fantastyka · 1 godz. 15 min czytania
Córka słońca, rozdział 25
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}{b}ROZDZIAŁ XXV WSZYSTKIE KOLORY NIEBA{/i}{/b}
- Daj mi to na przechowanie. - Nie ma mowy – Derra pokręciła energicznie głową na poduszce. – Nigdy nie dostałabym go z powrotem, gdyby raz wpadł w twoje ręce. Po raz pierwszy Lorana wspomniała o pierścionku zaręczynowym Derry w tak bezpośredni sposób. Wielokrotnie obserwowała Entoriankę, która myśląc, że jest sama, bawiła się błyskotką, zdejmując ją z palca i delikatnie gładząc. Widok tej prostej złotej obrączki z tanim szkiełkiem, która tak wiele znaczyła dla młodszej dziewczyny, wprawiał malarkę w nastrój będący mieszanką irytacji i przygnębienia. Zwykle starała się więc omijać wzrokiem to, co Derra uważała za swój największy skarb. Ta rzecz była obecnie jedyną, która mogła przypominać nastolatce o znienawidzonej Sangacji. Ale Kimmo nie był dla niej częścią tamtej rzeczywistości. Kimmo to po prostu Kimmo. To ktoś, za kim Derra niespodziewanie bardzo zatęskniła, to ktoś, o kim Lorana nie lubiła rozmawiać. Leżała tego ranka długo w pościeli, nie mając ochoty na rozpoczynanie nowego dnia. Słuchała dochodzących z pozostałych pomieszczeń odgłosów. Lorana przestawiała sztalugę, mruczała coś po quatessińsku, co brzmiało jak narzekanie na „te cholerne zasychające farby”, brała prysznic, wreszcie szła do kuchni i rozmawiała głośno z Seminole. Derra czuła wielkie rozdrażnienie, które nie mijało, wręcz przeciwnie, wzmagało się z minuty na minutę. Była rozczarowana postawą Lorany. Malarka nigdy wcześniej nie zachowywała się tak egoistycznie. Nigdy nie demonstrowała tak wyraźnie swojej zazdrości o Kimmo. Nie wyciągała ręki po coś, co nie należało do niej. A przecież Entorianka wciąż miała kilka marzeń, o których nie wolno jej było zapomnieć. Po pierwsze, wrócić na łono rodziny i gromady. Po drugie, zająć miejsce babki i matki jako kolejna przywódczyni i poprowadzić swoje plemię ku górom. Nie wiedziała, jak dokona tego teraz, kiedy była ślepa, ale przecież marzenia zawsze się spełniają, jeśli tylko dostatecznie mocno się w nie wierzy. Po trzecie, sprawiedliwie odpłacić Timothy’emu Carradine’owi. Po czwarte, wyjść za Kimmo Lapalainena. Po piąte, rodzić córki. Nie miała pojęcia, w jaki sposób spełni się to czwarte marzenie, skoro chłopak nie mógł patrzeć na jej twarz, ale może zaakceptuje Entoriankę z opaską skrywającą jej brzydotę, jak Lorana. Nie miała też zielonego pojęcia, jak uniknąć kolizji dwóch ostatnich. Przecież Kimmo nie mógł jej zapłodnić. Ale skoro dla niej wszystko jest możliwe, na pewno pokona także tę trudność. Lorana zamykała jej drogę do spełnienia tych wszystkich pragnień. Swoją miłością zawiązywała młodszej dziewczynie świat. Już nie pomagała, ale przeszkadzała. To przeświadczenie stało się nagle tak silne, że Derra w żaden sposób nie mogła się go pozbyć. Tutaj jest przyjemnie, ale nie mogę tkwić w takim marazmie, myślała gorączkowo. To przecież nie jestem ja. Prawdziwa Derra Amno nie chowa się na końcu świata i nie sypia z kobietą. Była wściekła. Na dobrą sprawę powinna wściekać się na cały świat, ale on miał to w nosie. Pod ręką była tylko Lorana, nad którą mogła panować samym swoim nastrojem. Wyskoczyła z łóżka i założyła tunikę, przewiązując ją porządnie pasem. Przeszła szybkim krokiem do pracowni, odtrącając ze złością łaszącego się psa. Wiedziała, że kochanka jest w południowym pokoju, chociaż jeszcze nie malowała i niczego nie przestawiała. Derra umiała już wyczuwać jej obecność nawet wtedy, gdy Lorana zachowywała się bardzo cicho. Stanęła kilka kroków przed krzesłem tamtej i położyła dłonie na biodrach, przyjmując bezwiednie wojowniczą postawę. - Dlaczego chcesz odebrać mi nawet to? – spytała głośno. Lorana spojrzała na nią ze zdziwieniem, odrywając zamyślony wzrok od prostokąta okna. Skrzyżowała nogi i odparła głosem przepełnionym łagodnym smutkiem: - Niczego ci nie odbieram. Przecież wiesz, syrenko, że dałabym ci wszystko, co mam. - Przestań wreszcie tak mnie nazywać. Odbierasz mi marzenia tak samo, jak czynili to tamci. Przetrzymujesz mnie tutaj, bo jest ci tak wygodnie. Jesteś zazdrosna, bo mam chłopaka, za którego wyjdę za mąż, a ty nie umiesz znaleźć sobie mężczyzny i zawsze będziesz sama. Quatessinka ukryła twarz w dłoniach, czując promieniujący od serca mróz. Derra albo niespodziewanie zwariowała, albo nigdy jej nie kochała. Obie możliwości były równie okropne. Lorana wplotła długie palce pomiędzy pasma rozpuszczonych włosów i szarpnęła mocno, do bólu. Nie miała odwagi, by spojrzeć na tamtą. Nie znajdowała słów, którymi mogłaby jej odpowiedzieć. - Wykorzystujesz mnie, bo jestem bezradna! – krzyknęła jeszcze głośniej Derra. – Gdyby nie... gdyby nie krzywda, którą wyrządzili mi tamci, byłabym teraz z Kimmo, a nie z tobą! Jesteś kompletnie pokręcona, Lorano Yel. Nienawidzę cię za wszystko, słyszysz?! - Nie mów ani słowa więcej – szepnęła słabo malarka. Nie chciała wierzyć w to, co słyszała. Czuła, że jeszcze chwila, a upadnie bez życia pod gradem tych twardych słów, które biły w nią jak kamienie. Jej ciemna twarz poszarzała na popiół, a oczy wypełniły się gwałtownie łzami. Derra nie miała prawa tak mówić. Nie po tym wszystkim, co razem przeszły. Nie po tym, co nawzajem sobie podarowały. Entorianka na pewno oszalała. A może to był senny koszmar i Lorana zaraz się z niego obudzi. Powietrze będzie rześkie, niebo za oknem błękitne, a Derra po raz setny powie, że bardzo ją kocha. Ale to nie był zły sen. To działo się naprawdę. - A właśnie, że będę mówić! Nie uda ci się rozdzielić mnie z Kimmo! Nigdy ci się nie uda! Lorana miała chęć rozorać sobie twarz paznokciami albo wyskoczyć przez okno, byleby przerwać ten koszmarny ból. Zamiast tego wstała, roztrzęsiona zbliżyła się do nastolatki, i nie panując nad cierpieniem i narastającą złością, uniosła rękę, wzięła szeroki zamach i precyzyjnie wymierzyła tamtej siarczysty policzek. Derra nie miała możliwości, by odsunąć się od rozjuszonej napastniczki lub zasłonić przed ciosem. Nie widziała podnoszącego się ramienia ani wściekłości na twarzy Lorany. Zatoczyła się mocno do tyłu i zatrzymała dopiero na ścianie, potrącając przy okazji jakąś blaszaną puszkę. Kręciło jej się w głowie, a twarz mocno piekła. - Masz nauczkę, podła jędzo! – szepnęła dramatycznie Quatessinka przez łzy. – Myślisz, że wolno ci mówić, co tylko zechcesz? Niewidoma dziewczyna nie rozumiała tego, co się stało. Przecież Lorana godziła się teraz na wszystko, byleby tylko nie utracić miłości Derry. Zaskowytała z żalu i furii, a następnie jak rozdrażniona kotka skoczyła w kierunku kochanki. Okładała ją z całej siły zaciśniętymi kurczowo pięściami, uderzając na oślep w ramiona, klatkę piersiową i głowę. Lorana nie pozostała jej dłużna. Szamotały się tak przez minutę czy dwie, sapiąc ciężko. Wreszcie Derra poddała się i oderwała od Quatessinki, jęcząc ze złości i poczucia bezsilności. Nie miała szans na zwycięstwo, tamta była większa i silniejsza, nie licząc przewagi wzroku. Przez chwilę pozostała jeszcze w pokoju, wciąż zaciskając gniewnie pięści i marszcząc czoło w niewypowiedzianej furii, jakby chciała znów rzucić się na Loranę. Nie zrobiła tego. Odwróciła się, wybiegła z pracowni, jeszcze raz odtrąciła nie dającego jej spokoju Gryfa, prędko założyła sandały i wybiegła na klatkę schodową, nie domykając za sobą drzwi. Lorana słyszała jej hałaśliwe tupanie na schodach, lecz nie pobiegła za nią. Wróciła na swoje krzesło i siedziała tak bez ruchu, wciąż kryjąc w dłoniach mokrą od łez twarz. Nie była w stanie wziąć się do pracy, nie mogła nawet wstać i zająć się czymkolwiek innym. Ręce drżały jej tak bardzo, że nie utrzymałaby w nich żadnego narzędzia. Vasine. Ileana. Silla. Trzy imiona, które były jak pieczęcie wypalone w sercu. Trzy kamienie milowe jej życia. A jednak nie wiedziała do tej okropnej chwili, co to znaczy czuć się zranioną tak głęboko, do samych trzewi. Jakby dostała gwiazdkę z nieba, która nagle zgasła i sczerniała. Mieć wszystko i utracić to. Byłoby lepiej, gdyby nigdy się nie narodziła albo gdyby umarła teraz. Syrenka, jej syrenka, która uczyła ją, jak nie bać się odmienności, która rozbiła jej więzienie, w jednej chwili zamieniła się w kogoś obcego. Niech Chaos porwie jak najszybciej tego durnego Sangacjanina, który nawet z daleka odbierał jej szczęście. Po przygodzie z Sillą walczyła ze swoimi zakazanymi pragnieniami tak wytrwale jak nigdy. W ciągu dwóch lat miała pięciu chłopaków, z którymi ostentacyjnie oprowadzała się po uczelni i całym campusie. Była bardzo pojętna i szybko nauczyła się wszystkiego, co powinna umieć. Wiedziała, jak rozmawiać z mężczyzną, czym go sobie zjednać, jak całować, wreszcie, jak się kochać w taki sposób, aby zarazem dawać i otrzymywać przyjemność. Radziła sobie świetnie, w końcu była bystra, a ta cała miłość nie była trudną sprawą. Miała rozbudowany arsenał zachowań, które gwarantowały jej sukces. Jakże była dumna, pokazując się znajomym ze swoimi przystojnymi, godnymi westchnień dziewcząt kochankami. A jednak żaden z tych związków nie przetrwał dłużej niż sześć miesięcy. Odchodzili natychmiast, gdy pojmowali nareszcie, że za fasadą promiennego uśmiechu i perfekcyjnego seksu kryje się przerażająca pustka. Każdy z nich mógł być dla tej dziwnej dziewczyny co najwyżej dobrym przyjacielem i dostarczycielem przyjemności, ale żaden nie był w stanie przesłonić jej świata. Lorana Yel nie budowała prawdziwych, głębokich więzi, pomiędzy nią a jej partnerami nie przeskakiwała tajemnicza iskra, a przynajmniej nie zapalała się ona w sercu dziewczyny, ponieważ ono wciąż domagało się innej miłości. Przypomniała sobie, jak jej ojciec nalegał, by zdecydowała się na studia w stołecznej Iromadii. Wtedy, osiem lat temu, uważała tę prośbę za bardzo krzywdzącą. Oto jej własny rodzic chciał skazać młodą dziewczynę na tułaczkę po obcych krajach. Dzisiaj widziała to inaczej. Próbując wysłać córkę na nauki do największego i najbardziej kosmopolitycznego miasta Kiramu, gdzie panowały liberalne obyczaje, ojciec próbował tylko uchronić ją przed bólem i ludzką wzgardą. Tam ułożyłaby sobie życie na swój sposób, nie będąc zmuszona do zmagania się z tak potężnym niezrozumieniem. Jednak nigdy, nawet po tych wszystkich latach, nie powiedział jej tego wprost. Jedynym mężczyzną, którego szczerze pokochała, był Aldorent Morrison. Owszem, bywał zazdrosny, a nawet zaborczy, ale za bardzo cenił sobie własną wolność, by naprawdę odebrać ją partnerce. Nie był podobny do żadnego z tamtych młodych Quatessinów, których potrzebowała głównie po to, by udowodnić swoją normalność. Nie mógł mieć z nią dzieci i pewnie nawet gdyby wzięli ślub, każde z nich żyłoby nadal swoim życiem, poświęcając się ulubionej pracy. Zawsze byliby bardziej kochankami niż mężem i żoną. Aldorent był dla niej bezpieczny, nie zagrażał jej tożsamości, swoją obecnością nie rozbijał w drobny pył jej świata. Bardzo pożałowała po raz kolejny, że tamten związek nie przetrwał próby czasu. Miałaby już ułożone życie. Wstała, zbliżyła się do ściany, popatrzyła półprzytomnym wzrokiem na białawą powierzchnię z odpryśniętym w kilku miejscach tynkiem. Powinna pomalować na nowo ten pokój, ale była na to zbyt leniwa. Vasine. Ileana. Silla. Derra. Uniosła prawą dłoń, tę, którą spoliczkowała Entoriankę. Spojrzała na nią ze zdumieniem, jakby budząc się ze snu. Po raz drugi wzięła tą ręką krótki, zdecydowany zamach, uderzając z całej siły nadgarstkiem w ścianę. Miała nadzieję, że Seminole nie przybiegnie sprawdzić, co oznacza ten hałas. Uszkodzona ręka jeszcze nie bolała, lecz dziewczyna wiedziała, że wkrótce zacznie. Będzie boląca, sztywna i spuchnięta przez kilka kolejnych dni. Lorana nie zdoła postawić ani jednej porządnej kreski nie tylko dzisiaj, ale przez cały tydzień. Ten gest był zarówno karą dla samej siebie, jak i sposobem na zagłuszenie prawdziwego bólu, tego, który zżerał duszę. Wytarła szerokim rękawem łzy. Musiała teraz coś postanowić. Jeszcze nie straciła Derry i może nie musi się tak stać. Miała zamiar poszukać jej w miejscu, w którym przyjaciółka czuła się najbezpieczniej, wyjąwszy ich łóżko. Tam, gdzie Derra regularnie wyżalała się swojemu „przyjacielowi” i odprawiała coś w rodzaju modlitw do niego. Szybko szła wybrukowanymi regularną, szarą kostką chodnikami, kierując się ku plaży. Po drodze zanosiła ciche błagania do Wielkiego Ducha, aby Derra tam była, cała i zdrowa, aby nie zdążyła wpaść na żaden głupi pomysł. A potem prawie biegła po suchym, jasnym piasku, tonąc w nim obutymi w trzewiki na gołe ciało stopami. W pośpiechu nie założyła grubych, robionych na szydełku getrów, które zwykle nosiła zimą. Narzuciła tylko szeroką wełnianą chustę na ramiona i teraz było jej chłodno. Dla Derry mogło to być lato, ale ona lubiła zdecydowanie cieplejszą pogodę. Wreszcie zobaczyła Entoriankę, idącą powoli wzdłuż linii morza, tam, gdzie piasek jest twardy i ubity przez nadpływające w równych odstępach czasu fale. Przyspieszyła kroku, a jej serce zatłukło się mocno. Co zrobi, jeśli tamta ją odtrąci? - Derra – odezwała się niezbyt głośno, dotykając ramienia Entorianki. – Nie bój się. To ja. - Przyszłaś – stwierdziła krótko Derra, odwracając się na chwilę i „spoglądając” na nią bez złości. Szły obok siebie w milczeniu. Entorianka trzymała się wciąż bardzo blisko wody, niosąc sandały w prawej ręce. Złe uczucia zdążyły wyparować z niej jak kamfora, a niezmienna pieśń oceanu zagłuszyła tęskne wołanie za światem, dla którego umarła. Tak trudno było wyczytać uczucia z tej na wpół zakrytej twarzy, pomimo to Lorana wyraźnie wyczuwała przygnębienie tamtej. Wiedziała, że powinna coś powiedzieć bądź zrobić, by pocieszyć przyjaciółkę, nie bacząc na własne poczucie skrzywdzenia. Szukała w pamięci właściwych słów, takich, które roztopią lód i zburzą mury, ale nie przychodziło jej na razie do głowy nic wystarczająco mądrego i serdecznego. Jeszcze raz niezgrabnie ujęła Derrę za ramię i zmusiła do zatrzymania się. - Pokaż mordkę – powiedziała, ujmując ją pod brodę i uważnie przyglądając się policzkom, a zwłaszcza lewemu, na który spadł pierwszy, najsilniejszy cios. Skóra była jeszcze lekko zaczerwieniona, lecz poza tym Entorianka nie odniosła żadnych poważniejszych obrażeń. - Nic ci nie będzie – mruknęła z zakłopotaniem, puszczając podbródek tamtej. Podjęły przerwany spacer, starannie unikając nawzajem swojego dotyku. Musiały w końcu porozmawiać o tym, co między nimi zaszło. Inaczej napięcie stałoby się nie do zniesienia. - Pewnie jesteś na mnie bardzo zła – zaczęła Derra. Kolejna fala owinęła się wokół jej łydek, sięgając zuchwale stóp Lorany. - Nie, nie jestem na ciebie zła. Nigdy nie jestem na ciebie zła. - Nienawidzisz mnie teraz, prawda? – spytała jeszcze cichszym głosem młodsza z dziewcząt. Lorana odparła, kręcąc burzą czarnych loków w geście zaprzeczenia: - Nie umiem czuć do ciebie nienawiści. Potrafię cię tylko kochać. - Tak okropnie mi przykro, Lorano – wyrzuciła wreszcie z siebie jednym tchem Derra, przystając na chwilę. – Chociaż to pewnie niewiele zmienia. - Wybaczam ci. Ale proszę, nie krzywdź mnie więcej w taki sposób – twarz Lorany znów wykrzywił ponury grymas na wspomnienie tamtych strasznych słów. – To bardzo boli, Derro. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo. - Ja też wiem sporo o bólu, dlatego nie chcę ci go sprawiać. Nie zasługujesz na niewdzięczność z mojej strony. Tylko że los wciąż gdzieś mnie rzuca. Jestem jak liść na wietrze. - Posłuchaj, nie trzymam cię tutaj na siłę. Jeśli nie chcesz, nie musisz ze mną być. Spotkam się z Aldorentem i poproszę, by cię stąd zabrał. Mam pozwolić ci odejść? Będzie tak, jak zechcesz. Twoje szczęście jest dla mnie ważniejsze niż własne. Derra przystanęła raptownie, prawie wpadając do wody. - Lorano! – zawołała. – Jeśli przestaniesz mnie kochać, jeśli pozbędziesz się mnie jak niewygodnej walizki, przyjdę tutaj i rzucę się do oceanu! Przynajmniej on jest stały w uczuciach. - A więc zostajesz ze mną, tak? – w głosie Quatessinki zabrzmiała szczera ulga, której nawet nie starała się ukryć. Odetchnęła głęboko, czując powracające życie. - Sama nie wiem, czego chcę. Jestem strasznie rozdarta. Czasami myślę, że powinnam przestać walczyć i pozwolić, by Wielki Duch sam wskazał mi właściwe ścieżki. Może to z tobą mam iść przez życie, a nie z Kimmo. - Pamiętaj, że nie chcę cię do niczego zmuszać. - Powinnam pozbyć się tego pierścionka. Mogłabym na przykład podarować go morzu. Ale nie chcę tego robić. Pozwól mi zatrzymać przynajmniej wspomnienie. - Ciesz się nim do woli, syrenko. Ujęła dłoń Derry i zamknęła ją w ciepłym uścisku własnej, wciąż nieznacznie drżącej. Tej, która już bolała i puchła. - Ludzie patrzą – mruknęła Entorianka, odwracając głowę. - Mają oczy, to niech sobie patrzą. Natychmiast pojęła, jak wielką niezręczność popełniła, wypowiadając to zdanie. - Przepraszam – szepnęła ze zmieszaniem. Ale Derra odparła pogodnie: - Nic nie szkodzi. Nie mogę obrażać się za każdą wzmiankę o oczach. Większość ludzi po prostu je ma. - Jesteśmy tu same. Nikt się nam nie przygląda. A gdyby nawet tak było, nie obchodzi mnie to, a ciebie powinno obchodzić jeszcze mniej. Czemu mam wciąż ukrywać przed wszystkimi moje uczucia? Nie robię niczego złego. A potem dodała z łobuzerską nutą w głosie: - Przecież prowadzę osobę niewidomą, nie? Tak, teraz mogło być dużo lepiej. Teraz była dorosła i niezależna finansowo. Dzięki Galerii Kiramskiej miała dość środków, by utrzymać zarówno siebie, jak i partnerkę. Już nikt nigdy nie posadzi jej na krześle i nie będzie prawił kazań. Nikt jej nie zawstydzi i nie zmusi, by znienawidziła samą siebie. Teraz miała siłę, by zagrać na loterii życia o główną nagrodę, którą było poczucie absolutnego spełnienia. Ono nigdy nie jest absolutne, natychmiast poprawiła się w myślach. Zawsze będzie czegoś brakowało. Nikt nie jest szczęśliwy przez cały czas. Lecz bilans szczęścia i nieszczęścia wypadał dla niej ostatnio zdecydowanie na korzyść tego pierwszego. Szły niespiesznym krokiem, wciąż trzymając się za ręce jak dzieci albo para zakochanych. To ostatnie było zresztą najszczerszą prawdą. - Wiesz, boję się, że zapomnę, jak wygląda świat – odezwała się Derra. – Straciłam wzrok bardzo wcześnie. Wizje nie wystarczą, bo nie pokazują wszystkiego. - Masz jeszcze moje oczy. Jeśli chcesz, możesz nimi spoglądać. Będę opowiadać ci o świecie w najdrobniejszych szczegółach. Zobaczysz lot jaskółki i zieleń traw, zygzaki błyskawic i przepyszny łuk tęczy, krople wody spływające po twojej aksamitnej skórze i twoje cudowne włosy rozsypane na poduszce. Niczego nie zgubisz. - Opowiedz, jak dzisiaj wyglądają niebo i morze, Lorano. - Dzień jest bardzo pogodny, słońce błyszczy jasno jak diament w oprawie lazuru. Tylko na zachodzie przyczaiło się trochę pierzastych obłoków. Ale już się rozpływają, więc na pewno nie będzie z nich deszczu. Cały ten błękit i złoto odbijają się w morzu. Pamiętasz, jak cudownie szafirowe bywają jego fale w taki słoneczny dzień, prawda? - Pamiętam. Ten widok zawsze zapierał jej dech w piersiach. Tam, na dalekiej Północy, morze też było szafirowe. Pewnie miało ciemniejszą, bardziej stalową barwę. Budząc zachwyt, przytłaczało jednocześnie groźnym majestatem. Tutaj wszystko było cieplejsze, łagodniejsze i radośniejsze. - Ale to jeszcze nic – kontynuowała Quatessinka. – Najpiękniej jest tutaj o wschodzie słońca. Kiedy byłam sama, często wstawałam bardzo wcześnie i przychodziłam przed świtem na plażę. Kula słońca wynurza się z wody jak krwisty owoc, malując horyzont pomarańczem i różem. Głęboki granat firmamentu nieba cofa się stopniowo przed jego potęgą, ustępując miejsca blademu turkusowi. Gwiazdy gasną jedna po drugiej. Słońce wznosi się coraz wyżej, nabierając siły. Wkrótce nie daje się już na nie patrzeć. Ciemne pasma obłoków lśnią złotem jak twoje włosy w tym momencie. Tak, Derro. Wprawdzie nie widuje się tutaj opiewanych w tylu wierszach zachodów słońca, ale wschody też są bardzo piękne. Umilkła, przejęta własnymi słowami. Trwał miesiąc Ches i zima wycofywała się powoli z całego Kiramu. W powietrzu wciąż unosił się chłód, lecz czuło się w nim także zupełnie inną woń, zapowiedź upałów, bujnych plonów i poczucia pełni. Kilkadziesiąt metrów od linii morza zaczynały się pagórkowate wydmy, porośnięte wysoką, ostrą i bladą trawą. Woda wdzierała się tam czasami podczas sztormów, znacząc piasek wężowatymi śladami. Trochę dalej zaczynał się rzadki sosnowy las z gładkim poszyciem mchu. Czasami znajdowało się w nim nawet jadalne grzyby. Wybrzeże w tym miejscu było łagodne, piaszczyste i świetnie nadawało się do spacerów nawet dla małych dzieci. A także dla Derry. - Chodź – szepnęła ciepło Lorana i pociągnęła przyjaciółkę za sobą w kierunku wydm. Wypatrzyła właśnie szczególnie uroczy zakątek, w którym będą mogły schować się przed ciekawskimi oczami. Pomiędzy dwoma pagórkami wiła się ścieżynka, ginąca gdzieś pomiędzy pokrytymi spękaną korą pniami. Derra doznała nagłego i bardzo krótkiego uczucia, jakby ktoś albo coś rozciągało we wszystkich kierunkach jej umysł. Nie tkwiła już w swojej głowie, ale była jednocześnie w wielu miejscach naraz, spłaszczona do grubości kartki papieru. Tak zaczynała się zwykle wizja. Percepcja dziewczyny szybko wracała do normy, za to jej wewnętrzne oko oślepiało silne, białe światło, które również prędko przygasało i dopiero wtedy zaczynało się właściwe widzenie. - Poczekaj – szarpnęła partnerkę za rękę. – To właśnie tutaj. To jest to miejsce, o którym ci opowiadałam. Prawą dłonią, w której trzymała sandały, wskazała na szary, nierówny głaz. Uwolniła drugą rękę z uścisku Lorany i pewnym krokiem podeszła do kamienia. Położyła lewą dłoń na nagrzanej słońcem powierzchni. - To właśnie tutaj miałaś mnie przyprowadzić. Dlatego ta wizja tak uporczywie mi się narzucała. Przeszła kilka kroków w sposób, w jaki zrobiłaby to zupełnie zdrowa osoba, i odnalazła kryjówkę z osuniętym zboczem. Jeszcze raz uniosła dłoń i wskazała nią drzewa. - To są te stare sosny. Palec Derry celował dokładnie w jedną z sosen, tę, której korzenie były częściowo odkryte. W jej świeżym głosie pobrzmiewał prawie dziecięcy entuzjazm. W tym przynajmniej względzie były do siebie bardzo podobne. Obie szybko przerzucały się od głębokiej rozpaczy do euforii, od wściekłości do miłości. Lorana stała przez chwilę bez ruchu, patrząc na przyjaciółkę trochę przerażonym wzrokiem. Z dwojga złego wolała jednak te wizje niż niesprawiedliwe, raniące słowa. - Już po wszystkim – Derra odwróciła się w jej stronę, a w jej głosie czaił się tym razem żal. – Skończyło się. Znów była uwięziona w ogromnej, czarnej jaskini. Poruszała się teraz ostrożnie, a nawet nieco niezgrabnie, by nie zawadzić bosą stopą o jakiś wystający korzeń. Lorana dołączyła do niej. Wysoka ściana chroniła przynajmniej przed zimnym, przenikającym do szpiku kości wiatrem, który przyprawiał o gęsią skórkę nawet Entoriankę. Młodsza dziewczyna siadła beztrosko wprost na piasku, nie martwiąc się o to, że pobrudzi białą tunikę. Chwyciła ukochaną za nadgarstki i zmusiła, by tamta usiadła tuż obok. Lorana syknęła głośno z bólu. Prawa dłoń już spuchła i przestała się nadawać do czegokolwiek. - Co się stało? – spytała z niepokojem Derra. – Zrobiłam coś złego? - Wszystko w porządku, syrenko. Wciąż tak wiele można było ukryć przed Entorianką, nawet biorąc poprawkę na jej nadzwyczajne zdolności. Położyły się obie na chłodnym piasku. Malarka rozłożyła wpierw swoją wełnianą chustę, by uchronić puszczone luźno włosy przed nabraniem drobnych ziarenek, które tak trudno będzie potem dokładnie z nich wyczesać. Derra oparła głowę na jej piersiach, ciesząc się ich jędrnością i rozkosznym zapachem. Przez chwilę walczyła z przemożnym pragnieniem wyłuskania jednej z nich spod bielizny i sukni – dopomógłby jej w tym głęboki wykrój dekoltu – delikatnego tulenia jej w dłoni i długiego pieszczenia językiem. Ale to nie była dobra chwila na takie rzeczy. Pomijając nawet obawę, że zostaną odkryte przez innego amatora nadmorskich spacerów, takie igraszki jakoś nie współgrały z powagą i uroczystą ciszą tego miejsca. A jednak mogła sobie pozwolić na wyznanie, które obejmowało wszystkie rodzaje szczęśliwości. - Bardzo cię kocham – szepnęła. Bo tak było. Kochała tamtą na każdy sposób, jak siostrę, przyjaciółkę i kochankę, duszą i ciałem. - Wiem – odparła Lorana, gładząc jej włosy. – Tylko jesteś zagubiona. Moja biedna syrenko, los złączył cię z osobą, która żyje kolorami, jak poeci żyją słowami. Może przez to nie jestem dla ciebie najwłaściwszą towarzyszką. - Przecież mi o nich opowiesz, prawda? - Tak. Kolory można zobaczyć nie tylko wzrokiem. Da się je opisać i poczuć w inny sposób. Na przykład niebieski. Niebieski jest jak chłodna morska bryza muskająca twoje czoło, jak nadzieja o poranku, jak zapach po burzy. To jest niebieski. Pogłaskała lekko jej skroń, odgarniając niesforne loki. A potem mówiła dalej: - Zielony jest jak oaza spokoju. To kolor wiosny i wielkiej radości. Zielony jest jak łagodne tchnienie wiatru. To jest zielony. Złożyła na czole Derry delikatny, siostrzany pocałunek. - A teraz czerwień, najpyszniejsza i najcudowniejsza z barw. Czerwony jest jak żar, który leje się z nieba w środku dnia. Jest jak namiętny pocałunek słońca, jak miłosna ekstaza, jak ciepło ognia. To jest czerwony. Uniosła się nieco na łokciu i jeszcze raz pocałowała Derrę, tym razem w usta, długo i namiętnie. W tym drugim pocałunku nie było niczego siostrzanego. To było czyste pożądanie, bezbrzeżna tęsknota i męka spełnienia. - Och – westchnęła Entorianka, kiedy tamta oderwała nareszcie wargi. – Lorano, maluj mi wciąż świat na czerwono. - Tak właśnie mam zamiar robić, moja śliczna. Przez kilka chwil leżały obok siebie w milczeniu, ciesząc się spokojem uroczyska, pieszczotą słońca na policzkach i miarowym szumem morza. Lorana zamknęła oczy i zacisnęła mocno powieki, by odciąć się na chwilę od wszelkich bodźców wzrokowych. Chcę wiedzieć, jak to jest być tobą, Derro, pomyślała. Gdybym mogła ulżyć ci w niesieniu twojego ciężaru, byłabym najszczęśliwszym człowiekiem w Kiramie. Entorianka czuła jeszcze na wargach smak wspaniałego pocałunku. A jednak ocean nie dawał spokoju, głośno ją do siebie przywołując. Bardzo żałowała, że nie może mu się teraz poddać. - Kiedy mieszkałam w Derbachii – zaczęła mówić – jeździłam latem do Detroit, szłam na plażę, znajdowałam odosobnione miejsce, rozbierałam się i pływałam w morzu. Ale to było, zanim... Lorana gwałtownie nakryła jej usta dłonią i wyszeptała z przejęciem: - Nie kończ. Już wszystko wiem. Derra wyswobodziła się z tego uścisku i kontynuowała: - Chciałabym znów to zrobić, ale nie mam odwagi. Przecież nie wiedziałabym nawet, czy płynę w kierunku brzegu, czy się od niego oddalam. - Możesz teraz popływać, jeśli chcesz. Będę przy tobie i nie pozwolę ci utonąć. Przy mnie jesteś całkowicie bezpieczna. - Więc chodźmy. Proszę, chodźmy już! Ciesząc się jak dziecko, wstawała pospiesznie i ciągnęła Loranę w kierunku, z którego dobiegała wieczna pieśń. Pamiętała, by wziąć ją za lewą rękę. Nie wypytywała, co stało się malarce w prawą, ponieważ Lorana najwyraźniej nie chciała o tym mówić. Postanowiła dołożyć wszelkich starań, by nie sprawiać przyjaciółce dodatkowego cierpienia. Quatessinka rozejrzała się jeszcze raz, czy nikt nie nadchodzi. Pospiesznie zdejmowały ubranie. Złożyły je na piasku, niedaleko od linii wody. Zupełnie nagie weszły w fale, wciąż trzymając się za ręce. Wreszcie było tak, jak na obrazach Lorany: dwie boginie miłości wynurzające się z morskiej piany. Woda była dość zimna, ale starały się nie zwracać uwagi na tę niedogodność. Ramiona przypomniały sobie wyuczone w dzieciństwie ruchy. Odchudzone, ale wciąż gibkie i silne ciało pokonywało radośnie opór słonych fal. Derra odpłynęła spory kawałek, a potem zawróciła, mając nadzieję, że płynie do brzegu. A gdyby nawet tak nie było, wciąż mogła polegać na samym morzu, wypychającym ją w kierunku plaży, oraz na troskliwej opiece Lorany. Chciało jej się krzyczeć z rozpierającego szczęścia. Pływała, naprawdę pływała! Życie znów nabrało smaku i głębokiego sensu. Ta jedna krótka chwila doskonałego szczęścia z nawiązką wyrównywała długie zimowe miesiące cierpienia. Położyła się leniwie na plecach, rozłożyła szeroko ramiona, rozluźniła mięśnie nóg. Czuła silne dłonie przyjaciółki podtrzymujące jej kark i biodra, lecz przypuszczała, że woda sama z siebie utrzymałaby ją na powierzchni. Znów pomyślała przelotnie o kilku pierwszych dniach po oślepieniu, gdy bardzo mocno pragnęła śmierci. A przecież gdyby tamto marzenie się spełniło, nie przeżyłaby teraz tak cudownej chwili. Aż krzyknęła z wrażenia, tak niesamowicie jasny i oślepiający był tym razem blask, który wypełnił jej głowę. A potem „zobaczyła” z góry całą okolicę. Jak mewa szybowała ponad roziskrzoną słonecznymi brylantami taflą morza, mrużyła wewnętrzne oko od patrzenia na lśniący z całych sił biały, czysty piasek, oglądała z lotu ptaka spokojny, sosnowy las i zaczynające się tuż za nim miasto. Woda w oceanie była tak bardzo przejrzysta, że dostrzegała nawet prześlizgujące się pod jej powierzchnią smukłe, srebrne grzbiety ryb oraz unoszone prądami galaretowate meduzy. Widziała także własne ciało leżące na falach. Bardzo podobało się ono Entoriance, bo było kobiece, a jednocześnie silne, o idealnych liniach. Jednego tylko nie udało jej się zobaczyć, choć bardzo się starała. Lorana, a w szczególności jej twarz, była dla niezwykłego wzroku Derry rozmazaną plamą. Jeszcze nigdy dotąd nie udało się Derze utrzymać widzenia tak długo. Wszędzie była ta niesamowita, prawie nieznośna jasność. To już nie było szczęście, ale najprawdziwsza ekstaza. - Lorano, życie jest cudem – odezwała się. - Wiem, moja mała. - Bądź przy mnie zawsze. - Będę. Te kilka prostych słów zastąpiło wszelkie ceremonie. Przysięgły sobie wierność w obliczu słońca i nieba, oceanu i lasu. Tej przysięgi nie odbierali ludzie, ale Wielki Duch i natura. Czego więcej mogły potrzebować?
* * *
Lorana wyszła z samego rana do miasta, by załatwić parę urzędowych spraw. Wróciła po kilku godzinach, dziwnie rozpromieniona, jakby wzmocniona świeżym, potężnym zastrzykiem nadziei. Derra słuchała właśnie w sypialni radia, próbując wychwytywać całe zdania w języku quatessińskim. W ostatnim miesiącu szło jej to wyjątkowo dobrze. Malarka usiadła przy stole i zaczęła mówić z ekscytacją, której nawet nie próbowała ukryć: - Byłam dzisiaj w banku i poprosiłam o wyciąg z konta. Nawet nie wiedziałam, że tak dużo zaoszczędziłyśmy przez tę zimę. Nie kosztujesz drogo, syrenko. Mamy teraz całkiem przyzwoity kapitalik, który chciałabym ulokować... no, zgadnij, w co? Nie czekając na odpowiedź Derry mówiła dalej: - Przeszłam się na Stromą Górkę. Wiesz, to ta luksusowa dzielnica nowych domów niedaleko portu. Miasto zainwestowało tam spore pieniądze w budowę ekskluzywnych sześciopiętrowych apartamentowców. Długo jeszcze nie będzie nas stać na własny dom, ale co powiesz na własnościowe mieszkanie, Derro? Obszerne, trzypokojowe, z najnowocześniejszą armaturą, dębowymi mozaikami na podłogach i dużym balkonem, na którym Gryf mógłby się wylegiwać w pogodne dni? Musiałabym wpłacić na początek jedną trzecią ceny, a bank pożyczy resztę. Już z nimi rozmawiałam. Nie muszę mieć nawet zaświadczenia o zatrudnieniu i stałych dochodach. Na szczęście to państwo ufa własnym obywatelom. Na razie trwają prace wykończeniowe, ale latem lub wczesną jesienią mogłybyśmy się tam wprowadzić. Mam dość tej okropnej czynszowej kamienicy, w której tynk odpada od ścian, a w kuchni co kilka tygodni zalęgają się mrówki. Tam byłybyśmy na swoim. - Po co nam aż trzy pokoje? Kupmy dwa, a wyjdzie dużo taniej. - Owszem, większe mieszkanie więcej kosztuje, ale to także wygoda i wyższy standard życia – zapalała się dalej Lorana. – Pomyśl tylko przez chwilę, a sama dojdziesz do wniosku, że dwa pokoje to dla nas za mało. W jednym będziemy miały sypialnię, w drugim urządzę sobie pracownię z prawdziwego zdarzenia, a trzeci, największy, przeznaczymy na bibliotekę i będziemy w niej przyjmować przyjaciół. - Przecież ich nie mamy – odparła ze śmiechem Derra. - Mamy jednego – odparła niezrażona Quatessinka. – Aset będzie nas często odwiedzał, może przyjdzie też Seminole. A z czasem zdobędziemy kolejnych przyjaciół. Może Aldorent kiedyś przyjedzie, żeby zobaczyć, jak mieszkamy. Wyobraź sobie, że jakoś nie potrafię boczyć się na tego drania w tak pomyślnym dniu. Może powinnam mu wreszcie przebaczyć i zaproponować przyjaźń? - To byłoby całkiem rozsądne rozwiązanie. Aldorent to bardzo dobry człowiek. - Powiedzmy, że ci wierzę. Ale to nie wszystko. Zaszłam do pośredniaka i znalazłam tam ofertę w sam raz dla mnie. W jednej z podstawówek poszukują od nowego roku szkolnego nauczyciela plastyki. Miałabym spokojną pracę i pewny dochód, a malowałabym wieczorami. Mogłabym zrezygnować z wyjazdów do Detroit, dzięki czemu nie musiałabym prosić Seminole o opiekę nad tobą, narażając cię na wysłuchiwanie jej utyskiwań na naszą niemoralność. Nie musiałybyśmy już rozstawać się na tak długo. Podoba ci się to, moja śliczna? - Bardzo bym się ucieszyła, gdybyś przestała wyjeżdżać. Ale nauczyciele nie zarabiają dużo. Nie wiem, czy udałoby ci się utrzymać z nauczycielskiej pensji nas obie i tak wielkie mieszkanie. Nie będę mogła ci pomóc – dodała ze smutkiem Derra. – Sama mówiłaś, że nigdy nie będę pracować. - Mam nadzieję, że nadal będę sprzedawać obrazy. W kraju też są miejsca, gdzie się je wystawia, i ludzie, którzy lubią sztukę. Mam w Onemarze trochę pożytecznych znajomości, nawiązanych w czasie studiów. Myślę, że mogłabym je odświeżyć i próbować wypłynąć na szerokie wody. W końcu jako dziewczynka marzyłam o sławie – uśmiechnęła się łobuzersko. – Może pewnego dnia pokażą mnie w Muzeum Narodowym. Poza tym, mając stałe źródło utrzymania, mogłabym malować mniej i nie tak gorączkowo. Spędzałabym wolny czas z tobą zamiast ze sztalugą. - Wiesz co, Lorano? Jesteś cudowna – Entorianka wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu najprawdziwszego szczęścia. – Już dawno chciałam to usłyszeć. - Słuchaj dalej, bo dostałam jeszcze jedną godną rozważenia propozycję. Spotkałam dzisiaj na rynku kolegę z roku, który ożenił się w Spid. Porozmawialiśmy sobie trochę. Venantius chce otworzyć w tym mieście pierwszą galerię obrazów z prawdziwego zdarzenia i poszukuje wspólnika. Gdybym włożyła pieniądze w to jego przedsięwzięcie, musiałybyśmy zrezygnować na razie z mieszkania, ale za kilka lat kupiłybyśmy sobie cztery pokoje, a nawet dom z ogrodem. Gryf, biedaczysko, miałby się gdzie wyhasać. Venantius mówił, że moje marynistyczne widoczki schodziłyby na pniu w turystycznej dzielnicy. To zresztą ciekawe, że dotąd nie próbowałam sprzedawać ich turystom. Co roku przewijają się ich tutaj dziesiątki tysięcy, i to z całego Kiramu. Ci ludzie muszą mieć pieniądze, skoro przejeżdżają taki szmat drogi tylko po to, żeby spędzić kilka dni na plaży. Nie mam ochoty uganiać się wciąż za zyskiem w tej koszmarnej, zimnej Sangacji, gdy mam go na wyciągnięcie ręki. Tak więc, moja Derro, ta galeria to spore ryzyko, ale i kusząca perspektywa. Praca w szkole to pewność, ale i stagnacja. Gdybym była sama, weszłabym bez wahania w projekt Venantiusa, bo bardzo chciałabym poprowadzić własną galerię sztuki. Gdybym nawet straciła na tym wszystkie oszczędności, dałabym sobie jakoś radę. Ale teraz muszę myśleć przede wszystkim o tobie. Nie mogę narazić cię na klepanie biedy. Tym bardziej, że w tej całej Sangacji żyłaś dostatnio. - Lorano, wolę jeść suchy chleb z tobą niż frykasy w Sangacji. Dzielę z tobą radości, podzielę i smutki. Nie myśl teraz o mnie. Wybierz to zajęcie, które da ci większe poczucie spełnienia. Pieniądze to nie wszystko. - Tak więc muszę się nad tym wszystkim porządnie zastanowić. Mam kilka miesięcy na myślenie, bo Venantius nie chce się nadmiernie spieszyć. Na razie remontują z żoną mieszkanie, które jej rodzice kupili po jakiejś staruszce, więc nie chce topić w tej chwili pieniędzy w ryzykownym interesie. Przebąkiwał też coś o dziecku, więc może także będzie wolał znaleźć zajęcie mniej intratne, ale pewne. Na chwilę zapadła cisza. Derra bawiła się frędzlami kapy, splatając z nich warkoczyki, i znów próbowała zrozumieć coś z quatessińskiej śpiewnej mowy. Lorana wyjęła szpilki z włosów i pozwoliła, by misterny kok rozpadł się na setki tysięcy czarnych błyskawic. Odkąd pokochała Derrę, lubiła nosić puszczone luźno włosy. Entorianka uwielbiała się nimi bawić i bez końca je gładzić, co doprowadzało malarkę na skraj miłosnej ekstazy. - Myślałam też o kupnie samochodu – odezwała się powtórnie Quatessinka. – Na studiach przez rok uczyłam się prowadzić. Przydałby nam się samochód, Derro. Gdybym mogła cię wszędzie wozić, nie byłabyś narażona na ciekawskie spojrzenia na ulicach i w pociągach. Pokazałabym ci cały Quatessin. To znaczy, zawiozłabym cię w mnóstwo miejsc – poprawiła się natychmiast – a ty zobaczyłabyś je po swojemu. Łatwiej byłoby mi także przewozić obrazy. Samochody nie są szczególnie drogie. Myślę, że jeszcze w tym roku mogłybyśmy sobie sprawić jakiś kilkuletni model. - Robisz dla mnie zbyt wiele – pokręciła głową Derra. – Nie mogę przyjąć od ciebie aż tyle dobra. Nie zasługuję na nie. Od początku jestem dla ciebie ciężarem. Nie chcę, aby tak było zawsze. Mogłabyś mieć lepsze życie, gdybyś mnie nie spotkała. Nigdy nie powinnam była trafić do Quatessinu. - Derro, co ty mówisz? – poruszyła się Lorana z niepokojem. Czyżby nastolatka znów wpadła w jeden ze swoich nostalgicznych nastrojów, które kończyły się zwykle cierpieniem ich obu? – Nie jesteś dla mnie żadnym