Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 1 godz. 14 min czytania

Córka słońca, rozdział 32

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}{b}ROZDZIAŁ XXXII KIERUNEK: STRANDVEINEN{/i}{/b}

Nazajutrz, tuż po kolacji, Derra zaszła do warsztatu ojca, gdzie długo i pieczołowicie ostrzyła nóż, zabrany Arminie potajemnie z kuchni. Było to najokazalsze tego typu narzędzie, jaki posiadała jej matka, z obustronnym ostrzem oraz solidnym, pociemniałym od brudu rąk dębowym trzonkiem. Używano tego noża do dzielenia bochnów chleba, dużych jak miednica, i krojenia płatów twardego mięsa. Dele-kan przyglądał się jej pracy w milczeniu, stojąc za plecami córki, aż wreszcie rzucił: - Może mógłbym ci pomóc? - Nie, tato. Dam sobie radę. Nie nalegał. Pozwolił jej wykonać samodzielnie do końca tę męską pracę, podziwiając dokładność dziewczyny. Derra przesuwała bowiem kawałkiem stali po osełce w tę i z powrotem tak długo, aż ostrze stało się cienkie jak papier, zdolne do przecięcia włosa na czworo. Owinęła potem nóż w wyprawioną owczą skórę, którą zdjęła ze ściany pracowni, i włożyła do podróżnego worka. Nie pytał, do czego Derra potrzebuje tego narzędzia. Przywykł już do tego, że młodsza córka ma całą masę mrocznych tajemnic, którymi nie dzieli się z rodziną. Wstała następnego ranka przed czwartą i nie tracąc czasu, w milczeniu wyjadła całą miskę gulaszu ze żmii, zagryzając obficie chlebem. Musiała nabrać jak najwięcej siły przed tym, czego zamierzała dokonać. Przeszła do sieni i zaczęła grzebać w szafce na buty. Znalazła odświętne pantofle Arminy na kilkucentymetrowym obcasie. Przymierzyła je na swoje stopy. Pasowały zupełnie dobrze, w końcu obie z matką miały taki sam rozmiar buta. Nie rozbita skóra rzadko noszonych pantofli trochę uciskała ją w pięty, ale postanowiła znieść z godnością tę drobną uciążliwość. Mierzyła teraz sto siedemdziesiąt pięć centymetrów. Dokładając do tego pięć centymetrów obcasa, osiągała magiczne sto osiemdziesiąt i przekraczała granicę, poza którą Sangacjanki są uważane za bardzo wysokie. Z takim wzrostem łatwiej jej będzie zrobić na tamtejszych ludziach, a zwłaszcza pewnym mężczyźnie, odpowiednie wrażenie. Chciała wzbudzać szacunek, a nawet strach, ponieważ tylko w takim przypadku mogła perfekcyjnie przeprowadzić swój plan. Wróciła do kuchni i odezwała się do matki: - Biorę twoje buty. - W porządku – kiwnęła głową Armina, sprzątając brudną miskę po Kan-tanie, który wybiegł przed paroma minutami na podwórze. – Mogę wiedzieć, dokąd się wybierasz? - Pojadę do Derbachii. Mam tam do załatwienia dwie ważne sprawy. Ergon wybiera się do miasta, więc podrzuci mnie na stację. - Za trzy dni ruszamy w góry. To nie jest najlepsza pora na takie wycieczki. - Wrócę dziś wieczorem, a najpóźniej jutro rano. Na pewno zdążę przed wymarszem. - W porządku - powtórzyła matka. - Rób, co uważasz za właściwe. Ale jeśli mam być szczera, Derro, to dziwię się, że masz jeszcze ochotę oglądać tamto miasto. Gdybym była tobą, moja noga nigdy więcej nie postałaby w przeklętej Derbachii. - Muszę tam pojechać, żeby dokończyć to, co zaczęłam. Nie opuszczam was na długo. Kuzyn powoził z wprawą, omijając głębokie, wyżłobione przez deszcz i liczne pojazdy koleiny. Czasami jednak, gdy chłopak zamyślił się, koło bryczki natrafiało na spory kamień. Pojazd niebezpiecznie przechylał się wtedy na bok, zmuszając dziewczynę do gwałtownego chwytania się siedzenia. Zacisnęła gniewnie usta, nie chcąc zwracać Ergonowi uwagi. W końcu wyrządzał kuzynce grzeczność, podwożąc ją do Archad. Derra skuliła się na koźle, rozcierając pokryte gęsią skórką ramiona. Wzięła wprawdzie sweter, wydziergany przez Arminę z porządnej, zdjętej z własnych owiec wełny, lecz powietrze o tej porze dnia było bardzo chłodne. Nazwa miesiąca - Flamerule - oznaczała wszak dopiero Nadejście Lata, nie jego pełnię. Na dobrą sprawę była to późna wiosna. Poczucie zimna wzmagała nagość łydek. W Kiramie nie znano cieniutkich jak mgiełka rajstop z tworzyw sztucznych, miała więc do wyboru jedynie wzorzyste, robione na szydełku zimowe getry, spodnie, będące dla Kiramejek strojem zakładanym tylko do fizycznych prac i nie mającym nic wspólnego z elegancją oraz dobrym smakiem, lub właśnie nagość nóg pod cienką spódnicą. Oboje milczeli niemal przez całą drogę. Ergon rzucał na nią z ukosa krótkie spojrzenia, w których czaiło się coś na kształt współczucia. Nie chciała tego, więc udawała, że nie zauważa jego wzroku. Pomyślała, że mogłaby teraz wyrzucić z serca przynajmniej część żalu. Ten chłopak na pewno nie zmieszałby z błotem jej szczerych uczuć. Nie poczęstowałby kpiną, nie prawiłby morałów, gdyby zaczęła mówić o swojej samotności i tęsknocie za minionym szczęściem. Ale Derra Amno, kiedy tylko wydobywała się trochę z najgłębszej czeluści rozpaczy, wolała raczej znów konać z bólu niż przyjąć współczucie. Zresztą, to było już bez znaczenia. Miała przecież spotkać się z kimś, kogo kochała wcześniej, mocniej i bardziej prawdziwie. Tylko o tamtym człowieku było jej teraz wolno myśleć. Z letargu wyrwał ją głośny gwizd parowozu. Pociąg do Sent, drugiego dużego miasta Entorii, miał odjeżdżać za kilka minut. Ostatni spóźnieni pasażerowie wskakiwali z pośpiechem na stopnie, a niektórzy, zwłaszcza cudzoziemcy, gramolili się do środka z okazałym bagażem. Spojrzała na wielki zegar, zawieszony nad wejściem do głównego budynku dworca. Dotarła na stację z co najmniej półgodzinnym wyprzedzeniem. Pociąg, do którego miała wsiąść, pospieszny relacji Buffalo-Polinia, jeszcze nie przyjechał. Miała dość czasu, by bez nerwowej gorączki kupić bilet i zjeść drożdżową bułkę, zapijając ją filiżanką mocnej herbaty. Zeskoczyła na wybrukowany plac i zarzuciła na ramię lekki worek. - Dziękuję, Ergonie - odezwała się po raz pierwszy, odkąd minęli Siedem Olch. - Potrzebujesz czegoś ze sklepu? - Nie, chyba nie - pokręciła głową. - Na pewno? Jeśli chcesz, zrobię ci zakupy. W końcu jesteśmy rodziną i powinniśmy pomagać sobie nawzajem - obdarzył ją nieco bladym uśmiechem. - W takim razie zatrzymaj się obok księgarni i kup mi „Zakochaną po raz ostatni” Elareny Hallast. Trochę słyszałam o tej książce. To opowieść o życiu intymnym kobiety… takiej jak Lorana – opuściła z zakłopotaniem głos i zaraz go podniosła, by wymieniać kolejne pozycje. – Kup też „Moje życie” autorstwa królowej Riny, obydwa tomy, i może coś nietrudnego po quatessińsku, jeśli uda ci się dostać. Zapamiętałeś? A kiedy kiwnął głową, dodała: - I nie mów nikomu, co będę czytać, dobrze? - Nie ma sprawy. O której mam po ciebie przyjechać? - Nie kłopocz się mną. Coś wynajmę. - Zawiozę cię do domu, tylko powiedz, o której mam tu być. - Nie umiem powiedzieć, ile czasu będę tam potrzebowała. Może wrócę dopiero jutro. Dam sobie radę. - Niech ci będzie, kuzynko. W takim razie szczęśliwej podróży. Uważaj na siebie w tym gnieździe wilków. - Ty też jedź ostrożnie. Pomachała chłopakowi na pożegnanie, uśmiechając się ciepło na widok jego pozornie niedbałego gestu. Ergon i jego siostra byli najukochańszymi towarzyszami dzieciństwa Derry. Milla z większą łatwością okazywała krewnej serdeczne przywiązanie, natomiast chłopak, odkąd przestali być małymi dziećmi, zawsze odczuwał w jej towarzystwie nieznaczne skrępowanie, wynikające z fizycznej atrakcyjności kuzynki. Maskował je nieszkodliwymi docinkami oraz charakterystycznymi dla wszystkich chłopców i mężczyzn przechwałkami. Był jednak jej prawdziwym przyjacielem, jednym z niewielu. Dotarła do przedmieść Polinii tuż przed południem. Kiramska stacja kolejowa została wybudowana za miastem, by nie zakłócać ruchu kołowego i nie szpecić idealnej, sztucznej architektury Polinii. Kiedy siedziała w pociągu, na zewnątrz zrobiło się tak ciepło, że po wyjściu na peron musiała zdjąć sweter. Upchnęła go w worku, zostając w prostej, bladobłękitnej bawełnianej sukience z krótkimi rękawami. Pospiesznie przeciskała się w tłumie przechodniów. Wciąż zadzierała głowę, by obserwować szklane budowle o niebotycznej wysokości. Kilka razy wylądowała z tego powodu na czyichś plecach. Przepraszała grzecznie po angielsku, zastanawiając się, jak wielu Polinejczyków zna już entoriański. W tym miejscu, zawieszonym pomiędzy dwoma kulturami i dwoma gatunkami humanoidalnych istot, jej pojawienie się nie robiło na nikim wrażenia. Kilka razy obejrzał się za nią bezwstydnie któryś z mężczyzn, co zupełnie jej nie przeszkadzało. Musiała zapytać parę razy o drogę, zanim dotarła na tamten drugi, położony w samym centrum Polinii dworzec, obsługujący podziemną kolej sangacką. Równo za godzinę i kwadrans miała być w Derbachii. W pierwszym napotkanym kantorze wymieniła kiry na dolary i kupiła w kasie dworca bilet, zżymając się w duchu na jego wygórowaną cenę. Jeśli wyda na tę podróż wszystkie pieniądze, matka da jej następne kieszonkowe dopiero po powrocie z gór. Zarumieniła się na myśl, że nie będzie miała z czego oddać Ergonowi za książki. Chyba będzie musiała zacząć upominać się o pieniądze należne jej za ciężką pracę, którą wykonywała w rodzinnym gospodarstwie. Obawiała się kontroli granicznej, której poddawani byli wszyscy podróżujący do „starego kraju” na dworcu w Polinii. Na szczęście funkcjonariusz, który oglądał jej dokument tożsamości i przeszukiwał worek, nie robił tego zbyt starannie. Zadrżała, kiedy wcisnął rękę do bagażu Entorianki, lecz nie wyczuł niczego poza szorstką miękkością swetra, grzebieniem do włosów z drewnianymi zębami i jakimś zawiniątkiem, delikatnym i bardzo przyjemnym w dotyku, przypominającym trochę dziecięcy kocyk. - Po co jedzie pani do Derbachii i na jak długo? – zapytał, wklepując dane do elektronicznego notesu, który bez trudu mieścił się w kieszeni jego marynarki. - Mój brat tam mieszka – skłamała gładko. – Jest czyścicielem kanałów. Mam zamiar go odwiedzić. Będę wracała dziś wieczorem lub jutro rano. Gdyby natknęła się w drodze powrotnej na tego samego człowieka, jej bajeczka będzie przynajmniej wiarygodna. - Wizyta u krewnego, jeden dzień – mruknął, uderzając w maleńkie przyciski i nie patrząc na dziewczynę. – Obywatelka Entorii. Dziękuję pani i życzę miłego pobytu w naszym kraju. Odetchnęła z ulgą, kiedy się oddalił. Gdyby rozwinął skórę, z pewnością zostałaby zatrzymana do wyjaśnień. Świeżo naostrzony nóż, długości przedramienia dorosłego człowieka, był śmiertelnie niebezpieczną bronią, z którą nie wolno było wjeżdżać na pilnie strzeżone terytorium Sangacji. Gdyby funkcjonariusz posłużył się wykrywaczem metalu, jej misterny plan ległby w gruzach, a ona sama mogłaby mieć spore kłopoty. Zaryzykowała bardzo dużo, zabierając ten nóż. Niestety, w innym przypadku człowiek, ze względu na którego wzięła narzędzie, nie potraktowałby jej poważnie. Strażnik nie dopytywał się przynajmniej o jej wiek. Gdyby wciąż posługiwała się sangacką {i}identity card{/i}, również zostałaby zatrzymana, ponieważ do tych nieszczęsnych osiemnastych urodzin brakowało jej dwudziestu trzech dni. Ale teraz podróżowała jako Kiramejka, więc nikogo w Sangacji nie obchodziło, czy jej rodzice wiedzą o tej eskapadzie, nawet gdyby jeszcze wczoraj leżała w kołysce. Może na tym dworcu kontrolowano Kiramczyków trochę bardziej oględnie, ustawiając ich niemal w jednym szeregu z podróżującymi do starej ojczyzny Polinejczykami. A może funkcjonariusz zabawił gdzieś wczoraj do późna i z trudem odemknął o szóstej rano oczy. Nigdy nie miała poznać rozwiązania tej zagadki, co było właściwie bez znaczenia. Najważniejsze było to, że siedziała spokojnie w wygodnym fotelu, we wnętrzu komfortowo wyposażonego i jasno oświetlonego wagonu. Aby zapełnić mijający zdumiewająco powoli czas, podglądała ukradkowo współpasażerów, popijała z jednorazowego kubka kolejną herbatę i oglądała na dużym ekranie jakąś rzewną operę mydlaną. W Derbachii nie musiała nawet wychodzić od razu na otwartą przestrzeń. Posuwając się zatłoczonymi tunelami, przeszła na pobliski dworzec metra, gdzie wsiadła w pociąg jadący w kierunku Manhattanu. Bardzo dobrze pamiętała rozkład stacji metra, z których korzystała, mieszkając w stolicy. Musiała odczekać chwilę przy wyjściu z podziemi, ponieważ padał przelotny deszcz, a ona nie miała parasola ani przeciwdeszczowego płaszcza. Wreszcie ruszyła w kierunku kolosusa, który przez pięć lat był jej domem. Od przystanku miała do przejścia co najwyżej dwieście metrów. Rozglądała się ciekawie, próbując ustalić, co zmieniło się w tej dzielnicy, i musiała przyznać, że bardzo niewiele albo zgoła nic. Ktoś w Gondwanie dawno temu nazwał Derbachię miastem, które nigdy nie zasypia, a Manhattan był sercem metropolii. Tutaj szaleńczy ruch nie ustawał nawet w późnych nocnych godzinach, a uliczny gwar był trudny do zniesienia dla osoby, która wolała słuchać pieśni morza i lasu. Ten hałas dodatkowo rozdrażniał dziewczynę i wzmagał jej wewnętrzne napięcie. Przekroczyła próg obrotowych drzwi i znalazła się we wnętrzu olbrzyma. Nikt jej nie zatrzymywał, ponieważ kolosus nie był wyłącznie budynkiem mieszkalnym. Na stu piętrach mieściło się całe miasteczko z szeregiem obiektów użyteczności publicznej, nie wyłączając kilku szkół. Każdy mógł wejść do środka i o dowolnej porze dnia wyjść, nikomu się nie opowiadając. Z bijącym mocno sercem wjeżdżała szybkobieżną windą na osiemdziesiąte dziewiąte piętro, unikając wzroku współpasażerów. Nie chciała, by któryś z sąsiadów rozpoznał w niej wychowanicę Carradine'ów. Nagła śmierć Michaela i wizyta policji z pewnością sprawiły, że sprawy tamtej rodziny stały się tematem gorących dyskusji w kolosusie. A może nie. W końcu w tym mieście cudza prywatność była w wielkim poszanowaniu, a każda z rodzin obracała się w kręgu własnych zajęć i wąskiego grona bliskich znajomych. To nie był Sokół z jego pięćdziesięcioma chałupami. Tylko w tym jednym olbrzymim budynku przebywało mniej lub bardziej na stałe blisko dwadzieścia tysięcy osób, często nigdy nie poznając sąsiadów i nie odwiedzając się nawzajem. Szansa na to, że ktoś rozpozna w wysokiej Entoriance tamtą piegowatą dziewczynkę, którą codziennie podwoził do szkoły funkcjonariusz Nathan Cole, była minimalna. Wyprostowała się więc jak struna i uniosła głowę. Pamiętała o tym, że powinna godnie reprezentować w tym kraju swoją nację, a nawet całą rasę. Dla tych ludzi nie była Derrą Amno, nie była nawet Entorianką, ale po prostu obcą, barbarzynką. Uśmiechnęła się lekko, z poczuciem wyższości, którego nie próbowała kryć. Napotkała spojrzenie elegancko uczesanej blondynki, stojącej po jej prawej ręce, której wieku nie potrafiła jednoznacznie określić. Wiedziała, że Sangacjanki mają bardzo wiele sposobów za zatrzymywanie młodego wyglądu, które zawodziły z reguły na całej linii, gdy zaczynał się dla tych kobiet okres starczego uwiądu. Wtedy nawet najdroższe kosmetyki nie mogły cofnąć upływu bezlitosnego czasu. Tamta odwróciła głowę, spuszczając na dodatek z zakłopotaniem wzrok. Pozostali pasażerowie windy również udali, że bardzo interesuje ich wzór na imitacji boazerii. Derra poczuła nagły przypływ satysfakcji. Statystyczni Sangacjanie wyraźnie się jej bali, ulegając szerzonej w mediach propagandzie. Wrażenie potęgował jej wzrost, który w Entorii był czymś zupełnie naturalnym. Tutaj była wyższa nie tylko od większości kobiet, ale także części mężczyzn. Współpasażerowie stopniowo wysiadali na kolejnych piętrach. Kiedy przyszła kolej na nią, w windzie pozostała tylko jakaś inna młoda kobieta z dwójką małych dzieci, z których jedno głośno marudziło. Jej nerwowość, którą przez całe przedpołudnie maskowała przesadną pewnością siebie, wzrastała z każdą sekundą. Miała nadzieję, że Kimmo będzie w domu, bo nie zniosłaby kilku następnych godzin oczekiwania. I tak szczęście bardzo jej dopisało, ponieważ przyjechała do Sangacji w niedzielę, a więc w dniu, który znakomita większość tubylców przeznaczała na odpoczynek. Przeszła przez rzęsiście oświetloną, krótką galerię handlową. Minęła kilka przytulnych kawiarenek z sączącą się dyskretnie spokojną muzyką, nie zwracając uwagi na ukradkowe, ciekawskie spojrzenia innych przechodniów. Matczyne buty uparcie obcierały pięty do krwi i zaczynała żałować, że je wzięła. Nie miała żadnych na zmianę, musiała więc wytrzymać tę niewygodę. Poprawiła na ramieniu sznur podróżnego worka, myśląc przelotnie o ukrytym na jego dnie nożu, który na pewno zainteresowałby derbachijskich stróżów prawa. Naturalnie, gdyby wiedzieli, z czym spaceruje po zaułkach ich miasta ta ładna dziewczyna. Na razie nóż nie był jej potrzebny i wolałaby, aby tak pozostało. Niestety, miała także do załatwienia drugą, o wiele mniej przyjemną sprawę. Dotarła w końcu do sekcji mieszkalnej. Stanęła przed szklaną taflą i poczekała grzecznie, aż ta rozsunie się przed nią po tym, jak kamera termowizyjna zarejestruje obecność istoty ludzkiej. Przepuściła przed sobą starca, który mógł mieć nawet dziewięćdziesiąt lat, co było wiekiem niemożliwym do osiągnięcia dla Kiramczyka. Zawsze szanowała takich Sangacjan, nie potrzebując do tego zachęty ze strony wychowawców. Bez trudu znalazła w długim szeregu podobnych do siebie drzwi te od mieszkania Lapalainenów, wszak rok temu stawała przed nimi niemal codziennie. Nie mogłaby zapomnieć, gdzie szukać ukochanego, podobnie jak do końca życia będzie pamiętać lokalizację tamtego mieszkania w Spid. Kimmo mieszkał w wewnętrznej części kolosusa, co oznaczało, że okna były tylko imitacjami, ekranami wyświetlającymi wciąż ten sam nieruchomy widoczek. Ta rodzina widywała światło słońca dopiero po opuszczeniu drapacza chmur. Była wtedy tak bardzo zakochana w chłopaku, że ledwie zauważała ten kłopot. Do szczęścia wystarczała jej sama obecność Kimmo. Teraz, kiedy na nowo przywykła do częstego przebywania na otwartej przestrzeni, czuła się w tym miejscu jak w klatce. Nie umiałaby zamieszkać z nim w tej norze z wyciszonymi ścianami. Dlatego musiała przekonać Kimmo, że Entoria również jest dobrym miejscem do życia. Stała przez kilka minut przed tamtymi drzwiami, uspokajając tłukące się serce i próbując stłumić nagły przypływ lęku. Kilkakrotnie unosiła dłoń w kierunku dzwonka i natychmiast ją opuszczała. Przekonywała w myślach samą siebie, że nie może teraz odejść, nie zobaczywszy się z chłopakiem. Nie po to przejechała dla niego taki szmat drogi, by w ostatniej chwili stchórzyć. Doznawała jednocześnie kilku sprzecznych uczuć. Była w tym kłębowisku emocji dawna miłość do niefortunnego adoratora Katii, był zachwyt, a nawet szczęście, była nadzieja i przekonanie, że teraz wszystko ułoży się po jej myśli. Z drugiej strony, odczuwała też silne, nie dające się zagłuszyć zwątpienie w trwałość tego przywiązania w obu sercach, ale przede wszystkim u Kimmo. Próbowała zrozumieć wstręt, który wzbudziła w nim w więzieniu. Nie była pewna, czy ona sama potrafiłaby namiętnie kochać kogoś tak straszliwie oszpeconego. Na szczęście to, co oddaliło chłopca od Entorianki, było już tylko przerażającym wspomnieniem. Znów była piękna i dopóki ktoś nie przyjrzał się jej twarzy z bardzo bliska, nie był w stanie rozpoznać implantów. Zaraz zobaczy Kimmo i wtuli się w jego ramiona. Chciało jej się płakać z radości i podskakiwać jak mała dziewczynka. Dzięki Ci, Wielki Duchu, wyszeptała bardzo cicho. Miej mnie teraz w swojej opiece. Wykorzystując tę chwilę optymizmu, wstrzymała oddech i nacisnęła przycisk dzwonka. Rozległa się krótka, wesoła melodyjka, chyba {i}Jingle Bells{/i}, o ile dobrze pamiętała. Przez minutę czy dwie nic się nie działo, a potem usłyszała cichy szmer. Wiedziała, że ten ktoś po drugiej stronie obserwuje jej twarz na ekranie, wbudowanym w drzwi na wysokości ludzkiej głowy. Sangacja dawno zrezygnowała z prymitywnych wizjerów. Derra miała nadzieję, że tamta osoba rozpozna w „dzikusce” dziewczynę Kimmo, a jednocześnie podopieczną Timothy'ego i Amber. Na wszelki wypadek zbliżyła usta do szczeliny i zawołała cicho: - Proszę nie bać się i otworzyć drzwi! To ja, Derra Amno. Przyszłam do Kimmo. Rozległy się krótkie syknięcia dwóch elektronicznych zasuw i drzwi wreszcie lekko się odchyliły. Wyjrzała zza nich jasna, nieco rozczochrana głowa, należąca do kobiety. Po tych bezpośrednich oględzinach, zakończonych upewnieniem się co do tożsamości gościa, tamta otworzyła w końcu szeroko drzwi, stając twarzą w twarz z Entorianką. To była Daisy Lapalainen, matka Kimmo. Przez chwilę obie milczały, taksując się nawzajem pełnymi napięcia spojrzeniami. Derze zaschło z przejęcia w ustach, oblizała więc wargi językiem. Daisy miała na sobie podomkę {i}frotte{/i} w delikatnym, morelowym kolorze, na stopach zaś wielkie, nieco dziecinne bambosze. Na jej twarzy malowało się zdumienie, pomieszane z krańcowym niedowierzaniem. Znała kiedyś tę dziewczynę w innym wcieleniu. Osoba, która stała przed Sangacjanką teraz, nie mogła być tamtym naiwnym, uduchowionym dziewczęciem, które życie tak mocno skrzywdziło. - Derra... - wyszeptała wreszcie. - Ale to przecież niemożliwe. Kimmo mówił, że ty... że wyłupili ci... - Jak widzisz, jestem cała i zdrowa – przerwała szybko Derra. Kiedyś mówiła po imieniu do matki swojego chłopaka, więc nie widziała powodu, by teraz miało być inaczej. - Wolałabym o tym nie mówić, Daisy – dodała. – Proszę, nie zadawaj dzisiaj żadnych pytań. Wkrótce wszystko wam opowiem. Przyjechałam, żeby spotkać się z Kimmo. Czy jest w domu? - Owszem – odparła Sangacjanka, wciąż zachowując rezerwę, jakby dziewczyna była jakimś namolnym domokrążcą. – Kiedy zaglądałam ostatnio do jego pokoju, odrabiał lekcje. Wejdź, proszę. Odsunęła się, robiąc Entoriance przejście. Derra znalazła się w znajomym mieszkaniu. Z ciekawością rozglądała się wokół siebie. Interesowało ją przecież wszystko, co miało choćby pośredni związek z Kimmo i ich miłością. Przebywanie w tym domu, dotykanie tych ścian, stąpanie po tej wytartej wykładzinie było jak podróż w czasie na wstecznym biegu, wymazująca z jej życia incydent z Loraną. Zastanawiała się, czy powinna zdjąć buty. Wymogi grzeczności nakazywały, by to zrobiła, pomimo to niechętnie rezygnowała z dodatkowych pięciu centymetrów wysokości. Ale przecież ani Daisy, ani tym bardziej Kimmo, nie byli jej wrogami. Mogła choć na chwilę odłożyć na bok psychologiczną broń, jaką był jej imponujący wzrost. Ledwo wyswobodziła się z ciasnych pantofli, gdy przez przedpokój przemknęła nieduża błyskawica i bez wahania przytuliła się do Entorianki, wołając przy tym entuzjastycznie: - Derra! Nareszcie wróciłaś! Derra przyklękła na jedno kolano, by objąć dziewczynkę. Przynajmniej Mervi niczemu się nie dziwiła i nie zadawała kłopotliwych pytań. Dla dziesięciolatki świat był bardzo nieskomplikowanym miejscem. W oczach Derry pojawiła się na moment zdradliwa wilgoć. Nie przypuszczała, że dokuczliwa siostrzyczka Kimmo aż tak bardzo ją lubi. - Tak, Mervi – szepnęła do ucha dziecka. – Wróciłam do was z końca świata. Już nigdy więcej tak nie zniknę, obiecuję. Dziewczynka uwolniła się z jej objęć i odezwała się rezolutnie: - Cieszę się, że znów będziesz dziewczyną Kimmo. Bo tamta druga, ta Eloise, nie chce się ze mną bawić. Kim była, na Chaos, ta cała Eloise i dlaczego Mervi o niej wspominała? Sercem Derry targnął gwałtowny niepokój. Zanim jednak zdążyła zadać Daisy pytanie, tamta odsunęła gwałtownie córkę i powiedziała z zakłopotaniem: - Nie zwracaj na nią uwagi, Derro. Jak zwykle plecie, co jej ślina na język przyniesie. Kimmo na pewno bardzo się ucieszy, kiedy cię zobaczy. Chodź, zapukamy do jego pokoju. Ujęła Entoriankę za nadgarstek i pociągnęła za sobą pod drzwi pokoju młodszego syna. Wydobywała się spoza nich niegłośna muzyka. Derra pomyślała przelotnie o Risto i Mattim. Albo przyszły teść i szwagier nie mieli chęci jej witać, albo nie było ich w domu. Zastanawiała się przez moment, czy nie powinna zapytać o mężczyzn. Ale nie, chyba nie. Teraz powinien liczyć się dla niej tylko Kimmo. Po spotkaniu z nim będzie miała mnóstwo czasu na odnowienie pozostałych znajomości. - Masz gościa, Kimmo – odezwała się Sangacjanka. Wprowadziła Derrę do pokoju chłopaka, a następnie wycofała się i zamknęła za sobą drzwi. Młodzieniec zerwał się pospiesznie z krzesła i stanął w bezruchu obok biurka. Patrzył na Entoriankę z niewymownym zaskoczeniem, zaprawionym bardzo dużą dozą przestrachu. Oboje milczeli, nie mając pojęcia, jakimi słowami mogliby zacząć rozmowę po tak długim niewidzeniu. Derra pochłaniała rozpromienionym wzrokiem całą jego postać, również jakby wrośnięta z wrażenia w dywan. Zapomniała nawet o rozglądaniu się po pokoju, w poszukiwaniu różnic między stanem obecnym a tym sprzed roku. Sam Kimmo zmienił się przez ten czas bardzo niewiele. Miała przed sobą tego samego tyczkowatego, chudego do przesady nastolatka z zawadiacko przystrzyżonymi włosami. Nie zdążył wymodelować fryzury żelem, więc jasne kosmyki spadały swobodnie na czoło, czyniąc chłopca jeszcze bardziej słodkim. Wciąż używał szkieł kontaktowych, a przynajmniej tak przypuszczała, ponieważ nigdzie nie zauważyła wielkich, szpecących okularów. - Derra... - wyjąkał w końcu. – Jak to...? Wyglądasz całkiem... Przecież wtedy nie miałaś... Urwał, jak przed kilkoma chwilami jego matka, nie mając dość śmiałości, by mówić bez ogródek o jej wyjątkowej „dolegliwości”. Na szczęście Derra wybawiła go z kłopotu. - Zapomnij o tym, co widziałeś w więzieniu – powiedziała. – Tamto nigdy się nie wydarzyło. Oboje mieliśmy bardzo zły sen. - Ale przecież... one nie mogą odrastać... - dukał dalej jak uczniak, którym wszak był, rumieniąc się przy tym mocno. - To są protezy. Wasi lekarze wprawili mi je w Polinii – wyjaśniła. – Jak widzisz, znów jestem ładna, chociaż jest to taka trochę nieprawdziwa uroda – zaśmiała się krótko. Ten śmiech również był nieco sztuczny. – Ale podobam ci się, prawda? - Wyglądasz świetnie – szepnął. Przed rokiem pożegnał licealistkę o lekko zaokrąglonych kształtach, która nigdy nie prezentowała się dobrze w sangackich strojach, zbyt workowatych lub przeciwnie, zbyt opiętych, podkreślających masywność jej ciała. Teraz stała przed nim wysoka i zgrabna dziewczyna w idealnie dopasowanej sukience. Jej twarz o wysokim czole, ostrym podbródku i cudownym wykroju ust jaśniała szczęściem, ale równocześnie była naznaczona wyjątkową u nastolatki powagą. Ta twarz mogłaby należeć do kobiety po studiach. Derra Amno, w trakcie ich stosunkowo krótkiej rozłąki, stała się dorosłą osobą, podczas gdy on pozostał uroczym chłopcem, w pełni zadowolonym ze swojego statusu. - Tak bardzo za tobą tęskniłam, Kimmo – odezwała się wreszcie, ruszając ku ukochanemu. – Nie mogłam się doczekać, kiedy cię znów zobaczę. Podniosła ramiona, mając zamiar owinąć je wokół szyi chłopaka i mocno się do niego przytulić. Chciała mówić mu o swoim oczekiwaniu i wierności, o smutku i nadziei. Chciała cicho płakać ze szczęścia, z twarzą wciśniętą w jego szyję. Ale Kimmo powstrzymał ją dłonią wyciągniętą w obronnym geście. - Poczekaj, Derro – sapnął z zażenowaniem. – Poczekaj chwilę. To się dzieje dla mnie zdecydowanie za szybko. Zatrzymała się więc niecały metr od niego, wpatrując się w Sangacjanina ze zdziwieniem. - Co się stało? Zrobiłam coś złego? – zadała te same pytania, które tak często kierowała w swoim czasie pod adresem Lorany, upatrując w rezerwie ukochanych osób dowodów na własną niedoskonałość. - Nie, tylko... Lepiej będzie, jeśli od razu ci o czymś powiem. Parę tygodni po twoim zniknięciu podjąłem terapię. Nie mogłem się pozbierać po tym, co zobaczyłem w więzieniu... po tym, co ci tam zrobili – poprawił się natychmiast. – Opuściłem się w nauce i przestałem spotykać się ze znajomymi, więc rodzice bardzo się o mnie martwili. Mama mówiła, że bardzo zamknąłem się w sobie, ponieważ prawie nie wychodziłem ze swojego pokoju. Pewnego dnia tata po prostu zawiózł mnie do poradni i zostawił w gabinecie bardzo dobrego psychiatry. Najpierw nie chciałem z nim rozmawiać, ale na trzeciej sesji wyznałem mu wszystko jak księdzu na spowiedzi. Widzisz te proszki? – wskazał wyciągniętą dłonią w kierunku drewnianej półki na książki, na której trzymał niedużą fiolkę z brązowego szkła, zatykaną plastikowym korkiem i do połowy wypełnioną pastylkami o nieokreślonym bliżej kolorze. - Widzę. Z czego chcesz się nimi wyleczyć? – zapytała, znów czując krótki skurcz serca, który zawsze zwiastował coś złego. - Dostałem je na ustabilizowanie nastroju i po to, żebym przestał o tobie myśleć. Psychiatra stwierdził, że brakuje mi silnego kobiecego wzorca, takiej przebojowej, robiącej karierę matki, którą mógłbym podziwiać. Dlatego szukałem tej niezależności i siły w tobie. Powiedział, że byłaś dla mnie taką zastępczą matką, że łagodziłem w ten sposób jakieś swoje lęki... W każdym razie to było coś takiego, nie pamiętam dokładnie. Mówił jeszcze, że nie jesteś tym, czego naprawdę potrzebuję. - Dlaczego pozwalasz, aby ktoś obcy mówił ci, czego naprawdę potrzebujesz? – odparowała natychmiast, przyjmując trochę zbyt ostry ton. – Sam powinieneś to wiedzieć. „Pewnego dnia jeszcze raz tak mocno pokochasz i zbudujesz z tym mężczyzną szczęśliwą rodzinę.” W taki sposób matka układała jej zaledwie parę tygodni temu życie. To bolesne wspomnienie powróciło niespodziewanie, sprawiając, że cofnęła się o parę kroków i przysiadła zrezygnowana na tapczanie, pozwalając mu kontynuować. Poczuła, że drżą jej kolana i z trudem łapie powietrze. Miała nadzieję, że nie dostrzeże tych oznak słabości. Musiałaby wtedy powiedzieć mu o Loranie. - Przez dwie sesje tłumaczył mi, że człowiek nie powinien kochać Kiramejki, ani tym bardziej wiązać się z nią – mówił Kimmo. – To jest dewiacja. Tak twierdzi psychologia. Na początku nie chciałem się z nim zgodzić, ale nie mogę wciąż podważać naukowych prawd. Zabronił mi nazywać to, co do ciebie czułem, miłością. To było chorobliwe fantazjowanie, która wzięło się z nieprawidłowych relacji w rodzinie i z traum przeżytych we wczesnym dzieciństwie. - Ale przecież twoi rodzice prawie się nie kłócili – wtrąciła. – Moim zdaniem Daisy jest zbyt uległa mężowi, ale takie są w tym kraju obyczaje. Masz cudowne, kochające rodzeństwo i mnóstwo przyjaciół, a twoje dzieciństwo było bajką w porównaniu z moim. Ten człowiek wmawia ci bzdury i pewnie bierze za to duże pieniądze. - Nie, Derro – pokręcił głową z uporem, opierając się lewą dłonią o kant biurka. – Kiedy to wszystko przemyślałem, doszedłem do wniosku, że on ma rację. Jesteś piękna i inteligentna, ale nie jesteś człowiekiem. Cenię cię i szanuję, ale nie założę z tobą rodziny. Dlatego nie chcę być znowu twoim chłopakiem. - Przecież naprawdę mnie kochałeś – odparła rozpaczliwie, nie przyjmując jeszcze do wiadomości jego odmowy. – Ja też cię kochałam. Nadal cię kocham – szepnęła. – Nie przekreślaj naszego związku z powodu majaczeń jakiegoś idioty. - Pamiętasz Eloise? Tę małą blondynkę z publicznego liceum, która przychodziła do „Różowej Pantery” z paczką koleżanek? Spotykam się z nią od dwóch miesięcy i na razie układa nam się wspaniale. Mój lekarz powiedział, że jestem już gotów na normalny związek z kobietą. - Masz nową dziewczynę? Ale przecież... - wyciągnęła dłoń, pokazując pierścionek, który od niego dostała. – Nie możesz wiązać się z inną, bo jesteś moim narzeczonym. Pobierzemy się i będziemy mieszkać w Entorii, a ja zostanę pewnego dnia przywódczynią gromady. Mówiłam ci, że mój ród przewodzi Sokołowi od czterech pokoleń i że władza na pewno pozostanie w naszych rękach. - Tak, mówiłaś. A ja powtarzałem setki razy, że nie chcę mieszkać w twoim kraju, tylko tutaj, w Derbachii. Czyżbyś była głucha? A może zawsze lekceważyłaś moje zdanie, bo liczyło się tylko to, czego ty pragniesz? – odparł, wpadając w irytację na dźwięk ogranej „piosenki”, której wysłuchał przed rokiem zbyt wiele razy. - Nie możesz spotykać się z żadną Eloise – kręciła uparcie głową. – Przecież będziemy mężem i żoną. - Derro, daj już spokój z tymi wymuszonymi zaręczynami – skrzywił się, jakby jadł cytrynę. – Gdybyś uważniej mnie słuchała, zamiast opowiadać bez końca swoje bajki, może przyjęłabyś w końcu do wiadomości, że nie chcę się żenić ani nawet zaręczać, dopóki nie skończę studiów. Może spędzę resztę życia właśnie z Eloise, a może będę miał jeszcze dziesięć innych dziewczyn. Nie mogę teraz przewidzieć, co przyniesie mi przyszłość. Na razie myślę głównie o zdaniu matury i dostaniu się na dobre studia. Pewnie tego nie rozumiesz, ale dla mnie najważniejsza jest teraz nauka. Jeśli będę miał dobrze płatną pracę, zapewnię mojej rodzinie lepsze życie. Prawdziwej, ludzkiej rodzinie z kilkorgiem dzieci – położył nacisk na ostatnie zdanie, jakby chciał odtrącić ją jeszcze bardziej. Zerwała się z kanapy i z płonącymi z emocji policzkami zawołała: - Niedobrze mi się robi, kiedy pomyślę, że mówiłam Loranie o naszych zaręczynach! Gdybym wiedziała, jakim jesteś smarkaczem, nie doprowadzałabym jej z twojego powodu do płaczu. - Jakiej Loranie? Jesteś w związku z kobietą? – ściągnął brwi z odrazą, na widok której miała chęć obić mu pysk. - Byłam. I co z tego? – odparła zaczepnie. – Ty masz prawo spotykać się z tą głupią Eloise, więc ja mogłam mieć Loranę. - Sama widzisz – kontynuował z triumfem. – Nie jesteś nawet pewna, czy jesteś hetero, czy homo. Nie mógłbym żenić się z tak zaburzoną osobą. Mój terapeuta powiedziałby, że musiałaś mieć w dzieciństwie jakieś poważne problemy w relacji z ojcem, dlatego teraz boisz się mężczyzn i zwracasz się w stronę własnej płci. - Kiedy poznaje się kogoś tak niezwykłego jak Lorana, niczego nie można być pewną – szepnęła żałośnie, na chwilę pozwalając sobie na powrót wspomnień. - W takim razie nie będę wam przeszkadzał. - Rozstałam się z nią. Dla ciebie – odparła z naciskiem. – Nie było to dla mnie łatwe, ale chcę dotrzymać słowa, które ci dałam. - Które wymusiłaś na mnie łzami i zarzutami pod moim adresem – podchwycił bezlitośnie, patrząc w oczy Entorianki z jakimś niepojętym zadowoleniem. – Teraz muszę się leczyć – jeszcze raz pokazał na fiolkę. – Przez ciebie. Gdybym cię wtedy nie odwiedził, nie przeżyłbym tego okropnego wstrząsu, który mógł poważnie uszkodzić moją psychikę. Doktor powiedział, że wyjdę z tego, o ile będę ściśle stosował się do jego zaleceń. W końcu ludzie pokonują gorsze kryzysy. Oby miał rację. Patrzyła na niego w milczeniu przez długą chwilę, przeżywając prawdziwą uczuciową torturę. Najwięcej było w tej mieszance złości, rozczarowania i bólu, ale był też ślad dawnej namiętności. Patrzyła i widziała szczeniaka o twarzy cherubinka, chwilowo brzydko wykrzywionej dziecinnym żalem nad samym sobą. Kimmo naprawdę uważał, że to ona wyrządziła mu nieodwracalną krzywdę, pokazując swoją oszpeconą twarz! Na papierze byli rówieśnikami, ale w rzeczywistości znajdowali się na różnych etapach życia. Tej przepaści nie można było zasypać samymi dobrymi chęciami. Odezwała się w końcu, nie próbując silić się na grzeczność ani hamować niedobrych emocji: - Ty rzeczywiście jesteś chory, ale na to nie ma lekarstwa. Jesteś skończonym durniem i brakuje ci odwagi. Nie zapytałeś nawet, co się ze mną działo, kiedy byliśmy rozdzieleni. Miałam ci bardzo dużo do opowiedzenia, ale ciebie chyba nie obchodzą moje sprawy. Skoro tak, to nie będę nalegać. Nigdy nie popełniam po raz drugi tego samego błędu. Udław się swoimi proszkami – wyciągnęła dłoń w kierunku półki – i tym! Ściągnęła z palca pierścionek i cisnęła nim w kierunku chłopaka. Błyskotka odbiła się od piersi Kimmo i spadła na dywan. Sangacjanin nie schylił się, by podnieść zaręczynowy dar. - Z nami koniec, Kimmo Lapalainenie. Nie jestem już twoją narzeczoną – powiedziała, z trudem powstrzymując łzy. Wolała pokazać mu wściekłość, zatrzymując cały ból dla siebie. Chciała przynajmniej odejść z godnością, wzbudzając w nim szacunek, a nie litość. - Mogłaś go zatrzymać. Nie zależy mi na tej taniej obrączce. Kiedy naprawdę się zaręczę, kupię mojej kobiecie pierścionek z brylantem. - Jesteś rozpieszczonym, egoistycznym gówniarzem, który nie wie, że prawdziwa miłość wymaga poświęceń! - A ty jesteś zimną, wyrachowaną, zżeraną przez ambicje suką! Do tego jesteś pomyloną lesbą, której wydaje się, że miłość to wylizywanie cip... Nie dokończył. Derra, nie myśląc wiele o konsekwencjach swojego czynu, rozcapierzyła palce prawej dłoni, a następnie zwinęła ją w pięść, wzięła szeroki zamach i mocno, z prawdziwą furią, uderzyła chłopaka w policzek. Kimmo zatoczył się do tyłu, wpadając na biurko i omal nie wywracając filiżanki z kawą. Trzymał dłoń przy ustach, powstrzymując upływ krwi z rozciętej wargi i mierząc byłą narzeczoną wzrokiem pełnym nienawiści. Pamiętał wciąż tamten policzek, który Derra wymierzyła umizgującej się do cudzego chłopaka Katii. Pamiętał, jak zaklinała się na wszystkie świętości, że mogłaby dla niego zabić. Już wtedy bał się jej porywczości i zrobiłby wiele, by uniknąć gniewu Entorianki. - Nie daruję ci tego – szepnął. - Chcesz się bić? Chodź, popróbuj szczęścia – sapnęła, zaciskając w pięści obie dłonie. Był od niej trochę wyższy, lecz szczuplejszy i bardziej wydelikacony. Zahartowana dzięki fizycznemu wysiłkowi, obyta na co dzień z ciężkim łukiem wieśniaczka mogła sprać chłopaka gołymi rękami na kwaśne jabłko. Była gotowa zaryzykować to starcie, rozwścieczona do żywego brutalnym atakiem słownym na uczucie, którym darzyła Loranę. Nie ruszył się jednakże z miejsca i wciąż patrzył na nią wzrokiem, który mógłby zabijać. Nie tak wyobrażała sobie to pierwsze spotkanie. Przyjechała, by…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Córka słońca, rozdział 32 — czytnik · opowiadania