Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 1 godz. 14 min czytania

Córka słońca, rozdział 27

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}{b}ROZDZIAŁ XXVII CÓRKA MARNOTRAWNA{/i}{/b}

- Powiedział, że mamy jechać za nim – odezwał się Aldorent, wrzucając pierwszy bieg. – Zaprowadzi nas do twojego domu, Derro. Usiądź prosto, bo może rzucać na tych wybojach. Nie chcę, żebyś wybiła sobie zęby. Entorianka wyprostowała się i siedziała sztywno, napięta jak struna. Wciąż ściskała dłoń Lorany, która nie spuszczała wzroku z jej przerażonej twarzy. Rudowłosy mężczyzna szedł prawym poboczem drogi. Odwracał się przy tym co chwila i spoglądał na pojazd z nieskrywaną ciekawością. Samochody były na entoriańskiej wsi czymś tak niezwykle rzadkim, że właściwie nieistniejącym. Do podróżowania służył koński grzbiet lub bryczka. Dodatkowo jego ciekawość potęgował fakt, że w środku znajdowała się podobno zaginiona przed wieloma laty wnuczka przywódczyni, średnie dziecko nieszczęsnej Arminy. Nikt poza najbliższą rodziną Derry Amno, podtrzymującą uparcie chociażby najbledszą nadzieję, nie wierzył już w jej powrót. Dziewczynka stała się we wsi ponurą legendą, a matki i ojcowie straszyli jej zniknięciem niegrzeczne dzieci. Gdyby nie opowieść Emany Amno, jedynego naocznego świadka porwania, dopatrywano by się pewnie w całej tej historii działania nieczystych sił, które przedostawały się niekiedy przez wrota pomiędzy światami, nawet w należącym w całości do El Khan-naar miesiącu Flamerule. Ponieważ jednak nie dawało się przypisać tego wydarzenia wysłannikom Chaosu, zaczęto w Sokole jeszcze mocniej dowodzić, iż wszelkie zło przychodzi z zachodu. Samochód toczył się bardzo powoli na pierwszym biegu, zajmując całą szerokość piaszczystej drogi. Aldorent nie wyprzedzał przewodnika ani nie starał się zachęcić go do przyspieszenia kroku. Wolał utrzymać spokojne tempo, by mógł nasycić oczy widokiem okolicy. Ostatnimi laty podróżował z reguły głównymi szlakami tego kraju, zatrzymując się jedynie na posiłki w dużych miejscowościach. Nie miewał więc wielu okazji poznawania codziennego życia Entorian, zwłaszcza tych, którzy wciąż zachowywali w prawie niezmienionej formie wszystkie tradycje swojego narodu. Nadal sporo czytał w wolnym czasie i niekiedy w jego ręce wpadała książka o Entorii lub którymś z pozostałych krajów Północy. Nie wszystkim z tych pozycji dawał wiarę. Był sceptyczny szczególnie wobec „rewelacji” ujawnianych przez jego rodaków. Nawet wykwalifikowani badacze kultur Kiramu często pisali o krajach Imperium ze swojego wąskiego punktu widzenia, bardziej odpowiadając na społeczną potrzebę podtrzymania wiary w zacofanie owych kultur niż niosąc kaganek oświaty. Na szczęście dobrze znał Wspólną Mowę, co czyniło jego horyzonty czytelnicze równie szerokimi jak w przypadku każdego Kiramczyka. Samą Polinię zamieszkiwało więcej ludzi niż liczył cały ten naród. Półtora miliona Entorian żyło w rozproszeniu na terenie o powierzchni nieco większej od terytorium Sangacji, zamieszkiwanej przez czterdzieści milionów obywateli. Najmniejsze z dwunastu miast Sangacji, sześćsettysięczna Lima, było sześciokrotnie ludniejsze od Archad, centrum administracyjnego Entorii, uważanej przez tubylców za szczyt urbanistyki. Wieś od dawna nie istniała w kulturze Sangacji ani realnie, ani nawet jako pojęcie. Produkcją żywności zajmowali się w tym kraju wysoko wyspecjalizowani pracownicy, zamieszkujący stosunkowo małe, lecz posiadające większość nowoczesnych udogodnień rolnicze miasteczka. Każdą z metropolii obsługiwało trzy lub cztery miasteczka. W przypadku Derbachii było ich aż osiem, co oznaczało, że jedna placówka była w stanie wyżywić mniej więcej milion ludzi. Tamtejszym mieszkańcom, zwłaszcza tym, którzy zupełnie nie interesowali się Kiramem, było więc niezwykle trudno wyobrazić sobie małe, prowadzone przez jedną rodzinę gospodarstwa, produkujące tylko na własne potrzeby, w najlepszym wypadku sprzedające część plonów lub wymieniające je na inne dobra. Świat, który ukazywał się oczom Sangacjanina za oknami samochodu, w jego ojczyźnie istniał już tylko na kartach historycznych powieści o Starej Ziemi, pełnych wyjaśniających przypisów. Książki te za kilka stuleci z pewnością zaczną być zaliczane do gatunku {i}fantasy{/i}. Dla Quatessinki również był to krajobraz egzotyczny. Na dalekim Południu budowano domy z cegły i tynkowano ściany, malując je potem z reguły na biały kolor. Lorana wychowała się w takim pobielanym domostwie, właściwie pałacyku z piętrem, gdzie każde z siedmiorga dzieci miało swój własny, choć ciasny pokoik, a rodzina spotykała się w komplecie głównie w czasie posiłków. Tutaj, w Entorii, podstawowym budulcem było drewno. Zachowane w sporej części w dziewiczym stanie lasy zajmowały prawie połowę powierzchni tego kraju, dostarczając garstce ludzi swych skarbów w nieprzebranej obfitości. Mijali więc niskie palisady ze zmurszałych palików, których jedyną funkcją musiało być oznaczanie granic własności poszczególnych gospodarstw, ponieważ w żaden sposób nie chroniły one przed napaścią. Na tym kontynencie ludzie od dawna zagrażali sobie nawzajem bardzo sporadycznie, a każdy przypadek bestialstwa był surowo karany, nie wyłączając kary ostatecznej. O wiele bardziej realnym zagrożeniem były wilki, zimową porą porywające z głodu owce z zagród. Gdyby któreś z tych dwojga poprosiło w tej chwili Derrę o opowieść z kraju jej dzieciństwa, uraczyłaby ich wspomnieniem obszernej sieni, gdzie na jednej ze ścian wisiało kilka zawsze nabitych strzelb, służących do ochrony przed wilkami. Broń palna była domeną mężczyzn, kobiety od maleńkości przyzwyczajano do łuku, w kącie zawsze stał więc przynajmniej jeden z kołczanem pełnym strzał, by w razie niebezpieczeństwa nawet samotna dziewczyna mogła odeprzeć atak rozjuszonych bestii. Entorianie niezbyt troszczyli się o wygody, lecz o broń dbali czule jak o własne dzieci. Z pomocą broni zdobywano pożywienie, polując w przepastnych puszczach i nad brzegami jezior na zwierzynę i dzikie ptactwo, a także chroniono życie. W obliczu bezpośredniego zagrożenia zabijano bez skrupułów nawet brunatne niedźwiedzie, istoty budzące w Entorianach największy respekt, a zarazem podziw, zbyt święte, by z rozmysłem polować na nie dla mięsa. W skład każdego z gospodarstw wchodził budynek mieszkalny, zbity z półokrągłych bali, w niektórych domach poczerniałych ze starości. Każdy z nich pokryty był opadającym stromo na cztery strony świata drewnianym dachem, a na mały ganeczek wiodło kilka wysokich stopni. Ich oczom ukazywały się też zabudowania dla zwierząt domowych, zamykana tylko na skobel zagroda dla owiec, stodoła oraz narzędziownia. Po podwórzach, w najcieplejszych miesiącach porośniętych trawą, a obecnie szarych i błotnistych po niedawnych wiosennych deszczach, biegały swobodnie małe psy i snuły się gdzieniegdzie rozleniwione kocury. Tu i ówdzie bawiły się na nich grupkami miedzianowłose dzieci, zaś po drogach przechadzała się beztrosko młodzież. Dziewczęta ostrożnie unosiły spódnice, by nie powalać ich błotem. Wspierały się przy tym na ramionach towarzyszy, którzy rzadko bywali braćmi lub kuzynami. Kobiety pieliły przydomowe ogródki i siały kwiaty, mężczyźni przycinali drzewa w sadach, a starsi ludzie siadywali przed domami w fotelach z wikliny i wygrzewali się w wieczornym słońcu, rzucającym głębokie, złociste cienie. Czytali przy tym gazety z Archad i gawędzili ze sobą cicho. Od wschodu wieś opasywała srebrzysta wstęga rzeki, zwanej przez tutejszą ludność Bystrzycą. W zimowych miesiącach regularnie skuwał ją lód, po którym bez trudu przedostawały się do osady wilki. W kierunku południowym, skąd przyjechali, zaczynały się łagodne wzgórza. Na ich zboczach rozciągały się pola uprawne oraz rozległe pastwiska. Na północnym zachodzie wyłaniał się spomiędzy zabudowań szeroki, prosty gościniec, wiodąc do sąsiedniej wsi o nazwie Siedem Olch. Mieściła się tam szkoła i siedziba władz administracyjnych okręgu Vilje. Tą drogą Derra brnęła wiele lat temu niemal każdego poranka w towarzystwie siostry i kuzynów, w porze zimowej po ciemku, tonąc po kolana w śnieżnych zaspach. Szła na wpół śpiąca, marząc o chwili, gdy znów otuli się dwoma ciepłymi kocami i będzie jej wolno powędrować tajemnymi ścieżkami sennych majaków. Zaraz za pagórkami zaczynały się bezkresne iglaste i mieszane lasy, skrywające urokliwy krajobraz jeziora zwanego Cichą Tonią. Dziesiątki gatunków wodnego ptactwa wiły tam wiosną gniazda w przybrzeżnym sitowiu, stanowiąc znakomity cel dla wytrenowanych łuczników. Dzieciarnia uwielbiała ciepłą porą pluskać się w jeziorze, od pierwszych lat życia ucząc się trudnej sztuki pływania. Derra mogłaby sporo opowiedzieć o godzinach przeleżanych beztrosko na piasku w promieniach południowego słońca. Nie opalało ono bladej skóry Nordlingów, ale również jej nie parzyło. Myśli płynęły wtedy leniwie i słodko niczym wody ojczystych rzek, a cały świat zdawał się wibrować szczęściem. Lorana przyglądała się w zdumieniu tym sielskim obrazkom, porównując je ze światem własnego dzieciństwa. Quatessini, zwłaszcza ci mieszkający na odosobnionych farmach, cenili sobie życie w izolacji, ograniczając się do kręgu rodziny własnej i kilku zaprzyjaźnionych. Tymczasem Entorianie zdawali się spędzać życie w wielkiej, nieustającej wspólnocie, a cała wieś stanowiła niemalże jeden organizm. Lorana poznawała do tej pory Północ głównie z okien pociągów, zatrzymując się na dłużej jedynie w Detroit. Chłonęła więc z napiętą uwagą każdy szczegół rzeczywistości, z którą stykała się do tej pory tylko w książkach i salach wykładowych. Właśnie z takiego miejsca pochodziła jej ukochana. Jeśli chciała utrzymać i rozwinąć ten związek, musiała zaakceptować Entorię razem z tym wszystkim, co różniło ją od krajów Południa. Skoro Derze udało się pokochać Quatessin, malarka musiała udowodnić, że stać ją przynajmniej na to samo. Wreszcie samochód zatrzymał się przed jednym z gospodarstw. Ich przewodnik ulotnił się dyskretnie zaraz po tym, jak Aldorent podziękował mu oszczędnym skinięciem głowy. Było więcej niż pewne, że wieść o powrocie Derry rozniesie się bardzo prędko po całej wsi. Zaciekawieni krewni i znajomi będą przybywać pojedynczo, parami i całymi grupami pod dom Arminy i Dele-kana, by choć przelotnie ujrzeć legendarną zaginioną. Kobiety zaczną tłumnie schodzić się na krótkie pogawędki lub po to, by pożyczyć szczyptę soli, a mężczyźni przypomną sobie nagle, że zapomnieli zwrócić pożyczony przed kilkoma dniami młotek, nawet jeśli ojciec Derry nigdy nie posiadał takiego narzędzia w swojej kolekcji. A wszystko po to, by natychmiast puścić w obieg kolejną plotkę, która jak na skrzydłach dotrze przed nocą pod każdy dach. - Będzie lepiej, jeśli poczekacie jeszcze chwilę w środku – odezwał się mężczyzna. – Spotkam się z twoimi rodzicami jako pierwszy i przygotuję ich na twój widok. - Dobrze, Aldorencie – odparła cicho niewidoma, znów szukając dłoni Lorany. Tamta natychmiast oddała uścisk, obdarowując Derrę wiernym i niezmiennym wsparciem. – Tylko nie mów im, jak teraz wyglądam. - Wcześniej czy później będziesz musiała pokazać im swoją twarz. Ale dobrze, niech będzie, jak chcesz. Nic nie powiem poza tym, że czekasz na nich przy wejściu. Derra wyśliznęła się z samochodu, nie potrafiąc dłużej zapanować nad podekscytowaniem. Stała tak w ostatnich ciepłych promieniach słońca, kryjącego się pomiędzy koronami sosen. Delikatnie dotknęła niskiej palisady, przywołując w ten sposób wspomnienia. Tak, znała to miejsce. Zawsze, gdy opuszczała podwórze, nawet wtedy, gdy czyniła to w pośpiechu, muskała lekko ten chropowaty palik z wystającym łebkiem gwoździa. Emana śmiała się z tego zwyczaju, nazywając go dziecinnym przesądem, lecz młodsza siostra wierzyła, że dzięki temu zawsze odnajdzie drogę do domu. Teraz okazywało się, że to ona miała rację. Lorana też wyszła z pojazdu i stanęła obok otwartych przednich drzwi, przytrzymując obrożę wyrywającego się niespokojnie Gryfa. - {i}Fumalissa{/i} – odezwała się po quatessińsku. Syrenko. Jej głos wydał się Derze chropowaty i drżący. Odparła natychmiast: - Tak, Lorano? - Jeśli coś pójdzie źle... oczywiście nie chcę, by tak było... ale gdybyś nie mogła lub nie chciała tu zostać, pamiętaj, że wciąż masz mnie. Ja nigdy cię nie odtrącę. Entorianka nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ Aldorent wracał już w towarzystwie kilku osób, do których mówił coś przez cały czas we Wspólnej Mowie. Opowiadał o podróży do Spid, a także o tym, że po wielu ciągnących się w nieskończoność latach udało mu się wyrwać Derrę z zachłannych objęć zachodniego mocarstwa. Głosy zbliżały się do dziewczyny tak szybko, jakby tamci prawie biegli. Kobieta odpowiadała monosylabami, zmienionym z emocji głosem. Co do tej zmiany, to Derra nie była pewna, skoro ledwo pamiętała jego zwyczajne brzmienie. Mężczyzna potwierdzał tylko słowa Eliminatora krótkimi mruknięciami. Aldorent nie pozwalał tamtym mówić, będąc w tej scenie głównym, a nawet jedynym aktorem. Derra wątpiła, by jej rodzice naprawdę go słuchali, krańcowo przejęci samą jej obecnością. Na podwórzu rozszczekał się gwałtownie pies. Gryf zawtórował mu wściekle, wyrywając się do przodu. Quatessinka jeszcze mocniej zacisnęła palce na jego obroży. Derra wyprostowała się, odsunęła nieco od ogrodzenia i z bijącym sercem czekała na najbliższych. Niemal zapomniała przy tym o swoim kalectwie, jakby tkwiąca na jej głowie opaska była najzwyczajniejszym elementem stroju. To była wielka, wytęskniona ze wszystkich dziecięcych sił chwila. Gdyby zdarzyła się przed kilkoma laty, Derra wisiałaby już na szyi tej kobiety, płacząc głośno ze szczęścia. Teraz jednak mogła tylko stać niespokojnie przy bramie, mając wielką i rozpaczliwą nadzieję, że tamci rozpoznają w niej swoją córkę, spadkobierczynię tradycji rodu Amno i kolejną przywódczynię plemienia. Pomyślała przelotnie o swojej białej quatessińskiej tunice z błękitnymi pasami na ramionach. To zagraniczne ubranie dodatkowo podkreślało obcość Derry i dystans, który dzielił ją od jej dawnego życia. Poczuła na policzkach dotyk szorstkich, spracowanych dłoni. Armina przez chwilę gładziła drżącymi rękami twarz i włosy córki, a następnie objęła ją i mocno przytuliła. Derra słyszała tuż przy uchu cichy szloch matki. Łzy Arminy zmoczyły policzek dziewczyny, przypominając Derze o jej własnej niemożności zapłakania. Oddała bez wahania uścisk. Bardzo chciałaby uronić kilka łez, aby pokazać tej kobiecie, jak mocno za nią tęskniła i jak bardzo cieszy się ze spotkania po tych wszystkich latach. Armina nie wiedziała jeszcze o jej ułomności, ale wkrótce okaleczenie przestanie być tajemnicą Derry, stając się sprawą całej wsi. Swoim zwyczajem szlochała więc bez łez, drżąc na całym ciele. Oderwała ręce od pleców matki i dotknęła jej włosów. Starsza Entorianka splotła je w gruby warkocz, któremu pozwoliła zwieszać się swobodnie pomiędzy łopatkami. We włosach tej czterdziestosiedmioletniej kobiety musiały już kryć się pierwsze nitki siwizny. Derra poznawała teraz świat za pośrednictwem uszu i palców, więc pogładziła wilgotną od łez twarz matki, by przypomnieć sobie jej rysy. Odniosła wrażenie, że trochę się zaostrzyły, ale może Armina zawsze tak wyglądała. - Mamusiu – szepnęła po entoriańsku. - Derra, córeczko – rozpłakała się znów Armina jak małe dziecko. – To ty! Wróciłaś, nareszcie jesteś z nami! - Tak bardzo mi was brakowało. Umierałam w tej Sangacji ze strachu, że nigdy nie znajdę drogi do domu. Ale Wielki Duch nade mną czuwał. - Już nigdy nie będziesz błąkać się po świecie, drogie dzieciątko. Ja i twój ojciec nie pozwolimy, by ktokolwiek znów cię skrzywdził. Spójrz tylko, Dele-kan. To ona, nasza Derra! Mężczyzna odsunął delikatnie żonę, a następnie objął dziewczynę. Podobnie jak Armina, nie umiał pohamować łez radości. Derra wsunęła palce w jego kędzierzawe włosy. Szukała w nich drewnianych strużyn, które w dzieciństwie znajdowała tam w wielkiej obfitości. Ojciec wciąż pachniał świeżym drewnem i olejnymi farbami, których używał do dekorowania biżuterii, zastawy stołowej i innych wyrobów. Ten zapach nieco przypominał dziewczynie woń bez ustanku unoszącą się wokół Lorany. Może był to jeden z powodów, dla których Quatessinka budziła w niej tak silne emocje. Podobno zawsze wybieramy partnera obdarzonego zaletami rodzica, z którym byliśmy bliżej związani, i wadami tego, z którym w dzieciństwie wojowaliśmy, aby wreszcie zmienić rodzinny scenariusz. - Witaj w domu, droga Derro – szepnął. - Nazywałeś mnie kiedyś inaczej – odszepnęła z lekkim żalem. – Chciałabym znów usłyszeć tamto imię. - Bardzo urosłaś, moja dziewczynko. Już nie jesteś Pieskiem, ale całkiem dużą suczką. To była prawda. Tej wiosny osiągnęła wzrost stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów. Oznaczało to, że była tak wysoka jak matka i tylko trochę niższa od ojca. Rodzice przestali być dla niej groźnymi olbrzymami, noszącymi głowy ponad chmurami. Nie musiała już bać się ściągniętych gniewnie brwi Arminy i jej unoszącej się w karzącym geście dłoni, która najczęściej natrafiała w końcu na powietrze, nie wyrządzając dziewczynce krzywdy. Teraz była pełnoletnia i nikt nie miała prawa jej bić. Nawet rodzice. Nawet Lorana. Tak, ojciec, gdy jeszcze był dla niej Tatą, nazywał ją Pieskiem. A jednak nie to miano uszczęśliwiłoby ją najbardziej. Chciała znów być choć przez chwilę Elaysią, cudownym dzieckiem słońca. - Przywitaj się z siostrą, Kan-tan – rzuciła półgłosem Armina. Derra przyklękła na jedno kolano i na oślep wyciągnęła przed siebie ramiona, by objąć dziecięce ciałko. Kiedy ją porwano, Kan-tan miał cztery lata. Dziś musiał być więc rezolutnym i żywym jak iskra dziesięciolatkiem. Przynajmniej tak wyobrażała sobie brata. Przytuliła go mocno, znów mając ochotę się rozpłakać. Zwichrzyła z uczuciem włosy chłopczyka, układające się w miękkie loki i przypominające nieco czuprynę Taty. Wyraźnie czuła, jak małe ciało sztywnieje w jej mocnych ramionach i stawia opór nadmiernym czułościom tej obcej osoby. Gdyby mógł, natychmiast by się jej wyrwał i wrócił do swojej zabawy. W jego wieku ocaliła życie Emanie, a człowiekiem, któremu stawiła czoła, był stojący tuż obok Sangacjanin. Ale może dzięki jakiemuś niepojętemu splotowi okoliczności, zwanemu przez niektórych przeznaczeniem, dojrzewała niezwykle szybko, nigdy tak naprawdę nie będąc dzieckiem. - Jak się masz, Kan-tanie? – szepnęła prosto do jego ucha. Ten ciepły oddech jeszcze bardziej rozdrażnił chłopca, który wyrywał jej się już całkiem jawnie. Puściła go wreszcie i spytała: - Pamiętasz mnie? - Jesteś moją siostrą. Mama dużo o tobie mówiła. Kazała mi wierzyć, że kiedyś wrócisz do domu. - I wróciłam. Ale czy mnie pamiętasz, Kan-tan? – powtórzyła z uporem. Chłopczyk nie odpowiedział, za to dotknął jej opaski takim gestem, jakby miał ochotę ją rozwiązać, i zapytał: - Co masz na twarzy? Ujęła delikatnie jego ręce i odsunęła od swojej głowy. - Nie dotykaj mnie w tym miejscu – powiedziała, starając się, by jej głos brzmiał łagodnie. Nie chciała przestraszyć go na samym początku. – Nikomu nie wolno rozwiązywać tej apaszki. Zapamiętaj to, a nie będę miała powodu, by się na ciebie złościć. - No właśnie, Derro – podjęła wątek matka. – Po co ci ta chustka? Przecież niczego przez nią nie widzisz. Bez niej widzę tyle samo, mamo. Nie powiedziała tego, w ogóle nie nawiązała do tego tematu. Wiedziała, że kiedyś będzie musiała opowiedzieć rodzicom o wypadku i pobycie w sangackim więzieniu. Na pewno będą domagać się wyjaśnień i będą chcieli zobaczyć jej twarz bez zasłony. Jednak gdyby mogła, odsuwałaby bez końca tę ponurą chwilę. Wstała, jeszcze raz pogłaskała chłopca po włosach. Malec miał do tej pory tylko jedną siostrę. Ze względu na dzielącą ich dużą różnicę wieku, Emana od zawsze zachowywała się w stosunku do Kan-tana jak zastępcza matka albo ciotka. Od tej chwili będzie miał drugą, nieco młodszą, która będzie się z nim bawić i opowie mu o świecie poza granicami ich okręgu. Pomyślała o stojącej przy samochodzie Loranie, czującej się pewnie w obliczu tej rodzinnej sielanki jak piąte koło u wozu. Przyszedł czas na dokonanie prezentacji. - Mamo, tato, chciałabym przedstawić wam moich przyjaciół – odezwała się we Wspólnej Mowie. – Aldorenta Morrisona już znacie. A ta Quatessinka to Lorana Yel. To moja... Urwała na chwilę, po raz kolejny poszukując usilnie w pamięci słowa, którego brakowało w każdym niemal języku, wyjąwszy gardyjski. Nazwanie jej przyjaciółką nie oddawałoby wystarczająco siły łączącej je więzi, określenie „partnerka” zabrzmiałoby zbyt sucho, a „kochanka” zbyt frywolnie. Społeczeństwo nie przewidziało dla takich jak one miejsca także w mowie. Lorana wepchnęła psa do samochodu i zatrzasnęła drzwi, by zwierzę nie uciekło. Podeszła do Derry i ujęła jej dłoń, patrząc w oczy Arminy niemalże wyzywająco. Może powinna zachowywać się na początku bardziej powściągliwie, jeśli chciała sobie zjednać tych ludzi, ale nagle odżyły w niej emocje z czasów szkolnych, gdy w pojedynkę zmagała się z nieprzychylnością reszty świata. Nie było wtedy przy niej nikogo, kto wziąłby ją za rękę i poprowadził przez życie, kto dodawałby jej odwagi, powtarzając cierpliwie każdego wieczoru, że trzeba walczyć o miłość, a nie przeciwko niej. Lorana też spłacała swój dług zaciągnięty u bezbronnej, poniżanej piętnastolatki. - Ktoś, kogo kocham – dokończyła wreszcie Derra. – To właśnie z nią teraz jestem. Lorana jest utalentowaną malarką i wspaniałym człowiekiem. Och, polubicie ją na pewno. Każdy, kto zna Loranę, prędzej czy później zakochuje się w niej. A jeśli nie polubicie jej ze względu na nią samą, to zróbcie to dla mnie. Proszę. Kiedy skończyła, na podwórzu zapadła krępująca cisza. Lorana wciąż wytrzymywała mężnie zaskoczone spojrzenie starszej Entorianki. Usta Arminy zacisnęły się w wyrazie gniewnego rozczarowania, a całe jej surowe oblicze stężało na kamień, wyrażając krańcowe niezadowolenie. Dele-kan przyglądał się w milczeniu córce i jej kochance z nie mniejszym zdumieniem. Przez jego urodziwą, usianą bladymi piegami twarz przemknął grymas bólu. Mężczyzna odwrócił w końcu wzrok i zatknął oba kciuki za pasek spodni, symbolicznie odmawiając w ten sposób zajęcia jednoznacznego stanowiska wobec tej nietypowej miłości. Nawet Aldorent nie był w stanie opanować tej sytuacji. Uśmiechnął się nieco sztucznie, by rozładować napięcie, ale tamci dwoje nie zwracali na niego uwagi. Lekkimi ruchami głowy dawał Loranie dyskretny znak, by wycofała się, przynajmniej na razie, do samochodu, i nie dolewała oliwy do ognia. Lecz Quatessinka nie zamierzała ustąpić. Gdyby poddała się na samym początku, trudno by jej było później odzyskać utraconą pozycję. Postanowiła, że swoim uporem i wierną miłością do Derry zmusi tych ludzi, tak bardzo przypominających jej własnych rodziców, by przynajmniej zaakceptowali to, czego nie rozumieli. - Cieszę się, że mogę wreszcie poznać rodziców Derry – Lorana odezwała się pierwsza, nie przerywając małej wojny na spojrzenia z matką swojej ukochanej. – Jestem święcie przekonana, że są państwo tak niezwykłymi ludźmi, jak w jej opowieściach. - Nam też miło panią poznać – odparła sztywno Armina. Jej głosem można było zamrażać lody. – Nie zdziwię się, jeśli Derra będzie wypowiadać się na pani temat z dużym entuzjazmem. Cokolwiek łączyło te dwie, Derra, jej rozsądna i posłuszna córeczka, nie była temu winna. Tylko tamta, ta wysoka, czarnowłosa i śniadoskóra, patrząca z tak wielką śmiałością kobieta, ponosiła całkowitą odpowiedzialność za upadek moralny młodziutkiej Entorianki. - Ten entuzjazm na pewno nie dorówna temu, z którym mówiła o dzieciństwie pod państwa dachem. Dlatego nie obawiam się o jej przyszłość. Derra nie mogła wziąć udziału w tej wymianie spojrzeń, lecz doskonale zdawała sobie sprawę z wiszących w powietrzu emocji. Wyczuwała je przede wszystkim w interwałach ciężkiego milczenia, gęsto przeplatających oszczędną rozmowę. Chciała powiedzieć coś, co przekonałoby jej rodziców do Lorany, a raczej do uczucia, które do niej żywiła, lecz nic odpowiedniego nie przychodziło jej do głowy. Pewnie potrzeba będzie bardzo dużo czasu, aby zmienić ich postawę wobec tej miłości. Była jednak przekonana, że w końcu tak właśnie się stanie. - Kan-tan, biegnij po babcię – rzuciła półgłosem Armina. Chłopiec natychmiast zerwał się do biegu, sprytnie omijając stojące na drodze kałuże deszczówki. Był zadowolony, że nie musi dłużej uczestniczyć w rzewnej scenie, która przerodziła się na koniec w coś, co zupełnie nie mieściło się w jasnej główce dziesięciolatka. Czyżby jego dopiero co odzyskana siostra była zaręczona z tą ciemnoskórą dziewczyną? Takie rzeczy miały miejsce tylko w komediowych sztukach, które kilka razy w roku wystawiał w ich szkole młodzieżowy teatrzyk z Archad, ale nigdy w życiu. W prawdziwym świecie dziewczęta dorastały i wychodziły za chłopców, a nie za inne dziewczęta. - Wejdźmy do domu – odezwała się znów Armina. – Nie stójmy tak przy tej bramie, gdzie wszyscy mogą nas oglądać. Aldorent ostrożnie wprowadził jeepa na podwórze, starając się nie zadrapać karoserii o szorstkie drewno palisady. Przed kilkoma tygodniami miał w Kenlacji niewielką stłuczkę i musiał oddać samochód do serwisu, by wymieniono mu pogięty przedni zderzak. Odebrał go wprawdzie już następnego dnia, lecz doba bez własnego środka transportu ciągnęła mu się w nieskończoność. Tak bardzo przywykł do polegania na swojej umiejętności prowadzenia pojazdu, że bez auta czuł się jak bez ręki. Biorąc pod uwagę fakt, że najbliższy autoryzowany serwis znajdował się paręset kilometrów stąd, musiał być szczególnie przewidujący. Zagadnął Dele-kana o miejsce, gdzie mógłby postawić samochód. Nie ukrywał, że najbardziej zadowoliłoby go kryte pomieszczenie. Za zagrodą dla owiec, ciasno stłoczonych i cicho pobekujących w odpowiedzi na to nadzwyczajne zamieszanie, wznosiło się zadaszenie, pod którym jeep zmieściłby się bez trudu. Gospodarz trzymał tam jednak szeroki drewniany wóz z metalowym ożebrowaniem, na którym można było rozpiąć grube, chroniące przed deszczem płótno. Mógłby wprowadzić samochód do stodoły, ale ta również była zajęta przez zgrabną podróżną bryczkę ze składanym dachem. Musiał więc zaparkować pod gołym niebem, mając nadzieję, że ulewy, jeśli przyjdą, nie będą zbyt gwałtowne. Miesiąc, który zaczął się przed kilkoma dniami, nosił we Wspólnej Mowie nazwę Tarsak, co znaczyło Nadejście Burz. Natura budziła się do życia w konwulsjach, przypominając Kiramczykom banalną prawdę, że nie są władcami planety, a jedynie przechodniami. Był to także miesiąc, w którym miał obchodzić swoje trzydzieste szóste urodziny. Wciąż nie przywykł do myśli, że w jego przypadku jest to nadal wczesna młodość. Derra powoli wchodziła na strome stopnie ganku. Zbyt późno przypomniała sobie o ich istnieniu i gdyby nie ostrzeżenie Lorany, z pewnością zaliczyłaby bolesny upadek. Armina obserwowała tę scenę ze zdumieniem i narastającym niepokojem. Czyżby jej córka była niewidoma? A jeśli tak, to jak to się, na Chaos, mogło stać? Przecież kiedy po raz ostatni widziała Derrę nad rzeką w tamtym sądnym dniu, jej córka była zupełnie zdrową, wesołą dziewczynką. Kiramczycy nie zapadali na choroby, co oznaczało, że tracili fizyczną sprawność jedynie na skutek ciężkich wypadków. Jakie straszliwe zdarzenie uczyniło z jej pięknej córki kalekę? I przede wszystkim, dlaczego Derra zachowywała się tak, jakby w ogóle nie miało ono miejsca, zdając się ignorować własne nieszczęście? Długo „oglądała” na swój sposób sień, a następnie największy pokój i kuchnię. Badała dłońmi sprzęty i ściany, nie wyłączając podłogi. Chciała przypomnieć sobie jak najwięcej i rzeczywiście, wspomnienia powracały szerokimi falami wraz z każdym delikatnym muśnięciem. Ostrożnie, by uniknąć bolesnych poparzeń, manewrowała dłońmi przy kaflowym piecu, na którym w tym domu przygotowywano posiłki. Siadła na chwilę na ciepłej jeszcze lepce. Wzięła do ręki pogrzebacz, którym jako dziecko zdejmowała z płyty kolejne fajerki. Wymacała wiszące nad kuchnią półki, na których jej matka przechowywała stalowe garnki i patelnie. Natrafiła przy tym na gliniany dzban, w którym Armina rozczyniała zakwas na tradycyjny domowy żurek. Jej matka doprawiała go jedną ze słynnych mieszanek ziołowych, których komponowanie było w Entorii sztuką, przekazywaną pieczołowicie młodemu pokoleniu. Podeszła do stojącego pod samym oknem kuchennego stołu. Właśnie tutaj jadano w powszednie dni, rezerwując rozsuwany mebel stojący w największym pokoju na ważne uroczystości. Obmacała wysokie oparcia drewnianych krzeseł z wyciętymi otworami w kształcie odwróconych serc. To okno wychodziło na wschód i kiedy matka podawała śniadanie, radosne słoneczne zajączki tańczyły po stole i twarzach domowników. Dotknęła lekko krótkiej firanki z najcieńszego muślinu. Nie miała pojęcia, jaki wypleciono na niej wzór, chyba kielichy z wychylającymi się z nich główkami kwiatów, ale nie była pewna. Opuszki jej palców nie były aż tak wrażliwe. Armina nie umiała dłużej przyglądać się spokojnie temu rozdzierającemu serce obrazowi. Podeszła do córki i chwyciła ją za łokieć. - Co ci jest, Derro? – spytała. – Powiedz, co się stało? Dlaczego nie widzisz? - Mamo, porozmawiamy o tym później. Daj mi nacieszyć się domem. - Jestem twoją matką. Mam prawo wiedzieć o wszystkim, co cię dotyczy. Co się stało? Dlaczego nosisz tę chustkę? Dziewczyna próbowała wyrwać rękę z jej zdecydowanego uścisku, przerażona natarczywością matczynej troski. Odwróciła głowę, starając się dać Arminie do zrozumienia, że nie chce teraz odpowiadać na te wszystkie pytania. Wysunęła brodę w przód, jakby szukała pomocy. Lorana zawahała się, niepewna, czy wolno jej mieszać się do spraw rodziny. Nie zrozumiała słów, lecz wystarczała jej mowa ciała Derry, by usłyszeć wołanie o ratunek. Podjąwszy wreszcie decyzję, przeszła przez całą długość kuchni i stanęła obok Entorianek. - Czemu nie może się pani uzbroić w cierpliwość? – zaczęła cicho. – Wszystko pani opowiemy, ale nie w tej chwili. Proszę dać jej czas, by mogła najpierw oswoić się na nowo z tym miejscem. - Proszę odczepić się od mojej córki i zająć własnym życiem. Jeśli ktoś taki jak pani w ogóle je ma. Matka Derry posługiwała się Wspólną Mową w zupełnie poprawny sposób, lecz z wyraźnym i twardym entoriańskim akcentem. Nawet nie próbowała ukryć faktu, że używa języka wyuczonego w szkole, a potem, w dorosłym życiu, niemal niepotrzebnego. Oschłość w głosie Arminy nie pozostawiała żadnych wątpliwości co do jej intencji. A jednak Lorana odparła spokojnie: - To jest moje życie, proszę pani. Odpowiedziała tymi samymi słowami, którymi uraczyła ją pół roku temu Derra, kiedy usiłowała wyprosić młodziutką Entoriankę ze swojej pracowni. To jest moje życie. Każda z nich była najważniejszą częścią życia tej drugiej. Armina szykowała się do ciętej riposty. Nie zdążyła niczego powiedzieć, ponieważ do domu weszli obaj mężczyźni, wiodąc niezobowiązującą rozmowę o prognozie pogody na najbliższy tydzień. A potem również oni zamilkli, ponieważ do kuchni wpadł jak strzała chłopczyk, wołając: - Babcia z dziadkiem już tu są! Rzeczywiście, zaraz za nim wkroczyła z pośpiechem, ale i z majestatem, którego nie zabrał jej płynący bezlitośnie czas, przywódczyni gromady, Kendra Amno. W rozcięciu jej długiej sukni pyszniła się ozdoba wykonana z zawieszonego na rzemyku wilczego kła, wyrwanego bestii, którą Kendra własnoręcznie ustrzeliła przed kilkoma laty. Wciąż była w stanie sama się obronić przed napaścią tych zwierząt, co dowodziło, że nie musi w tym roku oddawać władzy Arminie. Gęsto przetykane bielą włosy splotła w dwa cienkie warkocze. Odrzuciła je na plecy, wsunąwszy w nie najpierw kilka jastrzębich piór, pochodzących z upolowanych również przez nią ptaków. Ten niezwykły naszyjnik i te pióra odwracały uwagę od starczych, głębokich zmarszczek na skórze dzielnej kobiety. Nadal zachowywała siłę, ale jej uroda już zgasła. Towarzyszył jej siwowłosy, lecz wciąż krzepki mężczyzna o imieniu Viljar, ojciec Arminy i Devrona. Znów były pełne czułości powitania, uściski, łzy i obopólne zapewnienia o wielkiej radości. - Witaj znów wśród nas, wnusiu. Gdzie ty zdążyłaś tak wyrosnąć? – szepnęła Kendra. Także ją dziewczyna doścignęła w ostatnim roku wzrostem, co znacznie zmniejszyło dziecięcy strach Derry przed dyrygującą wszystkimi babką. Wzruszyła się, czując drżenie wysychającego powoli ciała kobiety, którą sześć lat temu uważała niemal za wszechwładne bóstwo. Bo nawet surowa Kendra była tylko człowiekiem. Także ona, kiedy już zdjęła uszytą z najlepszego lnu suknię, odłożyła do szkatułki wszystkie swoje myśliwskie trofea i drewnianą biżuterię, rozplotła włosy, które w młodości musiały lśnić cudownym blaskiem, kiedy jej mężczyzna spał już mocno, odwrócony do niej plecami, wtedy także na pozór niedostępna słabościom wielka Kendra musiała leżeć niekiedy bezsennie długie godziny, myśląc z niepokojem o zbliżającym się własnym końcu oraz utraconej wnuczce. Witając się z babką i dziadkiem, Derra robiła wszystko, by odciągnąć ich uwagę od opaski na swojej twarzy oraz od nieporadności we własnych ruchach. Ci dwoje również będą musieli dowiedzieć się w końcu o kalectwie dziewczyny. Znała każdy zakamarek w mieszkaniu w Spid, ale tutaj dopiero uczyła się na pamięć przestrzeni i rzeczy, a także osób, które miała rozpoznawać po zapachu i sposobie poruszania się. Lorana postała jeszcze chwilę w kuchni, by upewnić się, że jej partnerce nic nie zagraża. Poczuła się nagle zbędna i wycofała do pokoju dla gości, gdzie siadła w napiętej pozie na kanapie, zmuszając psa, by położył się na podłodze u jej stóp. Tamtych ludzi łączyły więzy krwi, ona była obca. Zachowałaby się naiwnie oczekując, że stanie się od razu członkiem rodziny. Gdyby była mężczyzną, ten proces byłby znacznie łatwiejszy. Wystarczyłby zwykły ślub. Ale była kobietą i na domiar złego pochodziła z najodleglejszego zakątka kontynentu. Była podwójnie obca i podwójnie niepożądana. Natomiast Aldorent czuł się wśród Entorian jak ryba w wodzie. Żartował ze wszystkimi, uśmiechał się rozbrajająco i narzekał na deszczową pogodę. Ale on chyba wszędzie czuł się jak u siebie w domu. Miał ogromną łatwość nawiązywania stosunków z ludźmi. Bez większego wysiłku zdobywał ich zaufanie i utrzymywał przyjaźnie. Talent ten zawodził dopiero wtedy, gdy w grę wchodził intymny związek. Ona, Lorana, była inna. Pozostawała nieufna w towarzystwie ludzi, których znała słabo, ale kiedy kochała, rozwijała skrzydła i wzlatywała pod niebiosa. - Zjemy dzisiaj kolację w pokoju – zarządziła Armina, kiedy wszyscy członkowie rodziny ochłonęli trochę po ogromnej porcji wzruszenia. – Dele-kan, przygotuj stół. Ojciec Derry wraz z Aldorentem i dziadkiem Viljarem zajęli się wysuwaniem na środek pokoju ciężkiego bukowego stołu. Odciągnęli w przeciwne strony obie części błyszczącego od stwardniałej na kamień żywicy blatu, wyjmując trzecią płytę, skrytą pod spodem. Po złożeniu przy stole mogło swobodnie zasiąść osiem osób. Dele-kan nakrył potem mebel białym obrusem z wyhaftowanymi na obrzeżach czerwonymi różami, używanym tylko od święta. Położył przed każdym z biesiadników lnianą serwetę z chabrowym motywem. W tym czasie dziadek przytaszczył od studni wielkie wiadro lodowato zimnej wody. Armina i Kendra zajęły się przygotowywaniem posiłku. Babka bez trudu rozpaliła ogień w piecu, zaś młodsza kobieta obierała pospiesznie ziemniaki i myła baraninę, którą przechowywała w ukrytej pod podłogą w sieni piwniczce, owiniętą w stare gazety. Postanowiła ugotować mięso z zebranymi zeszłego lata we własnym ogródku, ususzonymi i przechowywanymi w lnianych woreczkach ziołami. Nie spodziewała się gości i dlatego nie przygotowała wcześniej odpowiedniej ilości potraw. Gdyby miała więcej czasu, zrobiłaby pewnie barszcz z ususzonych poprzedniej jesieni grzybów albo placek z orzechami. Uczczenie powrotu opłakiwanej przez tak wiele nocy córki warte było każdego trudu. Miała też trochę wędlin i marynowane w occie kurki. Miała kilka gatunków serów, które własnoręcznie wyciskała z owczego i krowiego mleka, a także zapas jajek. Kupowała je od wędrownego handlarza, ponieważ w Sokole nie hodowano drobiu. Entoria nikomu nie pozwalała umrzeć z głodu, obdarzając swoje dzieci nieskończonym bogactwem lasów, pól, łąk i zagród. Sama Armina Amno była zapobiegliwą gospodynią, której gościom nigdy nie brakowało pożywienia. Nie był to bynajmniej koniec odwiedzin. Gdy spóźniony obiad był gotowy i wszyscy ośmioro zasiedli do suto zastawionego stołu, a pies ogryzał w kącie kości, rozległo się głośne pukanie do drzwi. Kolejnymi gośćmi okazali się wuj Devron i jego żona, wujenka Elanta, którzy zdążyli już pochwycić na którejś z błotnistych dróżek plotkę o powrocie siostrzenicy. Byli dla Arminy rodziną na tyle bliską, by bez zwłoki przybiec do domu szczęśliwych rodziców i na własne oczy zobaczyć odnalezioną. Znów były łzy, uściski, poklepywanie po plecach i dziwienie się wzrostowi Derry. Dziewczyna…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%