Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 1 godz. 39 min czytania

Córka słońca, rozdział 23

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}{b}ROZDZIAŁ XXIII TWOJA KREW JEST MOJĄ KRWIĄ{/i}{/b}

Pomimo niewątpliwego przełomu w ich wzajemnych stosunkach, żadna z dziewcząt nie była jeszcze gotowa na pełną bliskość fizyczną. Lorana wciąż była zbyt zahamowana, a Derra nie miała żadnego doświadczenia w sprawach miłości cielesnej. Na razie tańczyły wokół siebie jak dwie gwiazdy, które w każdej chwili mogą oddalić się w przeciwne strony, a jednak nieuchronnie dążą do koniunkcji. Lorana malowała teraz trochę mniej. Nadal kochała tę pracę i zamierzała z niej żyć, ale płótna przestały być jedynym odbiciem poruszeń jej serca. Najważniejsza była obecnie ta dziwna dziewczyna z dalekiej Północy, nazywająca sama siebie Elaysią, córką słońca. Dziewczyna, która została podarowana Quatessince jak bezcenny skarb przez człowieka, który najpierw ją skrzywdził, a potem tak ogromnie uszczęśliwił, obarczając słodkim ciężarem, tylko na samym początku wydającym się nie do uniesienia. Wszystkie wieczory spędzały razem w sypialni, słuchając radia lub łagodnie rozmawiając. Siadywały na szerokiej, przykrytej pasiastą narzutą kanapie, wtulone w siebie lub połączone przynajmniej lekkim zaczepieniem palców. Derra lubiła opierać się plecami o miękki, przyjemny w dotyku gobelin, a Lorana kładła ufnie głowę na kolanach przyjaciółki i pozwalała jej rozdzielać delikatnie na pasma swoje długie, czarne, okrywające malarkę jak płaszcz włosy, lub gładzić z przejęciem twarz i szyję. Ta uległość, bezwarunkowe i całkowite poddanie się ze strony osoby do niedawna przejmującej Entoriankę sporym lękiem, lecz zarazem nieodmiennie fascynującej, wzruszało Derrę, a jednocześnie napawało dumą i szczęściem. Znów czuła się ważna, dzierżąc w bladych dłoniach los innego, tak bardzo wrażliwego i zależnego od jej miłości człowieka. Te dłonie mogły przynieść Loranie zbawienie lub zgubę. Quatessinka wciąż jeszcze bała się ich dotyku, lecz także ogromnie pragnęła czuć pieszczotę palców Derry, coraz to śmielszą, coraz bardziej natarczywą. Derra była zbyt młoda i niewinna, by Lorana ośmielała się domagać tych czułości lub nawet nieśmiało o nie prosić, czy naprowadzać dłonie przyjaciółki w te miejsca na swoim ciele, w których najbardziej ich potrzebowała. Zadowalała się więc w zupełności tym, co młodziutka Entorianka podarowywała jej z własnej woli. Ujmowała potem delikatnie te uwielbiane dłonie i długo całowała, wyrażając w ten sposób wdzięczność, dla której nie umiała znaleźć słów w żadnym języku Kiramu. Była nieco przerażona siłą własnej namiętności, a także głębią i niezwykłością przeżywanego uczucia. Miała nadzieję, że nie przytłoczy i nie spłoszy Derry tym nadmiarem, wulkanem, który zbyt długo nosiła w sobie uśpiony, a teraz ledwo radziła sobie z jego żarem. Czasami zamieniały się rolami. Teraz Lorana zamykała przyjaciółkę w silnym, nieco kurczowym uścisku śniadych ramion i kołysała jak małe dziecko, nucąc cicho po quatessińsku. Śpiewała Entoriance piosenki, których nauczyła się od rodziców. Derra układała się wygodnie w tych pięknych, dających tak wiele ciepła ramionach, i pomrukując z zadowolenia, odpływała w sobie tylko znane dale. Stopniowo przestawała słyszeć głos Lorany. Znów była w Entorii, myślała i mówiła w swoim języku. We wspomnieniach stawała się powtórnie małą dziewczynką, układającą się przed kominkiem na niedźwiedziej skórze. Ręka wpleciona w jej włosy należała do kuzynki Milli. Obie słuchały z zapartym tchem bajania babki Kendry i skwierczenia sosnowych szczap, pożeranych zachłannie przez czerwonego kura. Trwała głęboka zima, gdzieś daleko grały myśliwskie rogi, końskie kopyta zapadały się miękko w śnieg, a po zamarzniętej na kość rzece pędziły na przełaj stada wilków. Utracony świat dzieciństwa i nieskończonej niewinności miał w sobie tyle prostej, dobrej magii. Nigdy już nie będzie tamtą Derrą. Skrzywdzono ją zbyt mocno, by umiała znów unosić się na falach życia z taką dziecięcą ufnością. Albo wracała w myślach do chwil spędzonych z Kimmo. On także tulił Derrę w ten namiętny sposób, jakby chciał zatrzymać ją przy sobie na wieki. W jego ramionach również czuła się tak bardzo bezpieczna i kochana. Tych dwoje zlewało się jej w jedno podczas długich, ciemnych i cichych wieczorów, gdy zasypiała na kolanach przyjaciółki, marząc po raz kolejny w życiu, by czas przestał płynąć. Niekiedy Lorana dotykała wargami ust Entorianki i zaraz wycofywała się, zalękniona, zamiast całować do utraty tchu. Jasne policzki Derry okrywał wtedy mocny rumieniec zażenowania i rodzącego się pragnienia, na widok którego Lorana przygryzała wargę, by powstrzymać głośny krzyk szczęścia. Lub okrywała delikatnymi, niezliczonymi pocałunkami czoło i włosy Derry w tym tak bardzo ją frapującym, nie występującym na dalekim Południu miedzianym kolorze, i szeptała z uniesieniem: - {i}Issi ei'tule ammarati. Issi ammarati, ella fumalissa. (Kocham cię. Kocham cię, moja syrenko. - quat.){/i} Umiała mówić o tym, co najważniejsze w jej życiu, jedynie po quatessińsku. Derra wciąż znała ten język zbyt słabo, by swobodnie w nim rozmawiać, dlatego komunikowały się na razie głównie we Wspólnej Mowie. Jednak te kilka często słyszanych słów rozumiała już dobrze i odpowiadała sennie tym samym, mocniej wtulając się w towarzyszkę. A czasami to właśnie Derra, stęskniona już po kilku godzinach rozłąki, prowokowała bliskość. Przychodziła do pracowni, stawała za plecami siedzącej na swoim wysokim krześle Lorany i wodziła czule dłońmi po odkrytych partiach skóry tamtej. Lorana nawet zimą paradowała po mieszkaniu w szortach i koszulce na ramiączkach, a teraz, gdy przeżywała świeżą miłość, tym chętniej nosiła się tak skąpo, żałując, że Entorianka może podziwiać harmonię jej kształtów jedynie dłońmi. Wciąż sypiały osobno, w oddzielnych pokojach, nie śmiejąc jeszcze przekroczyć ostatecznej granicy, za którą było tylko całkowite zespolenie i niemożność istnienia bez tej drugiej. Lorana nieco odsunęła się w tym czasie od Seminole. Widywała krawcową jedynie w kuchni, podczas wspólnych posiłków, gdzie odpowiadała spokojnym, lecz stanowczym wzrokiem na jej rzucane z ukosa, pełne niemego zapytania spojrzenia. Nie miała pojęcia, jak wiele tamta się domyśla, żyjąc z dziewczętami praktycznie jak członek rodziny, lecz niezbyt ją to obchodziło. Teraz był ten ostatni, najwyższy czas, by zaczęła walczyć o własne szczęście, chociażby najdziwniejsze. Inaczej już zawsze będzie wodzona pokornie na pasku woli, a nawet widzimisię innych ludzi. Wydawało się więc, że nic nie może stanąć na przeszkodzie połączeniu tych dwóch samotnych, wędrujących po skomplikowanych torach gwiazd, lecz właśnie wtedy nadeszła zima. Nie ta zima, którą Lorana widywała codziennie na ulicach, skwerach i w portowej dzielnicy, chodząc po zakupy. Nie ta łagodna pora roku, niewiele różniąca się tutaj od jesieni czy wiosny. Nie ta zima, gdy chmury przykrywały błękit nieba równie rzadko jak w lecie, czyniąc Gorący Półwysep idealnym miejscem wypoczynku dla turystów z odległych krajów. To była zupełnie inna zima. Ta, która objęła w posiadanie całą północną część kontynentu. Ten groźny i ponury czas, gdy pazur chłodu szarpał ludzkie wnętrzności, rzeki i jeziora skuwał lód, a po niebie przewalały się bez ustanku ciemne i skłębione chmury. Przynosiły one zacinające bezlitośnie w podmuchach ostrego wiatru, przenikające zimnem do szpiku kości deszcze, a czasami także śnieg. To była ta zima, gdy noce ciągnęły się jak senne koszmary, a dni były krótkie jak miłość bez wzajemności. Ta zima, gdy ludzie wpadali w rozpacz, żywiąc pradawny i irracjonalny lęk, że słońce nigdy nie wróci. Dlatego właśnie w noc przesilenia odprawiali rytuał, który miał przyciągnąć je z powrotem, i modlili się do Wielkiego Ducha o kolejną wiosnę. Właśnie taka zima dosięgła Derrę Amno swymi długimi, sięgającymi aż po drugi kraniec Kiramu ramionami. Wydawać by się mogło, że właśnie teraz, gdy potrzebowała więcej snu, życie stanie się dla niej znośniejsze, ponieważ będzie miała mniej czasu do zabicia, ale ten sen był niedobry. Nie odpędzał znużenia jak krótki, lecz treściwy letni wypoczynek, ale zamykał w pełnym mgieł labiryncie, z którego nie sposób było się wydostać. Nie przez przypadek właśnie teraz Derra tak często zasypiała na kolanach Lorany, tracąc kontakt z rzeczywistością i nie reagując na pieszczoty przyjaciółki. To właśnie najczęściej zimą Nordlingowie, których czas w Kiramie się dopełnił, przepływali przez Wielką Rzekę. Albo ci, którzy przestawali kochać życie i bardzo pragnęli umrzeć. W połowie miesiąca Nigtal apatia i rozpacz Derry stały się tak głębokie, że dziewczyna przestała w ogóle wychodzić z łóżka. Odwracała się do ściany, naciągała kołdrę po samą brodę i udawała, że wciąż śpi. Gdy Lorana próbowała ją rozweselić, odpowiadała niechętnym mruczeniem albo gwałtownie przewracała się na wznak i „patrząc” w sufit, mówiła: − Chciałabym umrzeć, Lorano. Nie czeka mnie nic dobrego. Najlepiej będzie, jeśli umrę. Przestanę być dla ciebie ciężarem. − Nie jesteś dla mnie żadnym ciężarem. Jesteś moim słońcem. Klękała obok łóżka, wyjmowała spod kołdry dłoń Derry i całowała z ogromną czułością, a potem pochylała się nad przyjaciółką tak nisko, że prawie dotykała ustami jej twarzy, i szeptała z namiętnością i desperacją: − Nie wolno ci teraz umierać. Nie możesz mnie opuścić, Entorianko. Nie teraz, kiedy stałaś się dla mnie całym światem. Nie teraz, kiedy nauczyłaś mnie, jak się nie bać i jak kochać. Nie pozwolę ci przekroczyć Wielkiej Rzeki, rozumiesz? − Nie dość, że nie masz ze mnie żadnego pożytku, to jeszcze dokładam ci zmartwień. Beze mnie będzie ci lepiej. Umierając, zwolnię cię z obietnicy, która dałaś Aldorentowi. Na świecie jest mnóstwo kobiet piękniejszych i bardziej interesujących ode mnie. Wkrótce poznasz i pokochasz jedną z nich. − Nie chcę żadnej innej kobiety. Kocham tylko ciebie jedną, syrenko. − Lorano, zima jest dla nas wezwaniem do drogi − szeptała tamta tak lekko, że niemal bezgłośnie, znów odwracając twarz. − Wiem, że przyszedł mój czas. Nie mogę opierać się wołaniu z królestwa Wielkiego Ducha. − Derro − jęknęła Quatessinka, opierając rozognione bólem czoło o poduszkę. − Moja Derro, nie mów tak. Nie wolno ci tak mówić. Nikt cię stamtąd nie wzywa. Masz siedemnaście lat i twój czas nie wypełni się jeszcze bardzo długo. Jesteś młoda, pełna życia, rozkoszna, jesteś moja. Musisz ze mną zostać, słyszysz? Znienawidziłabym Wielkiego Ducha, gdyby mi cię zabrał. Już nigdy bym się nie pomodliła. − Nie chcę tego słuchać, Lorano − Entorianka wykrzywiła ładne usta w grymasie niezadowolenia. − Nie masz prawa gniewać się na Niego. My, ludzie, zawsze musimy przyjmować z pokorą Jego wolę. Chcę, żebyś modliła się za mnie codziennie, kiedy odejdę. − A co ja mam zrobić? Co ze mną? Mam tu zostać sama czy iść z tobą? Jeśli zechcesz, pójdę. − Nie. Zostań i bądź szczęśliwa. Będę tam na ciebie czekać, moja najdroższa Lorano. Urządzę dla nas piękny dom na wybrzeżu. Tam też jest ocean, bo inaczej to nie byłby raj. Będziemy codziennie chodzić na długie spacery, a fale będą owijać się miękko wokół naszych stóp. Albo zabiorę cię na wzgórza. Tam są cudowne wzgórza, Lorano, ciepłe, wiecznie zielone i ciche, ukwiecone powojem i pierwiosnkami, rozzłocone od nie gasnącego słońca. Taka będzie nasza wieczność, moja kochana. Chcę ją przeżywać z tobą, ale nie mogę spędzić z tobą mojego ziemskiego życia. Lorana wiedziała, że Derra nie kpi z niej, że ten nastrój nie jest tylko fanaberią rozkapryszonej nastolatki, a nawet nie rozpaczą bardzo nieszczęśliwej osoby. Zbyt wiele czytała o Nordlingach, by zlekceważyć jej pragnienie śmierci. Dla nich naprawdę zima była czymś zabójczym. Derra potrzebowała słońca, by żyć, a skoro nie mogła go zobaczyć, nie istniała dla niej nadzieja. Dlatego serce Quatessinki wiło się bez ustanku w niemym bólu, a oczy niespodziewanie wypełniały łzami bezsilności i wściekłości. Te łzy spowijały wszystko mglistą zasłoną, łącznie z tak bardzo ukochanymi dawniej płótnami. Nie mogła malować, gdy Derra umierała. Jadła niewiele i w pośpiechu, prawie nie sypiała, spędzając cały czas przy łóżku Entorianki, albo stojąc przy oknie i wpatrując się w niebo lub zarysy sąsiednich kamienic. Nie mogła utracić tej miłości. Jeśli tak się stanie, znów wróci do miejsca otoczonego srogimi murami, z którego nie uda się jej wydostać po raz drugi. Jeśli tak się stanie, pewnie skamienieje z bólu i rozsypie się w proch już za życia. Czasami, zdesperowana do ostatka, zdzierała z Entorianki kołdrę, chwytała ją za oba nadgarstki i przemocą ściągała z łóżka, mówiąc przy tym: − Derro, za oknem nie ma tej zimy, którą masz w duszy. Tam jest słońce, na Wielkiego Ducha, słońce! Poza tym pokojem jest jasny i ciepły świat, musisz tylko stąd wyjść! W Quatessinie zima jest bardzo łagodna i nie zabije cię. Derro, błagam cię, zaklinam na wszystko, uwierz mi wreszcie! − Nie ma słońca, Lorano - szeptała tamta, znów opadając bezwładnie na pościel. - Nie ma. Jest tylko ciemność, a ona jest dla nas wezwaniem do drogi. Quatessinka puszczała w końcu jej ręce, bo nie mogła przecież wyciągnąć dziewczyny na dwór siłą. A nawet gdyby to zrobiła, Derra nie zobaczyłaby El Khan-naar ani nie poczuła jego dobroczynnej mocy, zmrożona od wewnątrz tym, co pamiętała z dzieciństwa. Tym, co tkwiło w jej sercu bardzo głęboko, najgłębiej, pod pokładem tej miłości, która je połączyła. Gdy zaś naprawdę zaczynało brakować malarce cierpliwości, a może kończyła się rozbudzana ciągle na nowo rozpaczliwa nadzieja, stawała się na chwilę dawną Loraną, szorstką, a nawet brutalną. Kleszczami długich palców chwytała przyjaciółkę za wychłodzone od wewnętrznego zimna białe, odkryte ramiona, usiłując za wszelką cenę wyciągnąć ją z pokoju, i krzyczała ze złością: − Rusz się wreszcie, ty... ty uparty jak koza Nordlingu! Rusz się albo zrobię ci krzywdę! Musisz wydostać się ze swojej klatki, musisz pobyć w słońcu, musisz żyć, Derro! Żyj dla mnie, błagam cię! Pokonaj chorobę i żyj, a jeśli nie potrafisz, zabierz mnie z sobą! Ale Derra zwieszała się miękko w jej dłoniach, nie wykazując żadnej inicjatywy i opadając jak szmaciana lalka na wygniecioną poduszkę. Zrezygnowana Lorana dawała jej spokój, szepcząc przy tym rozpaczliwie sama do siebie: − To na nic... Na nic. Ta złość, pozornie wymierzona w Entoriankę, w rzeczywistości była skierowana przeciwko reszcie świata. Tego świata, który nie pozwolił jej na skosztowanie miłości Vasine i Ileany, a głębokie uczucie do Silli nagrodził szyderstwem. Ten sam świat podarował Derze ogrom cierpienia bez najmniejszego promyka nadziei. To ludzie, którzy przemocą sprowadzili dziewczynę do Sangacji, a potem pozwolili, by wydarto jej oczy, w jednej chwili pozbawiając marzeń i planów na przyszłość, byli winni agonii Entorianki. Gdyby Lorana spotkała teraz oprawców Derry, nic nie powstrzymałoby Quatessinki przed okrutną zemstą, chociaż pewnie zapłaciłaby za taki czyn własnym życiem. Znienawidziła nawet Aldorenta Morrisona, który, pomimo iż ostatecznie uratował Derrę, był w bardzo dużym stopniu odpowiedzialny za jej los. Najbardziej bała się nocy z trzydziestego pierwszego Nigtal na pierwszego Hammer, nocy zimowego przesilenia. Nordlingowie wierzyli, że właśnie w tę noc przejście pomiędzy światem żywych a światem złych duchów jest najsłabiej strzeżone. Właśnie wtedy demony zjawiają się pomiędzy ludźmi, by ich dręczyć i wysysać umiłowanie życia. W tę noc Entorianie nie otwierają drzwi swoich domostw aż do wschodu słońca, by nie dać Złemu dostępu do siebie i swoich najbliższych. Zamknęła więc starannie drzwi od mieszkania na wszystkie klucze, co czyniła niezwykle rzadko. Przesiedziała całą tę noc przy łóżku Derry, trzymając lekko jej dłoń, nie śpiąc i mając nadzieję, że demony, jeśli przyjdą, pomylą się i zabiorą jej duszę zamiast duszy tego nieszczęśliwego dziecka. Gdy nareszcie wstało słońce, pochyliła się nad twarzą śpiącej Derry. Z ulgą i poczuciem szczęścia wsłuchiwała się w jej płytki, lecz równy oddech. Stan Derry nie poprawił się, lecz także nie pogorszył. Dziewczyna była wciąż tak samo słaba, ale żyła. Seminole zajrzała do chorej kilka razy, pogładziła z macierzyńską troską blade, chłodne czoło Entorianki, i pokręciła ze smutkiem głową. Nic tu nie mogła poradzić, nawet jej odpędzająca każdą słabość gorąca herbata z sokiem malinowym na niewiele się teraz przydawała. Popatrzyła na poszarzałą z bólu twarz Lorany. Te rysy, do niedawna klasycznie piękne, a teraz stężałe na kamień w grymasie nieludzkiego cierpienia, nie pozostawiały żadnych wątpliwości co do stanu psychicznego malarki. Seminole wiedziała od kilku tygodni, że dziewczęta łączy więź głębsza od przyjacielskiej, wszak Lorana nigdy nie ukrywała przed nią swej pokręconej natury. Teraz jednak, gdy Derra stała jedną nogą na brzegu Wielkiej Rzeki, a Lorana również bardziej przypominała potępieńca niż żywą kobietę, matka Aseta nie umiała się na nie gniewać. − Musi być jakiś sposób, aby ją stamtąd zawrócić − zaczęła cicho, nie patrząc w oczy malarki. − Oni na pewno mają na to swoje leki. Powinnaś popytać w okolicy, może mieszkają tu jacyś inni Nordlingowie. Pełno ich siedzi teraz w domach wczasowych. Powinnaś tam pójść i porozmawiać o niej. − Nie chcę zostawiać jej samej nawet na chwilę. − Ja przy niej posiedzę, a ty idź i szukaj ratunku. − Może tak zrobię, Seminole. Dziękuję ci za radę. − Albo zacznij od fachowej porady na miejscu. Powinien obejrzeć ją lekarz. − Nie, nasi lekarze będą tylko rozkładać ręce. Quatessińska medycyna nie zna takich przypadków. Poza tym nikt nie może dowiedzieć się, że ona tu jest. Aldorent kazał mi pilnować jej jak oka w głowie i nikomu o niej nie opowiadać. − Jak tam sobie chcesz, ale ja już dawno wezwałabym lekarza. No cóż, ostatecznie to ty jesteś jej opiekunką. Powiem ci też, że na twoim miejscu nie pozwalałabym jej na to ciągłe przesiadywanie na plaży, gdzie może ją oglądać całe Spid. Przecież ona nie ma pojęcia, kto stoi za jej plecami. Jeśli wróg rzeczywiście jej szuka, znajdzie ją właśnie tam. − Dziękuję ci za troskę, Seminole. Nieszczęsna Lorana dręczyła się więc bez ustanku i nie mogła znaleźć sobie miejsca ani w domu, ani poza nim. Musiała opiekować się w tym czasie również Gryfem. Karmiła go, myła i wyprowadzała za potrzebą. Jedynie chwile spędzane z miłym, pociesznym zwierzęciem dawały trochę wytchnienia od koszmaru. Przyklękała niekiedy przy psie i wtulała twarz w sierść owczarka, znajdując w tej czułości krótkotrwałe pocieszenie. Wprowadziła go parę razy do sypialni, mając nadzieję, że jego obecność i gwałtowna radość na widok poprzedniej opiekunki rozweseli chorą, lecz Derra w ogóle nie zauważyła kręcącego się przy niej z głośnym skomleniem psa. Obcując duchem ze wspomnieniami z dzieciństwa oraz z tymi, którzy wybrali się w drogę przed nią, ignorowała nawet Loranę, szalejącą z rozpaczy przy jej łóżku. To nie była zwyczajna apatia czy nawet depresja, lecz w pełni rozwinięta przedśmiertna agonia, powolne odchodzenie. U kresu ich życia życzyło się starcom szczęśliwej podróży, ale Derra nie była staruszką. Naturalna śmierć w tym wieku była czymś bardzo przeciwnym naturze, czymś, co wzbudzało już nie rozpacz, ale niepohamowaną wściekłość na wyroki Wielkiego Ducha.

* * *

Malarka siedziała w kuchni, jedząc kolację. Gryzła jedną kanapkę prawie od pół godziny, z uporem wmuszając ją w siebie, chociaż nie czuła głodu. Musiała jednak chociaż trochę jeść, jeśli nie chciała całkiem opaść z sił. Zawsze miała wyraziste rysy twarzy, ale teraz, gdy zaczęła gwałtownie chudnąć z niedożywienia i braku snu, te rysy jeszcze bardziej się zaostrzyły, przydając jej obliczu powagi męczennicy. Aset Vasko, który wrócił do domu przed dziesięcioma dniami i na razie nie wypływał na nowo w morze, wtargnął bez pukania do kuchni, śmiejąc się jeszcze z jakiegoś dowcipu przeczytanego w lokalnej gazecie. Na widok siedzącej przy stole sąsiadki, z którą miał na pieńku właściwie od dnia, w którym Lorana sprowadziła się na Ostrygową, zatrzymał się raptownie w pół kroku i zrobił zwrot w tył ze słowami: − Skoro tu jesteś, przyjdę później. Nie jestem aż tak bardzo głodny, by delektować się na dodatek twoim towarzystwem. Lorana poderwała się z miejsca, prawie przewracając krzesło i czyniąc taki gest, jakby chciała chwycić mężczyznę za rękaw i siłą posadzić na drugim krześle. − Nie, zostań, proszę − powiedziała prędko, trochę zażenowała tą niespodziewaną potrzebą pojednania z człowiekiem, którego do tej pory ledwo tolerowała. − Muszę z kimś porozmawiać. Jeśli tego nie zrobię, chyba zwariuję. A mam tutaj tylko ciebie. Jeśli miał chęć rzucić jakąś złośliwą uwagę, szybko zmienił zdanie. Popatrzył przeciągle na sąsiadkę z uwagą, a nawet troską, która przysiadła gdzieś na dnie jego dużych, ciemnych oczu. Odsunął krzesło, nie patrząc na nie, i usiadł, wciąż nie spuszczając wzroku ze zmęczonej twarzy Lorany. − Znów chodzi o nią? − odezwał się wreszcie. − {i}Della salvinia{/i} ma coraz większe kłopoty? {i}Della salvinia{/i}. Twoja dziewczyna. W większości przypadków fraza brzmiąca zupełnie niewinnie, jednakże w kontekście związku dwóch kobiet trącająca wyraźnym szyderstwem. Ale Lorana zdążyła się już spotkać ze znacznie brutalniejszymi przejawami homofobii, poza tym była zbyt wyczerpana walką o życie Derry, by zwracać uwagę na tę drobną uszczypliwość. Pokiwała rozpaczliwie głową i odparła: − Ona umiera. − Matka mi mówiła, że wpadła w jakiś marazm. Ale żeby zaraz miała umierać... Ot, ma dziewczyna humory, i to wszystko. Przejdzie jej. Nie powinnaś się tym przejmować. Ludzie nie umierają tylko dlatego, że mają na to ochotę. − My na pewno nie, ale ona jest Nordlingiem. − No i co z tego? − Asecie, to zima ją zabija − odparła ze znużeniem, odwracając wzrok. − Większość Nordlingów w podeszłym wieku odchodzi właśnie zimą. − Ale tutaj właściwie nie ma zimy. Podobno nasza zima wygląda jak ich lato, więc nie powinna narzekać. Poza tym ona nie jest w podeszłym wieku. To prawie dziecko. − Nie nasza zima, tylko tamta − pokręciła głową. − Tamta czarna, koszmarna zima, którą ta dziewczyna nosi w sobie. Dopadła ją nawet w Quatessinie. Uwierz mi, jest z nią bardzo źle. Ona nie grymasi, tylko odchodzi. − W takim razie musimy czekać na wiosnę, bo chyba tylko ona może ocalić tę twoją małą. − Tak, tylko wiosna − Lorana zwracała się teraz bardziej do swoich myśli niż do wpatrującego się w nią wciąż mężczyzny. − Teraz mamy Hammer. Alturiak to u nich jeszcze dość ponury miesiąc, ale w Ches wraca słońce, a dzień zaczyna się gwałtownie wydłużać. − Czekajmy więc na Ches. − Ona może nie mieć tyle czasu. Aset, dla ludzi stamtąd nie ma niczego gorszego niż zimowe przesilenie, a ona jest taka sama jak reszta jej rodaków. − A skoro to całe przesilenie było dwa dni temu, to oznacza, że teraz będzie już z górki, prawda? − Mam taką nadzieję. Największe niebezpieczeństwo minęło, ale to nie znaczy, że jest dobrze. Ona wciąż jest bardzo zrozpaczona i oddalona od świata żyjących. Chyba nawet jest na tę chorobę jakaś nazwa. To było dość rozpowszechnione w Erze Rozbicia. My, Kiramczycy, nie zapadamy na dolegliwości cielesne, ale potężna zgryzota może nas zniszczyć. Od tego się naprawdę umierało, także na Południu. W niektórych stuleciach to było jak zaraza. − To ty jesteś intelektualistką, a ja tylko prostym marynarzem. Nie znam się na książkowych sprawach. − Ona utraciła nadzieję z powodu swojego kalectwa. Nie umie żyć w ciemnościach, zdana na pomoc innych. Woli dać się od razu połknąć mrokowi niż borykać z nim przez dziesięciolecia. Odsunęła niedojedzoną kanapkę, położyła łokcie na stole i schowała twarz w dłoniach. Puszczone luźno włosy posypały się miękko po nagich ramionach dziewczyny, zwieszając się wokół jej głowy jak aksamitna kotara. Przynajmniej w ten sposób była chociaż trochę ukryta przez pytającym wzrokiem Aseta. − Gdybym mogła − zaczęła z rozpaczą, z trudem hamując łzy − oddałabym jej połowę własnej duszy. A nawet całą, jeśli to mogłoby ją uratować. Gdybym mogła, zabrałabym ją jeszcze dalej na Południe, byle dalej od tej przeklętej Entorii, ale tam jest już tylko ocean. Tutaj kończy się kontynent i nadzieja. A gdybym mogła zawieźć ją nawet na biegun południowy, pewnie i tak niczego by to nie zmieniło. Ta zima żyłaby w niej nadal. Asecie, zrobiłabym dla niej wszystko, rozumiesz? Wszystko, bo ją kocham. Rozszlochała się bezradnie przy swoim niedawnym wrogu, a jej śniade ramiona trzęsły się jak u małej dziewczynki. Chłopak wyciągnął dłoń i lekko, z wahaniem i rzadką u niego nieśmiałością, poklepał malarkę kilka razy po ramieniu uspokajającym gestem. − Jesteś w porządku, Lori − odezwał się. − Jeśli mógłbym coś zrobić dla ciebie albo dla Derry, daj mi znać. − Dziękuję. Chyba na początek posłucham twojej mamy i wybiorę się jutro do tych ośrodków wczasowych. Może znajdę jakiegoś lekarza z tamtego regionu. Pomoże jej lepiej niż jakikolwiek Quatessin. Oni znają się na tych zimowych załamaniach. Powiedziała to wszystko opanowanym głosem bez śladu drżenia. Umiała szybko dochodzić do siebie nawet po najgwałtowniejszych przeżyciach. Wciąż tkwiła w niej dawna Lorana, upychająca emocje. Może nie było to takie złe teraz, gdy musiała radzić sobie z ich natłokiem. − Tak zrobię − powtórzyła. − Jeszcze się nie poddałam. Ona będzie żyła albo jestem gardyjską mniszką. − Na pewno nie. Sporo brakuje ci do mniszki − roześmiał się chłopak, czując sporą ulgę na widok jej powracającej woli walki. − Im nie wolno sypiać z innymi siostrzyczkami. − Z braciszkami też nie, Aset. Popatrzyli na siebie nawzajem bez złości, ona wdzięczna za ten krótki gest pocieszenia, on zadowolony, że mógł jej dać chociaż tyle. Pokój został zawarty.

* * *

Nazajutrz z rana Lorana wybrała się po zakupy na pobliski targ. Kończyły się zapasy najpotrzebniejszych artykułów żywnościowych, a nie mogła wciąż polegać na Seminole. Krawcowa nie miała wszak obowiązku żywienia jej i Derry. Mogłaby dać Seminole pieniądze i poprosić ją o zrobienie zakupów, przecież nie raz dzieliły się w ten sposób obowiązkami domowymi. Gdyby została w domu, tam, gdzie była najbardziej potrzebna, czyli przy łóżku Derry, nieszczęśliwej dziewczynie nie udałoby się targnąć na własne życie. Uznała jednak, że skoro tak czy owak zamierza zostawić dziś Derrę pod opieką sąsiadki i poszukać Nordlingów, którzy doradzą Quatessinom, jak ocalić zawieszoną pomiędzy tym a tamtym światem nastolatkę, to równie dobrze może zostawić ją teraz i spokojnie pójść po chleb, mięso i owoce. Jak się wkrótce okazało, popełniła bardzo duży błąd. Już przekraczając próg mieszkania, czuła, że coś jest nie w porządku. To coś unosiło się w powietrzu, będąc jednocześnie zapachem i złym przeczuciem. Na widok Gryfa, uwijającego się niespokojnie pod drzwiami sypialni i skomlącego głośno, niepokój Lorany się wzmógł znacznie. Zwierzęta, zwłaszcza te mocno przywiązane do swoich właścicieli, z reguły odgadują nieszczęście wcześniej niż ludzie. Co tak bardzo złego mogło się wydarzyć? Rzuciła na podłogę torbę z zakupami, nie troszcząc się o zaniesienie ich do kuchni, i czym prędzej, nie zdejmując nawet butów, weszła, a raczej wpadła do pokoju. Nie było w nim Seminole, która obiecała czuwać nad Entorianką pod nieobecność Lorany. Derra spoczywała nadzwyczaj spokojnie w wymiętej od ciągłego używania pościeli, jeszcze bardziej blada i nieruchoma niż w ostatnich trzech tygodniach. Kołdra i całe ręce Entorianki aż po łokcie skąpane były w jasnoczerwonej, żywej krwi, która wypływała z głębokich ran na obu nadgarstkach dziewczyny. Na podłodze, tuż obok łóżka, leżał duży kuchenny nóż, który musiał wypaść z bezwładnej, śmiertelnie białej dłoni Derry, zwieszającej się teraz nad dywanem. Na ten widok pod malarką ugięły się nogi. Musiała oprzeć się o stół, by nie upaść. Przez chwilę nie była w stanie uczynić żadnego ruchu ani wykrztusić z siebie choćby jednego słowa, a gdy wreszcie odzyskała panowanie nad własnym ciałem, krzyknęła łamiącym się głosem: − Seminole!!! Powtórzyła imię sąsiadki jeszcze kilka razy, nie mając pojęcia, co mogłaby do niego dodać. Szlochając bezwiednie i walcząc z własną słabością oraz śmiertelnym przerażeniem, zbliżyła się wreszcie do łóżka Derry. Opadła ciężko na kolana i przyłożyła ucho do ust przyjaciółki, by doszukać się oddechu, świadczącego o tym, że Derra nie przekroczyła bramy miejsca, do którego tak bardzo pragnęła się dostać. Ten oddech był słaby i nierówny, ale Entorianka żyła. Lorana gorączkowo usiłowała sobie przypomnieć, co robi się w takich sytuacjach. Chyba należy przede wszystkim zatamować upływ krwi i mocno zabandażować rany. Powinna poszukać jakieś czystej szmatki, którą mogłaby podrzeć na pasy i tym prowizorycznym opatrunkiem zacisnąć otwarte żyły na rękach dziewczyny. Nie zrobiła niczego, trwała tylko na klęczkach przy tej, która była teraz dla niej całym życiem, bojąc się dotknąć Derrę chociażby jednym palcem. Po śniadych policzkach malarki spływały łzy bezbrzeżnej rozpaczy, a jej usta poruszały się bezgłośnie, raz po raz wypowiadając imię ukochanej. Gdyby Derra miała umrzeć teraz, Lorana chciałaby złączyć się z umierającą w długim pocałunku i przyjąć jej ostatni oddech. Może w ten sposób udałoby się jej zamknąć we własnej piersi duszę Derry. Skenowie wierzyli, że to jest możliwe. Nie zrobiła nawet tego, nie zbliżyła swoich ust do warg Derry tak białych, jakby odpłynęła z nich cała krew. Wpatrywała się tylko w nią oczami szeroko otwartymi z niepojętej zgrozy, nieruchoma jak głaz. Seminole, przywołana głośnym krzykiem malarki, wpadła do sypialni jak pocisk, a zaraz za nią wbiegł zdyszany Aset. Kobieta wydała okrzyk zgrozy i zakryła dłonią usta. − Jak to się mogło stać, na Wielkiego Ducha? − jęknęła, zatrzymując się przy drzwiach i opierając ciężko o futrynę. − Kiedy ona zdążyła to zrobić? Lorana poruszyła się nareszcie i wstała, kierując palec w stronę sąsiadki oskarżającym gestem. − Mówiłam ci, żebyś nie zostawiała jej samej nawet na chwilę − wyszeptała przez łzy. − Prosiłam cię o opiekę nad nią. Jak mogłaś zająć się swoimi sprawami, kiedy ona robiła sobie tę straszną rzecz? − Miałam klientkę i musiałam do niej wyjść. Zamierzałam rozmawiać krótko i natychmiast wrócić do Derry, naprawdę. Nie sądziłam, że wpadnie jej do głowy coś tak idiotycznego. Strasznie cię przepraszam, Lorano. Tak bardzo, bardzo cię przepraszam! Rozszlochała się bezradnie, jakby miała o jakieś czterdzieści lat mniej. W tej sytuacji przeprosiny były bez znaczenia. Jeśli Derra umrze, Lorana nigdy jej tego nie wybaczy. Stała tak z twarzą ukrytą w dłoniach, opierając się wciąż o ścianę, i płakała z żalu i złości na samą siebie. Za to Aset bez słowa doskoczył jak żbik do łóżka, na którym leżała chora. Bezceremonialnie złapał Derrę za obie ręce, zacisnął je w pięści i zgiął w przegubach do wewnątrz, by powstrzymać wyciekanie cennej krwi. − Pomóż mi, Lori − sapnął. − Przytrzymaj jej ręce. Więc malarka wzięła dłonie Derry w swoje, silnie drżące z emocji, a on chwycił skraj prześcieradła, na którym leżała Entorianka, i zaczął oddzierać długi pas. Na widok tej prostej i potrzebnej czynności Seminole ocknęła się nareszcie i powiedziała spokojniejszym głosem: − Mamy telefon, więc zadzwonię po pogotowie. Teraz już nie wmówisz mi, że ona nie potrzebuje fachowej opieki. − Dobrze − odparła Lorana, nie patrząc na tamtą. Seminole wycofała się w milczeniu do swojej części podwójnego mieszkania, wyprowadzając przy tym psa. Aset związywał silnie nadgarstki Derry, co nareszcie zatamowało krwotok. Robił to sprawnie i szybko, zachowując niezbędny spokój. Lorana pomyślała, że nie dałaby sobie rady bez zimnej krwi i przytomności umysłu mężczyzny. Gdyby była sama, wciąż tkwiłaby jak posąg na klęczkach, nie będąc zdolną do jakiegokolwiek ruchu i pozwalając Derze wykrwawić się na śmierć. Jej dłonie drżały zbyt mocno, by była w stanie sama opatrywać rany Derry. Na szczęście Wielki Duch podarował malarce tego nieco grubiańskiego, ale w gruncie rzeczy wiernego przyjaciela w osobie Aseta Vasko. W skrytości serca dziękowała Mu za to, że odważyła się wyciągnąć do chłopaka dłoń na zgodę. − Musiała odzyskać przytomność na chwilę wystarczająco długą, by w jej głowie urodził się ten durny plan, i by miała czas go wykonać − odezwał się Aset. − Gdybym wiedział, co zamierza, porządnie przetrzepałbym gówniarze tyłek. − Wstała, przeszła do kuchni i wzięła nóż − podjęła cicho Lorana. − Ty i Seminole byliście u siebie, a drzwi do kuchni były zamknięte. Twoja matka musiała rozmawiać głośno z tamtą kobietą i żadne z was nie słyszało jej kroków. Wróciła tutaj i pokaleczyła się, chcąc w ten sposób przyspieszyć własny zgon. Ponieważ nie wiedzieliście, co się dzieje, nie mogliście jej w tym przeszkodzić, a mnie nie było. Bo gdybym była, nakrzyczałabym na nią tak strasznie, że zapamiętałaby to do końca życia. Odwróciła się, oparła o szafę, zasłoniła twarz ramionami. − To wszystko jest jak zły sen, Aset − powiedziała cicho, z rozpaczą. − Próbuję się z niego obudzić, ale nie potrafię. Dlaczego życie jest tak bardzo niesprawiedliwe? Przecież jeszcze niedawno śmiała się i dokazywała z Gryfem, chodziła na plażę, tuliła się do mnie i krzyczała, kiedy zamykałam się w sobie. To ona była silniejsza, ona się mną opiekowała. Pomimo tak wielkiego nieszczęścia była twardsza od stali. A teraz moja biedna syrenka leży tutaj prawie bez tchu, a ja mogę tylko modlić się, żeby Wielki Duch nie odbierał mi mojego światła. Dlaczego, Aset, dlaczego? Nie, świat nie może być aż tak zły. Ja się na to nie... nie zgadzam... Ostatnie słowa wypowiedziała szeptem, znów ocierając rękawem łzy. Całe jej ciało drżało silnie od powracającego szlochu. − Nie chcę, żebyś się zgadzała − odparł cicho chłopak. − Czasami wbrew wszelkim przeciwnościom losu trzeba do końca walczyć o to, co się kocha. Wszystko będzie dobrze. Musisz w to wierzyć, bo bez twojej wiary ona rzeczywiście umrze. Po kilkunastu minutach niecierpliwego wyczekiwania pojawiła się ekipa ratunkowa w osobie lekarza oraz dwojga sanitariuszy, kobiety i młodego chłopaka. Wszyscy troje ubrani byli w kitle w jaskrawożółtym kolorze, jednoznacznie kojarzącym się w krajach Południa ze służbami medycznymi. Seminole wprowadziła ich do sypialni, wskazując ręką na zakrwawione łóżko. Lekarz podszedł do nieprzytomnej Entorianki i pochylił się nad nią, słuchając przez chwilę płytkiego oddechu dziewczyny. Przyłożył dwa palce do szyi, by wyczuć puls, a następnie ujął jej dłonie i obejrzał opatrunek z prześcieradła. − To chyba próba samobójcza − bardziej stwierdził niż zapytał. − Zrobiła to sobie sama, prawda? − Owszem − odparł nieco zaczepnie Aset. − Chyba nie sądzi pan, że któreś z nas jej to zrobiło? Dopiero teraz mężczyzna zauważył opaskę na twarzy Derry i natychmiast wyciągnął dłoń, by zdjąć chustkę. Widząc to, Lorana oderwała się wreszcie od szafy i ruszyła ku łóżku. Chwyciła doktora za łokieć, stając pomiędzy nim a przyjaciółką. − Proszę, niech pan tego nie dotyka − odezwała się głosem, w którym przyczaiła się zarówno prośba, jak i groźba. − Nie wolno. − Dlaczego? Co ona ma pod tą opaską? Muszę to wiedzieć, jeśli mam ją leczyć. − Tego pan nie zdoła wyleczyć − powiedziała malarka z jeszcze większym naleganiem. − Ona bardzo nie lubi, gdy ktokolwiek ogląda ją albo dotyka w tym miejscu. Bardzo proszę uszanować jej i moją wolę, panie doktorze. Pokręcił głową w geście dezaprobaty, niezadowolony z faktu, że zwykła kobieta ośmiela się podważać jego lekarskie kompetencje. Lorana dodała więc rozpaczliwie: − Proszę mi uwierzyć. Te oględziny nic panu nie dadzą. Proszę ją ratować i o nic nie pytać. − Proszę mi podać torbę. Ostatnie słowa były skierowane do milczącej sanitariuszki, która natychmiast wykonała polecenie. Lekarz zdjął prowizoryczny opatrunek z rąk Derry i skrzywił się z niesmakiem, ujrzawszy liczbę i głębokość nacięć. − Bardzo się postarała, żeby jej nie odratowano − odezwał się. − To cud, że jeszcze żyje. − To nie jest pierwszy taki cud w jej przypadku − odparła stojąca tuż przy łóżku Lorana, która zdążyła już obetrzeć łzy, zapewne wstydząc się okazywania tak wielkiej słabości przy obcych. Lekarz nie podjął wątku. Być może historia życia nowej pacjentki niezbyt go interesowała. Skupił się za to na czynnościach, które musiał wykonać. Zażyczył sobie miski z zimną wodą, a kiedy mu ją przyniesiono, przy pomocy kompletu wydobytych ze swej przepastnej torby płóciennych szmatek dokładnie oczyścił ręce Derry z krwi i przepłukał rany. Następnie odkręcił jeden ze szklanych słoiczków i kolejną szmatką przeniósł na rozcięcia sporą ilość białawej maści, która musiała być specyfikiem przyspieszającym gojenie ran. Na koniec lekarz rozerwał papierową torebkę, wyjął szpulkę gazy i starannie zabandażował nadgarstki dziewczyny. Jeszcze raz zbadał jej puls i z niepokojem, sygnalizowanym silnym ściągnięciem brwi, popatrzył na bledziutkie usta Entorianki. − Chciałbym zabrać ją do szpitala na obserwację − odezwał się wreszcie. − Nie wiem, kim państwo dla niej jesteście, ale nie będę owijał w bawełnę. Nie jest dobrze. Ta dziewczyna jest na granicy życia i śmierci. Najbliższa noc będzie decydująca. Może uda mi się wzmocnić lekami jej organizm, ale nie mogę niczego obiecać. − Ja też pojadę − powiedziała Lorana. − Chcę być przy niej przez cały czas. − Jak sobie pani życzy. Aset podszedł do niej i zapytał cicho, troskliwie: − Dasz sobie radę, Lori? Czy mam z wami jechać? − Myślę, że poradzę sobie sama, ale jeśli będę cię potrzebować, dam znać. Tak, jak się umówiliśmy − uśmiechnęła się blado. − Pamiętaj, że obie możecie na mnie liczyć. − Dziękuję. Bardzo ci dziękuję − dotknęła krótko jego ramienia. W tym geście nie było niczego flirciarskiego, tak samo dziękowałaby bratu. Miłość do Derry przesłoniła jej świat i wszyscy inni mogli być co najwyżej przyjaciółmi. Obawiała się, że przed kamienicą stoi dorożka. Jeszcze niedawno w taki sposób zabierano rannych do szpitala. Na szczęście jedyna w Spid placówka medyczna zdążyła w ostatnich latach zaopatrzyć się w kilka furgonetek, przemierzających dość powoli ulice miasta, wyasfaltowane bądź wybrukowane. Kobieta i chłopak ostrożnie ułożyli nieprzytomną dziewczynę na noszach, przymocowali jej ciało pasami i wynieśli z budynku wprost w jaskrawe słońce. Lekarz i Lorana, żegnana jeszcze jednym lekkim klepnięciem w ramię w wykonaniu Aseta, podążyli za nimi. Następną rzeczą, którą martwiła się malarka, było to, że samochód będzie podskakiwał na nierównych jezdniach, wciąż jeszcze przystosowanych głównie do transportu konnego i przeznaczonych przede wszystkim dla zdrowych ludzi. Na szczęście kierująca pojazdem kobieta zachowywała należytą staranność, utrzymując jednocześnie przyzwoitą prędkość poprzez nieustanne trąbienie na zagradzające jej drogę wozy i dorożki. Lorana przez całą drogę nie ośmieliła się na trzymanie bezwładnej dłoni Derry w swojej, nie będąc pewną, jak tamci ludzie to przyjmą. Czy taki troskliwy gest mieścił się jeszcze w granicach zdrowej przyjaźni pomiędzy kobietami, czy może już tak niewiele, w połączeniu z rozpaczą malującą się na jej twarzy, odsłoniłoby sekret nietypowej miłości? Czy uszanowaliby nieszczęście Entorianki i cierpienie Lorany? A może nawet teraz odezwałaby się w tych czworgu głęboko zakorzeniona niechęć do takich związków? Dlatego wolała siedzieć przy łóżku dziewczyny z dłońmi splecionymi nerwowo na kolanach, ograniczając się jedynie do intensywnego wpatrywania się w twarz Derry. − To nie wszystko, panie doktorze − odezwała się nagle. − To biedactwo jest jak worek nieszczęść. Czasami wydaje mi się, że świat wyrządził jej wszystkie z możliwych krzywd. Pocięła się, ponieważ wpadła w ten swój północny zimowy trans, który zdrowym osobom nie wyrządza większych szkód, ale kogoś tak zrozpaczonego jak ona może doprowadzić do szaleństwa. Jej głównym problemem jest to, co ma na twarzy. A raczej to, czego już nie ma. − Kim ona jest? − Kimś bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwym − mówiła dalej cicho Lorana. − Ma potężnych wrogów, którzy mogą znaleźć ją wszędzie, nawet tutaj. Wrobiono ją w morderstwo... to znaczy, ona naprawdę przyczyniła się do czyjejś śmierci, ale to było nieumyślne. Nie jest potworem. Nie mogę panu powiedzieć, jak się nazywa. Nikt nie powinien wiedzieć, że jest w Spid. Błagam, niech pan ją tylko ratuje i o nic nie pyta, a codziennie będę się za pana modlić. − Postępując w ten sposób, sprzeciwiam się szpitalnym procedurom, które nakazują odnotowywać każdego pacjenta z imienia i nazwiska, a nie zameldowanych cudzoziemców zgłaszać do Urzędu Miejskiego. Coś mi mówi, że tego pożałuję, ale przystanę na pani prośbę. − Niech Wielki Duch pana błogosławi. Ponieważ Quatessini, podobnie jak reszta Kiramczyków, nie zapadali na choroby, praktyka lekarska sprowadzała się do usuwania skutków nagłych zdarzeń, takich jak złamania, stłuczenia, oparzenia lub wypadki drogowe. Szpital składał się z czterech oddziałów: Porodowego, Pourazowego, Leczenia Oparzeń oraz Dobrego Umierania, przeznaczonego głównie dla starych ludzi, którzy nie byli już w stanie sami o sobie zadbać i nie mających rodziny, która chciałaby to robić. Właśnie na tym oddziale dokonywano wszystkich w Spid legalnych eutanazji na nieodwracalnie okaleczonych bądź oszpeconych osobach, które nie chciały z tego powodu dłużej żyć. Lorana zaśmiała się gorzko w duszy, pomyślawszy, w jak właściwe miejsce trafiła Derra. Wiedziała, że Rada Miejska od kilku lat próbuje otworzyć piąty Oddział Chirurgii Plastycznej i ściąga specjalistów z kraju i innych prowincji, lecz gdyby nawet taka jednostka już funkcjonowała, odtworzenie utraconych gałek ocznych, które mogłyby widzieć, leżałoby poza zasięgiem możliwości najbardziej utalentowanych kiramskich lekarzy. Kątem oka dostrzegła pomalowany na wściekle pomarańczowy kolor, schowany w głębi szpitalnego dziedzińca budynek Poradni Psychologicznej. Kiedy miała niespełna szesnaście lat, ojciec zawiózł ją w takie miejsce w Ayuma, gdzie specjaliści od ludzkich problemów mieli naprawić jej serce i skłonić do zainteresowania się płcią przeciwną. Przez ponad dwie godziny dwie starsze kobiety bombardowały ją masą pytań: jak to się zaczęło? kiedy? dlaczego? czy próbowałaś umawiać się z chłopcami? dlaczego nie? czy wiesz, jak wielki zawód sprawiasz rodzinie? Wypowiedziała w czasie tej terapii jedynie kilkanaście słów, postanowiwszy sobie, że za nic w świecie się nie rozpłacze. To była jej pierwsza i ostatnia wizyta u psychologa. Rodzice dali jej potem spokój, ograniczywszy się do wydania karygodnego zakazu kontaktów z dziewczętami wykraczających poza koleżeństwo, mogła więc, przez nikogo nie dręczona, zająć się malowaniem morza. Teraz, kiedy decydowała o sobie zupełnie sama, nikomu nie udałoby się zmusić jej do ponownego przekroczenia progu tego miejsca. Niewiele pozostało do zrobienia u Derry. Zawieziono ją na pomalowaną na jasnobłękitny kolor salę przyjęć, gdzie opiekujący się Entorianką lekarz zmienił opatrunki na nadgarstkach i wlał w gardło dziewczyny jakiś wzmacniający napój. Reszta miała zależeć od czasu i woli życia Derry. Pozwolono Loranie asystować przy tych wszystkich czynnościach, u Kiramczyków nie istniał problem przenoszenia zarazków i wymogów sterylności. Wyjąwszy oczywistą sprawę niepokoju o osobę drogą sercu malarki, Lorana nie odstępowała Derry na krok, ponieważ chciała osobiście dopilnować, by opaska na twarzy przyjaciółki pozostała na właściwym miejscu. Doktor po raz kolejny sprawdził słaby puls Entorianki i spojrzał w ciemne oczy Lorany, podkrążone od płaczu, zmartwienia i ustawicznego braku snu. − Najpoważniejszym problemem jest w tej chwili ubytek krwi − odezwał się. − Ta dziewczyna straciła jej zbyt dużo. Minie wiele czasu, zanim jej organizm samodzielnie się z tym upora. Dodając do tego osłabienie wynikające ze względów klimatycznych i geograficznych, jest w tej chwili bardziej prawdopodobne, że umrze, zanim skończy się najbliższa noc, niż że wróci do zdrowia. Zrobiłem dla niej wszystko, co mogłem, reszta w rękach Wielkiego Ducha. − Czyli jej marzenie jednak się spełni − szepnęła z rozpaczą. − Naprawdę nie da się zrobić nic więcej? − Gdyby dostała krew, jej szanse na przetrwanie wzrosłyby kilkanaście razy. Ale, o ile się orientuję, ona nie ma tutaj żadnej rodziny, która mogłaby przekazać taki dar. − Ja oddam krew dla Derry. Mam jej wystarczająco dużo. − Jest pani pewna, że tego chce? − Tak − pokiwała kilka razy głową, nie patrząc mu w oczy. − To niewielkie poświęcenie, biorąc pod uwagę, jak bardzo... Nieważne. Położyła się na kozetce obok łóżka chorej i zawinęła rękaw tuniki. Z zafascynowaniem patrzyła, jak młody pielęgniarz, chyba zaraz po studiach, wbija jej igłę w zgięcie łokcia, jak podłącza cienką przezroczystą rurkę, jak przymocowuje drugi koniec do igły tkwiącej w ramieniu Entorianki. Z jeszcze większą ekscytacją przyglądała się, jak cenny ciemnoczerwony płyn zaczyna przepływać tą rurką, dając Derze nowe życie. Odetchnęła głęboko, czując nagły przypływ szczęścia. Mogła teraz podarować ukochanej część siebie w znaczeniu o wiele bardziej dosłownym niż wszystko, co zrobiła do tej pory. Teraz oddawała jej kawałek własnego ciała, z którym Derra będzie żyła przez kilka kolejnych miesięcy, dopóki osłabiony organizm nastolatki nie wymieni całej krwi na nową. Przymknęła oczy, zapominając o bólu w ręce i rozkoszując się tym niezwykłym rytuałem. O czymś takim marzyła, odkąd przestała być małym dzieckiem. Teraz czuła się gotowa, by umrzeć z miłości, oddając zbyt wiele, całą siebie, i nie żądając niczego w zamian. Wypompują z niej całą krew, aż nic nie pozostanie, ale przynajmniej Derra będzie żyła. Zaczynała już czuć osłabienie i rozlewające się po ciele dziwne ciepło, gdy ten sam pielęgniarz odłączył przewód, przytknął gruby wacik do rany na ręce malarki i mocno przycisnął jej dłoń do barku, zapobiegając dalszemu wypływowi krwi. Przez chwilę leżała bez ruchu, a potem, przytrzymując zgiętą rękę drugą, powoli wstała z łóżka, desperacko starając się utrzymać równowagę i nie przewrócić na wyłożoną glinianymi kafelkami podłogę. − Powinna pani leżeć i nabierać sił − odezwał się chłopak. − Nie wolno pani teraz chodzić. − Dam sobie radę − mruknęła, omijając go. − Stanowczo protestuję... Coś jeszcze mówił, ale nie słuchała. Powoli przeszła korytarzem, mijając kilku pacjentów z niewielkimi uszkodzeniami ciała, i wyszła na zalany słońcem dziedziniec. Kręciło jej się w głowie i musiała oprzeć się o jedną z pękatych kolumn. Po raz pierwszy chyba w życiu mocne słońce Południa raziło ją w oczy, więc je przymknęła, ciesząc się pieszczotą wiatru na twarzy. Jak wiele krwi z niej wzięto? Pół litra, litr? Półtora? Teraz, gdy minęła już fala niebiańskiego uniesienia, wolała tego nie wiedzieć. Najważniejsze, że dzięki jej ofierze Derra ocaleje. Była starsza od Entorianki o całe siedem lat i, przynajmniej w tej chwili, znacznie silniejsza fizycznie, co oznaczało, że złożenie tego bezcennego daru nie było jej dobrą wolą, lecz właściwie obowiązkiem. No tak, mogła poprosić o pomoc Aseta i Seminole. Oni by się zgodzili. Podzieliliby z malarką ciężar daru życia. Nie było jednak czasu na sprowadzanie tamtej dwójki do szpitala, w sytuacji Derry liczyła się każda godzina, każde dziesięć minut. A może Lorana chciała po prostu wziąć cały trud na siebie, aby tylko jej krew, a nie żadna inna, płynęła w żyłach kochanki. Uśmiechnęła się ukradkiem do siebie na tę myśl, a była w tym uśmiechu zarazem gorycz i rozkosz. Zabawiła się w bohaterkę, spłacając w ten sposób dług, który zaciągnęła wobec natury, nie rezygnując z pragnienia miłości drugiej kobiety, nadal stawiając to pragnienie wyżej niż obowiązek połączenia się z mężczyzną w celu wydania na świat potomstwa. Po tym, co zrobiła, żadna siła nie miała prawa jej potępiać ani karać. Gdyby teraz umarła, mogłaby z czystym sercem spojrzeć Wielkiemu Duchowi prosto w twarz i zażądać miejsca w raju. Jednakże, pomimo utrzymującego się jeszcze osłabienia Quatessinki, śmierć na razie nie zamierzała zawracać sobie nią głowy. Oderwała się od kolumny i wróciła do szpitala. Przysiadła na miękkiej, obitej skórą kanapie w rogu największego holu, przeznaczonego dla odwiedzających. Miała zamiar odpocząć krótką chwilę, lecz napięcie, nadmiar emocji i zmęczenie zmogły w końcu nawet ją. Zsunęła ze stóp płaskie, wygodne klapki, w których chodziła na co dzień po Spid, i ułożyła się wygodnie na kanapie, podginając kolana. Skromnie otuliła uda krótką tuniką, objęła się ramionami w obronie przed nagłym chłodem, i nie zwracając uwagi na kręcących się w pobliżu ludzi, błyskawicznie zasnęła jak kamień. Obudziła się, potrząsana delikatnie za ramię przez młodą pielęgniarkę. Jeszcze pół roku temu zauważyłaby najpierw urodę dziewczyny, a potem natychmiast wypchnęłaby tę myśl z głowy, ale teraz nie poczuła niczego. − Doktor Elmet chce z panią rozmawiać − odezwała się pielęgniarka. − Proszę iść za mną. Lorana usiadła, wsunęła stopy w klapki i powoli wstała, przytrzymując się zagłówka kanapy. Odrzuciła na plecy warkocz i przeciągnęła się bezwstydnie, zmuszając zesztywniałe mięśnie do pracy. Obawiała się przez chwilę, że w drodze przez labirynt korytarzy będzie musiała wesprzeć się na ramieniu pielęgniarki, ale nie było to konieczne. Była na tyle silna, by iść samodzielnie. Przez całą drogę tamta nie odezwała się ani razu, a Lorana nie czuła potrzeby nawiązywania rozmowy. Założyła, że doktor Elmet, kimkolwiek był, powie jej wszystko, co powinna wiedzieć. Dziewczyna skręciła kilka razy, aż wreszcie zatrzymała się przed jednymi z trojga…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%