fantastyka · 1 godz. 8 min czytania
Córka słońca, rozdział 24
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{i}{b}ROZDZIAŁ XXIV CZARNOOKA KSIĘŻNICZKA{/i}{/b}
Lorana dotrzymała słowa. Szczyty, na które regularnie i czule wprowadzała Derrę, były rzeczywiście niebosiężne. Entorianka szybowała w przestworzach i dotykała błękitu dokładnie tak, jak to sobie wymarzyła. Dziwiła się przy tym słyszanym niekiedy w Sangacji opowieściom kobiet mających kłopot z przeżywaniem orgazmu i dopiero się go uczących. Ona przecież niczego nie musiała się uczyć. Dawała się jedynie poprowadzić parze kochających, nieco szorstkich rąk, oraz delikatnym wargom. Czasami zastanawiała się przelotnie, jak smakowałaby miłość cielesna z mężczyzną, ale prędko odrzucała tę myśl. Tak naprawdę nie chciała teraz nikogo oprócz Lorany. Odkąd pojęła, jak desperacką walkę z naturą, a także z nią samą, stoczyła Quatessinka, by utrzymać młodziutką przyjaciółkę przy życiu, prawie stawała na głowie, by uczynić życie Lorany radośniejszym. Przychodziła jak dawniej do pracowni, siadała na swoim ulubionym stołku i w milczeniu, ciesząc się własnym szczęściem, „przypatrywała” się, jak tamta maluje. Albo bawiła ją wesołą rozmową o drobiazgach, które przytrafiały się jej w ciągu dnia. Rezygnowała za to z wylewania przed Loraną własnego bólu, którego nie udało jej się do końca stłumić. Kalectwo było jak cierń tkwiący w sercu Derry, o którym dziewczyna nie umiała zapomnieć, ale wciąż próbowała nauczyć się z nim żyć. Starała się schodzić przyjaciółce z drogi w te dni, gdy była szczególnie markotna i rozdrażniona. Brała wtedy Gryfa i szła na długi spacer, który z reguły kończył się nad samą linią morza. Jego miarowy, niezmienny szum, fale przyboju uderzające głośno o brzeg, jego potęga i wielkość, wciąż tak samo silnie fascynujące Entoriankę, wygładzały w końcu wzburzone myśli i uspokajały lament serca. Mogła wtedy wracać do domu bez obawy, że znów zrani wrażliwą Loranę. Przychodziła powtórnie do południowego pokoju, stawała za plecami ukochanej i kładła obie dłonie na jej ramionach. Delikatnie gładziła aksamitną skórę barków, a potem przesuwała dłonie na dekolt i opuszczała je niżej, by pieścić z uczuciem pełne, jędrne piersi o idealnym kształcie. Lorana śmiała się, chwytała tamtą za nadgarstki i stanowczo odsuwała od siebie ze słowami: - No, idźże już, syrenko, nie przeszkadzaj mi! Pobaw się z psem, dobrze? Lecz nie zawsze starczało jej sił, by odrzucić bezpośrednie i czułe zaloty Derry. Z westchnieniem narastającej rozkoszy odkładała na stół pędzle i słoiki z farbami, rozpierała się wygodniej na swoim wysokim krześle i przymykała oczy, pozwalając przyjaciółce zabierać się w cudowne podróże do krainy miłości. Derra nie ograniczyła się zresztą tylko do delikatnych pieszczot przy użyciu rąk. Przezwyciężyła początkową awersję do intymnych części ciała drugiej kobiety i nauczyła się dawać Loranie rozkosz równą tej, którą sama otrzymywała. Nigdy wcześniej nikogo w ten sposób nie pieściła, dlatego przypuszczała, że na samym wstępie musiałaby pokonać ten wstręt także w kontakcie z mężczyzną, chociażby takim Kimmo. Lecz satysfakcja, której doznawała, czując, jak ciało Lorany napina się, drży, wygina w łuk, a potem opada na łóżko i rozluźnia w geście leniwej błogości, była dla Derry wystarczającą nagrodą. Na dłuższą metę nie umiała brać, nie dając niczego w zamian. Czasami zastanawiała się, czy naprawdę woli kobiety, czy raczej, wzorem większości praworządnych obywateli Imperium, jej pożądanie skierowane jest przede wszystkim ku płci przeciwnej, i nie znajdowała odpowiedzi. Nie uznawała zresztą w obecnej chwili tego pytania za najbardziej palące. Była zbyt młoda, by czuć potrzebę określenia swojej tożsamości i zajęcia miejsca w społeczeństwie, w którym żyła. Doznawała wrażenia, jakby Stwórca wyjął ją ze strumienia czasu i przeniósł w miejsce, w którym on nie płynie. Takie życiowe cele jak założenie rodziny odsuwały się na razie na bardzo daleki, ginący za horyzontem plan. W jej sytuacji trudno byłoby zresztą zakładać rodzinę, ponieważ musiałaby najpierw znaleźć mężczyznę, który pokochałby Entoriankę pomimo jej kalectwa i zaakceptował wszystkie płynące z niego ograniczenia. Wystarczały jej obecnie tylko dwa marzenia: przeżywać jak najpełniej tę miłość, której Wielki Duch jej nie poskąpił, i być kochaną przez tę, bez której nie umiałaby spędzić ani jednego dnia.
* * *
Kiedy zdarzyło się to po raz pierwszy, nie była pewna, czy nie śni. Jej siedemnastoletni mózg, zalewany obficie hormonami szczęścia i pozbawiony bodźców wzrokowych, produkował majaki, które miały choć po części zastąpić jej utracony zmysł. W chwili szczytowania doznawała trwających kilka krótkich jak bicie serca sekund wizji. Za każdym razem „widziała” niemal to samo, mianowicie jeden z obrazów Lorany. Ozdobne, pociągnięte złotą farbą ramy wypełniały całą mentalną przestrzeń dziewczyny, a ona sama miała wrażenie, jakby była częścią malarskiej wizji przyjaciółki. Jako rozbitek spacerowała po złocistych plażach, jako rybak naprawiała sieci, leżała na ciepłych kamieniach w postaci syreny, morze wyrzucało ją na brzeg w kształcie kolorowej muszli lub jako wznoszące się na szczycie pagórka drzewo czuła przenikające ją łagodne prądy powietrza. Najbardziej lubiła być mewą, bo wtedy mogła unosić się na skrzydłach wiatru i przyglądać się świetlnym refleksom, skrzącym się jak diamenty na powierzchni wody. Przez kilka sekund mogła cieszyć się wyrazistymi barwami i niezwykłą miękkością linii obrazów, całą jaźnią wtapiając się w to, co stworzyła tamta. A potem znów wracała nieprzenikniona czerń, w której żyła od ubiegłego lata, a która nagle zaczęła jej bardzo ciążyć i wprawiać w jeszcze większe poirytowanie. Czekała teraz z niecierpliwością nie na sam orgazm, ale właśnie na te barwne i rozjaśnione delikatnym, ciepłym światłem przywidzenia. Jej usta krzyczały, a mózg zanurzał się na tę boleśnie krótką chwilę w powodzi kolorów i kształtów. W końcu zdecydowała, że powie o tych iluminacjach Loranie. Oparła głowę na piersi przyjaciółki, a tamta owinęła ją w talii mocnym ramieniem. Łagodne tchnienie wieczoru wdzierało się przez szeroko otwarte okno i chłodziło ich rozpaloną od nadmiaru miłości skórę. Zaczęła cicho mówić: - Wiesz, przed chwilą coś widziałam. Byłam w twoim obrazie. - Nie mogłaś niczego widzieć – pokręciła głową z niedowierzaniem Quatessinka. – Przecież ty nie widzisz. To było twoje wspomnienie, Derro. - Nigdy nie widziałam twoich obrazów moimi cielesnymi oczami, więc nie mogę mieć związanych z nimi wspomnień – odparła nastolatka z lekką urazą w głosie. Wyglądało na to, że przyjaciółka nie ma zamiaru jej uwierzyć. Musiała dołożyć wszelkich starań, by przekonać Loranę do prawdziwości swoich doznań. - W takim razie było to tylko wyobrażenie czegoś, o czym dużo ci opowiadałam. Ty nie widzisz. Im szybciej przyjmiesz to ostatecznie do wiadomości, tym będzie ci lżej. Urażona sceptycyzmem malarki, Derra gwałtownie się od niej odsunęła. Przyjęła półleżącą pozycję, wspierając się na łokciu. „Przyglądając” się intensywnie twarzy Lorany, powiedziała poirytowanym głosem: - Widziałam jeden z twoich obrazów. Byłam w nim. Nie zmyślam, słowo daję. - Tak? A co konkretnie widziałaś? - To był zachód słońca nad morzem. Niebo przecinały rozognione pasma chmur w barwach różu, pomarańczu i czerwieni. Słoneczna kula opuszczała się delikatnie w wodę, skryta za zasłoną chmur, podzielona na kilka nierównych, postrzępionych pasów. Na południowym wschodzie, w ciemniejszej części firmamentu, pojawiły się pierwsze gwiazdy, między innymi konstelacja Łowczyni. Na piasku leżał gruby konar z kilkoma kikutami gałęzi, zabrany przez wzburzone morze przybrzeżnemu sosnowemu zagajnikowi, z korą wyślizganą od ciągłych przypływów. Nad tym wszystkim kołowały z głośnym skrzeczeniem trzy mewy. Byłam jedną z nich. Lorana poruszała przez chwilę bezgłośnie wargami, w napięciu przyglądając się przejętej twarzy Derry. Wreszcie wykrzyknęła: - Nie mogłaś widzieć tego obrazu! Sprzedałam go w Detroit na kilka miesięcy przed tym, jak cię tu przywiozłam! Również uniosła się nieco na poduszce, podekscytowana nie mniej od Entorianki i porządnie przerażona. - Derro, czy wiesz, co przed chwilą zrobiłaś? Opisałaś ze najdrobniejszymi szczegółami {i}Świątynię dumania{/i}, obraz, który sprzedałam prawie rok temu. Nigdy go nie dotykałaś. Nie było cię przy tym, jak go malowałam. Nigdy ci o nim nie mówiłam. Nie masz prawa wiedzieć o jego istnieniu. Nie możesz opowiadać mi o nim tak, jakbyś znała to płótno lepiej ode mnie samej. Przerwała na moment, by nabrać tchu, i wzburzona mówiła dalej, nie pozwalając tamtej dojść do głosu: - Skąd wiedziałaś, że te mewy krzyczą? Nie możesz czuć śliskości drewna ani rozpoznawać Łowczyni w kilku bladych kropkach, które maznęłam w prawym górnym rogu obrazu. Skąd wiesz, o czym myślałam, przenosząc tę wizję na płótno? - Po prostu wiem. Wiem o tym wszystkim tak, jakbym stała się częścią nie tylko obrazu, ale także twojej duszy, a ty mojej. Kiedy obdarowujesz mnie rozkoszą, związuję się z tobą tak mocno, że zaczynam widzieć twoimi oczami i czuć twoim sercem. Dlatego zobaczyłam ten obraz i wiele innych. Dlatego widzę nie tylko to, co namalowałaś, ale odczytuję w tych przebłyskach nawet myśli, które towarzyszyły ci przy pracy. Lorana nie rozumiała tego, co się właśnie działo, i wcale nie chciała rozumieć. Wyskoczyła jak oparzona z łóżka. Przez długą chwilę stała tak nago na środku pokoju w świetle księżyca, drżąc z chłodu i nie wiedząc, co powinna teraz robić. - Nie masz prawa gmerać w mojej pamięci. Nie mam nic przeciwko temu, byś znała doskonale moje ciało, ale nie wciskaj się do mojej głowy – powiedziała ostro. Derra wodziła za nią „spojrzeniem”, a na jej twarzy odmalowywał się bolesny smutek. - Co znów złego zrobiłam? – szepnęła żałośnie. – Czym cię obraziłam? - Nie jestem obrażona, tylko uważam, że normalni ludzie nie powinni czytać w cudzych myślach. - Moja droga – uśmiechnęła się smutno Entorianka – dlaczego nie chcesz tak zwyczajnie otworzyć się na to, co dla ciebie nowe i niepojęte? Owszem, potrafię coś, co większości ludzi jest surowo wzbronione. Może El Khan-naar wyróżnił mnie bardziej niż na to zasługuję? Przecież ty także różnisz się od zdecydowanej większości ludzi. Masz przynajmniej dwa rzadkie dary: potrafisz wspaniale malować i namiętnie kochasz własną płeć. Jednego z nich panicznie się bałaś, a drugim nie chcesz się podzielić. A jeśli tego drugiego również się boisz? Może przeraża cię własna wielkość, do której urastasz, kiedy poprzez pociągnięcia pędzla dajesz życie płodom swojej wyobraźni? Nie obawiaj się ani swojej, ani mojej niezwykłości, Lorano. Malarce udało się trochę nad sobą zapanować. Jej niski głos znów był łagodny i pełen otuchy, a gest, którym pogładziła włosy Derry, miękki i delikatny. - Nic złego nie zrobiłaś, syrenko. Po prostu to dla mnie zbyt wiele. Ludzie nie miewają takich wizji. Nie umiem pojąć, skąd wzięły się one u ciebie. - Taka już jestem. Taka teraz będę i nic na to nie poradzisz – uśmiechnęła się Derra nieco demonicznie. – Będę nie tylko przy tobie, ale i w tobie. Malarka westchnęła głęboko i przysiadła na skraju łóżka. Panika ustępowała powoli, chwilowa słabość znikała, zastępowana ponownie przez wielką czułość i przywiązanie do tej istoty, która nie przestawała jej zaskakiwać. Derra odsłaniała coraz to nowe oblicza to uzdrowicielki, to gorącej kochanki, to znów łączniczki pomiędzy światem żywych a światem tego wszystkiego, co niewidzialne i niezwykłe. W zamyśleniu gładziła policzek młodszej dziewczyny. Poczuła, jak Entorianka przysuwa dłoń przyjaciółki do własnych warg i delikatnie, uspokajająco całuje jej wnętrze. - Nie bój się mojej siły, najdroższa – szepnęła. – Taka już jestem. Tak musi być. Nie mogę wyrzec się tego daru tak samo, jak ty nie możesz wyrzec się swoich. Nigdy cię nie skrzywdzę. Przez kilka dni nie wracały do tego tematu. Któregoś wieczoru, tuż po tym, jak Derra leżała wyczerpana w pościeli, dochodząc do siebie po intensywnym szczytowaniu, malarka odezwała się, nie mogąc pohamować ciekawości: - Co widziałaś tym razem, syrenko? - Znów byłam w obrazie – zaczęła powoli Derra. – To był fragment wybrzeża. Stałam tuż obok stromego klifu i zadzierałam głowę, by zobaczyć cokolwiek na górze. Obok mojej nogi spacerowała wielka mewa. Bałam się, że zaraz mnie dziobnie. - Co widziałaś na szczycie urwiska? - Rosły tam drzewa, nie pamiętam, jakie. Jedno z nich ledwo trzymało się korzeniami gruntu, wyrywane z niego przez rozszalały w czasie sztormu ocean. Widziałam jego odsłonięte, poskręcane korzenie. Wiatr targał mocno koronami drzew, chociaż niebo było błękitne. - Poznaję ten obraz. On jeszcze nie istnieje, dopiero zamierzam go namalować. Nazwę go... właściwie nie wiem, jak go nazwę. Ale pewnie coś wymyślę. Jak zwykle – zaśmiała się krótko, bez najlżejszego cienia złości. - Może {i}Niebotyczna wysokość{/i}? Albo {i}Ból istnienia{/i}? - To jest niezłe, ale muszę się zastanowić. Tytuł jest dla obrazu bardzo ważny. Stanowi o jego sile przebicia. Sama rozumiesz. - Rozumiem. Uniosła się nagle na łokciu, porażona pewną myślą. - Powiedz mi, Lorano, czy tutaj jest wybrzeże klifowe? - Tak, zaczyna się kilka kilometrów na północ od miasta i ciągnie się bardzo długo, niemal do Ukele. - Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? – prawie krzyknęła z wyrzutem Entorianka. – Dlaczego nigdy mnie tam nie zaprowadziłaś? Przecież mówiłam ci, że klify to jedno z moich największych marzeń! Nie udało mi się zobaczyć tych w Sangacji, chociaż na północnym wybrzeżu są podobno najbardziej malownicze. Przynajmniej tutaj muszę dopiąć swego. Poszłabym w to miejsce, nawet gdybym miała nocować u stóp urwiska. - Właśnie dlatego ci o nich nie mówiłam – odparła starsza dziewczyna głosem surowszym o cały ton. – Jesteś zbyt szalona, bym mogła ci w tym względzie zaufać. Poszłabyś tam sama, próbowałabyś zejść na dół i połamałabyś nogi albo skręciła kark, a ja nie wiedziałabym, gdzie cię szukać. Tam nie jest bezpiecznie nawet dla zdrowych ludzi, cóż dopiero dla ciebie, moja mała. To są dzikie, bezludne wybrzeża, a ty i tak nie widzisz, więc twoje marzenie nie mogłoby się spełnić. - Mylisz się, Lorano – pokręciła głową. – Nie spadłabym z urwiska i na pewno, o tak, na pewno zobaczyłabym wszystko, co chciałabym zobaczyć. Mam teraz ten nowy talent i Wielki Duch z całą pewnością pomoże mi posłużyć się nim wtedy, kiedy najbardziej będę tego potrzebowała. Odwróciła się nachmurzona w kierunku ściany i wcisnęła twarz w aksamitną fakturę gobelinu. Wydawało się, że zapomniała o tym, co przed kilkoma chwilami wydarzyło się pomiędzy nią a tamtą dziewczyną. - Powinnaś bardziej mi ufać – dodała. – Gdyby nie moje wizje, nigdy nie dowiedziałabym się o tych klifach. Powinnaś była mi o nich powiedzieć. Teraz na pewno tam pójdę. - Nie, nie pójdziesz. Nie zgadzam się na to. Malarka szarpnęła ją silnie za ramię, ponownie przyciągnęła do siebie i wyszeptała głośno prawie do ucha: - Przysięgnij mi, że tam nie pójdziesz, inaczej zwiążę cię i będę trzymać tutaj jak w klatce. Dopiero wtedy będę spokojna. Przecież nie mogę ciągle na ciebie uważać. Mam dużo pilnych zajęć. Nie pozwolę ci się zabić, cholerny uparciuchu. - Pójdę – syknęła Entorianka. - Nie pójdziesz. Przysięgnij, że nie pójdziesz, albo zacznę zamykać drzwi na klucz i będziesz wychodzić tylko ze mną. Przez chwilę milczały ciężko, jakby wypróbowując nawzajem swoje siły. Niewiarygodny upór i samodzielność Derry zderzyły się z szorstką troskliwością Lorany, przykrywającą burzliwą, głęboką miłość. Nastolatka czuła, że tym razem Quatessinka nie żartuje i jest gotowa spełnić swoje groźby. Wreszcie skapitulowała i syknęła: - Niech ci będzie. Nie pójdę. - Przysięgnij na słońce. - Wymusiłaś to na mnie, ale trudno. Przysięgam. Na słońce. - Teraz ci wierzę. Tej przysięgi nie złamiesz. Znów zapadło milczenie, a nie wszystkie towarzyszące mu emocje były dobre i przyjazne. Dramat tych dwóch kochających się serc nie miał się nigdy skończyć. Za bardzo się różniły, by przestać ze sobą walczyć. Obie potrzebowały sporej dozy niezależności, ale Entorianka kochała wolność trochę mocniej. O ile Quatessinka nauczyła się żyć przede wszystkim dla partnerki, o tyle Derra pragnęła teraz za wszelką cenę przetrwać w świecie, który ją skrzywdził, choćby dla krótkiej i słodkiej chwili zemsty. Były podobne, ale nie jednakowe. Łączyła je płeć i namiętność, dzielił cały kontynent. Zrodziły się na dwóch krańcach różnorodności Kiramu i w kilku pierwszych latach życia wyssały ze swoich ziem całego ich ducha. Nie mogły bardziej się do siebie zbliżyć, ale nie umiały także przestać się kochać. Dryfowały więc bez ustanku pomiędzy wyznaniami miłości a wzajemnym ranieniem się, między stapianiem się w jedno a chaotycznymi ucieczkami w głąb siebie. To nie był związek z rozsądku, ale wbrew niemu. Nie wybiegał w przyszłość, ale umiejscowił się w jakiejś wyimaginowanej ziemskiej nieskończoności. Nie musiał i nie powinien istnieć, ale istniał. Więc może jednak został uwzględniony w jakimś wielkim, kosmicznym planie na wiele tysięcy lat przed narodzeniem tych dwóch kobiet.
* * *
Część 22 / 2
Derra coraz bardziej żałowała, że nie może czytać. Tęskniła za intelektualnym wysiłkiem, który z tak wielkim zapałem podejmowała od najwcześniejszego dzieciństwa. Jego apogeum przypadło na lata spędzone w Sangacji. W tamtym hedonistycznym, ale jednocześnie rozpalonym żądzą poznania społeczeństwie było to naturalne i na dobrą sprawę w pełni odpowiadało jej usposobieniu. W prosty i wdzięczny sposób łączyła w sobie miłość do przyrody i równie głębokie uwielbienie dla dzieł ludzkiego geniuszu. Najbardziej zaś z tych dzieł kochała książki, ponieważ czytając je, mogła zarówno oddać się błogim marzeniom, jak i uzupełniać wiedzę lingwistyczną. Tym bardziej więc martwiła się swoją ślepotą. Dar jasnowidzenia w ogóle jej się w tym wypadku nie przydawał, ponieważ wciąż widywała tylko malowidła Lorany i tylko w chwilach szczytowania. Poza nimi żyła jak dawniej w nieprzeniknionej ciemności. Całymi godzinami przypominała sobie treści ulubionych lektur. Dzieliła się teraz z Loraną niemal każdą myślą, więc zaczęła szczegółowo opowiadać malarce o swoich literackich fascynacjach. Trochę się obawiała, że zanudzi przyjaciółkę tymi wynurzeniami. Przecież Lorana żyła głównie w świecie barw i kształtów, a nie słowa. Na szczęście okazało się, że Quatessinka również przeczytała przynajmniej część książek, które znała nastolatka. Dotyczyło to szczególnie klasycznej literatury gondwańskiej, popularnej we wszystkich prowincjach z uwagi na obowiązkową znajomość Wspólnej Mowy, oraz książek napisanych na Południu. Co więcej, Lorana nie tylko nie zganiła jej za zawracanie sobie głowy bujdami, ale powiedziała: - Bałam się, że w ogóle nie czytałaś książek w tym okropnym kraju. Przecież tam ludzie podobno cały czas gapią się na te ruchome obrazki na szybach. Derra ujęła mocniej smycz. Gryf wyrywał tego popołudnia do przodu szczególnie mocno, jakby chciał jak najszybciej znaleźć się na ulubionej plaży. Odparła: - Owszem, oglądałam sporo {i}TV{/i}, ale też bardzo dużo czytałam. Nie kupowałam książek, bo w Derbachii było trudno o ambitne pozycje, ale niemal codziennie przychodziłam z moim chłopakiem do szkolnej czytelni. Bibliotekarz, pan Brooks, ogromnie mnie lubił. Mogłaby się założyć, że na ustach Lorany pojawił się na chwilę bolesny uśmiech. Quatessinka nie znosiła, kiedy tamta zaczynała mówić o swojej byłej sympatii. Jeśli więc Derra chciała ją zranić w odwecie za jakąś drobną przykrość lub nieco się z nią podroczyć, zagrywała właśnie tą mocną kartą, jaką był Kimmo Lapalainen. - U nas na studiach czytało się pasjami – powiedziała malarka pogodnym głosem, udając, że nie wychwyciła aluzji. – Zdarte i wytłuszczone książki przechodziły z rąk do rąk, zwłaszcza te, które starsi chętnie by przed nami ukryli. Zbieraliśmy się w sobotnie wieczory całą paczką w klubie, piliśmy wino i do upadłego dyskutowaliśmy o książkach. Jeśli pretendowałaś do miana osoby wykształconej, musiałaś czytać, i to o wiele więcej niż to skromne minimum wpisane w akademicki program. Wzięła od przyjaciółki szarpiącego wciąż mocno psa. Z przeciwnej strony zbliżała się jakaś para, chłopak i dziewczyna, w czułym objęciu. Zapatrzeni w siebie nawzajem, nie zwracali uwagi na pozostałych przechodniów. Lorana instynktownie otoczyła Derrę na chwilę ramieniem i usunęła z kursu kolizyjnego z tamtymi. Mówiła prawdę, a jednak nie była do końca szczera. Znów wróciły ponure wspomnienia ze szkolnych lat. Owszem, uczęszczała pilnie na te intelektualno-pijackie wieczorki, ale tylko do czasu, gdy jej romans z Sillą stał się sprawą publiczną. Potem nie była już mile widziana w swojej dawnej grupie. Wciąż próbowała bywać na spotkaniach, lecz powszechny ostracyzm za bardzo ją ranił. Zrezygnowała więc z zabiegania o uznanie ludzi, którzy jej nie akceptowali, i zaczęła czytać tylko dla siebie. Nie było żadnego powodu, dla którego miałaby mówić o tym wszystkim Derze. Dziewczyna miała pewnie dość własnych strasznych wspomnień. Odezwała się ponownie: - Na akademii modne są rozległe horyzonty umysłowe i ciekawość życia. Ignorancja i lenistwo dyskwalifikują cię na starcie. Moim zdaniem właśnie taka atmosfera powinna panować na każdej szanującej się uczelni. Studia nie są tylko po to, by zdawać kolejne egzaminy, ale po to, by nauczyć się żyć. Lorana zaczęła więc czytać przyjaciółce książki na głos, z początku tylko te napisane we Wspólnej Mowie lub na nią przetłumaczone. Lektura odbywała się po części w ich przytulnej sypialni, a po części na plaży, w promieniach przygrzewającego ciągle jeszcze nieśmiało i delikatnie słońca. Entorianka ufnie składała głowę na kolanach tamtej i pogrążała się bez reszty w słyszanej opowieści. Wyobrażała sobie każdy szczegół odmalowanych na kartach powieści zdarzeń, a malarka czytała niezmordowanie. Potem Lorana sięgnęła również po książki napisane po quatessińsku, tłumacząc je początkowo na Wspólną Mowę, a następnie przechodząc na ojczysty język. Czytała każde zdanie głośno i powoli, powtarzając je kilkakrotnie i testując w ten sposób poziom znajomości quatessińskiego u Derry. Nauka języka wciąż się odbywała i nastolatka poczyniła w niej spore postępy. W tych dniach była przekonana, że zostanie w Quatessinie na stałe. Pomimo wszystkich dzielących je niesnasek, nie umiała sobie wyobrazić rozstania z ukochaną Loraną.
* * *
W miesiącu Alturiak widzenia Derry stały się częstsze. O ile dotąd zdarzały się one tylko podczas orgazmu, to teraz wystarczył szczególnie dobry nastrój, chwila całkowitego odprężenia czy niespodziewana radość. Czarna mgła rozpraszała się na kilka lub nawet kilkanaście sekund, ukazując kolorowe i wyraziste widoki. Wciąż oglądała przede wszystkim płótna Lorany, a wizje te nie zawsze były słodkie i przyjazne. Jej przyjaciółka malowała także obrazy mroczne, pełne grozy, obrazy, których żaden rodzic nie zawiesiłby w sypialni dziecka. Zdarzało jej się więc znaleźć w samym środku sztormu albo w pobliżu paszczy wyłaniającego się spośród wzburzonych fal morskiego węża. Szczególnie uwielbiała widzenia z udziałem najnowszych malowideł Lorany, tych, na których Quatessinka wciąż nawiązywała do motywu dwóch kobiet połączonych miłosną więzią. Dziwnym trafem jedna z nich zwykle miała krucze, a druga miedziane włosy. Lorana nie rozstawała się także z obsesyjnie ponawianym wątkiem istot z rybim ogonem zamiast nóg. Często więc Entorianka bywała syreną i dokazywała w wodzie, wypoczywała na nagrzanym kamieniu lub trzymała w objęciach drugą syrenę. Wreszcie wszystko było tak, jak od dawna być powinno. Już nie tylko jej serce, ale i ciało należało do oceanu. Na jego styku z lądem, który musiał być Kiramem, przeżywała swoją wielką miłość. Ale już nie tylko treść obrazów partnerki była przedmiotem jej objawień. Zaczęła widywać miejsca istniejące w rzeczywistości. Były to zwykle fragmenty ich osiedla lub starówki Spid, fasady zabytkowych budynków, fontanny, migawki z wybrzeża oraz otaczających miasto sadów i plantacji. Wszystkie te widzenia ograniczały się do samego Spid i najbliższej okolicy. Nie „odwiedzała” w głowie innych regionów kraju czy kontynentu. Ponieważ wszystkie wizje były bardzo wyraziste i szczegółowo je zapamiętywała, za każdym razem natychmiast opowiadała przyjaciółce o tym, co zobaczyła, o ile Lorana była w pobliżu, lub czyniła to przed zaśnięciem. Szczególnie często powtarzał się urokliwy, lecz zupełnie zwyczajny fragment wybrzeża. Musiała bywać w pobliżu tego miejsca podczas swoich długich spacerów w towarzystwie Gryfa lub Lorany, albo obojga naraz. Nie umiała stwierdzić tego na pewno, ponieważ nigdy nie oddalała się od piaszczystej części plaży, nie wchodziła na wznoszące się dość stromo wydmy i nie zagłębiała w pobliskie lasy. W tym przebłysku zawsze stała tyłem do morza i patrzyła na łagodny, piaszczysty stok porośnięty karłowatymi sosnami. Przed sobą miała ścieżkę, która wiła się jak wąż po zboczu, ostatecznie skręcając w gęsty las. W jednym z miejsc po lewej stronie ścieżki piasek obsunął się, tworząc niewielką, ukrytą przed wzrokiem spacerowiczów zatoczkę. W poprzek dróżki leżał w pobliżu tej naturalnej kryjówki wielki, bo sięgający dorosłej osobie do pasa, i przez to niewiarygodnie ciężki głaz o nieregularnym kształcie i w jasnoszarym kolorze, pocętkowany ciemniejszymi żyłkami bazaltu. Był zbyt duży, aby przyniosło go morze, więc musiał tkwić w tym miejscu od wielu setek, a może tysięcy lat. Na brzegu kryjówki, tuż nad głową osoby, która chciałaby odpocząć w tym zakątku, rosły dwie mocno poskręcane, niskie sosny, dumnie opierając się potędze docierającego niekiedy aż do tego miejsca morza. Korzenie jednej z nich były częściowo odsłonięte. Niebo było czyste, wędrowały po nim tylko białe, niegroźne baranki. Wokół uroczyska panowała majestatyczna cisza przerywana jedynie skrzeczeniem mew. Lorana nie przypominała sobie tego miejsca. Quatessińskie wybrzeża ciągnęły się całymi setkami kilometrów i obfitowały w takie bardzo do siebie podobne, lecz niezmiennie piękne zakątki. Na dobrą sprawę cały ten kraj składał się z oceanu, plaż, nadmorskich widoków, portów, zielonych wzgórz, bujnych winnic oraz spalonego słońcem kamienistego wnętrza półwyspu. Lorana nie dorastała tutaj, nie wychowała się na pobliskiej plaży, nie hasała z rodzeństwem i przyjaciółmi po wydmach. Gdyby nawet tak było, pewnie i tak nie zdążyłaby nauczyć się na pamięć każdej sosny i każdego ziarenka piasku. Rozpoznawała za to większość miejsc w samym mieście, o których opowiadała Derra. Wciąż nie mogła nadziwić się niezwykłemu darowi Entorianki. Nie podważała już prawdziwości objawień przyjaciółki, ponieważ opisy były zbyt dokładne, by mogły być zmyśleniem. Niewidoma dziewczyna postawiła stopę w mniej więcej połowie z wymienianych miejsc, niektóre badała nawet dłońmi, inne tylko mijała z daleka, a o wiele w ogóle nie zawadziła, pomimo to mówiła o nich z takim przekonaniem, jakby mieszkała w ich pobliżu. Lorana ciągle była całą sprawą trochę przestraszona. Podzieliła się tą myślą z Asetem, gdy Derra po wyjątkowo męczącym dniu, wypełnionym spacerami i lepieniem zamków z piasku, położyła się wcześnie spać. Malarka nie czuła się jeszcze śpiąca, więc zaszła do kuchni, by zaparzyć sobie piątą chyba tego dnia herbatę. Zdążyła już opowiedzieć jemu i Seminole o wizjach Derry. Wzbudziły one w krawcowej kolejną falę rozrzewnienia dla nieszczęścia „biednej małej” i nabożny lęk przed cudem, natomiast jej syn podchodził do wyjątkowego talentu Derry ze właściwym sobie spokojem i szczyptą ironii. Aset był teraz dla niej jak brat. Był jej jedynym prawdziwym przyjacielem, jedyną osobą oprócz samej Derry, która w tak dużym stopniu akceptowała jej odmienność. Nie zrezygnował z drobnych złośliwości, ale malarka nie miała mu tego za złe, ponieważ w ten sposób uczyła się nabierać dystansu do samej siebie. Ważne było to, że umiał skutecznie rozproszyć jej troskę rubasznym żartem lub kilkoma pokrzepiającymi słowami. Gdyby wyprowadziła się z Ostrygowej, brakowałoby jej poczucia humoru młodego mężczyzny i niewinnego poklepywania po ramieniu, które niosło tak wiele otuchy. Chłopak miał zwyczaj podjadania przed snem. Szczególnie łapczywie pałaszował smakowite wypieki matki. Tym razem zastała go również z wielką pajdą babki drożdżowej w dłoni, którą zajadał na stojąco, popijając od czasu do czasu kompotem ze śliwek. Nie dziwiła mu się ani trochę. Nazajutrz z samego rana wybierał się w kolejny długi rejs do któregoś z portów Zachodniego Wybrzeża, więc musiał najeść się na zapas. Kompania, dla której pracował, karmiła wprawdzie obficie, ale podle. - To nie jest normalne – odezwała się, mieszając łyżeczką herbatę. – Wciąż twierdzę, że ludzie nie powinni opisywać szczegółowo miejsc, których nigdy w życiu nie widzieli i nie zobaczą. - To, że sypiasz z nią, a nie ze mną, też nie jest normalne – zaśmiał się Aset. - To nie to samo – odparła Lorana z namysłem, odkładając łyżeczkę. – Być może moja miłość do niej nie jest normalna, ale nie jest też nadprzyrodzona. Gdybyś słyszał te jej opowieści, nie byłbyś pewien, czy przypadkiem nie śnisz. Ta dziewczyna ma moc, o jakiej zwykli ludzie mogą jedynie pomarzyć. Tylko gardyjscy mistrzowie potrafią robić takie rzeczy. - I co z tego? – spytał mężczyzna, wzruszając ramionami i krojąc sobie kolejną porcję babki. – Powinnaś się cieszyć, że jej świat stał się trochę bardziej kolorowy. - Tak, ale... Umilkła, szukając odpowiednich słów. Po chwili dodała nieco ciszej: - Wolałabym, aby nie robiła czegoś, czego nie rozumiem i nie chcę. Dałabym dużo, by te jej widzenia skończyły się raz na zawsze. - Czego się boisz, Lori? Przecież wciąż jest od ciebie zależna. Ona tak naprawdę nie widzi. Te omamy to jeszcze nie wzrok. Nie ucieknie od ciebie z ich powodu. - Nie boję się, że mnie opuści. Derra zawsze będzie mnie kochać i potrzebować – ostatnie zdanie wypowiedziała jednak głosem drżącym i słabym, jakby brakowało jej co do tego pewności. – Tylko... - Dlaczego nie możesz jej zaakceptować takiej, jaka jest? – Aset odkroił kolejną kromkę drożdżówki i włożył niemal całą do ust. Przez chwilę bełkotał coś niezrozumiale, plując okruszkami. Przepił ciasto zimnym kompotem i dodał: - Jeśli ją kochasz, to gdyby nawet chodziła po suficie, nie powinno ci to wadzić. Nikomu w ten sposób nie szkodzi, a przynajmniej ma trochę rozrywki. - Kim ona jest, Aset? Wciąż jeszcze człowiekiem czym kimś z zaświatów? Przecież nie wszyscy Nordlingowie mają takie nadzwyczajne zdolności. - Nie wszyscy Nordlingowie tracą oczy. Powtarzam ci, jeśli te wizje dają jej radość, ciesz się razem z nią, zamiast zamartwiać na zapas bzdurami. - Spróbuję. Chociaż nie wiem, czy mi się to uda. To właśnie tak bardzo lubiła w Asecie Vasko. Dla tego mężczyzny wszystko wydawało się proste, podczas gdy ona zawsze szukała skomplikowanych rozwiązań i tak często żywiła wątpliwości. Może działo się tak dlatego, że przeczytała masę książek, podczas gdy on wolał żyć sprawami dnia powszedniego. Szybkie podejmowanie decyzji i trwanie przy nich było jedną z tych rzeczy, których mogła się od niego uczyć. Te nocne rozmowy z synem Seminole uspokajały Loranę i nieco rozjaśniały jej świat. Szczególnie potrzebowała go, gdy posprzeczała się z Derrą. Czasami wystarczał pochmurny mars na czole Entorianki, by powracał uśpiony lęk przez osamotnieniem, przed którym dawno temu obroniła się, wznosząc wysokie mury. A przecież nie chciała budować ich od nowa. Na ogół po krótkiej i bardzo przekonującej argumentacji ze strony Aseta była gotowa do pogodzenia się z ukochaną. Zasypiała potem, trzymając Derrę w objęciach i wierząc naiwnie, że troski nie powrócą.
* * *
- Czy wiesz, że Gard jest jedynym krajem Kiramu, w którym związki dwóch kobiet lub dwóch mężczyzn są legalizowane? Lorana zadała to pytanie zupełnie niespodziewanie zaraz po tym, jak wróciły po kolacji do północnego pokoju. Derra rozsiadła się na kanapie, a Quatessinka zajęła jedno z krzeseł. Lorana często wpadała ostatnio w nastrój, w którym czuła nieodpartą pokusę snucia długich, trochę napuszonych intelektualnych wywodów, traktując przy tej okazji siedemnastolatkę jak uczennicę. Derra rozparła się więc wygodniej na łóżku, podwijając pod siebie nogi i szykując się na sążnistą przemowę. - Słyszałam o tym trochę – odparła. – Sangackie środowiska homoseksualne często powoływały się na ich przykład, walcząc z rządem o swoją sprawę. Co więcej, próbowały zaangażować w tę walkę władze Gardu, ale bez powodzenia. Gardyjczyków nie obchodzi świat poza granicami ich kraju. Mają nas w nosie i nigdy nam nie pomogą. - Gard to kraj kontrastów, a ich kultura jest bardzo hermetyczna. Nie przyjmują obcych wpływów i w niewielkim stopniu angażują się w życie pozostałych krajów. Ponieważ na studiach uczyłam się przez cztery lata gardyjskiego, przy okazji liznęłam sporo wiedzy o ich obyczajach. - Znasz gardyjski? – spytała Derra z nagłym ożywieniem i niekłamanym podziwem. Wciąż czuła ogromny szacunek do osób, które posługiwały się przynajmniej jednym językiem obcym, nie licząc Wspólnej Mowy. - Nie mówię po gardyjsku biegle i przypuszczam, że miałabym kłopot z odczytaniem ich hieroglifów. Dużo zapomniałam przez te dwa i pół roku. Każdy student musiał uczyć się jednego języka obcego, zdecydowałam się więc na gardyjski. Jeżeli gdziekolwiek w Kiramie istnieje coś, co można by nazwać kulturą homoseksualną, to właśnie tam. Dlatego chciałam wiedzieć o nich więcej. Derra mogłaby przysiąc, że Lorana wzruszyła w tym momencie ramionami owym pozornie niedbałym gestem, mającym pokryć zakazane, lecz mimo to spore zainteresowanie. Malarka raz za razem zapominała o tym smutnym fakcie, że przyjaciółka nie może docenić mowy jej ciała. Szczególnie w momentach poruszenia bezwiednie traktowała Derrę jak zdrową osobę. Sprawiało to, iż czasami Entorianka wierzyła nawet przez chwilę, że nią jest. -