fantastyka · 1 godz. 39 min czytania
Córka słońca, rozdział 29
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}{b}ROZDZIAŁ XXIX MARSZAŁEK RASZKIEWICZ{/i}{/b}
- Proszę, niech pani usiądzie, panno Carradine – wskazał jej dłonią plastikowe krzesło po drugiej stronie biurka, na które dziewczyna natychmiast posłusznie opadła, jak pociągana za sznurki lalka. - Wezwałem panią... - Poprosił mnie pan – przerwała Katia, popatrując ze wzrastającym przestrachem w ciemne oczy starca. Nerwowo ściągnęła z prawej dłoni białą, satynową rękawiczkę, tak ciasną, że nawet jej własna ręka, od kilku miesięcy przypominająca bardziej fragment szkieletu niż ciała młodej, ładnej kobiety, z trudem się w nią mieściła. Nosiła te rękawiczki bardziej dla ozdoby niż dla ciepła, nie rozstając się z nimi nawet w budynkach. W ten sposób łatwiej jej było także ukryć chorobliwą chudość, będącą oznaką dręczącej ją przypadłości modelek. - Wezwałem panią – powtórzył nieco głośniej Stanley Raszkiewicz. Położył wreszcie na biurku ulubiony pozłacany długopis i przyglądał się dziewczynie spod nastroszonych groźnie brwi. – Wezwałem, aby osobiście poinformować szanowną panienkę, że wznowiłem przed kilkoma dniami postępowanie sądowe, wytoczone z urzędu przeciwko Derze Amno w sprawie o zabójstwo pani brata. Ponownie będzie pani na rozprawie głównym świadkiem oskarżenia. Czy dostała pani już wezwanie do sądu? - Nie, panie marszałku – szepnęła, spuszczając wreszcie wzrok. - W takim razie wkrótce je pani dostanie. Zaprosiłem panią do mojego gabinetu – odezwał się nieco łagodniej, czyniąc wobec niej to drobne ustępstwo – ponieważ chcę, aby opowiedziała mi pani, co wydarzyło się w pani mieszkaniu pomiędzy godziną dwudziestą pierwszą a dwudziestą drugą w dniu osiemnastego lipca pięćset osiemdziesiątego pierwszego roku, czyli wtedy, gdy zginął pani brat Michael. Proszę przy tym panią o całkowitą szczerość. Udało się pani okłamać sąd, ale mnie pani nie okłamie. - Wszystko już powiedziałam – odparła z irytacją, drżącą dłonią skubiąc końce palców drugiej rękawiczki. – Moje zeznania są w aktach z tej rozprawy. Na pewno miał pan do nich dostęp. - Mam dostęp do wszystkich dokumentów w tym państwie, śliczna panienko. Pytam, ponieważ chcę usłyszeć prawdę z pani ust. Gdybym był w pani wieku, moglibyśmy siedzieć tu do jutra i gawędzić o bzdurach, ale jestem stary. Pozostało mi mało czasu i bardzo go sobie cenię, dlatego proszę o przejście do konkretów. - Wszystko już powiedziałam i powiem jeszcze raz na tej drugiej rozprawie, ale jeśli tak bardzo pan tego chce, opowiem panu, co zdarzyło się w tym dniu. Wróciłam do domu późnym wieczorem po sesji zdjęciowej dla Tissota. Ledwo przekręciłam klucz w drzwiach, gdy usłyszałam głośny krzyk mojego brata. Biedny Mike wzywał pomocy, a ona szarpała na nim ubranie, wrzeszcząc, że teraz jej nie ucieknie. Mike wyrwał się, wtedy ona chwyciła go za włosy, powlokła w kierunku okna i tak długo uderzała z całej siły jego głową o żebro kaloryfera – naprawiali wtedy u nas grzejniki i dlatego pokrywa była zdjęta – aż nieszczęśnik wyzionął ducha. Widziałam ten koszmar na własne oczy i darłam się jak szalona, ale nie dałam rady oderwać tej bestii od mojego brata. Wie pan przecież, że kiedy Kiramczyk wpadnie w szał, nie ma takiej siły, który byłaby w stanie go powstrzymać. To wszystko, panie marszałku. - Czy to jest cała prawda, panno Carradine? – spytał cicho, przechylając się całym ciałem w jej kierunku. Odsunęła się z obrzydzeniem i lękiem, poczuwszy kwaśną woń oddechu byłego Eliminatora. - To jest cała prawda – odparła, próbując włożyć w to zdanie jak najwięcej przekonania. Ale chyba niezbyt dobrze jej to wyszło, bo zapytał po raz kolejny: - Czy to jest prawda? A może chce pani coś dodać do swojego zeznania albo je wycofać? - Nic więcej nie mam do powiedzenia. - A to ciekawe, bo znam odmienną wersję tego wydarzenia. Według osoby, która w pani mniemaniu nie żyje prawie od roku, to Michael Carradine był niedoszłym gwałcicielem i na dodatek pijanym awanturnikiem. Jeśli mam wierzyć Derze Amno, nie przekroczyła ona nawet granic obrony koniecznej. Próbowała jedynie odepchnąć od siebie mocno podchmielonego mężczyznę. Michael upadł tak niefortunnie na ten nieszczęsny odkryty kaloryfer, że skończyło się to pęknięciem czaszki. Derra próbowała go cucić, wtedy weszła pani i narobiła wrzasku, a potem wezwała pani policję i nie mając dowodów, oskarżyła tamtą dziewczynę o morderstwo. Skłamawszy raz, trzymała się pani kurczowo swojej blagi, nie chcąc się skompromitować. Nie dziwię się zresztą pani zacietrzewieniu. Ofiara wypadku była pani bliskim krewnym, więc zrobiła pani wszystko, by zniszczyć osobę zamieszaną w to zdarzenie. Poza tym miała pani na pieńku z Derrą, dlatego skwapliwie skorzystała pani z okazji, by się zemścić. Podobno poszło o jakiegoś chłopca i nie tylko. Czyż nie tak, panno Carradine? - Nie wiem, o czym pan mówi. W sądzie powiedziałam prawdę – skrzyżowała chude kolana, wiercąc się na niewygodnym krześle w swojej kusej spódniczce. Jednakże na siedzącym naprzeciwko niej mężczyźnie ten gest i ta prowokująca nagość nie wywarły żadnego wrażenia. Jeśli chciała wypróbować na nim najstarszą damską sztuczkę, to wszystkie jej usiłowania miały trafiać w próżnię. Stanley Raszkiewicz był całkowicie nieczuły na wdzięki młodziutkich anorektyczek. - Derra Amno twierdzi coś zupełnie innego. Czy może pani to wyjaśnić? - To Derra żyje...? – jej oczy zrobiły się ze zdumienia wielkie jak spodki, a opanowany do tej pory, wyćwiczony głos przeszedł w histeryczny dziewczęcy pisk. – Przecież czytałam gazety. Jeden z pańskich ludzi wywiózł ją z kraju i wykonał wyrok. Ona jest martwa. Musi być martwa. Powtarzała z uporem ostatnie zdanie, jakby chciała przekonać o jego prawdziwości przede wszystkim samą siebie. Jakby bardzo chciała uwierzyć, że Derra nie miała prawa przeżyć w świecie, który z taką zawziętością pragnął ją zniszczyć. A może chciała pozbyć się w ten sposób napełniającej ją niewypowiedzianą zgrozą myśli, że pewnego dnia bezoka dziewczyna wróci do Sangacji i będzie nawiedzać ją w snach i na jawie. Ale starzec nie zamierzał rozwiać jej obaw. - Ona żyje, panno Carradine. Żyje i jest niewinna, dlatego musi zostać uwolniona od brzemienia wyroku. Przynajmniej tyle jesteśmy jej dłużni jako kraj. Dlatego chciałbym panią prosić, aby na kolejnej rozprawie powiedziała pani prawdę. Będę nalegał, ponieważ bardzo zależy mi na szczęściu tej dziewczyny. - Powiedziałam prawdę. Ta Entorianka z zimną krwią zamordowała mojego brata. - Sądziłem, że jest pani rozsądną dziewczyną – odparł z niekłamanym smutkiem, szukając czegoś w szufladzie biurka. – Myślałem, że nie będę musiał uciekać się do ostateczności. Ale pomyliłem się. Gdyby nie była pani tak uparta, nie musiałbym tego robić. Położył na blacie najnowszy numer „Desire”, jednego z najpopularniejszych sangackich magazynów erotycznych. Przesunął upierścienioną dłonią po lśniącym papierze okładki. Przez chwilę napawał się rumieńcem zażenowania wykwitającym na jej bladej twarzyczce. Otworzył wreszcie pismo, obrócił w jej stronę i podsunął prawie pod nos, pokazując palcem zdjęcie. Tamta sesja sprzed półtora roku, zrobiona dla „Men's Point of View”, była dziecinną zabawą przy tym, do czego dziewczyna była gotowa posunąć się teraz, byleby zarobić pieniądze i zwrócić na siebie uwagę. Dla kapryśnej córki Carradine'ów ciało kobiety, także własne, było przede wszystkim obiektem seksualnego pożądania, który należało jak najkorzystniej sprzedać. Na jednym ze zdjęć pozowała zupełnie naga, jedynie w dziwacznym pióropuszu na głowie, siedząc na krześle odchylona w zmysłowej pozie, z przymkniętymi oczami i wydętymi w wyrazie cielesnej rozkoszy wargami. Jedna z jej dłoni rozchylała kusząco łono, a palec drugiej przykrywał łechtaczkę we wcale nie udawanym geście sprawiania sobie przyjemności. Marszałek odwrócił kartkę i pokazał jej drugie zdjęcie. Na tym leżała z rozchylonymi nogami na pokrytej marszczonym, delikatnym jedwabiem kanapie, a nagi mężczyzna klękał przed swą boginią w niedwuznacznej pozie, pieszcząc językiem jej narządy płciowe i jednocześnie pobudzając dłonią własny członek. Policzki płonęły jej ze złości na człowieka, który przytaszczył tutaj tę nieszczęsną gazetę, a teraz niemal pluł jej tymi zdjęciami w twarz. Była zła także na fotografa, który namówił ją na tak śmiałe zdjęcia, przysięgając na wszystkie świętości, że mnóstwo dziewczyn, które najpierw przeszły przez jego troskliwe ręce, w ten właśnie sposób rozpoczynało błyskotliwą karierę w świecie filmu. Pozostała jej tylko złość i uczucie lęku przed karą, ponieważ wstydu wyzbyła się już dawno temu. - Śmiało sobie pani poczyna – odezwał się wreszcie. – Dziewczyna z katolickiego domu przeszła samą siebie. Czy pani rodzice widzieli już te zdjęcia? - Nie obchodzi ich to – bąknęła, nie patrząc na niego. Przebierała nerwowo palcami po własnych kolanach, jakby nie umiała nawet przez chwilę utrzymać dłoni w bezruchu. – Nie zaszantażuje mnie pan w ten sposób. Mówiła prawdę. Wiedział z pewnego źródła, że w domu Carradine'ów dzieje się źle. Od czasu, gdy widział ją po raz ostatni, jeszcze bardziej wychudła, jeśli było to w jej przypadku możliwe. Blade oblicze Katii upodobniło się do obciągniętej skórą czaszki, pokrytej grubą warstwą makijażu. Tylko duże, brązowe oczy płonęły jakimś gorączkowym blaskiem, upewniając rozmówcę, że dziewczyna jest wciąż żywa. Kiedy pochylił się mocniej w jej stronę, zauważył, że białka tych oczu są pocięte cieniutkimi czerwonymi żyłkami, jakby Katii wciąż brakowało snu. Lub jakby zdarzało jej się wypijać zbyt dużą liczbę drinków, po których długo dochodziła do siebie. Pomalowała usta intensywnie czerwoną szminką, co nadało jej twarzy wygląd teatralnej maski lub oblicza przedstawicielki najstarszego zawodu świata, który na dobrą sprawę wykonywała. Ciemne włosy, pomimo drogiej farby pozbawione witalności i blasku, zebrała w gładki kok u nasady głowy. Miała na sobie obcisłą „małą czarną”, siatkowe rajstopy z dużymi otworami i biały, rozpinany sweterek. Podobno skończyła niedawno dziewiętnaście lat, co sprawiało, że była tylko o rok starsza od nieszczęśliwej Entorianki. W jego oczach wyglądała jednak co najmniej na trzydzieści, jakby była już steraną zbyt intensywnym i rozwiązłym trybem życia kobietą, przez której łóżko mężczyźni przewijają się tak prędko, że nie zdąża się nawet zapamiętać ich twarzy. Wiedział, że Caradine'owie nie interesują się jedynym pozostałym przy życiu dzieckiem. Katia nie mogła nawet w części wypełnić im pustki po stracie syna, z którym wiązali ogromne nadzieje na przyszłość. Może również dlatego była tym, kim była. Wiedział, że depresja Amber Carradine pogłębia się z miesiąca na miesiąc, powodując, że kobieta nie mogła już obejść się bez silnych leków psychotropowych. Jej mąż, Timothy, nie był oparciem ani dla żony, ani dla córki. Wciąż wrzał gniewem graniczącym z nieprzytomną furią, obwiniając je obie o śmierć Michaela. Podobno Amber pozwoliła Entoriance na wszystko, rozpieszczając ją, zamiast wychowywać. Gdyby nie zabrakło jego karcącej męskiej dłoni, Derra nie wyrosłaby na zbrodniarkę. Ale to właśnie Amber odseparowała go od całej trójki dzieci, na dodatek buntując je przeciwko ojcowskiej władzy. Katia również była winna wszelkim nieszczęściom, głównie z tego powodu, że nie była chłopcem. Mogła robić, co chciała, i nikogo to nie obchodziło. Do tych problemów dołączyły trudności finansowe, ponieważ po zniknięciu Derry państwo przestało wypłacać Carradine'om należną „pensję”. Trójka ludzi mogłaby bez trudu utrzymać się z poborów Timothy'ego, uzupełnionych sporymi honorariami Katii, gdyby nie to, że w ciągu tych pięciu lat rodzina zdążyła przywyknąć do bardziej wystawnego trybu życia. - Czy pani wie, że rozpowszechnianie pornografii jest w Sangacji zakazane? – odezwał się znów złowieszczym tonem, patrząc w jej wielkie, błyszczące niezdrowo oczy. – Grozi za to kara grzywny lub nawet pozbawienia wolności. Czy pani o tym wie, panno Carradine? - Nie robię niczego złego. To była tylko taka zabawa. Ten fotograf powiedział, że wszystkie dziewczyny przez to przechodzą. Jej głos był głosem przerażonego dziecka. Już nie była zmysłową kobietą, ale wymalowaną jak lalka dziewczynką, nieświadomą czyhających ze świata zagrożeń. - Przecież ta gazeta jest zafoliowana do sprzedaży – dodała, kuląc się na krześle. – Dzieci nie mogą zobaczyć tych zdjęć. - To jest twarda pornografia, panno Carradine – pochylił się jeszcze mocniej w jej stronę, jakby chciał przewiercić ją płomiennym wzrokiem. – Nie wiem, dlaczego państwo wciąż na to pozwala. Pewnego dnia dobierzemy się wam wszystkim do skóry. Tym, którzy robią te zdjęcia, tym, którzy wydają te szmatławce, tym, którzy je sprzedają w kioskach, a także kobietom i mężczyznom, które do nich pozują. Mogę przymknąć oko na pani wybryki, ale mogę też sprawić, że będzie pani miała poważny kłopot z prawem. Chyba nie chce pani przysporzyć swoim rodzicom jeszcze więcej smutku? I chyba nie chce pani trafić za kratki, gdzie osobie tak kruchej i ładnej jak pani mogłaby przytrafić się niejedna nieprzyjemna rzecz? Nie chce pani tego, prawda, panno Katio? Pokręciła pospiesznie głową. Czuła się całkowicie pokonana przez tego potężnego starca, a niedawna hardość uleciała z niej jak powietrze z przekłutego balonu. Teraz już nie odważyłaby się kłamać mu w żywe oczy. - Nie wiem, co dokładnie zdarzyło się tego wieczoru. Kiedy wróciłam do domu, Mike już nie żył. Nie mam zielonego pojęcia, co zaszło między nim a tą Kiramejką. Może było tak, jak ona twierdzi. Uśmiechnął się z jawnym triumfem. Właśnie odniósł pierwsze zwycięstwo. Warto było sięgnąć po tak drastyczne środki. - Pani słowa zaczynają mi się podobać, panno Carradine. Zawrzyjmy układ. Pani zezna w sądzie na korzyść Derry, a ja udam, że nigdy nie widziałem tych zdjęć. Rozumiemy się? - Tak jest, panie marszałku – szepnęła. Zupełnie jak moi ludzie, pomyślał z przekąsem. Wcześniej czy później wszyscy zaczynali mówić do niego w ten sposób. Nikt nie miał prawa obstawać w jego obecności przy swoim. Ale ta dziewczyna nie nadawała się ani trochę na jednego z jego ludzi. Była raczej typem osoby, jakie jego chłopcy wynosili nieprzytomne na rękach z płonących budynków i spadających wind. Całkiem jak w kolejnym odcinku przygód niezapomnianego Jamesa Bonda. - A więc zawarliśmy przymierze. Teraz od pani zależy, jak dobrze wypełni pani swoją rolę. Jeśli mnie pani zawiedzie, nie będę miał litości. - Dlaczego pan to robi? – odezwała się nagle, podnosząc wzrok. – Przecież to tylko Entorianka. To ja jestem człowiekiem, nie ona. Dlaczego pan się o nią troszczy? Przecież to zdrada narodu. - Owszem, Derra jest Entorianką – odpowiedział powoli, wstając i górując swą zwalistą sylwetką nad szczuplutką dziewczyną. – Ale jest warta tysiąc takich jak pani. Co ja mówię, jest cenniejsza od miliona kobiet zarabiających na kosmetyki własnym ciałem. Zrobię wszystko, by ją ocalić. A co będzie z panią, zupełnie mnie nie obchodzi. Odebrała już pani swoją nagrodę na ziemi. Powiedziałem to, co miałem do powiedzenia, a teraz proszę wyjść. Pani obecność mnie męczy, poza tym mam sporo zajęć. Zobaczymy się w sądzie. Nie będę czekał na to spotkanie z utęsknieniem. A kiedy była już przy drzwiach, które automatycznie się przed nią rozsunęły, dorzucił: - Nie cieszę się też na spotkanie z twoim ojcem i wolałbym, aby Derra nie była zmuszona do przebywania w jego towarzystwie. Chyba jednak nie uda mi się jej tego oszczędzić. Powiedz mu, że do niego też się w końcu dobiorę. Może odgrzebię tę starą sprawę z kradzieżą czterech tysięcy dolarów z kasy „Uniwersalnych robotów”. Niech nie myśli, że to już się przedawniło. Darowałem mu winę warunkowo, o ile będzie się dobrze sprawował, i w każdej chwili mogę cofnąć moją łaskę.
* * *
Dziewiętnastego dnia Tarsak Aldorent zjawił się w domu Derry tuż przed kolacją. Natychmiast został usadzony przez jej matkę przy stole i poczęstowany grubym plastrem gotowanej polędwicy z chrzanem, który Armina osobiście tarła i wekowała zeszłej jesieni. Rozmowa obracała się wokół niezobowiązujących drobiazgów, związanych z codziennym życiem wsi. Derra miała serdecznie dość wlokących się jak zimowe noce dyskusji o jej przyszłości, nieodmiennie nacechowanych rozpaczą i nerwowością, zwłaszcza ze strony Arminy. Dlatego zarówno sama obecność Aldorenta, jak i jego dobry humor, były jej bardzo na rękę. Po skończonym posiłku chłopiec pobiegł na górę, Dele-kan wyszedł z domu, by napoić zwierzęta przed snem, zaś matka zabrała się do zmywania talerzy. Aldorent wciąż mówił coś o strzyżeniu owiec, więc Derra z grzeczności nie wstawała od stołu i słuchała nieuważnie. W odpowiednich chwilach kiwała głową, uśmiechała się i udawała, że opowieść mężczyzny bardzo ją bawi. Ale tak naprawdę znów pogrążyła się we własnych myślach. Poznawała teraz długość dnia po tym, kiedy promienie słońca przestawały pieścić wieczorem jej policzki, a spokojna okolica powlekała się całunem ciszy, charakterystycznym dla nocnej pory. Wiedziała, że w miesiącach Tarsak i Kytorn na tej szerokości geograficznej będzie gwałtownie przybywało dnia, zaś w błogosławionych, najjaśniejszych miesiącach Flamerule i Eleasias słońce praktycznie przestanie zachodzić. Znów będzie mogła rozpoczynać dzień o trzeciej godzinie po północy, nie będąc narażona na uszczypliwe docinki i zaganianie z powrotem do łóżka, ponieważ tak samo będą postępować wszyscy wokół. Nie mogła się doczekać gorączki białych nocy, kiedy w każdego Nordlinga wstępowała niepojęta moc. Nawet po dwudziestu godzinach wytężonej fizycznej pracy mieszkańcy Północy nie czuli zmęczenia, a tylko ekstatyczną radość. To nic, że nie zobaczy tej jasności. Będzie ją odbierała całą sobą. Usłyszy ją w śpiewie karmiących pisklęta ptaków, wyczuje pocałunki El Khan-naar w delikatnych podmuchach wiatru, chłodzących jej spocone czoło. Pomyślała o letniej wędrówce, której czas nadchodził wielkimi krokami. Natychmiast jej myśli zwróciły się ku dwojgu przybyszom, a przede wszystkim ku Loranie. Zaczęła się zastanawiać, jak jej ukochana zniesie pierwsze letnie przesilenie w tej części kontynentu. Czy podoła trudom wyprawy, budzona graniem rogu Kendry o drugiej nad ranem, idąca długie godziny bez przystanku w kurzu entoriańskich gościńców, posilająca się gotowaną naprędce na węglach potrawką z zabitej celnym ciosem kamienia kuropatwy, popijająca tę kolację udojonym przed kilkoma minutami, jeszcze ciepłym mlekiem? Taki tryb życia niezbyt przystawał do względnie komfortowych warunków, jakimi malarka cieszyła się w swoim mieszkaniu w Spid. Dlatego Derra dość mocno obawiała się rozstrzygającej próby. Wiedziała, że Lorana ma silny, zahartowany przy pracach w winnicy organizm, w równym stopniu jak jej własny lub Aldorenta przystosowany do pokonywania fizycznych wyzwań. Pewnie nie będzie zbytnio się uskarżać, próbując chociaż w ten sposób wkupić się w łaski gromady. Nie mogła jednak oszukać natury. W jej geny nie wpisano efektu przesileniowego. Potrzebowała – jak Sangacjanie – około ośmiu godzin snu na dobę przez cały okrągły rok. Przymusowe skracanie tego czasu do trzech godzin, utrzymujące się przez kilka tygodni, może doprowadzić ją na skraj wyczerpania. Szukała właśnie w myślach rozwiązania tej trudności, gdy z zadumy wyrwały ją słowa Aldorenta, kończącego jakąś dłuższą przemowę: - Mówił mi dzisiaj, że przyjedzie tu najpóźniej dziewiątego kwietnia, to jest... - przeliczał przez chwilę w głowie jeden kalendarz na drugi – dwudziestego Tarsak. A więc jutro. - Kto tu przyjedzie? – spytała, drgnąwszy silnie. Zaczynała już odczuwać niepokój. Ostatnio prawie bez przerwy była zaniepokojona i rozdrażniona, tęskniąc za Loraną i irytując się niechęcią rodziny do niej. Dlatego nie potrzebowała kogoś, kto zjawi się nieproszony w ich domu i będzie usiłował po raz kolejny wywrócić jej życie do góry nogami. - Marszałek Stanley Raszkiewicz, dowódca Zbrojnych Sił Sangacji – wyjaśnił cierpliwie jak małemu dziecku. – Mówiłem ci już, że jest naszym przyjacielem. Przygotował dla ciebie niespodziankę, a podobno nawet dwie. Bardzo chciałby porozmawiać z tobą osobiście, dlatego prosił, żebym przytrzymał jeszcze przez kilka dni język za zębami. Złowiła wyczulonym słuchem dobiegające gdzieś z okolicy pieca sapnięcie Arminy. Trudno było powiedzieć, jakie emocje się za nim kryły. Czyżby matka chciała mieć wpływ na każdą najdrobniejszą rzecz, jaką robiła Derra, i złościła się, że tamci dwoje odważyli się układać jakiś plan za jej plecami? A może było to westchnienie ulgi na dźwięk nazwiska człowieka, który – niezależnie od wszystkiego, co stało się wcześniej – odgrywał teraz dla nich rolę męża opatrznościowego? Tego Derra nie miała się nigdy dowiedzieć. Nie podobało jej się, że Aldorent tak swobodnie rozmawia z nią w obecności Arminy. Przywykła już do tego, że musi wykluczać rodziców z niemal wszystkich istotnych dla niej obszarów życia, dochodząc w swej skrytości niekiedy do paranoi. Wolałaby dzielić się z nimi swoimi radościami i smutkami, lecz nie mogła nic poradzić na bolesny fakt, że łącząca ją z nimi duchowa więź pękła bezpowrotnie, a powodem tego zerwania była zbyt długa rozłąka i głęboka metamorfoza dziewczyny. Może udałoby jej się naprawić to pęknięcie, gdyby zrezygnowała ze swoich marzeń i poddała się całkowicie ich, a przede wszystkim matki, woli. Gdyby na nowo stała się cząstką tego ciasnego światka, wyrzekając się wszystkiego, co nie brało swojego początku z rodzinnego domu. Pewnie nawet by tak zrobiła, gdyby chodziło tylko o nią samą, gdyby nie musiała przy tym wyrzec się także – a właściwie przede wszystkim – miłości Lorany. - W takim razie spotkam się z nim – odparła wreszcie, ponownie „spoglądając” na mężczyznę. Może nie miała się czego obawiać, bo tamten człowiek rzeczywiście się zmienił. – Gdzie ma się odbyć ta rozmowa? Tutaj, w tym domu? - Armino, czy mogę go tu przyprowadzić? – zapytał, zwracając się wprost do osoby, która podejmowała w tym obejściu większość decyzji. – To dobry człowiek, który z całą pewnością nie skrzywdzi Derry ani nikogo z waszej rodziny. Ma do powiedzenia coś, co jest warte wysłuchania jak wszyscy diabli. Nie pożałujesz, jeśli się zgodzisz. - Niech więc przyjdzie – odparła kobieta, mile połechtana tym uderzeniem do właściwej instancji, i skwitowała swoje słowa lekkim uśmiechem. – Ale pamiętaj, że bierzesz odpowiedzialność za wszystko, co powie bądź zrobi. - Biorę ją bez wahania i dziękuję za twoją przychylność dla niego, droga Armino. Jestem pewien, że wszyscy go polubicie już po pierwszym spotkaniu. Ani słowa o tym, że to właśnie Stanley Raszkiewicz wymyślił operację „Dzikus”, co poskutkowało całą lawiną niefortunnych zdarzeń. Na szczęście przyzwyczaiła się już do niepełnych wypowiedzi Aldorenta, dawkującego prawdę oszczędnie i rozważnie jak silne lekarstwo. Szybko pocieszyła się myślą, że może rozwiązanie jej problemów, które podobno znalazł odmieniony cudownie starzec, było warte tego, by puścić w niepamięć stare zadry. Marszałek Raszkiewicz zjawił się rzeczywiście następnego dnia zaraz po obiedzie. Przyprowadził go Aldorent, z czego Derra wywnioskowała, że starzec musiał zaparkować samochód w obejściu Kendry, obok jeepa Morrisona. Miała słabą nadzieję, że wraz z dwoma mężczyznami pojawi się Lorana, jednak rozczarowała się. Musiała zadowolić się towarzystwem Sangacjan, uzupełnionym o obecność obojga rodziców. Zasiedli oni przy kuchennym stole zaraz po tym, jak marszałek wszedł do domu, odkładając na później wszystkie pilne zajęcia. Wciąż trochę bała się tego mężczyzny. Ten strach zmniejszył się znacznie, gdy marszałek ujął jej zwisającą swobodnie wzdłuż boku dłoń i potrząsnął nią lekko, mówiąc przy tym zadziwiająco nieśmiałym głosem: - Witaj, Derro. - Dzień dobry, panie marszałku – odparła, oddając z drżeniem uścisk. Siadła przy stole obok Aldorenta, gdy tamten zajmował miejsce głowy domu. Nawet w tym zupełnie obcym miejscu błyskawicznie przejął dowodzenie w sposób tak naturalny, jakby to on, a nie Kendra, od dwudziestu lat rządził w tej społeczności. Żadne z jej rodziców nie próbowało protestować przeciw tej nadzwyczajnej zuchwałości. Dele-kan przycupnął w milczeniu po przeciwnej stronie stołu, obcinając bez skrępowania paznokcie. Armina zajęła się pełnieniem obowiązków pani domu, podając jadło i napitek. Derra cieszyła się w duchu, że Raszkiewiczowi udało się zyskać przychylność obojga jej rodziców. Wystarczył łagodny głos, tak bardzo nie pasujący do jego wcześniejszego wizerunku, szeroki uśmiech, przekonujący o szczerości intencji, oraz mocny uścisk dłoni. Najwyraźniej ani Armina, ani Dele-kan wciąż nie mieli zielonego pojęcia o sławetnej operacji „Dzikus”. Byli za to głęboko przekonani, że marszałek od początku należał do najwierniejszych sojuszników i przyjaciół jej córki. W obecnej sytuacji nie miała zamiaru wyprowadzać ich z błędu. Marszałek popijał powoli herbatę z glinianego kubka, popatrując przy tym uważnie na dziewczynę. Próbował nie przyglądać się czerwonemu skrawkowi materiału, opasującemu jej podobno puste oczodoły, lecz jego wzrok, niemalże wbrew woli mężczyzny, wciąż ślizgał się po tej opasce. Pomyślał przelotnie o tym, co skrywała Derra, i pomimo jego legendarnego w ZSS opanowania, wstrząsnął nim zimny dreszcz. Zbyt dobrze pamiętał tamto upiorne zdjęcie, by miał chęć zrywać z jej twarzy zasłonę. Było mu bardzo żal młodziutkiej Entorianki, lecz jednocześnie podziwiał ją za ogromny hart ducha, na które nie zdobyłby się niejeden mężczyzna z jego rasy. Zastanawiał się też nad jej wiekiem. Wiedział, że ma niecałe osiemnaście lat, lecz nie dałby sobie uciąć głowy za tę liczbę. Kiedy widział ją po raz ostatni, a zdarzyło się to na kilka miesięcy przed tamtym niefortunnym wypadkiem, miała wciąż dziecinną, nieco zaokrągloną twarzyczkę oraz figurę dobrze odkarmionego podlotka. Obecnie naprzeciw niego siedziała piękna młoda kobieta, którą szpeciła jedynie ta koszmarna apaszka, starsza od dziewczęcia, które pamiętał, o spory szmat czasu. Tak właśnie bywało z Kiramczykami. Starzeli się w przyspieszonym tempie i niekiedy w taki sam sposób dojrzewali. - Przed kilkunastoma dniami odwiedziłem Centralny Szpital Miejski w Derbachii. Odbyłem tam długą rozmowę z profesorem Casimirem Orlovsky'm, najwybitniejszym okulistą naszych czasów – zaczął starzec, zwracając się bezpośrednio do Derry. Starał się patrzeć prosto w jej „oczy”. Podwładny uprzedził go drogą telefoniczną, że właśnie takiego zachowania oczekuje młoda Entorianka, i że dzięki jakiemuś szóstemu zmysłowi zawsze wie, kiedy ktoś traktuje ją poważnie. - Profesor może poszczycić się także drugą specjalizacją. Mianowicie jest kiramologiem, a więc zna się na fizjologii i anatomii waszej rasy. To nie jest żaden wuj naszego Terry'ego – zwrócił się na moment do Aldorenta. – Zbieżność nazwisk jest całkowicie przypadkowa. Opisałem mu możliwie najdokładniej twój, Derro, problem. Odparł, że jeżeli wyjęto ci jedynie gałki oczne, zaś twój nerw wzrokowy nie został uszkodzony, możliwe będzie wprawienie implantów, które zastąpią utracony narząd. Wiesz, że w ostatnich kilku dziesięcioleciach nasza nauka poczyniła zadziwiające postępy, zarówno w dziedzinie transplantologii, jak i zastępowania utraconych bądź chorych części ciała ich sztucznymi odpowiednikami. Od kilkunastu lat umiemy już budować na bazie układów krzemowych myślące istoty, a także łączyć organiczną tkankę z elektronicznymi obwodami. Z tego wszystkiego wynikły oczywiście nowe problemy. Aldorent wie o tym najlepiej, w końcu nie raz polował na zbuntowanego androida – ponownie skinął głową w kierunku młodszego mężczyzny. - Jednakże w twoim przypadku, Derro, możemy mówić wyłącznie o cudzie – kontynuował. – Profesor chciałby cię dokładnie zbadać, zanim podejmie się operacji. Lecz jest niemal pewien, że będziesz znów widzieć. Sztuczne oczy, które dostaniesz, nie będą prawie niczym różnić się od prawdziwych, odzyskasz więc także naturalny wygląd. Uradziliśmy jeszcze jedno. Otóż szpital przy Akademii Medycznej w Polinii dysponuje wystarczającym wyposażeniem oraz odpowiednio wyszkolonym personelem. Nie będziesz musiała nawet przekraczać bez koniecznej potrzeby granicy Sangacji. Odzyskasz wzrok w swoim kraju. - Czy to znaczy, że po tej operacji Derra będzie taka sama jak wszyscy ludzie? – wtrąciła matka. Położyła na lepce brudną ścierkę i przysiadła wreszcie na krześle, po prawicy marszałka. - Dokładnie tak, proszę pani – skinął głową, sięgając po jeden z marynowanych grzybków. Z ust Arminy wyrwał się gwałtowny, nieartykułowany okrzyk radości. Kobieta poderwała się żwawo z miejsca, okrążyła stół, otoczyła ramieniem szyję córki i ucałowała w uniesieniu jej skroń. Derra przyjęła ten gest ze zdumieniem, ale także z rozlewającym się po sercu ciepłem. Czyżby doświadczała właśnie pierwszego odruchu głębokiej matczynej miłości, połączonej z akceptacją dla wszystkich dobrych i ważnych rzeczy, które rozgrywały się w życiu jej dziecka? Bardzo chciała wierzyć, że tak właśnie jest. Może kiedy przestanie przynosić matce wstyd swoją niedołężnością, lód w sercu Arminy stopnieje jak kra na wiosnę i córka Kendry w końcu otworzy swe ramiona dla wybranki Derry. Dele-kan drgnął silnie, odkładając na stół cążki. Skrzywił się, jakby właśnie jadł cytrynę. Ten grymas niezbyt pasował do jego ładnej twarzy. - Poczekajcie – odezwał się, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych. A kiedy w kuchni zapadła niczym nie mącona, pełna wyczekiwania cisza, dodał: - Poczekajcie chwilę. Przede wszystkim ty, córko, i ty, Armino. To jest sangacka technologia, nie żadne nowe oczy. Szklane kulki, a nie ciało. Może nie ma z czego tak bardzo się cieszyć. Będziesz trochę takim... jak wy to nazywacie w Sangacji? – zwrócił się do Aldorenta. – Te istoty zbudowane w połowie z ciała, a w połowie z metalu? - Derra nie będzie cyborgiem – odparł natychmiast Raszkiewicz, wplatając angielskie słowo pomiędzy resztę zdania we Wspólnej Mowie, w której nie istniał żaden rozsądny odpowiednik. – Przecież dostanie jedynie oczy. O cyborgu możemy mówić dopiero wtedy, kiedy osobnik nie mógłby przeżyć bez sztucznych komponentów. Chociaż to kiepska definicja, bo przecież nikt nie uznaje człowieka ze sztucznym sercem za cyborga. - W naszym kraju wykorzystujemy wszystkie osiągnięcia nauki, by ratować ludzkie życie lub poprawiać jego jakość – dodał Aldorent. – Uznajemy protezy za bardziej humanitarne rozwiązanie niż uśmiercenie człowieka, który stracił obie nogi, jak nagminnie dzieje się to w Kiramie. Czy wolisz, by twoja córka pozostała do śmierci zdaną na innych inwalidką, bylebyś tylko nie musiał oglądać kawałka sangackiej technologii? - Róbcie sobie, jak chcecie – machnął ręką Entorianin. – Ja uważam, że będą z tego kłopoty. - Tato, nie marudź – odparła błagalnym tonem Derra, dotknięta jego rezerwą wobec tak radosnej wieści. – Przecież wiesz, że niczego więcej nie da się zrobić. Tamte oczy mi nie odrosną. Mówisz tak, jakbyś nie chciał zobaczyć mnie bez tej wstrętnej opaski. - Wolałbym, żebyś nigdy nie trafiła do Sangacji. Dziewczyna milczała, chociaż miała ochotę wykrzyczeć mu w twarz, że przecież nie cofnie czasu. Nie warto było rozpaczać teraz z powodu czegoś, co zdarzyło się dawno temu. Skoro nie można było sprawić, by rany nigdy nie zostały zadane, należało dołożyć wszelkich starań, by jak najlepiej się zagoiły, i spoglądać w przyszłość, nie w tył. Przynajmniej entuzjazm Arminy był szczery. Przynajmniej ona nie wynajdywała dziury w całym, ten jeden raz robiąc słuszny wyjątek w swojej niechęci do naukowego postępu. Matka Derry z trudem hamowała łzy szczęścia. Mocując się ze sobą, szepnęła z nieśmiałością, tak bardzo nie licytującą z jej zwykłą pewnością siebie: - Niech pana Wielki Duch błogosławi za tyle dobra. Wydawał się być nieco zmieszany tą adoracją, bo odchrząknął silnie, zasłaniając usta dłonią, i powiedział: - Nie mnie powinna pani dziękować, ale człowiekowi, który zajmie się waszą córką. O ile wszystko pójdzie dobrze, a najpewniej tak będzie. - Każda operacja kosztuje – odezwał się Aldorent. – Kasy chorych finansują tylko najprostsze badania i zabiegi. Na pewno nie zapłacą za leczenie Entorianki. - Masz rację, chłopcze. Derra straciła obywatelstwo sangackie z dniem, w którym zapadł w jej sprawie prawomocny wyrok. Nie ma już prawa do bezpłatnej opieki medycznej w naszym kraju. A nawet gdyby tak się nie stało, bardzo wątpię w to, by którakolwiek z kas zechciała sfinansować tę operację. Uprzedzenia gatunkowe biorą górę nawet wtedy, gdy prawo działa na korzyść osoby pokrzywdzonej – dokończył gorzko. Derra słuchała z niedowierzaniem, podnosząc od czasu do czasu dłoń i dotykając lekko opaski. A więc byłaby taka sama jak reszta ludzi, widziałaby zupełnie tak jak dawniej, mogłaby nareszcie zdjąć szpecącą jej twarz zasłonę...? Mogłaby pójść w każde miejsce i robić wszystko, co uważałaby za właściwe, nie pytając nikogo o zgodę? Słuchała i nie dawała wiary tak wielkiemu szczęściu, ponieważ zawiodło ją ono już zbyt wiele razy. Ale ten uśmiech fortuny nie wydawał się złudzeniem. Marszałek mówił dalej nadzwyczaj łagodnym i pełnym wzruszenia głosem: - Zaraz po rozmowie z profesorem pojechałem do banku i sprawdziłem stan mojego prywatnego konta. W ciągu czterdziestu dziewięciu lat pracy zawodowej zaoszczędziłem tak wiele pieniędzy, że z łatwością pokryją one koszt operacji. I tak nie miałbym co zrobić z tą fortuną – wzruszył ramionami pozornie nonszalanckim gestem. – Nie mam dzieci ani wnuków, nie mam także braci ani sióstr, których dzieci mogłyby po mnie dziedziczyć. Nie chcę czekać, aż po mojej śmierci jakaś daleka rodzina, te wszystkie siódme wody po kisielu, rzucą się na dorobek mojego życia i łapczywie go rozdrapią, by wydać moje oszczędności na samochody i markowe ubrania. Lub, co gorsza, wszystko przejdzie na własność skarbu państwa. Zgadza się – dodał, widząc zdziwioną minę Aldorenta – nie chcę zasilać budżetu Sangacji. Nasze państwo w takim kształcie, jaki ma obecnie, nie jest warte tego, by zapisać mu choćby złamanego centa. Wolę dać wszystkie moje pieniądze tobie, Derro. - Kiedy dostanę nowe oczy? – spytała cicho dziewczyna, przesuwając się wraz z krzesłem w kierunku Raszkiewicza. Jeśli do tej pory budził w niej lęk, uczucie to wyparowało na dobre jak kamfora. Gdyby życzył jej źle, nie oddawałby wszystkiego, co miał, by ocalić jej młodość i marzenia. - Profesor chce operować cię tak szybko, jak tylko będzie to możliwe – odparł. – Polubisz go na pewno. To niezwykle sympatyczny, spokojny staruszek, który wszystkim wokół przychyliłby nieba. Nie jest to dziwne, biorąc pod uwagę jego nazwisko. Jego odlegli przodkowie musieli być Polakami, podobnie jak moi. W tym kraju rodzili się jedynie ludzie o wielkich sercach. - A więc będę normalna – szepnęła, a jej ładne usta rozciągnęły się w uśmiechu pełnym rozmarzenia. – I wreszcie zobaczę moją Lo... kogoś – dokończyła ciszej, rumieniąc się gwałtownie. - Tak, ale to nie wszystko. Mam dla ciebie jeszcze jedną dobrą niespodziankę – mówił dalej Raszkiewicz, nie zauważywszy jej zmieszania. – Przed kilkoma tygodniami złożyłem w twoim imieniu apelację do sądu drugiej instancji w tamtej nieszczęsnej sprawie. Jak już wspomniałem, odebrano ci wszystkie prawa cywilne z dniem, w którym zostałaś skazana na śmierć, więc nie mogłabyś zrobić tego własnoręcznie. Teraz jesteś taką samą dzikuską jak cała reszta i nie masz żadnych przywilejów – ruchem dłoni powstrzymał pełen oburzenia protest Arminy i kontynuował: - Otworzyłem ponownie przewód sądowy w kształcie Stanley Raszkiewicz kontra państwo sangackie. Porozmawiałem najpierw z samym ministrem sprawiedliwości. To człowiek, na którego odpowiednio wyważona perswazja działa dokładnie tak, jak powinna. Nie należy do ścisłego grona zwolenników naszego drogiego prezydenta ani tym bardziej naszego, pożal się Boże, premiera, i od czasu do czasu słucha także głosu rozsądku. Przedstawiłem mu szczegółowo twoją sprawę i pokazałem zdjęcie, które zrobiono ci w tamtym czasie w więzieniu. Wysłuchał mnie uważnie i obiecał, że pociągnie za odpowiednie sznurki, by uzyskać dla ciebie wyrok uniewinniający. Spotkałem się też z prokuratorem generalnym i uzyskałem zapewnienie, że on sam ani jego ludzie nie będą szukać dziury w całym. Dodając do tego przekonanie, że kluczowa dla rozprawy osoba zezna dokładnie to, co chcielibyśmy usłyszeć, jestem pewien, że tym razem wyrok będzie całkiem inny. Będziesz musiała pojawić się osobiście na tej rozprawie i złożyć zeznania. Ale niczym się nie martw. Przyjadę do Sokoła jeszcze raz i zabiorę cię do Derbachii. Będziesz pod moją opieką. Nie pozwolę, by spadł ci tam z głowy chociażby jeden włos. - Chcielibyśmy być na tej rozprawie z córką – wtrąciła Armina. - Nie widzę przeszkód – odparł. – Państwa obecność będzie dla Derry dużym wsparciem. Poza tym przypomni przysięgłym, że decydują o losie nie „jakiejś tam” dzikuski, lecz młodej i nieszczęśliwej kobiety, mającej kochających rodziców. Staniesz się dla nich, droga Derro, znacznie bardziej ludzka. Zależy mi na tym, by rozprawa odbyła się wcześniej niż operacja. Tym razem dostaniesz adwokata z prawdziwego zdarzenia, który w odpowiedniej chwili poprosi cię o zdjęcie opaski i pokazanie Wysokiemu Sądowi i przysięgłym twoich blizn. Jeśli to nie zmiękczy ich serc, to chyba nic nie zdoła ich do ciebie przekonać. Nikt mu nie przerywał, nikt nie próbował z nim dyskutować. Przyjechał, by obwieścić swoje zamiary, a ponieważ współbrzmiały one doskonale z marzeniami tamtych ludzi, słuchano go jak wyroczni. A on mówił dalej: - W ostatnich dwóch dziesięcioleciach bardzo często naginałem działania naszego systemu sądownictwa dla potrzeb ZSS. Z reguły chodziło o wydanie wyroku skazującego na wysoko postawioną osobę. Tacy ludzie, korzystając z wciąż istniejących w naszym prawie luk i rozmaitych kruczków, z łatwością wymykali się niezbyt doświadczonemu oskarżycielowi. Ale nie zawsze ścigałem prawdziwych przestępców. Czasami decydowałem się zniszczyć niewinnego człowieka, który mógł okazać się bezpośrednim bądź pośrednim zagrożeniem dla spokoju w państwie. Niezliczone mnóstwo razy posługiwałem się prawnymi narzędziami w co najmniej dwuznacznych intencjach i nie odczuwałem z tego powodu najlżejszych wyrzutów sumienia. Ale teraz wiem, że żaden system nie służy sam sobie i nie jest wart funta kłaków, jeżeli nie staje po stronie skrzywdzonych i cierpiących. Dlatego chcę posłużyć się ten jeden raz moimi wpływami po to, by uratować, a nie zniszczyć czyjeś życie. - Czy Katia i jej rodzice też będą na sali? – odezwała się Derra. - To właśnie panna Carradine jest głównym świadkiem oskarżenia – odparł Raszkiewicz. Niestety, ta przykrość cię nie ominie. Nie ukrywam, że trochę na nią wpłynąłem w niezbyt miły sposób, ale nie sądzę, by zasługiwała na lepsze traktowanie. Nie po tym, jak obchodziła się z tobą. Kiedy dzięki wyrokowi uniewinniającemu odkleimy ci nareszcie ten uprzykrzony ogon w postaci moich nadgorliwych chłopców, będę musiał zająć się Timothy'm Carradine. A jeśli dobiorę mu się do skóry, zrobię to tak dobrze, że ten drań nie wygrzebie się z więzienia do końca życia. - Carradine jest mój – Derra powtórzyła swoją mantrę z jeszcze większą niż zazwyczaj zaciekłością. – Proszę się w to nie mieszać. Sama odpłacę mu identyczną monetą. - Derro, bądźże rozsądna – załamał ręce, opierając ciężko łokcie o stół. – Od kilku długich tygodni biedzę się nad tym, by przedstawić cię naszym decydentom w jak najkorzystniejszym świetle. Kreuję cię na skrzywdzoną niewinność, więc nią bądź, na miłość wszystkich świętych. Jeśli na sali sądowej doskoczysz do Timothy'ego z nożem w dłoni, cały mój wysiłek pójdzie w diabły. Kto wtedy uwierzy, że byłaś ofiarą, a nie napastniczką, skoro wyraźnie pokażesz, że jesteś zdolna do stosowania przemocy? Nie, moja droga Derro, nie wyrażam na to zgody. Masz zachowywać się w Sangacji spokojnie i to jest moje ostatnie słowo. - N...no dobrze – odparła po chwili wahania. – Na razie jeszcze mu odpuszczę, ale pewnego dnia pożałuje, że się urodził. - Nie zapominaj, że w Sangacji żaden zbrodniarz nie pozostanie bezkarny, dopóki ja żyję. Jeśli prawo okaże się bezsilne, z łatwością mogę je ominąć. Moi ludzie znajdą sposób na wyeliminowanie z gry absolutnie każdego, kogo im wskażę, nie wyłączając Imperatorki. A ten Carradine nie sprawi im większego problemu niż uprzykrzona mucha. - A jednak nalegam, by zostawił go pan dla mnie – pokręciła głową. – Obiecuję, że będą bardzo rozsądna i wyrównam rachunki dopiero wtedy, gdy nikomu już w ten sposób nie zaszkodzę. - Nie wiem, jak to sobie wyobrażasz, ale dobrze, nie będę pytał. Powiedzmy, że ci ufam. Do tej pory rozmowa obracała się wyłącznie wokół jej kłopotów. A przecież liczyło się także dobro innych ludzi, chociażby tego starca, któremu pomimo zgromadzonej w jednych rękach olbrzymiej władzy udało się pozostać przyzwoitym w gruncie rzeczy człowiekiem. Przypomniała sobie, jak przyjaciel mówił o zbierających się nad głową Raszkiewicza ciemnych chmurach. Zrobiło jej się nagle wstyd z powodu zaabsorbowania wyłącznie własną osobą. - Aldorent wspominał, że Jackson i kilku innych Eliminatorów próbuje usunąć pana ze stanowiska. Nie chcę, aby ktokolwiek skrzywdził pana z mojego powodu. Bardzo nie lubię, kiedy ludzie przeze mnie cierpią. Wiem, że Jackson jest mściwy i nie boi się nawet Wielkiego Ducha, dlatego wolałabym, aby się pan tak bardzo nie narażał. - Moje kochane dziecko – odparł niezwykle łagodnie, po ojcowsku ujmując jej smukłą dłoń własną, krzepką i spracowaną. – Cieszy mnie twoja troska, ale teraz ty jesteś najważniejsza. Gotów jestem zaryzykować bardzo dużo, byleby tylko ci pomóc. Owszem, masz rację. Kilku fanatykom bardzo nie podoba się to, co teraz robię. Puścił jej dłoń i mówił dalej, zwracając się w równej mierze do dziewczyny, jak i do Aldorenta: - Nie dalibyśmy sobie z nimi rady tylko we dwóch z Aldo. Tamten front nienawiści i ksenofobii jest zbyt silny, zbyt żywotny. Dlatego gromadzę wokół siebie grono wiernych ludzi. Ufam, że w chwili próby ci wszyscy dzielni chłopcy staną po mojej stronie. Dlatego nie kłopocz się o mnie zbytnio, Derro. My, mężczyźni, przychodzimy na świat po to, by radzić sobie z przeciwnościami losu. Co więcej, mamy obowiązek zdobywać przez całe życie siłę, mądrość i wrażliwość, abyśmy umieli otaczać opieką was, kobiety. Do tej pory nie było w moim życiu żadnej kobiety, o którą mógłbym się zatroszczyć, dlatego pozwól mi to czynić przynajmniej teraz. To dla mnie duża przyjemność, więc nie odbieraj mi jej. Kobieta. Nie, nie mogła być dla niego kobietą. Co najwyżej przyszywaną córką lub nawet wnuczką. Jej dziadek Viljar był młodszy od tego człowieka. Skoro jednak nalegał, postanowiła, że pozwoli mu się sobą zaopiekować. Miał jej do zaoferowania tak wiele, że odrzucenie jego pomocnej dłoni byłoby skrajnym brakiem rozsądku. Na dobrą sprawę był kluczem do rozwiązania wszystkich jej kłopotów. - No dobrze, na mnie już czas – wstał, patrząc przy tym na Arminę. – Niech państwo będą dobrej myśli. Będę w kontakcie z Aldorentem, którego upoważniłem do przekazywana państwu wszystkich istotnych wieści. Za kilka dni osobiście po ciebie przyjadę, Derro, i zawiozę cię prosto pod drzwi sądu. Mam nadzieję, że zniesiesz jakoś ten krótki pobyt w naszym kraju. - Przecież Aldorent może mnie tam zabrać – pokręciła głową, również wstając. – Nie musi pan po raz drugi przedzierać się do wioski po naszych wertepach. - Aldo zabierze twoich rodziców – odparł z leciutką irytacją. Wciąż nie pojmował, czemu ta dziewczyna musi być tak bardzo uparta i do przesady samowystarczalna. Wiedział, że właśnie takie bywają kiramskie kobiety, ale mogła przynajmniej ten jeden raz zrobić wyjątek. – Mógłby zabrać całą waszą trójkę, ale mówił mi, że jest jeszcze jedna osoba, która koniecznie powinna ci towarzyszyć. Dlatego musimy jechać na dwa samochody. Zrobiła taki ruch, jakby chciała skryć się w najciemniejszym kącie. Coś, co powoli i z bólem serca uczyła się zachowywać w ścisłym sekrecie, znów wychodziło niespodziewanie na jaw. Cieszyła się, że jest jeszcze niewidoma, bo nie musiała widzieć niezadowolonej miny matki. Dostrzegł jej popłoch i szybko dodał, starając się nadać swojemu szorstkiemu, nawykłemu do wydawania rozkazów głosowi jeszcze bardziej łagodne brzmienie: - Nie bój się. Zrobię także wszystko, abyście mogły być razem, chociaż... Zresztą, to nie mój problem. Może ktoś spojrzy na mnie z nieba i uśmiechnie się, widząc wasze szczęście. Ta zaskakująca deklaracja sprawiła, że jej wargi zaczęły drżeć, jakby w gotowości do płaczu, którym nie była w stanie wybuchnąć. Jej zwycięstwo miało być więc całkowite. Dłonie tego Sangacjanina, którego pojmowała coraz mniej, były pełnymi niezwykłych darów dłońmi anioła, a w starej piersi biło gołębie serce. Jeśli skrzywdził ją w przeszłości, to teraz wynagradzał z nawiązką tamte cierpienia. Już nie miała prawa być na niego zła – i rzeczywiście nie była. - Czy Kimmo też będzie na sali? – spytała cicho. - Nie. To nie jest konieczne. Ten chłopak nie ma żadnego związku ze sprawą. Odetchnęła z ulgą. To zdecydowanie nie był dobry czas na konfrontacyjne spotkanie dwojga ludzi, których kochała. O Kimmo pomyśli później. - Do zobaczenia wkrótce, Derro – potrząsnął delikatnie jej ramionami w pożegnalnym geście, a następnie uścisnął mocno dłonie Dele-kanowi i Arminie. - Chodźmy, chłopcze – powiedział, zwracając się do podwładnego. – Podzielisz się ze mną swoim zapasem paliwa. Tak się przejąłem tym wszystkim, że zapomniałem zatankować przy wyjeździe z Kolorado.
* * *
Marszałek przyjechał ponownie do Sokoła zaledwie dwa dni później, dwudziestego pierwszego Tarsak, tuż po wschodzie słońca. Nie bawił się w wylewne powitania i nie zawracał sobie na razie głowy dalszymi wyjaśnieniami. Polecił Derze i jej rodzicom założyć najlepsze ubrania, zaś Aldorenta wpakował w czarny stój Eliminatora, nie zważając na jego nieśmiały protest. Przynajmniej łaskawie pozwolił mu trzymać uprzykrzony hełm pod siedzeniem dla pasażera. Stwierdził rubasznie, że wszyscy mogą obyć się ten jeden raz bez śniadania, oraz odesłał przestraszonego Kan-tana do domu babki. Potem załadował Arminę i Dele-kana do jeepa młodszego Sangacjanina. Derra wraz z Loraną usadowiły się na tylnej kanapie jego srebrnej Kandy klasy E. Kosztowała ona więcej niż wynosił roczny dochód ministra, nie wliczając w to premii oraz nieformalnych korzyści majątkowych. Jechał pierwszy w kierunku Archad, skąd wiódł do samego Kolorado szeroki żwirowy trakt. Aldorent został natychmiast z tyłu. Nawet nie próbował wyścigu z luksusowym autem Raszkiewicza. Marszałek poszperał w schowku, gdzie trzymał pokaźną kolekcję minipłyt, i wybrał krążek z „Requiem” Wolfganga Amadeusza Mozarta w wykonaniu Derbachijskiej Orkiestry Symfonicznej. Popatrywał przy tym dyskretnie na lusterko, nie mogąc oprzeć się pragnieniu obserwowania dziewcząt. Quatessinka siadła z lewej strony, napierając masywnym ciałem na drzwi. Nie chciał zwracać jej uwagi, by nie psuć dobrze zapowiadającej się znajomości. Zablokował tylko w milczeniu wszystkie cztery klamki, zapobiegając w ten sposób ewentualnemu wypadkowi. Derra zsunęła ze stóp pantofle i ułożyła się wygodnie na obitej prawdziwą skórą kanapie. Oparła głowę, okoloną burzą miedzianych, świeżo umytych włosów, na kolanach przyjaciółki. Wciąż była niewidoma i nadal z takim samym zapałem bawiła się ze światem w chowanego. Zresztą, nie zamierzała niczego udawać w obecności tego starca. Przekonała wczoraj w myślach samą siebie, że marszałek jest uczciwym, w pełni godnym zaufania człowiekiem, przed którym nie musi kryć swoich uczuć do tamtej dziewczyny. Lorana wsunęła śniade palce we włosy kochanki, leniwie je rozgarniając i gładząc alabastrowe czoło. Entorianka zamruczała cicho, moszcząc się na siedzeniu jak wypieszczony kociak i zapadając w delikatny półsen. Tamta przez jakiś czas obserwowała uważnie przesuwające się za oknem krajobrazy, a były to głównie połacie sosnowych lasów, pola uprawne i małe wsie. Wreszcie, znudzona wszechobecną, coraz bujniejszą z dnia na dzień zielenią, odchyliła do tyłu głowę, wsparła ją o zagłówek, przymknęła oczy i również pogrążyła się w lekkiej drzemce. Wsunęła drugą dłoń pod łokieć Derry i położyła łagodnie na brzuchu młodszej dziewczyny, jakby upewniała się w ten sposób, że Entorianka wciąż jest przy niej. Mężczyzna próbował skupić się jedynie na prowadzeniu, lecz wciąż zerkał w lusterko. Jego brat Vincent też był homoseksualistą. Ale tamto działo się bardzo dawno temu, tak dawno, że Stanley ledwie pamiętał jego twarz. Chociaż od śmierci Vincenta upłynęło pół wieku, marszałek wciąż podświadomie obwiniał siebie o to, że brakło mu uporu i cierpliwości, by zmusić wątłego chłopca do walki o przetrwanie. Miał teraz okazję, by spłacić także tamten zadawniony dług. W osobie Derry ocalał zarówno matkę, jak i brata, dwoje nieszczęśliwych, osamotnionych, nie rozumianych przez świat ludzi. Jego życie zbliżało się powoli do końca. Zanim miał odejść, dostał od Boga, w którego w ostatnich miesiącach coraz bardziej wierzył, szansę naprawienia wszystkich poważnych zaniedbań i błędów. Zamierzał więc tę cudowną okazję jak najskrupulatniej wykorzystać. Wszystkie ścieżki na tym szlaku pokuty wiodły do jednej osoby, do bezokiej Entorianki, święcie ufającej we własną nadzwyczajną moc, którą podobno rzeczywiście posiadała. Aldorent opowiadał mu przez telefon o wizjach, jakie miewała ta dziewczyna w Quatessinie. Eliminator wiedział o nich z kolei od Lorany, która ze zrozumiałych względów okrywała milczeniem wiele…