Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 1 godz. 34 min czytania

Córka słońca, rozdział 31

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}{b}ROZDZIAŁ XXXI ROZDARTE SERCA{/i}{/b}

Czwartego dnia Kytorn w Sokole pojawił się po raz kolejny marszałek Raszkiewicz. Jego niezapowiedziana wizyta bardzo ucieszyła Derrę. Dziewczyna zauważyła przy tym, że groźny dowódca Zbrojnych Sił Sangacji postarzał się znacznie przez te dwa i pół roku, czyli od dnia, w którym widziała go po raz ostatni. Patrzyła z troską na jego zapadnięte policzki, głębokie sińce pod oczami i pomarszczoną skórę czaszki, pokrytą brązowymi, starczymi plamkami. W spojrzeniu marszałka oraz jego nieco wymuszonym uśmiechu czaił się wyraz delikatnej melancholii, rodzącej się z samotności i myśli o nieuchronnej śmierci, a krzaczaste brwi, niegdyś czarne, były teraz całkiem siwe. Za to on nie mógł się na nią napatrzeć. Gdyby nie bał się tak bardzo kobiet przez całe swe życie, byłby ich najwierniejszym adoratorem. Dopiero Derra zmieniła jego opinię o płci przeciwnej, udowadniając, że kobiety bywają również zabawnymi i inteligentnymi towarzyszkami, a nie jedynie wiecznie płaczącymi i domagającymi się czegoś żonami i matkami. Obracał ją na wszystkie strony, raz po raz ujmując w pomarszczone dłonie jej jasne policzki i przyglądając się nowym oczom. - Wyglądasz przeuroczo – powtarzał. – Orlovsky udowodnił, że dobrze zna się na swoim fachu. Nie widzę żadnej różnicy pomiędzy tymi oczami a tamtymi prawdziwymi. Jesteś przepiękną młodą damą, która mogłaby przebierać w mężczyznach jak w ulęgałkach. - Niechże pan da spokój – odparła ze śmiechem, mile połechtana komplementami, ale w tej chwilowej wesołości kryła się głęboka rozpacz. Zanim zacznie przebierać w mężczyznach jak w ulęgałkach, musi najpierw wyzwolić się od pewnej uwierającej od kilku dni więzi. Na szczęście Aldorent nie przyprowadził Quatessinki, co Derra przyjęła z westchnieniem ulgi. Od pamiętnego poranka w łóżku, zakończonego rozpaczliwym płaczem kochanki, obecność Lorany wprawiała ją w stan permanentnego zakłopotania i poczucia winy. - Powiedz, jak się teraz czujesz? Jak sobie radzisz z tymi implantami? – wypytywał dalej. Odpowiedziała: - Patrzę tymi oczami jak swoimi, tylko mocne światło już mnie nie razi i widzę w ciemnościach trochę lepiej niż inni. Jestem z nich całkiem zadowolona, panie marszałku. Mogę nawet płakać, chociaż akurat to wolałabym robić jak najrzadziej. - Jak traktują cię ludzie z wioski? Czy masz jakieś przykrości z powodu tej sztucznej części? Nazywają cię cyborgiem? - Nie, proszę pana. Nikt mnie tak nie nazywa. Wszyscy są dla mnie bardzo mili i cieszą się razem ze mną. Pewnie, że nikt nie nazywał jej cyborgiem. Większość Entorian nie znała nawet tego słowa. Ich nienawiść do sztucznych elementów w ludzkim ciele była jak instynkt, który nie potrzebuje nazwy, by prawidłowo działać. Gdyby więc miały ją spotkać jakieś szykany, jej gromada na pewno znalazłaby własne obelżywe określenie na odmienność Derry. Zaprowadziła jego i Aldorenta do pokoju na dole, podała herbatę. Ojciec nie raczył wyjrzeć ze swojego warsztatu, co było jej bardzo na rękę. Nie potrzebowała tłumów, gdy podejmowała przyjaciół. Matka swoim zwyczajem rozbijała się po kuchni, zdejmując z pieca fajerki i ustawiając na nim garnki. Derra odniosła wrażenie, że Armina robi to tego popołudnia wyjątkowo głośno, jakby chciała podkreślić swoją obecność w domu. Dziewczyna wstała więc i zamknęła drzwi dzielące salon od kuchni, trzaskając nimi ostentacyjnie. Napięcie pomiędzy nią a matką nie opadało, i nie chodziło już tylko o Loranę. Punktem zapalnym mogło stać się właściwie wszystko, łącznie z niedojedzonym śniadaniem. Siadła wreszcie w fotelu, naprzeciw obu mężczyzn. Raszkiewicz powoli sączył mocną herbatę, nie troszcząc się o ewentualną truciznę. Miał na sobie klasyczny czarny mundur, zapięty pod samą szyję. Za to Aldorent zjawił się w odświętnym ubraniu w spokojnym rdzawym kolorze, uszytym na entoriańską modłę z najlepszego lnu. Nie miała pojęcia, skąd wziął ten idealnie dopasowany na jego wzrost i muskularną budowę ciała strój, ale wyglądało to tak, jakby zamówił go u jednego z najpopularniejszych krawców w Archad. - A co u pana, panie marszałku? – zaczęła wreszcie nieśmiało. – Mam nadzieję, że nie miał pan z mojego powodu żadnych kłopotów. Nie wybaczyłabym sobie do końca życia, gdyby spotkało pana coś złego. Nie odpowiadał przez kilka chwil, dopijając herbatę i kończąc maślane ciasteczko. Wreszcie sapnął: - Porozmawialiśmy sobie wczoraj trochę z Jeremy’m. Próbowałem wytłumaczyć mu, że w tej sytuacji może jedynie zostawić cię w spokoju. Niewiele mówił i kiwał tylko głową, ale myślę, że zrozumiał. Nawet jeśli bardzo nie podoba mu się obrót spraw, wciąż musi wykonywać moje rozkazy. Uczciwie mówiąc, coraz mniej pojmuję jego upór. Gdyby cokolwiek zagrażało bytowi i bezpieczeństwu Sangacji, broniłbym mojej ojczyzny własną piersią. Nie jestem zdrajcą, jak zapewne uważa po cichu ten fanatyk. Po prostu nie widzę żadnego zagrożenia. Ty, Derro, jesteś tylko kropelką w kiramskim morzu. Nie władasz państwem i nie wystawisz przeciwko nam armii, nie zatrujesz rzek, nie zniszczysz wszystkich plonów i w żaden inny sposób nie wygubisz naszego narodu. Szkoda, że Jackson jest takim idiotą, bo jako bardzo młody człowiek rokował olbrzymie nadzieje. Myślałem nawet chwilami o uczynieniu go moim następcą, ale teraz wolałbym połknąć żabę niż oddać mu władzę. - Czy on może... - odezwała się dziewczyna – no wie pan, w jakiś sposób pozbawić pana dowodzenia? - Istnieje tylko jedna procedura prowadząca do odwołania marszałka – odparł. – Musi zebrać się pełny skład Rady Eliminatorów i jednomyślnie uznać, że dowódca przestał być zdolny do pełnienia swoich obowiązków. Wtedy stary marszałek zostaje pozbawiony urzędu, a Rada wybiera spośród siebie następcę. W tym przypadku taka ewentualność nie wchodzi w grę. Nawet jeśli radykalne skrzydło uzna, że sprzeniewierzyłem się naszym ideałom, nakazującym zawsze uznawać wyższość rasy ziemskiej, i zaczynam zagrażać interesom kraju, to Jacksonowi nigdy nie uda się przekonać wszystkich Eliminatorów, by głosowali za moim odwołaniem. - Pytałeś mnie kiedyś, czy mógłbyś zostać moim następcą – mówił dalej, zwracając się do Aldorenta. – Chciałeś zmienić przyszłość Sangacji, powstrzymać jej staczanie się po równi pochyłej w otchłań nacjonalizmu, uprzedzeń i niekontrolowanej ekspansji demograficznej. Powiedziałem ci wtedy, że jesteś zbyt wrażliwy, by podjąć się takiego zadania. Podtrzymuję te słowa, ale jednocześnie udzielam ci zgody na zastąpienie mnie na tym niewygodnym stołku. Po mojej śmierci będziesz marszałkiem Zbrojnych Sił Sangacji, Aldorencie Morrison. Uratuj naszą ojczyznę, chłopcze. - Dziękuję z całego serca, {i}sir{/i} – szepnął zaskoczony Aldorent, odwracając wzrok, by ukryć kłopotliwe łzy wzruszenia. - Ale zanim to nastąpi, spędzisz jeszcze trochę czasu w Entorii – odparł Raszkiewicz z figlarnym błyskiem w ciemnych oczach. – Wczoraj podpisałem dekret o twoim wydaleniu z kraju. - Moim... co takiego? Nie rozumiem, {i}sir{/i}. W jego głosie, przed chwilą pełnym wdzięczności i uwielbienia dla człowieka, który zastępował mu ojca, pojawiło się coś na kształt irytacji, pomieszanej z niepokojem. Albo marszałek miał jakiś diabelski plan, albo naprawdę zaczynał tracić na stare lata rozum. - Radykałowie oskarżają cię o niepowodzenie ostatniej fazy operacji „Dzikus” – wyjaśnił cierpliwie dowódca. – Jackson już wie, że to ty ukryłeś Derrę w Quatessinie, dyskretnie nad nią czuwałeś, w odpowiedniej chwili usunąłeś spoza zasięgu jego karzącej ręki i miałeś swój udział we wniesieniu apelacji. Ci szaleńcy okrzyknęli cię zdrajcą narodu i we własnym gronie skazali na śmierć. Postanowili, że umrzesz natychmiast po powrocie do kraju, dlatego musiałem temu zapobiec. W naszym kodeksie jest artykuł mówiący, że kara wypędzenia nie może w żadnym przypadku być połączona z karą śmierci. Dla wygnanego sama rozłąka z rodziną i ojczyzną ma być wystarczająco bolesną nauczką. Lata spędzone na obczyźnie powinny posłużyć mu jako czas przeznaczony na głęboką refleksję i wewnętrzne nawrócenie. ZSS od stuleci stosuje tę karę wobec zdrajców, których czyn dotyczy wąskiego grona osób i nie szkodzi interesom kraju. To jest oczywiście teoria, bo w praktyce marszałkowie bardzo rzadko uciekali się do tej możliwości. Od razu zasądzali karę śmierci, by wzbudzić większy postrach. - Jak długo mam tu zostać? - Tego jeszcze nie wiem. Musimy poczekać, aż niebezpieczeństwo przestanie ci grozić. Może grupa Jacksona sama powoli się wykruszy, kiedy jego poplecznicy dojdą do wniosku, że upieranie się przy przegranej sprawie jest szczytem głupoty. Może pewnego dnia nasz poliglota straci wpływy i zajmie się na nowo liczeniem owiec w Entorii, co wychodziło mu zupełnie nieźle. Poczekamy cierpliwie na rozwój wypadków, a do tego czasu przyczaisz się gdzieś w Imperium i będziesz unikał dawnych kolegów. Nasz kodeks mówi wprawdzie, że wydalony nie może być pozbawiony życia poza granicą Sangacji, ale nie sądzę, by Jackson przestrzegał starego prawa. - Co mam w takim razie robić, {i}sir{/i}? Niepokój nie opuszczał młodego mężczyzny. Do tej pory jego życie zawsze było planowane i organizowane przez kogoś innego. Kiedy był chłopcem, żył w cieniu bohaterskiego ojca i podążał bez szemrania drogą, którą wskazywała mu matka. Skończył z wyróżnieniem dobre liceum oraz Akademię Wojskową, a potem bez trudu dostał się do najbardziej wpływowej organizacji militarnej w kraju, gdzie robił błyskawiczną karierę. W głębi ducha zawsze wiedział, że ten awans nie był jego wyłączną zasługą. Stanley Raszkiewicz stał wysoko w hierarchii Eliminatorów już wtedy, gdy Frederick Morrison oddawał życie, wyprowadzając cywili z płonącego kolosusa. Dwadzieścia lat później dyskretnie zadbał o pomyślny rozwój kariery syna jednego z najwierniejszych towarzyszy młodości, narażając przez to Aldorenta na cichą zawiść kolegów. Pomimo iż młody mężczyzna tak wiele razy buntował się w duchu przeciwko swojemu losowi, nigdy nie myślał na poważnie o zmianie pracy. Umiał tylko narzekać na splot okoliczności, które zadecydowały o jego życiu. Ani razu nie spróbował oszukać przeznaczenia. A teraz stawał się nagle panem samego siebie i nie miał pojęcia, co począć z podarowaną wolnością. - Czym zawsze chciałeś się zajmować, Aldo? Tylko bądź ze mną szczery. - Myślałem o zawodzie podróżnika lub badacza kultur Kiramu. Ale przecież wykonywałem oba te zajęcia, pracując w ZSS. - Na pewno masz jakieś inne marzenia, chłopcze. Takie, w których spełnienie sam przestałeś wierzyć. Może powinieneś dać im teraz szansę? - Chciałbym bywać osobiście na wszystkich koronacjach Imperatorów, a czeka mnie ich cztery lub pięć. Chciałbym założyć rodzinę i wychować kilkoro dzieci. Ale przecież nie mogę ich mieć, więc muszę poszukać innego sensu życia. - Tylko od ciebie zależy, czemu się teraz poświęcisz. Możesz na przykład zacząć jakiś własny interes. Podobno w Kiramie łatwo dostać kredyt, nawet jeśli nie posiada się odpowiednio dużego zabezpieczenia. Z całym szacunkiem, Derro, ale jesteście dość łatwowierni. Zresztą, może to całe wygnanie potrwa tak krótko, że ledwo je zauważysz. Kiedy niebezpieczeństwo minie, natychmiast wydam dekret anulujący ten poprzedni. Wrócisz wtedy do Derbachii i będziesz znów dla mnie pracował, a potem przejmiesz moje obowiązki. Chyba że zdążysz wsiąknąć w swoje nowe życie tak bardzo, że nie zechcesz wrócić do dawnego znoju. Pamiętaj, do niczego nie będę cię zmuszał. - Na pewno wrócę. Daję słowo honoru żołnierza. Będę czekał na ten dzień z niecierpliwością. - Wierzę ci – Raszkiewicz uśmiechnął się po raz pierwszy bez domieszki smutku. – Musiałem odebrać ci „Błyskawicę” i zablokować twoje konta. Nie mogę pozwolić ci na korzystanie z przywilejów Eliminatora, skoro przez pewien czas nim nie będziesz. Zostawiłem ci samochód, bo wiem, że bez auta czujesz się jak bez ręki. Nasz budżet na pewno nie zawali się z powodu jednego starego jeepa. Możesz tankować w Polinii, ale bądź ostrożny. Niektórzy uważają to miasto za część naszego terytorium i Jackson może rościć sobie tam do ciebie prawa. Miał rację. Polinia i przyległe tereny rolnicze stanowiły enklawę, eksterytorialny ośrodek, w którym rządzili Sangacjanie, chociaż Entorianie mieli niczym nie ograniczone prawo wstępu do metropolii. Te dwie zbliżone liczebnie społeczności zaczynały się już bardzo powoli przenikać, tworząc nową jakość. Entorianie dawali swoją radość życia i umiłowanie dla spraw ducha, zaś w zamian przejmowali niektóre z prostszych technik Polinejczyków, szczególnie z zakresu obróbki drewna i przetwórstwa żywności. - Nie mogę też wypłacać ci pensji – dodał starzec. – Będziesz więc musiał dość szybko znaleźć sobie jakieś dochodowe zajęcie. Widząc popłoch malujący się na twarzy byłego podwładnego, który starał się o pracę tylko raz w życiu i nigdy potem jej nie zmieniał, dodał prędko: - Myślę, że Derra i jej rodzina nie odmówią ci pomocy. - Mam ogromny dług wdzięczności wobec Aldorenta i pana, sir – odparła natychmiast dziewczyna. – Dlatego przyrzekam, że nie pozwolę mu cierpieć biedy. - Jesteś wspaniałą młodą kobietą – pogładził kilka razy jej dłoń. – Będę spał spokojnie, skoro oddałem mojego wychowanka w tak troskliwe ręce. Nawet nie wiesz, jak ci zazdroszczę, przyjacielu – zwrócił się znów do Aldorenta, skubiącego nerwowo frędzle przy kaftanie. – Nabierzesz tutaj sił pod czystym niebem, kiedy ja będę musiał do końca życia użerać się ze zbyt ambitnymi funkcjonariuszami, którzy z przyjemnością zaprowadziliby własne porządki w naszej małej armii. Ty będziesz bezpieczny, o ile nie przekroczysz granicy, a na mnie będą zastawiać sidła jak na zająca. Dałem ci wolność i żałuję, że nie mogę tak samo wydalić z Sangacji samego sobie. Chętnie spędziłbym jesień życia w tym uroczym zakątku, zostawiając zmartwienia innym. Niestety, czeka mnie jeszcze ogrom zadań. No, nie martw się już, Aldo. Wszystko dobrze się ułoży. Głowa do góry, chłopcze, i bierz się od jutra do uczciwej pracy. A ty, moja droga, dopilnuj, by się nie lenił. - Będzie harował w pocie czoła jak my wszyscy – uśmiechnęła się łobuzersko, puszczając do Aldorenta oczko. – To mogę panu obiecać. Zresztą, on już pracuje. Naprawił babci ten stary płot, który chwiał się, odkąd pamiętam. - Pewnie chciałabyś wiedzieć, co stało się z tamtymi trzema zbirami, którzy wykłuli ci oczy. Wspominałem już, że dostali za swoje, do czego znacząco się przyłożyłem. - Oni mnie nie obchodzą – wzdrygnęła się na wspomnienie tamtej straszliwej chwili, odganiając z serca nagły mróz. Wciąż nie umiała myśleć bez przerażenia o swoim pobycie w więzieniu i samym akcie okaleczenia. – Niech im Wielki Duch przebaczy. - Ustaliliśmy z Aldorentem tożsamość tych trzech mężczyzn i polowaliśmy na nich tak długo, aż jeden po drugim powpadali w zgrabnie zastawione pułapki. Jeden z nich, ten, który bezpośrednio cię skrzywdził, należał do narkotykowego gangu, działającego na przedmieściach Derbachii. Przekupiłem szefa konkurencyjnej mafii, by wypowiedział tamtym wojnę, obiecując, że będę przymykał oczy na jego wybryki przez cały rok. Twój oprawca wyzionął ducha w nocnej strzelaninie, jaka wywiązała się w starej dzielnicy. W Harold Town, o ile pamiętasz, gdzie to jest. - Pamiętam – odparła cichutko. – Amber prosiła, bym nigdy tam nie chodziła. - Wyglądało to na zwyczajny porachunek gangów, i tym też było – uśmiechnął się złowieszczo na wspomnienie tamtego zdarzenia. – Kulka w łeb należała mu się już od dawna. Facet, który sprzedaje narkotyki uczniom, nie zasługuje na nic lepszego. Dwaj pozostali pracowali dla firmy ochroniarskiej w Ramallah, a po godzinach dorabiali włamaniami. Aldorent wytropił ich i zdjął obu na gorącym uczynku w dzielnicy willowej na obrzeżach Kolorado. Nie tylko pomścił twoją krzywdę, ale przy okazji ocalił mienie, a może i życie, jakiejś Bogu ducha winnej, spokojnej rodziny. - Znów zabiłeś ludzi – zwróciła się do niego z wyraźnym wyrzutem. Mężczyzna spuścił wzrok i wzruszył ramionami. - To moja praca – mruknął. – Co miałem zrobić? Pogłaskać ich po główkach i puścić wolno? Taki dostałem rozkaz i musiałem go wykonać. - Usunęlibyśmy też Carradine'a – podjął Raszkiewicz – ale skoro tak ci na nim zależy, pozwolę temu kretynowi żyć i cieszyć się dobrym zdrowiem. Jest twój, Derro. Wedle życzenia. - Dziękuję panu. - No, na mnie już czas – powiedział, wstając nagle. – Nie wiem, kiedy znów się zobaczymy, być może nieprędko. Niech cię wasz Wielki Duch prowadzi, droga Derro. - I potężne słońce – dodała z powracającą wesołością. – Tak się mówi w Entorii. - I potężne słońce – powtórzył. – Pozwól mi cię uściskać. Jestem już stary, więc nikt nie posądzi mnie o zaloty do ciebie. Wziął ją w ramiona, obejmując mocno i tuląc do siebie jak dobrotliwy dziadek. Bez wahania oddała uścisk człowiekowi, który dawno temu zgotował Entoriance piekło. Pod powiekami czuła krępującą wilgoć. Zauważyła, że jest od niego tylko trochę niższa. W tym roku przestała być bezbronną małą dziewczynką, którą każdy mógł zmusić do posłuszeństwa. Teraz po prostu złamałaby Timothy'emu rękę, gdyby próbował ją zatrzymywać. Była już wystarczająco duża i silna, by stawiać czoło sangackim mężczyznom w wyrównanej walce. Jej babka Kendra jeszcze kilka lat temu gięła w dłoniach strzały. Jej matka Armina nosiła na ramionach rosłego jelenia i ujeżdżała krnąbrne konie. A ona, Derra, była przecież taka sama jak jej przodkinie. - Do widzenia, panie marszałku – powiedziała. – Mam nadzieję, że będzie pan żył długo i że zdąży pan zmienić Sangację, a Aldorent dokończy pana dzieło. - A ty na razie z nami zostaniesz – dorzuciła pod adresem młodego mężczyzny, wypuszczając wreszcie marszałka z objęć. – A najlepiej będzie, jeśli osiedlisz się w Sokole na dłużej. Masz tu przyjaciół, którzy przychylą ci nieba. Dlatego nawet nie waż się myśleć o wyjeździe, Aldorencie Morrison.

* * *

Stała na rozległym placu, naciągając cięciwę. Ramiona dziewczyny omdlewały od wyczerpującego treningu, a jednak wiedziała, że nie wolno jej zrezygnować. Pod okiem doświadczonych nauczycielek, między innymi swojej wujenki Elanty, ćwiczyła strzelanie z łuku wraz z grupką dużo młodszych dziewczynek. Zaczynała wreszcie nadrabiać wieloletnie zaległości w przyswajaniu tych umiejętności, którymi chlubili się jej przodkowie. Uniosła broń nieco wyżej, niemal tuląc pierzastą strzałę do policzka. Celowała w sam środek słomianej tarczy, na której jedna z kobiet wymalowała kredą koncentryczne okręgi. Cofnęła prawą dłoń, spuszczając ze świstem powietrza strzałę, która wbiła się tuż obok trzeciej od środka białej linii. Znów nie trafiła w upragniony cel, a elektroniczne oczy wcale nie dodawały jej dłoniom celności. Szczupła twarz Derry rozciągnęła się w dziecięcym grymasie niezadowolenia. Wiedziała, że, przynajmniej na razie, nic nie może na to poradzić. Przed porwaniem była zbyt młoda, by dobrze opanować szlachetną sztukę łucznictwa, zaś to wszystko, czego nauczyła się w Derbachii, okazywało się teraz mało przydatne, ponieważ miała do czynienia z zupełnie innym sprzętem. Tam operowała lekkim, sportowym wyposażeniem, bardziej zabawką niż bronią, oraz strzałami ze sztucznego tworzywa, którymi nie byłaby w stanie zdjąć chociażby wróbla. Natomiast teraz uczyła się obsługiwać duży i ciężki łuk z dębowym ramieniem, jakim przy odpowiedniej ilości wprawy mogłaby położyć niedźwiedzia. Już nie będzie taryfy ulgowej. Jeśli nie zdąży na czas naciągnąć cięciwy i celnie wypuścić strzały, straci nie punkty w tabeli, ale życie. Dlatego musiała ćwiczyć do upadłego, by nie pozwolić się prześcignąć tym wszystkim smarkulom. Czasami na plac przychodziło któreś z jej rodziców i z napięciem obserwowało postępy Derry. Jeśli była to Armina, dziewczyna starała się podwójnie. Postanowiła udowodnić matce, że może być najlepsza we wszystkim. Zaś kiedy zjawiała się Kendra, wszystkie dziewczęta starały się jak szalone, by przywódczyni chociażby na krótką chwilę zwróciła na którąś z nich wzrok. Pomimo to oczy staruszki były utkwione zawsze tylko w jednym ruchomym punkcie, w tej dziwnej dziewczynie, która uważała się za jej sukcesorkę. Derra bardzo chciałaby wiedzieć, o czym myślała wtedy babka. Czy z całych sił życzyła jej powodzenia, czy też raczej uważała, że nastolatka traci czas na tę zabawę, zamiast już teraz starać się o miejsce na dobrej uczelni? Niekiedy także Quatessinka przychodziła na plac ćwiczeń, by przyglądać się poczynaniom ukochanej. Derra natychmiast traciła w obecności Lorany zimną krew. Posyłała strzały poza tarczę, a jej dłonie drżały ze wzburzenia tak mocno, że nie była w stanie prawidłowo naciągnąć cięciwy. Rzucała instruktorce przepraszające spojrzenia, nie śmiejąc spojrzeć na tamtą. Dlatego wolała, by Lorana jej nie śledziła. Omijała ją także we wsi, starając się nie pokazywać w miejscach, w których lubiła przesiadywać malarka. Zrezygnowała nawet z wizyt w domu babki, nie odpowiadając na pełne przygany uwagi Kendry, a w końcu unikając także jej. Wiedziała, że Lorana rozpaczliwie próbuje się z nią spotkać, najchętniej bez świadków. Starała się więc bardzo szczelnie wypełnić swój czas, ćwicząc strzelanie z łuku i jazdę konną na oklep, zajmując się pracami domowymi i gospodarskimi, pomagając ojcu w warsztacie, odrabiając z bratem lekcje, składając krewnym i znajomym nie kończące się wizyty i podejmując ich dla rewanżu u siebie w domu. Zauważyła prędko, że kiedy przychodziła sama, zadawano jej całą masę pytań o pobyt w Sangacji oraz o Loranę, na które odpowiadała wymijająco. Za to kiedy przychodziła z Aldorentem, gospodarze natychmiast zaczynali tryskać przesadnym entuzjazmem, będąc przekonanymi, że tamci dwoje są zaręczeni. Kiedy zaczynano im gratulować oraz dopytywać się o datę ślubu, śmiała się w głos i przypominała, że ma już innego narzeczonego w Derbachii. Jej ewentualne małżeństwo z Aldorentem było niedorzecznością, zasługującą jedynie na wesołość. Przecież był od niej dwukrotnie starszy i miał pewnego dnia zostać marszałkiem ZSS. W jego życiu nie było miejsca dla żony, a na pewno nie dla Entorianki. Pomimo to te zabawne insynuacje sprawiły jej nieoczekiwaną przyjemność. Aż pęczniała w takich chwilach z dumy, a jej twarz zaczynała płonąć mocnym szkarłatem. Wiedziała, że niezamężne koleżanki po cichu zazdroszczą jej Aldorenta. Z czystej przekory nie zamierzała wyprowadzać ich z błędu. Sangacjanin był bardzo urodziwym mężczyzną, szczególnie odkąd zamienił klasyczną derbachijską odzież na rzeczy uszyte w Archad, wedle tutejszej mody, na co wydał resztkę swoich pieniędzy. Była ciekawa, czy te wszystkie kokietki zdają sobie sprawę z bariery genetycznej, sprawiającej, że Aldorent nie mógł mieć z żadną z nich dzieci, oraz ze wzmagającej tę niemożność bezpłodności Eliminatora. Pewnie nie zawracały sobie głowy takimi drobiazgami, zajęte szukaniem sposobu na przyciągnięcie jego uwagi. Opamiętanie przyszłoby po kilku latach małżeństwa, gdy musiałyby odpowiadać na coraz bardziej wścibskie pytania rodziny, czemu jeszcze nie doczekały się potomstwa. Wiedziała, że mężczyzna robi, co może, by stać się jednym z nich, szczególnie odkąd pojął, że spędzi poza granicami Sangacji znacznie więcej czasu niż planował. Nauczył się także kilkudziesięciu entoriańskich słów, których często używał. A jednak dostrzegała jego przygnębienie, chociaż starannie próbował je ukryć nawet przed nią. Wiedziała, że Aldorent tęskni za znajomymi miejscami, za dawnym stylem życia, za przyjaciółmi i rodziną. Już teraz nie mógł wybierać pieniędzy z sangackich bankomatów, a za kilkanaście dni jego komórka miała zamilknąć na dobre, odcinając go od natychmiastowej łączności ze światem. Martwiła się, jak jej przyjaciel zniesie tę dodatkową samotność. Wychowany w wysoce stechnicyzowanej kulturze, od maleńkości zaznajomiony ze wszelkiej maści urządzeniami, zapewniającymi błyskawiczną komunikację, posiadający dostęp do najnowszych osiągnięć ludzkości, musiał szybko uczyć się, jak żyć bez tych wszystkich gadżetów. Teraz najskuteczniejszymi sposobami na przekazanie wiadomości miał być dla niego papierowy list oraz telegram. Najbliższa poczta znajdowała się w Siedmiu Olchach, od których dzieliło ich wieś pół godziny szybkiego marszu. Gdyby zabrakło mu paliwa do samochodu, musiałby podróżować zaprzężoną w konie bryczką lub powolnym naziemnym pociągiem. Od najbliższej stacji kolejowej w Archad dzieliła go zresztą nie kilkuminutowa przejażdżka metrem, lecz dwugodzinne telepanie się na koźle dorożki. Zmusił ją przed sześcioma laty, by przejęła jego sposób życia. Teraz los wyraźnie z niego zakpił, odwracając ten przymus. Pomimo całej przyjaźni i współczucia dla niego, była bardzo ciekawa, jak poradzi sobie z poczuciem samotności w małej wsi, gdzie głównym źródłem informacji są dostarczane nieregularnie gazety. Chociaż, na dobrą sprawę nic nie trzymało go w Sokole. Mógł wyjechać choćby teraz, osiedlając się na przykład w Iromadii, gdzie byłby przynajmniej blisko wielkiej polityki. Z jego wiedzą oraz zdolnościami do dyplomacji, mógłby zrobić tam poważną karierę. Gdyby bardzo chciał wyjechać, nie zatrzymywałaby go na siłę, podobnie jak nikt nie zatrzymywałby jej. Czasami, leżąc już wieczorem w łóżku, wyobrażała sobie, jak byłaby przyjmowana w tych wszystkich domach, gdyby towarzyszyła jej Lorana. Nie miała wątpliwości, że traktowano by ją ze znacznie mniejszym szacunkiem, odwracając pospiesznie wzrok od miłości, której... której po prostu nie było. Takie związki nie istniały w świadomości jej rodaków. Wiedziała, że jej współplemieńcy zrobią absolutnie wszystko, by tak właśnie pozostało, nawet za cenę zesłania jej do Semalandii. Walka o to, by mogła żyć na swój sposób w miejscu, w którym się urodziła, nie mogła przynieść pozytywnych rezultatów. Może powinna rzeczywiście zacząć się pakować i wrócić do Spid bądź poszukać mieszkania w Viken. Tymczasem z każdym dniem, z każdą nabytą umiejętnością wsiąkała coraz mocniej w życie tej społeczności i nie umiała już wyobrazić sobie odejścia. Żyła marzeniem o własnym przywództwie i dlatego od wczesnej młodości musiała zdobywać zaufanie i sympatię sąsiadów. Nie było to takie znów trudne. Nie wymagano od niej dużo więcej poza tym, by na początek założyła zwyczajną rodzinę. Nie czuła niechęci do mężczyzn. Wprost przeciwnie, bywali oni uroczymi stworzeniami, z którymi przebywała z przyjemnością. Lubiła tę grę z Aldorentem, a kiedy ponownie spotka Kimmo, tamta szczenięca miłość wybuchnie po raz drugi z pełną mocą i na zawsze złączy drogi ich życia. Kwestię prokreacji jakoś rozwiąże, a biorąc pod uwagę złożoność sytuacji, Kimmo nie będzie miał jej tego za złe. Jednak, pomimo swoich chaotycznych i tchórzliwych ucieczek, często napotykała na pełen tęsknoty i niemego zapytania wzrok Lorany. Wiedziała, że była partnerka cierpi z powodu bezbrzeżnego egoizmu młodej Entorianki. Derra nie chciała wiedzieć, jak duże jest to cierpienie. Nie podbiegała już, by natychmiast wytrzeć łzy tamtej. Zamiast tego wolała poszukać samotni, gdzie mogłaby schronić się na jakiś czas i odpędzić ponure myśli. Kryła się w stodole, wspinała na siano i kładła na plecach, szczęśliwa, że jest sama. Zamykała oczy, czując na powiekach delikatną pieszczotę słońca, przedzierającego się przez szpary w deskach. W takich chwilach nie radowało jej nawet złociste światło. Bez końca myślała o niezwykłych miesiącach, które przeżyła w Spid. To był inny świat, cudowny, ulotny sen, który tak łatwo mógł zostać spłoszony. Także wtedy czasem cierpiała, ale szczęścia było więcej. Była niewidoma i tylko kolorowe wizje z rzadka rozpraszały mrok, w którym żyła, a jednak nigdy wcześniej, ani też później, nie pojmowała z taką wyrazistością, czym jest niezmącona radość. Teraz znów jej poczucie sensu istnienia było nieostre i niepewne. Wiedziała, co musi zrobić, i nie buntowała się już przeciwko tej konieczności, lecz brakowało jej na razie niezłomnego przekonania, że zmierza prostą drogą ku absolutnemu spełnieniu. Być może postępowała źle, brnąc w ten związek, lecz wtedy nie zaprzątała sobie głowy moralną i zdroworozsądkową oceną sytuacji. Teraz, kiedy odzyskała rodzinę, wolność i wzrok, jej perspektywy na przyszłość wyglądały o niebo lepiej. Ale to wtedy wydarzyło się coś, co stanowiło ośrodek jej marzeń i tęsknot. Gdyby mogła, zatrzymałaby pęd świata, by na zawsze pozostać tamtą nieodpowiedzialną, zadurzoną po uszy siedemnastoletnią smarkulą, by przez całą wieczność przeżywać swoją zakazaną miłość i nigdy nie musieć dorastać. Wiedziała, że nie ma żadnych szans na ocalenie tego, co było jej tak bardzo drogie. Mogła tylko odwrócić się ze smutkiem od wyznających tradycyjne wartości rodaków i pójść własną drogą, pod ramię z tymi, którzy nie potępiali takiego związku. Ale przecież zagrodziła sama sobie tę ścieżkę, wybierając rozwiązania, które zadowolą jej bliskich i pozwolą na zrealizowanie pozostałych życiowych celów. Pewnego dnia Ergon zagadnął Derrę niespodziewanie w domu jego rodziców, dorzucając kilka szczap do kominka: - Powiedz, jak to jest, gdy kobieta kocha drugą kobietę? Chciałbym to zrozumieć. Z pozorną nonszalancją wzruszyła ramionami, starając się nie okazywać zmieszania. - To jest dokładnie tak samo jak z tobą i Kamisą – odparła. – Moja miłość nie różni się od tej, która przytrafia się innym ludziom. Pytano ją o to jeszcze wiele razy. Najpierw odpowiadała, że to jest zupełnie tak samo, potem, że prawie tak samo, a jeszcze później była coraz mniej przekonana o tej identyczności i coraz trudniej przychodziło jej znalezienie zadowalającej odpowiedzi. Wreszcie przestała odpowiadać, pokrywając skrępowanie jakimiś niepotrzebnymi czynnościami i marząc o dniu, w którym ludzie przestaną interesować się jej życiem osobistym. Już wybrała swój los. A jednak wzdragała się na myśl o chwili, w której powie o tym Loranie. Zastanawiała się, czemu malarka nie wraca do Quatessinu, na co jeszcze liczy, skoro Derra tak wyraźnie dawała jej do zrozumienia, że nie jest już zainteresowana jej bliskością. Zasoby czułości, nadziei i wiary tamtej dziewczyny zdawały się być niewyczerpane, zawstydzając Derrę i wzmagając jej wewnętrzne rozdarcie. Straszliwie bała się tego dnia i chętnie odsuwałaby go w nieskończoność. Czuła się tak, jakby znów miała wejść do ciemnej jaskini, wypełnionej jedynie głosami

* * *

Marszałek Raszkiewicz przerwał na chwilę przeglądanie jednego z najczęściej odwiedzanych serwisów informacyjnych. Czytał właśnie o skandalu obyczajowym z udziałem pary popularnych prezenterów telewizyjnych, którzy spędzili kilka dni w swoim towarzystwie w eleganckim hotelu nad Jeziorem Michigan. Smaczku całej sprawie dodawał fakt, że oboje pozostawali w podobno udanych związkach małżeńskich i byli szczęśliwymi rodzicami kilkorga uroczych malców. Swoim zwyczajem przeczytał też komentarze pod artykułem. Były one bardzo zróżnicowane. Większość komentujących była naturalnie oburzona niemoralnym prowadzeniem się tamtych dwojga, ale byli i tacy, którzy denerwowało przede wszystkim wścibstwo paparazzich. Dowodzili oni zawzięcie, że dorośli ludzie mają prawo robić, co im się żywnie podoba, a reszcie świata nic do tego. Jak na wszystkich tego typu portalach, nie brakowało też prowokatorów, którzy wrzucali maksymalnie kontrowersyjne komentarze tylko po to, by rozdrażnić innych użytkowników. Tamci oczywiście dawali się nabrać na tę prostą sztuczkę, odpowiadając jeszcze większą porcją jadu. Dla takiego człowieka jak Raszkiewicz było to tyleż idiotyczne, co męczące. Westchnął i odsunął od siebie laptop w czerwonej, metalicznej obudowie, ostatni krzyk mody. Upił kilka łyków zimnej już kawy i zamyślił się głęboko. Gdyby ktoś go o to zapytał, nie umiałby powiedzieć, o czym przed chwilą myślał. Pewnie znów o Derze Amno. Usłyszał krótki dzwonek do drzwi gabinetu. Zanim nacisnął ukryty pod biurkiem przycisk, by wpuścić gościa, spojrzał na monitor, ustawiony na samym skraju biurka. Zajmująca całą powierzchnię ekranu twarz należała do człowieka, którego znał bardzo dobrze. Nie miał powodu, by się go obawiać lub odmówić spotkania. Otworzył drzwi, poczekał, aż tamten przeszedł kilka kroków i stanął dwa metry od biurka. Nowoczesne drzwi zasunęły się automatycznie po wejściu mężczyzny. - Nie spodziewałem się ciebie – zaczął przełożony. – Przecież rozmawia... Nie dokończył. Ostatnią rzeczą, którą zobaczył, była wymierzona w jego ciało lufa broni, którą tamten trzymał do tej chwili dyskretnie za plecami. A potem był tylko cichy syk i ciemność.

* * *

Kendra zaskoczyła ją na drodze, gdy dziewczyna wracała rankiem z poczty w sąsiedniej wsi. Nastolatka niosła kilka kolorowych czasopism, które zaczęła prenumerować. - Pójdziesz do mnie – odezwała się przywódczyni, nie bawiąc się w powitalny wstęp. – Musimy pomówić na poważnie. - Już rozmawiałyśmy, babko – odparła dziewczyna, wbijając wzrok w końcówkę kostura Kendry, tkwiącego w piasku tuż obok stóp Derry. – Znasz moje zdanie. - No dalej, nie ociągaj się – staruszka zmarszczyła siwe brwi, bujając metalową kanką tak mocno, że z naczynia wylało się na gościniec trochę świeżego, jeszcze pieniącego się mleka, które dostała od synowej. – To nie jest uprzejma prośba twojej starej babci, ale rozkaz przywódczyni gromady. Nie masz prawa odmówić. - Przecież wiesz, że nie chcę się z nią spotkać. - Twój dziadek zabrał Loranę na zakupy do Archad, a Aldorent naprawia na podwórzu ten stary pług, który stał bezczynnie od dwóch lat. Będziemy same w domu. Pospiesz się, młódko. Nie będę tu stała do wieczora. Milczały przez całą drogę, a każda z nich myślała z pewnością o nieprawdopodobnym uporze tej drugiej. Jeżeli staruszce coraz ciężej było nagiąć do posłuszeństwa Arminę, to z Derrą sprawa miała być znacznie trudniejsza. Wola wnuczki została zahartowana w piecach znacznie gorętszych niż stosunkowo spokojny Sokół. Przełamanie jej wydawało się zadaniem ponad czyjekolwiek siły. Kendra postawiła kankę na kuchennym stole, zdjęła z suszarki metalowy kubek, napełniła go jeszcze ciepłym mlekiem i podała Derze. - Pij – odezwała się. – To znacznie zdrowsze niż ta twoja herbata. - Mleko jest dla cieląt i małych dzieci. Ja jestem dorosła. - Ty jesteś pyskata, a nie dorosła – parsknęła babka, odstawiając ze złością kubek. – Dobrze, nie chcesz, to nie pij. Ale nie licz na to, że zaparzę dla ciebie herbatę. - Nie musisz tego robić. - Chodź do pokoju i siadaj na krześle. Kendra rozparła się w swoim ulubionym wiklinowym fotelu, biorąc robótkę ze stojącego obok koszyka. W ciszy wielkiego pokoju dawało się słyszeć tylko charakterystyczne postukiwanie jej nieodłącznych drutów. - Robię ciepły sweter dla Lorany – odezwała się. – Tej biedaczce jest tutaj ciągle zimno, nawet o tak przyjemnej porze roku. Właściwie jest to nie moje, ale twoje zadanie. To ty, moja droga, powinnaś zadbać o to, aby twoja przyjaciółka czuła się w Entorii dobrze. Jeśli nie umiesz jeszcze robić na drutach, powinnaś się jak najszybciej nauczyć. - Nauczę się, babciu, następnej zimy. - A dlaczego nie teraz? Co tak ważnego zabiera ci czas? Do moich uszu dochodzą rozmaite rzeczy na twój temat. Podobno ciągle składasz wizyty i przyjmujesz je, paplając przy tym o głupstwach. Podobno nie interesujesz się w ogóle kwestią swojego dalszego kształcenia, jakby te kilka sangackich klas miało wystarczyć ci do szczęścia. Podobno opowiadasz wszem i wobec o swoich zaręczynach z Aldorentem. - To ostatnie to wyssana z palca bzdura! – krzyknęła Derra ze wzburzeniem. – Nie zaręczyłam się z Aldorentem i nigdy nie twierdziłam, że zamierzam być jego żoną. Po prostu spędzamy dużo czasu razem, więc wioskowe plotkarki wzięły nas na języki. Przecież sama wiesz, jak niewiele potrzeba w Sokole, by ludzie zostali ze sobą pożenieni bez swojej wiedzy i zgody. Mam innego narzeczonego. Podsunęła babce dłoń z pierścionkiem prawie pod nos. - Nie życzę sobie, aby brano moją wnuczkę na języki – odparła surowo Kendra. – Jeśli chcesz kiedyś zająć moje miejsce, musisz prowadzić się bez skazy. Musisz udowodnić, że jesteś osobą stateczną i godną zaufania. - Ta wieś tak czy owak aż huczy od plotek na mój temat. Robię, co mogę, aby położyć im kres. - Przyjechałaś tu zaledwie przed miesiącem, Derro, przywożąc ze sobą tamtych dwoje. Kobietę i mężczyznę. Przyjechałaś jako kochanka tej kobiety i walczyłaś jak szalona o uczucie, które płonęło w twoim sercu niczym święty ogień słońca. To uczucie mogło się nam nie podobać, ale przynajmniej byłaś w nim wytrwała. Dziś unikasz tej kobiety, a w zamian prowadzasz się z mężczyzną, który ma poprawiać ci reputację. Nie chcesz się z nim wiązać, wmawiając nam wszystkim, że jesteś zaręczona z człowiekiem, z którym kontakt urwał ci się wiele miesięcy temu. Jak to wszystko świadczy o twojej wiarygodności? Powiedz mi, dlaczego wieś miałaby zaufać osobie, która zmienia bez ustanku swe serce i w niczym nie potrafi wytrwać dłużej niż rok? - Kiedy wyjdę za Kimmo – bąknęła dziewczyna – wytrwam w tym małżeństwie do końca życia. Zobaczycie. - Lorana bardzo cierpi. Ona wciąż ogromnie cię kocha. - Przecież sama mówiłaś, babko, że związki pomiędzy osobami tej samej płci nie są czymś właściwym. Co się zmieniło, że jesteś teraz gorącą orędowniczką takiego związku? Czemu namawiasz mnie do zła? - Widziałam was razem, kiedy jeszcze nie zachowywałaś się jak idiotka. Obie aż promieniałyście szczęściem. Teraz jej serce pęka z bólu i twoje również, chociaż nie chcesz się do tego przyznać. - To nie jest dobry sposób na życie. Z Loraną nie spełnię się jako kobieta, żona, matka, jako pełnowartościowy członek ludzkiej społeczności. To jest ślepy zaułek, w który można skręcić na krótko, lecz nie należy zbytnio się do niego przywiązywać. - Ona tak nie myśli. - Wiem. Sądziłam przez pewien czas, że jestem taka jak ona, ale to nieprawda. Szczerze ją kochałam, ale nie chcę zmarnować dla niej moich najlepszych lat. - Derro, jestem przekonana, że w tej chwili nie ma dla ciebie niczego lepszego od jej miłości i optymizmu. Lorana wyprowadziła cię z najgorszych kryzysów i również w przyszłości nie pozwoli, by spotkała cię jakakolwiek krzywda. Jej miłość jest jak wiatr, który będzie wciąż unosił cię ponad wierzchołkami najwyższych drzew. Staruszka odłożyła na chwilę druty na kolana, wzruszona własnymi słowami. Kiedy znów się odezwała, jej głos drżał nieznacznie: - Życie ludzi stąd jest proste i twarde. Poznajemy kogoś, bierzemy ślub i powiększamy rodzinę, bo tak czynią wszyscy wokół. Nie zaprzątamy sobie głów miłością, jaka zdarza się tylko w powieściach. Ty dostałaś od losu prawdziwy skarb. Doświadczyłaś niepowtarzalnej, magicznej więzi pomiędzy dwoma istotami ludzkimi i dlatego nie powinnaś zadowalać się niczym mniejszym. - Lorana należy do innego świata. Ona nie będzie tu szczęśliwa. Powinna wrócić do Quatessinu i zająć się malowaniem. Mam nadzieję, że wkrótce kogoś pozna. - Nie jest powiedziane, że wasz związek musiałby trwać do końca życia. Być może spędziłybyście ze sobą kilka szczęśliwych lat, a potem jedna z was, lub nawet obie, poznałaby i pokochała mężczyznę, z którym postanowiłaby związać się na stałe. Wtedy rozstałybyście się bezboleśnie, w poczuciu spełnienia i wyczerpania tej możliwości. Dziś, kiedy wciąż rozpaczliwie się potrzebujecie, ból rozdzielenia będzie ogromny. - Ten ból jest do zniesienia, jak każdy inny. Wiem o bólu naprawdę sporo, babciu. Poza tym Lorana już nie ma czasu. Ona ma dwadzieścia pięć lat i powinna jak najszybciej wyjść za mąż i urodzić dzieci. Kendra poruszyła się w fotelu gwałtownie i sapnęła z prawdziwą złością. - Widzę, że Armina przekabaciła cię już całkiem na swoje kopyto – odezwała się głośno. – Bo mówisz jak ona. No cóż, żałuję, że nadstawiałam starego karku, stając w twojej obronie. Nie powinnam była kiwnąć w twojej sprawie nawet małym palcem, skoro pozjadałaś wszystkie rozumy i świetnie obywasz się bez moich rad. - Babciu, postaw się w mojej sytuacji, a może wtedy mnie zrozumiesz. - Porozmawiaj z Loraną, dobrze? Ona tak bardzo na to czeka. - Porozmawiam z nią, ale powiem to, co będę chciała powiedzieć, a nie to, co ona chciałaby usłyszeć. A ty i reszta zaakceptujecie decyzję, którą podejmę. - To, co mówisz, nie płynie z twojego serca – Kendra znów podniosła robótkę. – Jesteś jak chorągiewka, którą łatwo obracać. Wiatr porywa chorągiewki i niesie je nad ocean, gdzie rozdziobują je morskie ptaki. Jeśli chcesz rządzić kiedyś ludźmi, powinnaś być jak skała. - Mam prawo zmienić zdanie – syknęła Derra, zrywając się na równe nogi. – Podjęłam w Quatessinie błędną decyzję i muszę się z niej wycofać. Nie przeszkadzaj mi w tym, babko.

* * *

Telefon rozdzwonił się, kiedy wracali późnym wieczorem od jednego z kuzynów Arminy. Derra ożywionym głosem mówiła właśnie Aldorentowi o nowej sukience kuzynki Evvi, która jej zdaniem wyjątkowo nie pasowała do szczuplutkiej figury dziewczyny. Zamilkła, gdy mężczyzna wyjmował urządzenie z kieszeni bluzy i przykładał je do ucha. - Tak? – rzucił niedbale, nie patrząc na wyświetlacz. Słuchał w skupieniu tamtej osoby, nie przerywając ani razu. W trakcie całej rozmowy zadał tylko jedno pytanie: - Wiecie, kto to zrobił? Znów nastąpił monolog tajemniczego rozmówcy, zakończony głębokim westchnieniem Aldorenta i jego słowami: - No tak... dzięki, że zadzwoniłeś, stary. Tak, jakoś sobie poradzę. Nie martwcie się o mnie. Jeszcze raz dzięki. Cześć. Przysiadł na drewnianej ławce przed którymś z domów, nie zastanawiając się, do kogo należy. I tak jego mieszkańcy już spali lub właśnie szykowali się do snu. Pyzaty księżyc odbijał się w szarych oczach Aldorenta, nagle wielkich jak spodki i pełnych przerażenia. Wyglądał z tymi oczami jak kilkuletni chłopiec, który zgubił na ulicy matkę. Ale następne słowa, które wypowiedział, raczej nie pasowały do dziecka. - Kurwa mać – zaklął po angielsku, chowając twarz w dłoniach. - Co się stało, Aldo? Z kim rozmawiałeś? – krzyknęła z niepokojem. Aldorent bardzo rzadko odzywał się do kogokolwiek w taki sposób. Nie musiał dodawać sobie powagi ani męskości, używając słów powszechnie uważanych za obelżywe. Dlatego sprawa z pewnością była poważna. - Dzwonił Vivaldo Santorini – zaczął wreszcie, kładąc dłonie na kolanach i nie patrząc na dziewczynę. – Raszkiewicz nie żyje. Został zamordowany trzema strzałami w klatkę piersiową, dziś przed południem. Valdo nie jest pewien, kto mógł to zrobić, ale w ZSS aż huczy od plotek. Mówią, że Jackson wybierał się do niego mniej więcej o tej porze, a potem widziano go na korytarzu w pobliżu gabinetu marszałka. - Przecież ktoś musiał słyszeć strzały – odparła słabym głosem. – Morderca nie mógł wyjść z gabinetu nie zauważony. Ktoś usłyszałby hałas, przybiegł na miejsce zbrodni i ujął zabójcę. - Znów myślisz jak Kiramejka – w jego głosie zadźwięczała irytacja. – Skoro strzały, to proch i huk, tak? Nie, Derro. W taki sposób działa tylko wasza prymitywna broń. Morderca użył laserowego paralizatora, który nie wydaje dźwięku, a tylko wypala w ciele głębokie dziury. Marszałek został dwukrotnie trafiony w serce. Nie miał żadnych szans, by przeżyć. Valdo mówił, że nikt z zewnątrz nie został o tej porze wpuszczony do Kwatery Głównej, a więc to był jeden z naszych. Któryś ze zbuntowanej frakcji, najprawdopodobniej właśnie Jackson, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Obróciła się tak, by stać twarzą w kierunku wschodu, gdzie za kilka godzin miało pojawić się słońce. Nabożnym gestem nakreśliła na czole leżącą ósemkę, znak symbolizujący nieskończone trwanie Wielkiego Ducha i obietnicę wiecznego życia po śmierci. - Szczęśliwej drogi, panie marszałku – szepnęła, hamując łzy. - Teraz będzie pewnie śledztwo – zwróciła się do Aldorenta. – Jeśli to rzeczywiście Jackson, nie wygrzebie się z więzienia do końca swojego żałosnego żywota. - Nie, to naprawdę tak u nas nie działa. Sprawa nie trafi do prokuratury. Nikt przy zdrowych zmysłach nie nagłaśnia wewnętrznych kłopotów ZSS. Raszkiewicz złamał tę zasadę i słono za to zapłacił. Ale to jeszcze nie wszystko. Po południu zebrała się Rada Eliminatorów i po burzliwej dyskusji został wybrany większością głosów nowy dowódca. Czy umiesz zgadnąć, kto nim został? - To niemożliwe – szepnęła, przysiadając obok niego. – Nie ukręciliby sami na siebie takiego bicza. - A jednak – odparł gorzko. – Jeremy Jackson jest teraz marszałkiem ZSS. Najmłodszym w historii. Przez kilka chwil siedzieli w milczeniu, przetrawiając tę nowinę. Wreszcie mężczyzna odezwał się: - To oznacza, że nadchodzą ciężkie czasy dla Sangacji. Żaden z poprzednich marszałków nie był na tyle głupi, by zaogniać konflikty z Imperium. Jackson z pewnością będzie to robił, nie przejmując się zranioną dumą Gondwańczyków i groźbą wojny. - Może prezydent nie będzie go słuchał – bąknęła. – Może uzna, że nowy marszałek ma zbyt radykalne poglądy, by nadal doradzać rządowi w sprawach polityki zagranicznej. Nic złego jeszcze się nie stało. Bądźmy dobrej myśli, Aldo. Może nie porządzi długo, bo uczciwi ludzie nie ścierpią głoszonych przez niego bzdur. - Czy wiesz, co to oznacza dla mnie? – spojrzał na nią przejmującym wzrokiem, nie umiejąc ukryć niepokoju. Nie odpowiedziała, więc kontynuował cicho: - Jackson na pewno nie unieważni dekretu o moim wydaleniu z kraju. A tylko marszałek ZSS może to zrobić, nawet prezydent nie ma tu nic do gadania. Teraz ma trzydzieści trzy lata, może rządzić przez kolejne czterdzieści. Jeśli jego następca przypomni sobie o mnie i pozwoli mi wrócić do ojczyzny, moja siostra Alayah, jedyna naprawdę bliska mi osoba, będzie już staruszką, a Marcel, Tate i Linda spytają, kim jestem. Nie mam już rodziny, Derro. Znów ukrył twarz w dłoniach, a potem dodał: - Mogę tu zostać na bardzo długo. Nie mam nic przeciwko życiu w Kiramie, ale bardzo chciałbym zobaczyć Allie przed jej śmiercią. Poklepała go po dłoni, nie będąc pewną, czy takie pocieszenie wystarczy. Zabrakło jej jednak śmiałości, by go objąć i przytulić. - Nie martw się tak bardzo – powiedziała. – Kto wie, co przyniesie przyszłość. Może już wkrótce będziecie razem. Możecie przecież spotykać się w Polinii. A na razie ja się tobą opiekuję. Rozciągnął się na ławce, kładąc głowę na jej kolanach. Pogłaskała ją z wahaniem, a następnie wplotła mu palce we włosy, delikatnie muskając skórę. Trwali tak jeszcze długo. On dręczył się niewesołymi myślami o swojej przyszłości poza granicami Sangacji, ona próbowała ukoić jego obawy. Robiła to dla przyjaciela, nie dla kochanka, ponieważ jej myśli niespodziewanie wybiegły ku Loranie. Może w obliczu tak wielkiej tragedii nie powinna ulegać naciskom i podszeptom nie zawsze życzliwych jej osób. Co doradziłby jej nieżyjący sojusznik?

* * *

Sen, który Lorana Yel miała w nocy z czternastego na piętnastego Kytorn, był cudowny. Śniło jej się, że stały z Derrą na skraju tamtego pamiętnego urwiska na północ od Spid, gdzie wsunęła kwiat za ucho kochanki. Entorianka opowiadała o czymś z przejęciem i śmiała się radośnie, a jej elektroniczne oczy lśniły miłością. Dlatego nie zdziwiła się zbytnio, gdy po śniadaniu i porannej toalecie ujrzała Derrę w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Córka słońca, rozdział 31 — czytnik · opowiadania