeśli chce, może nawet złamać się wpół pod ciężarem. To już nie była jego sprawa. Zatrzymała się, opierając walizkę o kolano. Dyszała ciężko. − Jak mogłeś do tego dopuścić! – krzyknęła, dając wreszcie upust swojemu żalowi. – Przecież wiedziałeś, że się ze mną żenisz. Wiedziałeś, że pragnę dziecka ponad wszystko w świecie. Jak w takim razie śmiałeś oddać się w ręce tych szarlatanów? Nie domyślałeś się, jak to może się skończyć? Nikt ci nie powiedział, jak głęboka będzie ta zmiana? A może nie chodziłeś do szkoły i nie masz zielonego pojęcia o genetyce? Uważam, że twoja bezpłodność to tylko i wyłącznie twoja wina. Nie obchodziłam cię ani trochę. O wiele ważniejsze niż moje szczęście było dla ciebie te kilkadziesiąt dodatkowych lat życia. To dla nich zniszczyłeś naszą miłość. Ciesz się nimi, ale sam, bo ja wolę być z normalnym mężczyzną, który przeżyje tyle, ile przeznaczył mu Bóg, i nie będzie majstrował w swoich genach, robiąc z siebie odmieńca. Miała rację. Przecież marszałek ostrzegał go, ale on nie chciał słuchać, upojony mocą, jaką miała dać mu mutacja. Nie zrezygnowałby z eksperymentu nawet wówczas, gdyby Raszkiewicz powiedział wprost, że konsekwencją jest bezpłodność. Zdawał sobie sprawę, że przełożony napomknął mu o niebezpieczeństwie głównie dlatego, by nie mieć wyrzutów sumienia. Zdecydował już wiele dni temu, że Aldorent i pozostali zaryzykują życiem i zdrowiem po to, by on, Raszkiewicz, mógł poczuć się wielki, tworząc swoje maszyny do zabijania o przedłużonym terminie ważności. To przede wszystkim on sam powinien dbać o swoje rzeczywiste dobro, nie zdając się w tym na obcych ludzi, załatwiających jego kosztem swoje interesy. Amanda nie myliła się. To na niego spadała odpowiedzialność za rozpad tego związku. A jednak, kiedy jest się od wielu lat oplecionym lepką pajęczyną zobowiązań wobec Zbrojnych Sił Sangacji, traci się zdolność odróżniania dobra od zła. Dzieje się tak nawet przy założeniu, że wdepnęło się w to bagno nie z własnej woli. Znów dźwignęła walizkę. Stała teraz tak blisko, że czuł na piersiach jej oddech. − Mogę przejść? – zapytała lodowatym głosem. W ten sposób mówiła do ludzi, którzy już na nic nie mogli jej się przydać. − Idź. Wiedziała, że ją przepuści, że nie wykorzysta swojej fizycznej przewagi. Wciąż był żołnierzem i obowiązywał go honorowy kodeks postępowania. − Jutro przyjadę z tatą po resztę moich rzeczy – odezwała się jeszcze. – Kiedy zabierzemy wszystko, zwrócę ci kartę. Nie pytał, jak dostanie się do domu z ciężką walizką. To naprawdę nie był jego problem. Pewnie weźmie taksówkę. Kiedy wyszła, spokojnie zamknął za nią drzwi. Wyjął z kieszeni bluzy obrączki z wygrawerowanymi cienkimi literami {i}A&A{/i} i przez kilka minut uważnie im się przyglądał. Przeszedł następnie do łazienki, podniósł deskę od muszli klozetowej i wrzucił obrączki do środka, a potem spuścił wodę. Lecz nie mógł spuścić tym samym kanałem, którym spływały nieczystości, swojego żalu, przywiązania do Amandy, rozczarowania, smutku, całej masy wspomnień, które łączyły go z dziewczyną, a które dla niej najwyraźniej znaczyły bardzo mało. Po raz kolejny w tym miesiącu zdmuchnął świece, które nie miały dla kogo się palić, i zostawił na stole zimne jedzenie, na które nikt nie miał apetytu. Siadł na kanapie, zrzucił kapcie, kobiecym gestem podciągnął kolana pod brodę i mocno przycisnął ramionami nogi do tułowia, pogrążając się w bólu i tęsknocie. Dopiero teraz, kiedy odeszła, zrozumiał, jak bardzo była dla niego ważna. Wypełniała cichą i pokorną obecnością jego życie, była jak spokojny port, do którego wracał po żegludze po wzburzonych wodach miłości do Lorany. Przyjął za pewnik, że Amanda go nie opuści, że zniesie wszystko, byleby z nim być. Dopiero teraz, gdy pojął, jak bardzo się mylił, poczuł do niej szacunek, a nawet podziw. Jednak umiała walczyć o własne szczęście, umiała stawiać na swoim. On jeszcze się tego nie nauczył. Już w chwili, gdy wychodziła z walizką, poczuł, jak bardzo mu jej brakuje. Gdyby mógł cofnąć czas o te kilka feralnych dni, dysponując nabytą za tak ogromną cenę wiedzą, zrezygnowałby z mutacji, bez względu na konsekwencje. Byleby tylko nadal być z Amandą. Był na nią również wściekły. Wystawiła go do wiatru, narażając na ośmieszenie, którego tak bardzo się lękał. Jej ostre słowa piekły jak ukąszenia szerszeni, a nieczułość i samolubstwo Amandy były czymś niepojętym po tym, jak przywykł do myślenia o niej jako o tej, która dużo daje i niewiele żąda. Pomyślał znów o Loranie Yel. Może teraz, gdy nie miał niczego do stracenia, rzeczywiście powinien zawalczyć jeszcze raz o jej uczucie. Wiedział jednak doskonale, że tego nie zrobi. Nie pozwoli mu na to wybujała duma, sprawiająca, że nie potrafił przyznać się do żadnej klęski i chciał mieć absolutnie wszystko, nie poświęcając niczego. Właśnie zaczynał odkrywać, że w życiu zawsze trzeba chodzić na jakieś kompromisy. Zawsze trzeba godzić się z jakąś stratą, by zachować coś innego. Że nie jest i nigdy nie będzie bogiem. Może to właśnie był pierwszy krok do prawdziwej duchowości.

* * *

Krążył po wszystkich pokojach jak dzikie zwierzę, bez przerwy zaciskając pięści z bezsilnej złości. Próbował nawet ćwiczeń jogi, której podstaw nauczył się od Jeremy’ego, by się uspokoić, ale poczucie straty było zbyt wielkie. Złe, bolesne myśli, przez tyle długich lat związywane w zgrabne paczuszki i wrzucane na samo dno, teraz wypływały na powierzchnię jedna po drugiej, niczym nie krępowane. Gromadzona przez całe życie frustracja i uczucie niespełnienia przepełniały jego serce niczym kipiel i szukały drogi ujścia. Wreszcie przebrał się w czystą koszulę i spodnie. Pomimo późnej pory – minęła ósma – pojechał do matki. Otworzyła mu Allie. Nie spodziewała się jego wizyty, w dodatku w pojedynkę. W ostatnich dniach wszędzie bywał z Amandą. Na jej twarzy odmalował się więc wyraz zaskoczenia, lecz bez zastanowienia wpuściła go do środka. Zawsze należał do ludzi, którym w pełni ufała. Pomyślał, że to nawet lepiej, że ona tu jest. Będzie mógł upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. − Cześć, Alayah – rzucił w jej stronę. − Tyle razy prosiłam cię, żebyś mnie tak nie nazywał – zgromiła młodszego brata wzrokiem, który zwykle wywoływał w nim skruchę i skłaniał do przeprosin, lecz tym razem nie zrobił na Aldorencie najmniejszego wrażenia. − Przecież tak masz na imię – odparł i nie zdejmując nawet butów, przeszedł do salonu. Matka siedziała w swoim ulubionym fotelu, przykrytym kocem lekko wytartym pod łokciami, ubrana w podomkę {i}frotte{/i}. Miękkie, gęsto przetykane siwymi nitkami włosy puściła zupełnie luźno. Pomyślał przelotnie, że jego matka wciąż jaśnieje pięknością. Nie tą młodzieńczą, która sprawia, że krew mężczyzny zaczyna krążyć szybciej, a jego ramiona wydają mu się nagle zadziwiająco puste, ale pięknością dojrzałą, a nawet przejrzałą, jak owoc, który za chwilę spadnie na ziemię. Jasna twarz Frances nadal nosiła ślady triumfalnej młodości, gdy Frederick Morrison leżał z miłości u jej stóp. Nie był jednak w nastroju do czułości. Nie pocałował jej nawet w czoło, jak zwykle to czynił. − Witaj, mamo – rzucił krótko, opadając na sąsiedni fotel. Wyciągnął przed siebie długie nogi gestem, który mógł uchodzić za lekceważący. − Witaj, synku. Amy jest w domu? – spytała swoim jasnym, pogodnym głosem, uśmiechając się lekko. Ot, nobliwa starsza kobieta, nie spodziewająca się nawet odrobiny zła ze strony swoich dzieci. Allie wróciła do pokoju. Sięgnęła po leżący na ławie pilot i wyłączyła nastawiony zbyt głośno telewizor, by nie przeszkadzał w rozmowie. Kiedy mężczyzna przyszedł, oglądały z matką jeden z popularnych seriali o życiu przeciętnej sangackiej rodziny, pijąc nieodłączną owocową herbatę. Siostra zawsze miała z matką dużo lepszy kontakt. Nadal przesiadywała u niej jak we własnym domu, podczas gdy on był traktowany jak gość. Nawet wtedy, gdy bardzo się starał, by przypodobać się Frances, i tak to Allie wiodła z nią długie rozmowy o życiu, mężczyznach i wychowywaniu dzieci. Zwierzała się matce ze wszystkich szkolnych miłostek, a potem z tego, co działo się między nią a Quentinem. Aldorent nie dziwił się zbytnio ich bliskości i starał się nie być zazdrosny. Łączyła je przecież ta sama płeć i podobieństwo przeżyć. Poza tym to Allie była starsza, była prawą ręką matki. On był zawsze przede wszystkim kopią ojca, kimś, kto miał go zastąpić i na nowo wypełnić tak nagle przerwane życie Frances. Czasami miał wrażenie, że matka związuje się z nim emocjonalnie jak z mężem, rekompensując sobie w ten sposób brak prawdziwego partnera. Te szczególne względy, rola małego mężczyzny i opiekuna rodziny fascynowała go i napawała dumą, ale zarazem przerażała. Przeczytał w jakiejś książce psychologicznej, że dziewczyna może zachować bardzo ścisłą więź z matką i jednocześnie rozwijać własną, niepowtarzalną osobowość, ale chłopiec, by dorosnąć, musi się od matki emocjonalnie i fizycznie oderwać. Miał wrażenie, że Frances nie pozwala mu na to oderwanie, przerażona perspektywą całkowitej samotności. Ileż razy pragnął, by matka, zamiast robić z siebie świętą za życia, wyszła ponownie za mąż i zajęła się sobą, zamiast dyrygować nim i Allie. Niestety, Frances uparła się jak osioł na kultywowanie swojego wzniosłego wdowieństwa. − To świetnie, że tu jesteś, Alayah. Powiem to, co chcę powiedzieć, tylko raz. − Coś cię gryzie? – rzuciła siostra, nie biorąc chyba jeszcze pod uwagę, że mogło zdarzyć się jakieś poważne nieszczęście. − I tak prędzej czy później się dowiecie, więc nie będę owijał w bawełnę. Nie wezmę tego ślubu. Amanda wróciła do rodziców. Rozstaliśmy się. Oczy błyszczały mu nienaturalnie jak po alkoholu, a przecież nie wypił nawet grama. Gdyby to zrobił, nie siadłby za kierownicą. Matka poruszyła się niespokojnie w fotelu i przechyliła w jego kierunku. Przez kilka chwil wpatrywała się w mężczyznę wzrokiem niedowierzającym i zalęknionym. Wyglądała przy tym jak mała dziewczynka, której ktoś zabrał ulubione zabawki. Otworzyła usta i łapała ciężko powietrze. Pewnie znów miała ten swój atak duszności. Ostatnio zdarzało się to za każdym razem, gdy była szczególnie wzburzona. Poza tym miała od kilku lat problem ze zbyt wysokim ciśnieniem. Bolało ją serce i brała jakieś leki. Wiedział, że nie powinien jej denerwować, ale nie mógł dłużej milczeć i udawać, że wszystko jest w porządku. On też miał swoje prawa. − Co jej powiedziałeś? – wykrzyknęła wreszcie zduszonym głosem. − Nic jej nie powiedziałem – odparł, coraz bardziej podekscytowany. – Chociaż nie. Właśnie, że powiedziałem. Powiedziałem, że jest egoistyczną, zimną suką, z którą traciłem czas. Mam mówić dalej? Frances wydała zduszony okrzyk i zakryła dłonią usta. Allie natychmiast podała jej filiżankę z zimną herbatą. Starsza kobieta upiła kilka łyków, trochę się uspokajając. Z trudem odstawiła drżącymi dłońmi naczynie na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Córka słońca, rozdział 19 — czytnik · opowiadania