Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 1 godz. 35 min czytania

Córka słońca, rozdział 26

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}{b}ROZDZIAŁ XXVI ZAWSZE BĘDĘ UCIEKAĆ, ZAWSZE BĘDĘ WRACAĆ{/i}{/b}

Aset Vasko przeskakiwał po kilka stopni na raz, sapiąc i zmuszając bolące z wysiłku nogi do rytmicznego unoszenia się i opadania. Biegł tak niemal przez całe miasto od samego rynku i miał wielką nadzieję, że dziewczęta nie wyszły jeszcze tego przedpołudnia z domu. Nie tracił czasu na zdejmowanie butów. Przeszedł szybkim krokiem przez własny przedpokój oraz sypialnię i zarazem pracownię matki, przeskoczył przez wspólną kuchnię i krzyknął: - Lori! Derro! Jesteście tam? - Poczekaj! – usłyszał zduszony głos Quatessinki. – Za chwilę wyjdę. O co chodzi, na Chaos? To aż tak pilne? Chłopak uśmiechnął się kpiąco pod nosem. Nie zdążyły jeszcze wyjść z łóżka i właśnie w pośpiechu się ubierały. Mógłby teraz przyłapać je {i}in flagranti{/i} i mieć z tego sporo uciechy. Jako nastolatek marzył potajemnie o łóżkowych igraszkach z dwiema kobietami jednocześnie. Podobno każdemu mężczyźnie zdarzało się pomyśleć o czymś takim przynajmniej raz w życiu. Nie liczył tak naprawdę na to, że wpuściłyby go do swojego ciepłego gniazdka. Obie miały zadziwiająco twarde zasady. Gdyby ośmielił się tam wejść, Entorianka pewnie skryłaby się pospiesznie pod kołdrą, a Lorana zaczęłaby okładać go pięściami. Krzyknął jeszcze raz: - Kończcie te harce, gołąbeczki! A może nie interesuje was to, że pół godziny temu widziałem na rynku Eliminatorów? Lorana wyłoniła się z sypialni pierwsza, poprawiając rozczochrane włosy. Zaraz po niej wyszła nastolatka, próbując samodzielnie zawiązać na plecach kokardę. Na zasłoniętej twarzy Derry widniał jeszcze ślad niedawno przeżytego szczęścia, który na dźwięk dobrze znanego i zarazem tak bardzo znienawidzonego słowa prędko zmienił się w wyraz przerażenia. Gdyby miała oczy, pewnie byłyby teraz wielkie jak spodki. - Coś ty powiedział? – odezwała się Lorana, stając w drzwiach do pracowni. – Że niby kogo widziałeś? - Przecież mówię. Eliminatorów – powtórzył z lekką irytacją. Tylko tego brakowało, by ta uparta jak osioł artystka nie uwierzyła mu. A przecież chciał je ostrzec jak przyjaciel. – Za żadne skarby nie wychodźcie dzisiaj na miasto. Szczególnie ty, Derro. Jeśli potrzebujecie czegoś ze sklepu, podyktujcie mi listę zakupów. - Już mnie znaleźli – szepnęła Derra. Na jej zaczerwienione przed kilkoma chwilami policzki prędko wstępowała bladość, a pełne usta zadrżały, jakby miała się zaraz rozpłakać. - Już tu są – powtórzyła. – Nigdzie się przed nimi nie schowam. - Może do jutra sobie pójdą, jeśli cię nie znajdą – pocieszył ją nieśmiało Aset. - Nie, oni nigdy nie dają za wygraną – pokręciła silnie głową. – Kiedy wpadną na trop zwierzyny, ścigają ją do skutku. Są gorsi od wilków. Wycofała się do sypialni, siadła na nie zasłanym łóżku, w wyrazie rozpaczy ukryła twarz w dłoniach. Ten pokój był do tej pory jej azylem, najbezpieczniejszym miejscem na świecie, świątynią miłości. Ale teraz tamci byli w Spid, więc nie skryje się nawet w mysiej dziurze. Wydrą ją chociażby z rąk Lorany i wykonają wyrok, który w Sangacji nie ulegał przedawnieniu. - A ty wiesz, jak wygląda Eliminator? – spytała z powątpiewaniem Lorana, podchodząc nieco bliżej do mężczyzny. – Widziałeś kiedyś jakiegoś, Aset? Bo ja owszem. Aldorent Morrison pokazał mi się parę razy w pełnym rynsztunku. - Mogłem się pomylić. W końcu nie znam się na tych sprawach, no nie? Albo byli to Eliminatorzy, albo bardzo duże króliki. A ponieważ króliki nie ubierają się w opięte czarne kombinezony i nie zakładają żelaznych kapeluszy, więc wydaje mi się, że ta druga możliwość odpada. Ale ty wiesz lepiej, Panno Przemądrzała. Miał prawo być zły. Przecież biegł przez pół miasta z językiem na brodzie, żeby je ostrzec, a spotykała go czarna niewdzięczność ze strony dziewczyny, której tyle razy ocierał łzy miłosnego żalu. Oczywiście ocierał je tylko w przenośni. - Derra opowiadała o nich parę razy – dodał. – A ja mam dobrą pamięć i bujną wyobraźnię. Zdziwiłabyś się, Lori, jak bardzo bujną. - Znam tę twoją wyobraźnię. Ilu ich było? – spytała Lorana, wciągając głęboko powietrze. Jej duże ręce automatycznie zacisnęły się w pięści. - Widziałem dwóch, ale w okolicy może kręcić się jeszcze kilku. Jeden wysoki, naszego wzrostu, drugi niski jak piętnastolatek. - To Jeremy Jackson – odezwała się Derra z sypialni. – Jest mały, ale najgorszy z nich wszystkich. Jeśli znów go zobaczysz, natychmiast uciekaj i nie oglądaj się za siebie. - Obaj nosili te obrzydliwe metalowe maski i długie płaszcze, czarne jak noc – kontynuował Aset, bezceremonialnie wspinając się na ulubione krzesło Lorany. – Szli szybko, rozglądając się wokół, jakby kogoś szukali. Ten mały przystawał od czasu do czasu i zagadywał o coś przechodniów. - Jeremy zna wszystkie języki Kiramu – zawołała znów niewidoma dziewczyna. – Po quatessińsku też mówi. To dlatego zwykle on węszy, pies przeklęty. Lorana jakby ocknęła się z krótkiego letargu. Wpadła do sypialni, podbiegła do szafy, wspięła się na palce i zdjęła wielką, zakurzoną walizkę z pomarszczonej skóry, którą natychmiast zaczęła pakować. Mówiła przy tym: - Nie możemy tu zostać, skoro twierdzisz, że oni nigdy nie ustają w pościgu. Jeśli cię znajdą, nawet samo słońce cię nie obroni. Musimy natychmiast uciekać z tego miasta. - Ale dokąd, Lorano? – spytała niespokojnie Entorianka. - Dokądkolwiek. Gdzie nas oczy poniosą. A najlepiej tam, gdzie nikt się nas nie spodziewa. Gard byłby niezły, nikt przy zdrowych zmysłach się tam nie zapuszcza. Jeśli chodzi o nas, już dawno zwariowałyśmy. Byłoby dobrze, gdybym zdążyła zajść do banku, wzięłabym czeki podróżne. Mogłybyśmy wypłacić gotówkę w każdym banku w Kiramie. W końcu musimy z czegoś żyć – mówiła szybko, robiąc przerwy tylko na wzięcie oddechu. Wciąż wrzucała na dno przepastnej walizy letnie koszulki, tuniki, swetry, szale, eleganckie suknie i bieliznę, nie bacząc na przyglądającego się tym zabiegom mężczyznę. – Wrócimy, kiedy niebezpieczeństwo minie, a jeden Wielki Duch wie, kiedy to nastąpi. No, szukaj psa, przecież nie zostawimy go samego. Aldorent powinien coś w tej sprawie zrobić. Jestem bardzo ciekawa, jakim cudem oni cię wywęszyli. Jeśli okaże się, że to on puścił parę, wydrapię mu oczy. Będzie wiedział, jak to jest być tobą. - Nigdzie się skąd nie ruszę – odezwała się rozpaczliwym głosem Derra, wtulając się mocniej w poduszki i splatając ręce gestem, który sygnalizował podjęcie ostatecznej decyzji. - Zwariowałaś?! – prawie krzyknęła Lorana. – Pozostanie w Spid to dla ciebie pewna śmierć! Odłożyła na chwilę neseser i usiadła na brzegu tapczanu, niemal przemocą ujmując dłoń partnerki. Rany na nadgarstkach zdążyły się już dawno zagoić, pozostawiając tylko cienkie, prawie niewidoczne blizny. - Posłuchaj mnie, syrenko – perswadowała surowym, nie znoszącym sprzeciwu głosem. – Musisz być rozsądna. Wiem, że bardzo nie lubisz uciekać, ale nie mamy innego wyjścia. Obiecuję ci, że znajdziemy w końcu bezpieczną przystań, gdzie nikt cię nie skrzywdzi. - Nigdzie nie jest bezpiecznie, nie rozumiesz tego? – Derra wyrwała rękę, znów krzyżując je obie na podołku. – Oni są jak jastrzębie, gotowi spaść bez ostrzeżenia nawet na środku oceanu. Wywieziesz mnie teraz do jakiegoś następnego kraju i co dalej? Tam też mnie znajdą i będę tak uciekać bez ustanku? Nie, nie mam ochoty tak żyć. - To tylko... jeszcze ten jeden raz, Derro. Zaufaj mi. No, bądź dobrze wychowaną dziewczynką i ubierz się porządnie, bo czeka nas daleka droga. - Jeśli chcesz, jedź sama, tylko szybko wracaj. Będę na ciebie czekała w naszym domu. - Derro, nie doprowadzaj mnie do wściekłości. - Bo co mi zrobisz? Znów mnie uderzysz? – krzyknęła wyzywająco, wysuwając do przodu brodę o wyrazistych rysach. – Lorano, boję się. Jakieś przeczucie mówi mi, że nie powinnyśmy wyjeżdżać – uderzyła dla odmiany w płaczliwy ton. – Jeśli to zrobimy, zdarzy się coś złego. - Coś złego się zdarzy, jeśli tu zostaniemy. - Tak bardzo nie chcę cię stracić! – wybuchła Entorianka, znów zasłaniając twarz dłońmi. – Nie rozumiesz, że nie dam rady przejść przez to jeszcze raz? Nie mogę wciąż tracić wszystkich, których kocham! To mnie w końcu zabije! - Ale najpierw tamci cię zabi...  przerwała nagle i objęła młodziutką partnerkę opiekuńczym gestem. Przytuliła ją mocno i głaskała uspokajająco po włosach, mówiąc przy tym cicho: - Nie stracisz mnie, przysięgam. Pojadę z tobą w każde miejsce, w które rzuci cię los. No już, otrzyj oczka, Derro. Jestem przy tobie. Odsunęła się nieco, żartobliwym gestem przesunęła wskazującym palcem po obu policzkach Derry, udając, że wyciera jej łzy, i dodała mocniejszym głosem: - A teraz wyczesz się i zapinaj Gryfowi obrożę. Biegniemy do portu. - Idę z wami – odezwał się nagle Aset. – Para męskich rąk do pomocy zawsze się przyda. Nie będę spokojny, dopóki nie zobaczę was na pokładzie jakiegoś miłego liniowca. Lorana nie próbowała się spierać. Dokończyła pakowanie walizki, wrzucając oprócz ubrań różne drobiazgi, takie jak ich wspólne zdjęcie, zrobione u jednego z najlepszych fotografów w Spid i oprawione w posrebrzaną ramkę, a także kilka par butów i komplet wstążek do włosów we wszystkich kolorach tęczy. Czasami zamieniały się ubraniami, ale nigdy butami, ponieważ Derra miała stopy mniejsze o dwa numery. Spakowała jeszcze swoją wysłużoną podróżną torbę, wrzucając do środka nawet zawiniątko z ulubioną liściastą herbatą, aromatyzowaną startą pomarańczową skórką. - Ja też nie chcę stąd wyjeżdżać – odezwała się nagle. – To mój dom, który urządzam od paru lat. Może nie jest tu zbyt przytulnie, bo wciąż jestem zajęta i nie mam czasu na rozwieszanie szmatek, ale jestem przynajmniej na swoim. Myślisz, że bawi mnie sypianie po tanich hotelach? Ale nie mamy innego wyjścia. Dranie wykurzają nas jak lisa z nory. Przeszła do pracowni, wyminęła przyglądającego jej się wciąż chłopaka, zbliżyła się do równie wysłużonej sztalugi i pewnym chwytem ujęła jedną z podpórek. Derra usłyszała głośny trzask wyłamywanej drewnianej nogi i słowa malarki: - To przyda mi się na pewno, jeśli się na nich natkniemy. Entorianka miała ochotę głośno się roześmiać. Taka maszyna do zabijania jak Jeremy Jackson nie przestraszy się byle kijka w rękach kobiety, która nie specjalizowała się w zadawaniu cierpienia. Lorana miała nad tamtym przewagę wzrostu i wagi, i pewnie gdyby walczyli na gołe pięści, szanse byłyby co najmniej wyrównane. Nie, poprawiła się natychmiast w myślach. Jackson poradziłby sobie z nią nawet bez broni. Znał zbyt wiele niezawodnych sposobów na obezwładnienie także dużo większego przeciwnika. Poza tym, stosując przemoc nie odczuwał żadnego moralnego dyskomfortu. Pewnie sam nie umiałby już zliczyć tych wszystkich istot, które wyeliminował z życia w ciągu kilku lat służby. To był jego chleb powszedni. Lorana, pomimo wciąż rzucanych w złości gróźb, nigdy nikogo nie zabiła ani nie okaleczyła, i Derra wątpiła, czy jej przyjaciółka byłaby do tego zdolna, nawet w obronie kochanki. Nie, wtedy byłaby zdolna. Właśnie to martwiło Derrę najbardziej. Ta szalona Quatessinka rzuci się z motyką na słońce, byleby wyrąbać im przejście. - Biorę mój marynarski nóż – odezwał się Aset, podciągając bluzę i pokazując Loranie opięty ciasno wokół brzucha skórzany pas, ze zwisającą na lewym biodrze starannie wyszytą zawijasami pochwą, kryjącą krótki obusieczny sztylet. Chłopak lubił ostentacyjnie ostrzyć w kuchni swoją broń, zgrywając przed malarką nieustraszonego wojownika. Pieszczotliwie pogładził ozdobną mosiężną rękojeść, zakończoną gładką kulką. - Jeśli nas zaczepią, będę rozmawiał z nimi ich językiem – dodał zuchowato. – Daj mi tę walizkę, Lori. Zataszczę ją wam aż na statek. Wiesz już, dokąd popłyniecie? Derra kilka razy bawiła się tym nożem, ostrożnie gładząc ostre krawędzie i nie zwracając uwagi na utyskującą Loranę, która wciąż świetnie pamiętała jej samobójczą próbę. Nastolatka traktowała chłopaka jak starszego brata i od kilku miesięcy bez skrępowania mówiła mu po imieniu, podczas gdy jego matkę nazywała nie inaczej jak tylko {i}ilka{/i} Seminole, pani Seminole. Aset też ją lubił. Jak młodszą, trochę niesforną, ale bardzo kochaną siostrę. Pomimo to cieszył się, że nie musi oglądać jej bez opaski. Niezaspokojona przy pierwszym spotkaniu ciekawość szybko zgasła, gdy Lorana wytłumaczyła mu na osobności, co stało się Derze. Ten smakosz i znawca kobiecej urody również wolał wierzyć, wzorem malarki, że Entorianka nosi zasłonę dla jakiegoś niezrozumiałego kaprysu, niż stawić odważnie czoło faktowi jej niewątpliwej brzydoty. Mieli więc komplet uzbrojenia w postaci służbowego noża Aseta, służącego mu chyba bardziej jako część standardowego marynarskiego wyposażenia niż jako broń, bo przecież w Kiramie nie toczono żadnych wojen ani nawet potyczek, nogi od sztalugi w rękach Lorany i zębów Gryfa. Trochę mało, biorąc pod uwagę to, z jak groźnym przeciwnikiem mieli się mierzyć, ale może starcie nie było nieuniknione. Wyszli pospiesznie z domu. Lorana zamknęła drzwi od mieszkania na oba klucze. Nie miała pojęcia, jak długo przyjdzie im się tułać, choć gdyby mogła, skróciłaby ten czas do zera. Seminole wyszła na targ, żeby zaopatrzyć się w świeże warzywa, chleb i mięso, więc dziewczęta nie mogły się z nią pożegnać. Ale przecież rozstanie z krawcową nie miało być wieczne. Zamierzały wrócić do Spid natychmiast, gdy tylko będzie to możliwe. Jeśli będzie to możliwe, biorąc pod uwagę nadzwyczajny upór tamtych. Jednak Lorana konsekwentnie odpychała czarne myśli. Ta dziewczyna traciła nadzieję dopiero wtedy, gdy klęska była całkowita. Kiedy już zdecydowała się na walkę, bardzo, ale to bardzo nie lubiła się poddawać. Rzuciła losowi śmiałe wyzwanie, wyrywając Derrę z pułapki zimowej depresji, a następnie decydując się na scementowanie ich związku, nie zamierzała więc załamywać rąk teraz, gdy przeciwnik miał konkretną, dwunożną postać. Za to Derra ciągle była pełna złych przeczuć. Wychodząc z cienia bramy, ścisnęła mocniej smycz psa i „obejrzała” się żałośnie na drewniane drzwi, wiodące na klatkę schodową. Bardzo chciała natychmiast wrócić do mieszkania numer jedenaście, nawet jeśli to właśnie stamtąd Jeremy Jackson miał ją wywlec na egzekucję. Stanie się coś złego, wcześniej lub później. Trzeba wracać, nawet jeżeli przypłaci to tchórzostwo śmiercią. Trzeba wracać, Lorano! Miała ochotę tak zakrzyknąć, lecz w końcu nie powiedziała niczego. Bardzo przydałaby jej się teraz wizja, lecz ta nie nadchodziła. Widziała tylko nieskończone pole czerni i nic więcej. Serce Entorianki skurczyło się boleśnie, przejęte dziwnym chłodem. Muszę mieć wizję, na Chaos. Najlepiej taką, która pokaże mi przyszłość. Dlaczego wciąż jest ciemno? Ale przecież postanowiła, że musi żyć, a jeśli nie pozostanie jej nic innego, dla czego warto byłoby to czynić, zawsze jeszcze zostaje zemsta na Timothym Carradine i całej Sangacji. Pewnego dnia wyrówna wszystkie rachunki z nawiązką. Pocieszona trochę tą myślą, pozwoliła tamtym dwojgu poprowadzić się przez miasto. Pies ciągnął jej rękę z całych sił, skomląc i domagając się zabawy. On jeden nie miał pojęcia, co czeka całą trójkę. Cholerny szczęściarz. Lorana ujęła jej drugą dłoń w ten niedwuznaczny sposób, w jaki uczyniłby to mężczyzna, niosąc na lewym ramieniu swoją lekką torbę. Aset taszczył wielką walizę, od czasu do czasu dotykając lewego biodra i ogólnie starając się sprawiać wrażenie przewodnika i opiekuna kobiet. Zarówno malarka, jak i marynarz co kilka chwil rozglądali się nerwowo na boki, wypatrując złowieszczych czarnych sylwetek. Jak na razie wszystko szło doskonale. - Poczekajcie! – Lorana zatrzymała się raptownie, szarpiąc mocno ramię Derry. – Nie pójdziemy przez miasto. Oni właśnie tego się spodziewają, że wybierzemy najprostszą i najkrótszą drogę ucieczki. Pewnie obstawili także wszystkie dojścia do stacji kolejowej. - Co w takim razie proponujesz? – odezwał się chłopak, stawiając ciężką walizkę na chodniku. – Mamy pofrunąć jak rybitwy? - To niezły pomysł, ale niestety nierealny – odparła Quatessinka. – Dostaniemy się tam plażą. Często spacerowałyśmy z Derrą brzegiem morza aż do doków. Stawiam koronę Imperatora przeciwko muszelkom, że takiego ruchu z naszej strony nie są w stanie przewidzieć. - Nie stawiaj czegoś, co nie należy do ciebie, Lori – westchnął syn Seminole. – Niech ci będzie. Może masz rację. W takim razie chodźmy na plażę. Tylko pospieszmy się, bo zaraz odpadną mi ręce. Co masz w tej walizce? Swoje ukochane puszki z farbami? Lorana rzuciła mu spojrzenie, które powinno zabijać na miejscu, a potem, nie czekając na odpowiedź, ścisnęła mocniej dłoń Derry i pociągnęła ją w boczną uliczkę, wiodącą w kierunku morza. Entorianka dobrze znała tę drogę, w końcu wybierała ją najczęściej, idąc na spotkanie ze starym przyjacielem oceanem. Gryf znów zaskowyczał, ciesząc się już na długą zabawę i gonitwę za patykami. Mocniej ściągnęła smycz. Mężczyzna szedł wytrwale za tamtą trójką, lecz nie omieszkał podzielić się z dziewczętami jedną ze swoich refleksji: - Gdyby ktoś spytał mnie o zdanie, to powiedziałbym, że tam też się na nich natkniemy. Jeśli rzeczywiście są tak inteligentni, jak twierdzisz, Derro, to nie dadzą nam wyprowadzić się w pole jak dzieci. Jeśli naprawdę są zawodowcami w polowaniu na ludzi, przygotowali zawczasu kilka albo nawet kilkanaście wariantów planu działania. Ale oczywiście Lori zawsze wie lepiej. Chyba sam Wielki Duch dzieli się z nią swoją mądrością. - Przestań wreszcie marudzić – ofuknęła go malarka. – Musimy jakoś dostać się do tego durnego portu. Nie wydostaniemy się ze Spid na skrzydłach, chociaż bardzo bym sobie tego życzyła. Resztę drogi przebyli w milczeniu. Lorana zastanawiała się po raz chyba setny w ciągu ostatnich trzech lat, czemu Aset zawsze próbuje postawić na swoim, nawet wtedy, gdy zupełnie nie ma racji, chłopak myślał dokładnie to samo o swojej sąsiadce, a Derra wciąż myślała o zawróceniu z tej szaleńczej eskapady. Kilkakrotnie miała wielką chęć pociągnąć Loranę za rękę i zmusić do odwrotu, lecz zawsze w ostatniej sekundzie rezygnowała ze swojego zamiaru. Bardzo chciała zostać w Spid, lecz w głębi ducha wiedziała, że pokazanie wrogowi pleców jest teraz jedynym sposobem na ocalenie jej, a być może także Lorany, życia. A przecież tak desperacko pragnęła żyć. Dlatego dała się prowadzić Loranie, brodząc z wysiłkiem w suchym i nagrzanym od pozostającego na niebie coraz dłużej i wędrującego coraz wyżej słońca piasku. Nagle Quatessinka znów gwałtownie się zatrzymała, nie wypuszczając jej ręki z uścisku swojej. - Co to jest? – szepnęła zaskoczona w swoim języku, wpatrując się w niezwykłe zjawisko. Sto, może dwieście metrów przed nimi kołysał się na falach, w odległości kilkudziesięciu metrów od lądu, niewielki stateczek, który na pewno nie należał do żadnej z flot Kiramu. Prawdopodobnie jego kapitan spuścił kotwicę, bo mała jednostka tkwiła w miejscu, chociaż silna morska bryza próbowała zerwać ją z łańcucha i znieść w kierunku portu. Łódź wydawała się cała odlana z szarego metalu, bez śladu spawań, i miała kształt wąskiej torpedy bez jakichkolwiek elementów zdobiących. Gładki, pusty pokład otoczony był skąpą metalową balustradą. Mogły się na nim swobodnie zmieścić cztery, góra pięć osób. Na rufie zatknięto dumnie flagę, która łopotała bez ustanku w ostrych podmuchach wiatru. Widniało na niej bez najmniejszych wątpliwości godło Sangacji: złoty szczur w koronie na czerwonym tle. Pośrodku pokładu tkwiła mała nadbudówka z prowadzącymi do wnętrza wehikułu drzwiami. Na prawej burcie wymalowano na biało napis zupełnie obcymi dla tych dwojga znakami, całkowicie zapominając o dobrym obyczaju podania nazwy jednostki pływającej w pierwszej kolejności we Wspólnej Mowie. Obok tajemniczych liter nałożono na metal jaskrawy wizerunek walecznego gryzonia, przypominając w ten sposób reszcie świata o nadzwyczajnej sile i żywotności narodu sangackiego. To coś pływało z pewnością bardzo szybko, kierując się dokładnie do portu przeznaczenia i nie biorąc żadnych niepotrzebnych pasażerów. Ale to nie łódź przede wszystkim przyciągnęła jej spojrzenie. Na wyślizganym od ciągłych przypływów, wyrwanym z pobliskiego sosnowego zagajnika konarze siedział w czujnej pozie ubrany na czarno od stóp do głów mężczyzna. Musiał być właścicielem jaskrawopomarańczowego pontonu z płaskim gumowym dnem i dwiema parami krótkich wioseł, który posłużył mu do dostania się na ląd, a który obecnie spoczywał bezczynnie na piasku, wyciągnięty silnymi ramionami nieznajomego. Na ich widok wyprostował się gwałtownie i stał wyprężony jak struna, nie spuszczając całej czwórki z oczu. Chociaż słowo „oczu” nie było w tej sytuacji całkowicie adekwatne, ponieważ zarówno one, jak i cała twarz intruza były zasłonięte dopasowaną do kształtu czaszki maską z ciemnego, nieznanego Kiramczykom stopu metali. - Mamy jednego na godzinie dwunastej – odezwała się cicho Lorana, kierując swoje słowa przede wszystkim do Derry. – Stój spokojnie. - Jakiego jest wzrostu? - Słucham? Nie wiem, Derro. Ten bydlak stoi od nas na szczęście daleko, a ja nie mam w oczach taśmy mierniczej. - Jakiego jest wzrostu, Lorano? – powtórzyła młodsza dziewczyna. – Jest niski jak piętnastolatek? - Nie, chyba nie – powiedziała powoli malarka. – Jest normalnego wzrostu. Jak Aset. - W takim razie to nie Jeremy Jackson – Derra wypuściła powietrze z niewymowną ulgą. – Jego boję się najbardziej. Aset zbliżył się do kobiet i wypuścił z dłoni niepotrzebną nagle walizkę, a następnie wsunął wolną rękę pod bluzę i namacał nieodłączny sztylet. Lorana mocniej ujęła kij i zasłoniła sobą Derrę. Gryf poruszył się niespokojnie i zaskomlał, wyczuwając zdenerwowanie dziewcząt. Eliminator zbliżał się ku nim powoli, acz nieubłaganie, zagradzając dojście do zbawczego portu. Jeszcze mogli rzucić się do ucieczki, lecz żadne z nich nie wątpiło, że wtedy przeciwnik puściłby się za nimi w pogoń, która na pewno okazałaby się skuteczna, biorąc pod uwagę legendarną wytrzymałość sangackich wojowników. Najprawdopodobniej dysponował popularnym ostatnio w Sangacji pistoletem laserowym, emitującym fale zdolne sparaliżować na krótki czas odporniejszy od ludzkiego system nerwowy Kiramczyka, a może sięgnąłby po broń palną, działającą tak samo na każdą istotę z krwi i kości. Nie zawracałby sobie przy tym głowy parą Quatessinów, ponieważ jego zwierzyną i upragnionym trofeum była Derra Amno. To za nią miał dostać awans i pieniężną premię. Tamci dwoje stanowili co najwyżej przeszkodę, którą należało zlikwidować, nie przebierając zbytnio w środkach. To nie był Jeremy Jackson, ale inni byli nie mniej groźni. Każdy Eliminator, a nawet każdy zwyczajny funkcjonariusz Zbrojnych Sił Sangacji, stanowił śmiertelne zagrożenie. - Nic nie rób – odezwała się znów Lorana. – Ja to załatwię. - Ciągle idzie w naszą stronę? - Tak, ale nie pozwolę mu cię tknąć. Weźmie cię po moim trupie, syrenko. - Nie zgadzam się, byś narażała dla mnie życie – powiedziała nagle z determinacją Derra. – To nie twoja sprawa. Nie powinniśmy byli z Aldorentem cię w to wplątywać. Dostanie to, czego chce, i nikt oprócz mnie nie ucierpi. Pozwól mi przejść, Lorano. - Co chcesz zrobić? – krzyknęła z niepokojem Quatessinka, jeszcze dokładniej zasłaniając przyjaciółkę własnym ciałem przed wzrokiem napastnika. – Wybij sobie z głowy pomysł poddania się bez walki. Jest jeden, a nas dwoje. Właściwie troje, o ile Gryf nie zachowa się jak tchórzliwy kundel. Jeśli cię choćby dotknie, poszczuj go psem i nie miej żadnych wyrzutów sumienia. - Nie, Lorano. Jesteś dla mnie zbyt cenna. To tylko mój koszmar i ja jedna będę płacić za mój błąd. Błagam, odsuń się, zanim zrobi ci krzywdę. Przypomniała sobie słodkie chwile pod prysznicem, w rozbryzgach gorącej wody. Przypomniała sobie krągłość piersi Quatessinki i rozkosz, jaką sprawiały jej miękkie wargi. Wszystko, co było złe, niedoskonałe, co uwierało w tym dziwnym związku, przestało nagle mieć jakiekolwiek znaczenie. Nawet pragnienie wzięcia odwetu na krzywdzicielach nie było już ważne, bo w tym momencie liczyła się tylko Lorana. Musiała za wszelką cenę odwieść przyjaciółkę od desperackiej walki. Ona sama należała od zawsze do Sangacji i dziś ten kraj upominał się o nią po raz kolejny w osobie zamaskowanego mężczyzny. Niechże więc ta brutalna, nieubłagana siła wyssie z niej resztkę duszy. Niech skona w męczarniach tutaj, na samym końcu świata. Niech tamci nasycą się zemstą za śmierć kogoś, kto w Kiramie nie zasługiwał na życie, ponieważ był gwałcicielem kobiet. Zabiła człowieka, który w jej rodzinnej Entorii zapłaciłby za swój czyn straszną śmiercią, przywiązany do drzewa i naszpikowany strzałami wypuszczonymi z dziesiątków łuków. Zachowała się w zgodzie z obyczajami swojego narodu, a więc nie to nie ona była winna, lecz tamten młody szaleniec. Niech się dzieje cokolwiek, byleby Lorana odeszła cała i zdrowa. Jak w transie, zatraciwszy nagle instynkt samozachowawczy, próbowała odsunąć ze swej drogi Quatessinkę, by móc wydać się w ręce tamtego człowieka. Poczuła, jak Aset chwyta ją za nadgarstek, powstrzymując przed dalszym marszem, i jak syczy prawie do ucha: - Stój, wariatko. Albo uciekaj. Nic tu po tobie. Lorana rzuciła torbę na piasek i uniosła drewnianą nogę tak, jak pasterka Nordlingów brała do ręki wierzbową witkę, by zmusić do szybszego marszu co bardziej leniwe tryki, a więc uczyniła to w sposób nie mający nic wspólnego ze sztukami walki. Ta dziewczyna nigdy nie szkoliła się w używaniu siły fizycznej przeciwko innym ludziom, a kiedy zdarzało jej się to robić, działała instynktownie. Zostawiwszy Derrę pod opieką Aseta, przeszła na miękkich jak z waty nogach kilkanaście ciężkich niby w koszmarnym śnie kroków, zatrzymując się dopiero mniej więcej metr od mężczyzny, który zwolnił kroku, zaskoczony odwagą, a zarazem szaleństwem zakochanej Quatessinki. - Zostawcie ją w spokoju. Już dość wycierpiała – odezwała się we Wspólnej Mowie, nie będąc pewna, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Czuła się przy tym jak bohaterka taniej powieści akcji, jakie w Quatessinie czytywali tylko bardzo młodzi ludzie. - Nie bądź głupia, Lorraine – usłyszała w odpowiedzi głos robota. Kij wypadł z jej bezwładnych nagle rąk. Pokonując słabość, którą dopiero teraz zaczynała w pełni odczuwać, odwróciła się w kierunku tamtych dwojga i powiedziała, z trudem wypychając powietrze ze ściśniętego niedawną zgrozą gardła: - Wszystko w porządku. To Aldorent Morrison. Tylko on mógłby mnie tak nazwać. - Aldorent...? – Derra postąpiła naprzód parę kroków, poddając się pragnieniu zawiśnięcia na szyi mężczyzny, który z narażeniem kariery i życia wyrwał ją niecały rok temu niemal z rąk kata, człowieka będącego dla niej jedynym niezawodnym oparciem w kraju głupców, okrutników i oportunistów. Nie była tylko do końca pewna, czy to rzeczywiście on, a jeśli tak, to czy Lorana nie będzie miała nic przeciwko temu niewinnemu, czułemu przywitaniu po tak długim okresie niewidzenia. Nieznajomy uniósł osłonięte dopasowanymi rękawicami z niepodatnej na rozdarcia tkaniny dłonie, przez chwilę mocował się z hełmem i wreszcie uwolnił się z niego, pokazując dwójce młodych Quatessinów ładną i wciąż młodą twarz o męskich, regularnych rysach, z parą błyszczących od emocji szarych oczu i rozczochranymi, gęstymi ciemnymi włosami, w które niemal każda kobieta pragnęłaby wsunąć dłoń. - To ja, Derro. Aldorent Morrison – odezwał się łagodnie. – Nie musisz się bać. Przeszła parę metrów w kierunku, z którego dochodził głos, wcisnąwszy wpierw smycz w dłoń Aseta. Poczuła silne ramiona owijające się wokół jej kibici i zamykające ją w zdecydowanym uścisku, równie kurczowym jak ten w wykonaniu Lorany. Poddała się tęsknocie za wszystkim, co utraciła, a co teraz odzyskiwała chociażby częściowo w jego osobie, i przywarła z ulgą do gibkiego, umięśnionego ciała Sangacjanina. - Aldorencie – szepnęła. – Tak strasznie się cieszę, że to ty pierwszy nas znalazłeś. Z przyzwyczajenia wciąż używała Wspólnej Mowy, traktując mężczyznę jak każdego Kiramczyka. Obejmowała go mocno, zarzuciwszy mu obie ręce na szyję. Trzymała się go jak ostoi bezpieczeństwa, jak kogoś, kto zawsze spieszy jej z pomocą, i co więcej, umie ją skutecznie nieść. Aldorent głaskał ją delikatnie po gęstych włosach, po raz kolejny w życiu nie będąc pewnym, czy pieści dziewczynkę, czy młodą kobietę. Ale chyba była już tym drugim. Kiedyś wydawał jej się strasznie wysoki, prawie jak olbrzym. Nadal był od niej wyższy, lecz różnica nie była już tak druzgocząca. Wreszcie przypomniała sobie o obserwującej to czułe powitanie Loranie i zawstydzona odsunęła się nieznacznie od Sangacjanina. - Wyrosłaś i wyładniałaś – Aldorent dotknął jej zaczerwienionych z emocji policzków i uważnie przyjrzał się najpierw tej jakże znajomej, a przecież całkiem nowej, szczuplejszej i bardziej dojrzałej twarzy, a potem każdemu kawałkowi jej młodego ciała. Pobyt na Gorącym Półwyspie wyraźnie jej służył, przynajmniej pod względem fizycznym. Gdyby nie okaleczenie, ta dziewczyna byłaby zachwycająca. Krótko i bez wylewności przywitał się z Loraną, podając jej dłoń jak mężczyźnie, którą Quatessinka uścisnęła po krótkim wahaniu. Ci dwoje potrzebowali dużo czasu, by odbudować przynajmniej przyjaźń. Ale chyba istniała ku temu szansa, biorąc pod uwagę leciutki uśmiech, jaki pojawił się na twarzach obojga. Na Aseta nawet nie spojrzał, na razie ostentacyjnie ignorując drugiego mężczyznę. O którą z nich był zazdrosny? Musiał uczciwie przyznać sam przed sobą, że o obydwie. - Nie mamy czasu do stracenia – powiedział do Derry, nie bawiąc się w dalsze uprzejmości. – Jeremy Jackson jest w Spid. Muszę cię natychmiast stąd zabrać. - Teraz tutaj jest mój dom, Aldorencie. Nie mogę... nie możemy nigdzie jechać. - Twój dom jest w Entorii. Dość już uciekania i krycia się jak przestępca. Musisz wrócić do miejsca, do którego należysz. Zrobię teraz to, co zrobiłbym już sześć lat temu, gdybym nie był tak wielkim tchórzem. Odwożę cię do Sokoła, do rodziców. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknęła. Sama nie wiedziała, czy miały to być słowa protestu, niepewności, a może radości? To wszystko działo się zbyt szybko, by była w stanie pojąć własne uczucia. Kilka godzin temu leżała w łóżku z Loraną, żyjąc jakby na innej planecie, a teraz ponownie spotykała tego mężczyznę, który był jak fala unosząca ją przez życie. Porywał ją i ocalał, zjawiał się jak duch w zupełnie nieodpowiednich momentach, a także wtedy, gdy bardzo go potrzebowała, za każdym razem burząc doszczętnie jej świat i zmieniając przyszłość. Nie mogła przed nim uciec ani on przed nią, jakby łączyła ich tajemnicza więź, silniejsza od miłości. - Musisz stawić czoło swojemu koszmarowi – dodał. – Inaczej nigdy nie będziesz wolna i nie zaczniesz normalnie żyć. Uciekanie nie rozwiązuje problemu, tylko przeciwstawienie się bezlitosnej machinie naszej władzy może coś zmienić. W Quatessinie będziesz jedynie wegetować, ponieważ twoja prawdziwa walka toczy się daleko stąd. Postąpiła kilka kroków w tył, jakby to właśnie przed nim powinna uciec. Dlaczego czuła tak wielki lęk? Przecież wracała do rodzinnego domu, do przerwanego brutalnie dzieciństwa. Jej rodzice, siostra i brat na pewno bardzo za nią tęsknili, a ona równie silnie tęskniła za nimi. A jednak jakaś część jej duszy bardzo mocno opierała się temu pomysłowi. Potrzebowała teraz wizji bardziej niż kiedykolwiek przedtem, ale nie była w stanie przywołać jej na życzenie. Wielki Duch przypominał jej właśnie, że barwne przebłyski były świątecznym darem, a nie jeszcze jedną umiejętnością, której mogła używać zgodnie z własną wolą. Dlaczego jest tak ciemno? Czy teraz będzie tak zawsze? Poczuła zapach słodkich perfum Lorany i szorstką dłoń Quatessinki na swoim przedramieniu. Odetchnęła z ulgą. Znów była bezpieczna. - Nie będziesz przechodzić przez to sama – mówił dalej Sangacjanin. – Będę przy tobie, Derro. Pomogę ci wygrać z Jacksonem i resztą tej nawiedzonej zgrai. Nie traćmy czasu – powtórzył, a w jego głosie zadźwięczała niecierpliwość. – Jackson, Milton i Duban są w Spid od wczoraj i wciąż o was rozpytują. Ja przypłynąłem dopiero dziś o świcie i postanowiłem poczekać na was na plaży. Byłem niemal pewien, że pójdziecie właśnie tą drogą. Może tamci są wyższej klasy specjalistami, ale ja lepiej znam sposób myślenia Kiramczyków. Niektórzy mówią nawet złośliwie, że niczym się od was nie różnię. Na tym polega moja przewaga nad grupą Jacksona, którą bezwstydnie wykorzystuję. Resztę opowiem ci później, a teraz muszę cię stąd natychmiast zabrać. Miał jeszcze coś do powiedzenia Quatessince. Starał się, by ta przemowa nie zabrzmiała sztucznie, ale chyba niezbyt mu się to udało. - Lorano, z całego serca dziękuję ci za opiekę nad Derrą. Okazałaś się prawdziwą przyjaciółką i niech ci to Wielki Duch wynagrodzi. Przysięgłaś, że włos jej z głowy nie spadnie, i dotrzymałaś słowa. Zwalniam cię teraz... - Zamknij się, Sangacjaninie – przerwała. – Płynę z wami. - Naprawdę nie musisz tego... - Aldorencie Morrison – wciągnęła głęboko powietrze, trochę mocniej ściskając łokieć Derry. – Stawiam sprawę jasno. Albo bierzesz mnie na pokład, albo obie zostajemy w Spid. Znacznie łagodniej szepnęła do ucha dziewczyny: - Obiecałam, że mnie nie stracisz, i tego słowa też dotrzymam. Sangacjanin popatrzył wreszcie na Aseta. Tamten twardo odwzajemnił spojrzenie Eliminatora. W tym jakże krótkim czasie zdążyli stoczyć odwieczną batalię samotnych samców, starających się o względy atrakcyjnej samicy. Żaden z tych dwóch nie porzucił do końca mrzonki o miłości Lorany, iskra uczucia do niej tliła się wytrwale w obu sercach, dlatego nie mogło być między nimi przyjaźni ani nawet pokoju. Jedynie Derra ze zrozumiałych powodów nie brała udziału w tej wzrokowej przepychance, a przecież to właśnie do młodziutkiej Entorianki należało niepodzielnie to coś, o czym obydwaj mogli w tej chwili tylko marzyć. Pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy z wiszących w powietrzu emocji mężczyzn. - Mniemam, iż pan nie zamierza nam towarzyszyć? – rzucił wreszcie Aldorent ze przesadną uprzejmością, która miała chociaż częściowo przykryć wrogość. - Nie, szanowny panie – odparł w tym samym tonie Aset. – Oddaję te damy pod pańską opiekę, a jeśli któraś z nich poniesie choćby najdrobniejszy uszczerbek na zdrowiu lub honorze, porachuję panu wszystkie kości. - Są ze mną o wiele bezpieczniejsze niż z panem. Szanuję te panie i nie splamię ich honoru. Przeciwnie, będę go strzegł jak oka w głowie. Quatessin nie zamierzał kontynuować słownej utarczki z rywalem. Zbliżył się do Lorany i wziął ją w ramiona jak brat lub najlepszy przyjaciel. Uściskali się mocno. - Porządna z ciebie dziewczyna, {i}melka{/i} – powiedział jej do ucha, nawet nie starając się ukryć żalu z powodu jej wyjazdu. – Wróć kiedyś, dobrze? - Niedługo będziemy z powrotem, a do tego czasu zaopiekujcie się z Seminole naszymi rzeczami, dobrze? - Możesz być spokojna. Nie pozwolę, by cokolwiek zginęło. Będę odkurzał dywany i podlewał kwiaty. Poczochrał włosy Derry, mówiąc przy tym: - Trzymaj się, Entorianko. Wszystko będzie dobrze. - Wiem, Aset. Wiem. Trzymaj się i ty. Powinna się cieszyć. Po tych wszystkich latach wyczekiwania, tęsknoty i żalu za utraconym dziedzictwem wracała do ukochanej Entorii, by zająć należne jej miejsce. Musi wykrzesać z siebie choć trochę entuzjazmu. Byłaby niewdzięczną córką, gdyby nie cieszyła się na rychłe spotkanie z rodzicami, którzy pewnie przelali za nią morze łez. Wreszcie udało jej się wzbudzić w sobie trochę radości, ale jednocześnie czuła dokuczliwy ból, spowodowany zrywaniem bardzo już silnej więzi z Gorącym Półwyspem. A może nie chodziło o samo miejsce, ale o wspomnienia, które stąd wywoziła. Aldorent podniósł walizkę i wtaszczył ją do pontonu. Lorana pomogła Derze dostać się do środka. Usiadły obok siebie, skulone w jednym z końców szalupy. Niewidoma dziewczyna trzymała Gryfa krótko na smyczy, by nie próbował wskoczyć do wody lub zrobić czegoś równie głupiego, zaś Quatessinka ciasno obejmowała przyjaciółkę, jakby nadal zamierzała chronić Derrę przed całym światem. Śmiało odwzajemniała przy tym spojrzenie mężczyzny, pełne zdziwienia. Sangacjanin ujął w obie dłonie wiosła i wyprowadził ponton na głębszą wodę, kierując się ku szarej torpedzie. Opowiadał przy tym z dumą o swoim nowym środku transportu, który nie zdążył jeszcze mu się znudzić: - Nazywa się „Lightning”. „Błyskawica”. Marszałek zamówił dwadzieścia takich w detrojskiej stoczni, po dziesięć na szlak zachodni i wschodni. W ten sposób możemy znacznie skuteczniej patrolować całe wybrzeże kontynentu i o wiele szybciej przemieszczać się pomiędzy nawet bardzo odległymi krajami. Ci, którym dostała się wschodnia ściana Kiramu, mają bazę wypadową w Selimpe, zaś ci, którzy zdecydowali się na zachodnie wybrzeże, dokują w Arizonie. Wyobraźcie sobie, że jestem pierwszym, który zobaczył te ślicznotki zaraz po zwodowaniu, wyjąwszy naturalnie marszałka Raszkiewicza. Zabrał mnie ze sobą na tę okoliczność do Detroit i również jako pierwszemu pozwolił na wybór pomiędzy wschodem a zachodem. Zdecydowałem się naturalnie na wschodni szlak, bo dobrze znam Kenlację, a z tamtymi prowincjami nic mnie nie łączy. Jak wiecie, obie drogi zbiegają się w Quatessinie, więc często do was zaglądałem. Odparł szybko na zdumione spojrzenie Lorany: - Potem wyjaśnię wam parę rzeczy. Po kolei wspięli się po metalowej drabince na pokład „Błyskawicy”. Aldorent podał Loranie psa, nie zwracając uwagi na wydobywające się z jego gardzieli ostrzegawcze warczenie. Wdrapał się potem jako ostatni z walizką na górę i wciągnął ponton. Wyjął zdecydowanym ruchem zatyczkę, by spuścić z niego powietrze. W ten sposób ponton zajmował podczas transportu mniej miejsca i mógł być natychmiast napompowany z powrotem przy użyciu pokładowego kompresora. - Rozgośćcie się, moje drogie – powiedział, otwierając jedyne na pokładzie drzwi i przepuszczając obie dziewczyny przodem. – Czym chata bogata. Zanim Lorana zanurkowała do wnętrza łodzi, kuląc się w ciasnym otworze i zmuszając niewiele niższą Derrę, by również pochyliła głowę, spojrzała jeszcze raz na plażę. Aset wciąż tam stał, trzymając w lewej dłoni niepotrzebny już kijek, a prawą machając energicznie do odpływających. Malarka uczyniła to samo. Z tej odległości nie mógł widzieć jej zuchowatego i nieco wymuszonego uśmiechu, który miał wyrażać nadzieję rychłego powrotu. A szkoda, bo bardzo chciała powiedzieć mu jeszcze raz, że wróci na pewno. Wrócą, poprawiła się natychmiast w myślach. Niech tylko Derra uporządkuje swoje zaległe sprawy na tej dalekiej i zimnej Północy, a potem czeka ich długie i szczęśliwe wspólne życie. Jakkolwiek ono się potoczy, jednego Lorana była teraz pewna: ten związek będzie trwał do śmierci jednej z nich. Jak w gardyjskim {i}ammani{/i}.

* * *

Wnętrze łodzi składało się tylko z jednego, oszczędnie wyposażonego pomieszczenia. Jej konstruktorzy nie przewidzieli takich luksusów jak kabiny sypialne, prysznic bądź dobrze zaopatrzona kuchnia. „Błyskawica” miała służyć jedynie do jak najszybszego przemieszczania się pomiędzy odległymi punktami w przestrzeni, a takie sprawy jak wygoda użytkownika wehikułu bądź jego gości schodziły na bardzo daleki plan. Naturalnie Aldorent miał rozkładany, metalowy stół, na którym mógł spożyć szybki posiłek, składający się głównie z wysokokalorycznych, sprasowanych racji żywnościowych. Dysponował paroma niewygodnymi krzesłami, które zaprojektowano nie z myślą o wypoczynku, lecz o pracy wymagającej skupienia. Zaopatrzono go wreszcie, podobnie jak pozostałych użytkowników superszybkich łodzi, w wąską, obitą prawdziwą skórą kanapę, stojącą skromnie w najodleglejszym kącie, na której mógł od biedy spać, jeśli akurat nie schodził na ląd, albo posadzić na niej pasażera, by nie przeszkadzał w prowadzeniu łodzi. Miał też niedużą, oddzieloną od reszty pomieszczenia toaletę z umywalką, by mógł zaspokoić swoje najbardziej podstawowe bytowe potrzeby. To było wszystko, jeśli chodziło o relaks na „Błyskawicy”. Kabina roiła się za to od pulpitów z nowoczesnymi urządzeniami nawigacyjnymi, które całkowicie wyparły z użytku papierowe mapy i inne archaiczne przyrządy. W świecie Aldorenta, aby sprawdzić swoje położenie geograficzne i wytyczyć najlepszy kurs, wystarczyło wywołać głosem komputer o wdzięcznej nazwie Matrix i poprosić go o podanie potrzebnych danych. - Światło – powiedział, nie podnosząc głosu. W pomieszczeniu natychmiast rozjarzyło się z całą mocą kilkanaście podłużnych, podwieszonych pod sufitem świetlówek, wydobywając z mroku każdy szczegół minimalistycznego, surowego wyposażenia. Lorana zmrużyła oczy od nadmiaru jasności, która nieomal sprawiała jej ból. W Quatessinie, gdzie nawet w okresie zimowego przesilenia nie było ciągnących się bez końca ciemnych wieczorów, elektryczne oświetlenie nie odgrywało dużej roli. Jej rodzina na farmie, gdzie się wychowała, wciąż korzystała z woskowych świec, a elektryfikacja domostwa była pomysłem, który z roku na rok odkładano bez żalu do lamusa. - Zmniejsz – rzucił Aldorent. Nieznośna jasność natychmiast trochę przygasła. Pies przestał skowytać. Derra głaskała go uspokajająco po łbie, „wpatrując” się w nieokreślony punkt w ciasnej przestrzeni kabiny. Quatessinka przysiadła ciężko na jednym z krzeseł, rozsuwając kolana trochę bardziej niż wypadało. - Co teraz, mądralo? – spytała, kładąc na udach poznaczone w paru miejscach kolorowymi zaciekami dłonie. – Dokąd popłyniemy? - Do Selimpe – odparł wzruszając ramionami w taki sposób, jakby zapytała go, po której stronie nieba wzejdzie słońce. – Tam zostawimy moją pięknotkę i dalej pojedziemy samochodem. Zabieram Derrę do domu. Do jej prawdziwego domu. Loranie wydawało się, że mężczyzna powiedział to ze specjalnym naciskiem, mającym sugerować, że Spid nie było i nigdy nie może być prawdziwym domem Entorianki. Ale może była tylko przewrażliwiona. Pewnie jej desperacka walka o utrzymanie miłości Derry nigdy się nie skończy. Wciąż będzie widzieć dookoła nieżyczliwych ludzi, chcących je rozdzielić. Musi przestać tak myśleć, inaczej Derra poczuje się w końcu zmęczona jej uczuciem wprawdzie wiernym i głębokim, lecz przypominającym trochę krótką smycz Gryfa. A potem stwierdziła z niejaką satysfakcją, że Sangacjanie nie zrezygnowali w swoim cudownym wynalazku ze starego, dobrego steru, zredukowanego do stalowego cienkiego drążka wygiętego w półkole i wyrastającego z pulpitu, na którym nie było ani jednego monitora, a za to mnóstwo suwaków, kolorowych przycisków i napisów po angielsku. Aldorent stanął za konsoletą, rozstawiając nieco nogi jak wytrawny wilk morski, i z przesadnie poważną miną, na widok której malarka miała ochotę parsknąć śmiechem, przesunął dwie czy trzy dźwignie, wcisnął duży czerwony przycisk, który prawdopodobnie uruchamiał silnik, i pewnie ujął mały ster, obracając go w lewo powoli i z wyczuciem, którego zdążył nabrać podczas kilku miesięcy użytkowania „Błyskawicy”. Oczekiwała spokojnego skrętu i stopniowego nabierania prędkości, jak w przypadku kiramskich żaglo-parowców, tymczasem nastąpił niespodziewany, gwałtowny zryw, który niemal ściął stojącą wciąż na środku pomieszczenia Derrę z nóg. Quatessinka prędko zerwała się z miejsca, by podtrzymać przyjaciółkę, znów ignorując pytające spojrzenie Aldorenta. Podłoga przechyliła się lekko po ich stopami, na szczęście wszystkie krzesła były przymocowane do niej na stałe. Mężczyzna opadł z westchnieniem ulgi na swoje siedzisko przed pulpitem sterowniczym i powiedział: - Przed wieczorem będziemy w Kenlacji. Zejdziemy na ląd, zamienimy „Błyskawicę” na samochód, który wstawiam do garażu w tamtejszym porcie, kiedy wypływam w morze, i zabiorę was do Sokoła. Nie będziemy nocować w hotelu, żeby nie dać tamtym czasu na ochłonięcie i odnalezienie właściwego tropu. Powinnaś dotrzeć do domu tak szybko, jak tylko jest to możliwe. - Ale czy tam będę bezpieczna? – zapytała Derra z nadzwyczajną przytomnością umysłu, kładąc obie dłonie na ramionach Lorany. – Przecież podobno mają mnie wywęszyć nawet w piekle. - Tak, ale musisz wreszcie spotkać się z rodziną. Masz w Sangacji potężnego przyjaciela, który wytrwale trzyma rękę na pulsie. On się wszystkim zajmie. Resztę opowiem ci już w Sokole, żebym nie musiał powtarzać całej historii dwa razy, najpierw dla ciebie, a potem dla twoich rodziców. A zaręczam ci, że uzbierało się sporo do opowiadania. „Błyskawica” jak pocisk cięła lustro oceanu, zdążając na północ z maksymalną do osiągnięcia prędkością. Lorana zastanawiała się, jak ma się ta szybkość do tempa, z jakim przemieszczają się gardyjskie pociągi magnetyczne, uważane nie bez racji za najszybszy istniejący w Kiramie środek transportu, porównywalny tylko z sangacką koleją podziemną. Ile wyciągała ta łódź? Dwieście, trzysta, czterysta kilometrów na godzinę? Pewnie najprościej byłoby zapytać Sangacjanina, doszła jednak do wniosku, że tak naprawdę niewiele ją to obchodzi. Ale on sam wrócił do tematu łodzi, wciąż ciesząc się maszyną jak dziecko. Był jak większość sangackich mężczyzn, podchodzących do nowinek technicznych z entuzjazmem, a nawet z pasją, w przeciwieństwie do przeciętnej kobiety, dla której liczyły się głównie walory użytkowe urządzenia. - Ma napęd atomowy. Po raz pierwszy zastosowano ten rodzaj zasilania w tak małej jednostce, bo dotychczas tylko takie kolosy jak „Darkman”, „Queen Victoria” czy „George Washington” mogły poszczycić się reaktorem atomowym. Takie rozwiązanie niesamowicie upraszcza kwestię źródła energii. O ile wszystko idzie dobrze, trzeba tylko wymienić stos raz na kilka lat. Nie muszę się martwić, czy niespodziewanie nie zabraknie mi w pół drogi ropy. Wasze paliwo wciąż nie jest dobrej jakości. Może kiedyś się to zmieni, jeśli Kiram rozwinie się technicznie, ale na razie wolę polegać wyłącznie na naszych rafineriach. - To jest niebezpieczne, Aldorencie – odparła Lorana cicho, patrząc na niego rozszerzonymi z przestrachu źrenicami. Przypomniała sobie z historii, że kilkanaście lat temu Gard prowadził badania nad zasilaniem atomowym, lecz wzbudziły one w pozostałych krajach tak wielkie obawy i niechęć, że Rada Gubernatorów pod przewodnictwem Kirama XXXIX wydała dekret zamykający program atomowy Konglomeratu. Decyzja ta wywołała w Gardzie pewne nieznaczne poruszenie społeczne, przypominające zaczątki buntu, lecz ostatecznie tamtejszy gubernator po raz kolejny rozsądnie wybrał podporządkowanie się władzy federalnej, nie chcąc budzić w Kiramie groźnego fermentu. Reaktory atomowe były niebezpieczne same w sobie, ponieważ w przypadku awarii skażony mógłby zostać znaczny obszar kontynentu, a jej skutki rozciągnęłyby się na dziesięciolecia, dochodziło jednakże jeszcze jedno poważne zagrożenie, mianowicie możliwość wykorzystania umiejętności rozszczepienia atomu jako ostatecznej broni, prowadzącej w skrajnym przypadku do zagłady rasy. Dlatego Imperium nie chciało mieć na swoim terytorium reaktorów atomowych, nawet jeśli posiadające je kraje zaklinałyby się na wszystkie świętości, że będą używać groźnej potęgi jedynie w pokojowych celach. Lepiej było stłumić zagrożenie już na samym początku. Przecież dobre życie nie polega jedynie na znajdowaniu coraz to nowych technicznych udogodnień. Ważne jest także to, by umieć nadać temu życiu głęboki sens, a ten można odnaleźć tylko we własnym wnętrzu i w relacjach z innymi ludźmi. Dlatego nigdy nie popierała planu atomowego Gardu, a teraz z trudem przyzwyczajała się do myśli, że taki minireaktor znajduje się gdzieś pod podłogą. - Gdzież tam znowu niebezpieczne – poruszył z lekką irytacją dłonią. – Mówisz jak ci durni anarchiści, którzy

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Córka słońca, rozdział 26 — czytnik · opowiadania