Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. czytania

CUDOTWÓRCA

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Siedziałam sobie w ciasnej i brzydkiej klatce. Ogonem muskałam o kraty. Siedzący po drugiej stronie pokoju hycel stroił do mnie głupie miny. Był z siebie taki dumny, że udało mu się mnie złapać... Wielkie mi co! Uważał się za takiego mądrego, a nawet nie potrafił odpowiedzieć na moje riposty (w ogóle nie rozumiał kociego języka!). W pewien sposób nawet mnie trochę bawił, jednak chyba bardziej denerwował. - I co głupi kocurze..? - pytał śmiejąc się do siebie. - Wydawało ci się, że możesz się bezkarnie włóczyć... Nie! Nie w mojej dzielnicy. Prychnęłam tylko cicho i odwróciłam się w inną stronę. Nie będę dyskutować z przygłupami. - Ten kot jest jakiś dziwny... - mruknął hycel przyglądając mi się podejrzliwe. W tej chwili ktoś go jednak gdzieś zawołał więc, odszedł. Rozejrzałam się uważnie dookoła. Towarzystwo nie było zbyt przyjazne. Kot w sąsiedniej klatce właśnie wymiotował sierścią. Aż mnie ciarki przeszły po grzbiecie. Że też musiałam przebywać w takim towarzystwie. Moja klatka była ciasna. Wyłożona sianem, którego, ku mojej wielkiej rozpaczy, nikt nie wymieniał od ładnych paru tygodni. Już chyba tylko pomyje zamiast posiłku mogły dopełnić wizerunku tego miejsca. Na szczęście nie zamierzałam zostawać do obiadu... Oczywiście to nie była moja pierwsza wizyta w schronisku. W czasie swojego kilkusetletniego życia zaliczyłam ich już kilka. Procedura była zawsze taka sama. Musiałam siedzieć, i czekać, aż przyjdzie Pani. Byłam jednak zła, że to musiało zdarzyć się akurat dzisiaj. Dzisiaj Pani miała ważny dzień i zależało jej na tym, żebym przy niej była. Ja nie lubiłam jej zawodzić. - A! Tutaj jesteś, Midril... To była Ona. Natychmiast poznałam jej ciepły głos. Spojrzałam na nią. Stała obok tego znielubionego już przeze mnie hycla. Pani wyglądała tak- Miała na oko koło czterdziestu lat, rudawe włosy... Była lekko puszysta, ale w taki elegancki sposób.. To znaczy, wyglądała bardzo dobrze, a schudnięcie choćby o kilogram tylko odebrałoby jej uroku. Miała jasnoniebieskie oczy i wiecznie roześmianą twarz. Wyglądała niezwykle sympatycznie. Przynajmniej dla mnie... Dla mnie zawsze była najmilszą i najwspanialszą istotą na świecie. Była moją Panią. Zrobiłabym dla niej wszystko. Spojrzałam na nią przepraszająco, kiedy hycel otworzył klatkę, żeby mnie wyjąć. - Ach, nie przejmuj się tym. To się zdarza... - zapewniła mnie moja Pani. A potem spojrzała ukradkiem na siedzącego w kącie hycla. Cały czas patrzył na nas z pode łba, jakbyśmy były jakimiś intruzami na jego prywatnym terenie... Za kogo on się uważał? - Czy on był dla ciebie niemiły? - spytała mnie Pani z chytrym uśmieszkiem. Potwierdziłam zdecydowanym kiwnięciem. - To co? Zrobimy mu jakiegoś psikusa? Wywróciłam oczami i wzruszyłam łopatkami. Skoro Pani chciała... - Dziękuje za pomoc, przy odnalezieniu kota. Pan to dopiero musi kochać zwierzęta - powiedziała Pani do hycla. On nadal ją ignorował. Tylko jej coś odburknął w odpowiedzi. Byłyśmy już przy drzwiach. Pani na odchodnym uniosła rękę do góry i pstryknęła palcami. Nagle blokady we wszystkich klatkach otworzyły się... Zrobiło się bardzo głośno. Odgłosy menażerii mieszały się z krzykami zdezorientowanego hycla. Przy tym akompaniamencie wyszłyśmy już na ulicę. Ja jak zwykle siedziałam na ramieniu Pani. Ona była jak zawsze w dobrym humorze, więc dzień był słoneczny. - Powtarzam ci Midril, nie przejmuj się tym, że dałaś się złapać... - powiedziała do mnie. - W końcu to nie twoja wina. A ja przecież i tak nie zaczęłabym ceremonii bez Ciebie. To w końcu nasza wspólna tradycja! Wkrótce dotarłyśmy do domu i tradycji stało się za dość... Muszę tu wyjaśnić na czym ta tradycja w ogóle polegała... Otóż, moja Pani, podobnie jak ja, jest nieśmiertelna. Żyje już od wielu, wielu stuleci. Bardzo lubi jednak towarzystwo ludzi. Dlatego zazwyczaj zatrudnia się w jakiejś firmie gdzie ma z nimi duży kontakt... Zaliczyła już chyba wszystkie możliwe rodzaje prac... A w tej chwili pracowała w kancelarii adwokackiej jako sekretarka. Oczywiście mogła przybierać dowolny wygląd. Problem polegał na tym, że kiedy zatrudniała się w nowym miejscu musiała przybrać nowy wygląd i nową osobowość... No i musiała uważać, żeby co jakiś czas trochę się postarzać, bo inaczej jej współpracownicy zaczynali coś podejrzewać. I to właśnie była nasza „wielka tradycja”. Otóż, Pani bardzo ceniła starczy wygląd. Uważała, że każda zmarszczka, czy siwy włos dodają uroku i szlachetności. Z tego powodu bardzo cieszyła się, kiedy mogła się trochę postarzeć. Uczyniłyśmy sobie z tego wydarzenia coroczną uroczystość. To właśnie na niej Pani z wielkim impetem dodawała sobie zmarszczkę. Wieczorem było już po wszystkim. Leżałam wygodnie na kanapie i patrzyłam jak Pani z wielką radością, przygląda się sobie w lustrze... Oczywiście bardzo cieszyłam się jej szczęściem, ale szczerze powiedziawszy nigdy nie mogłam zrozumieć, wokół czego ona robi tyle szumu... Chodzi mi o to, że np. gdybym ja była człowiekiem, to chyba miałabym odwrotne kanony piękna. Tzn. chciałabym wyglądać jak najbardziej młodo... W końcu to w młodości drzemała cała siła śmiertelników... No, ale cóż. Być może Pani, jako nad istota nie patrzyła na to w ten sposób. - A właśnie, Midril.... - powiedziała Pani nadal nie mogąc oderwać się od swojego odbicia. - Jak tam ci idzie pilnowanie tego młodego lekarza? Wzruszyłam ramionami. A jak miało mi iść? Tak jak zwykle. - Pamiętaj on jest szczególnie ważny, i to z wielu względów. Młody lekarz, miał na imię Cedryk... Moja Pani daje mi czasem takie misje do wypełnienia. Zwykle muszę za kimś chodzić i go pilnować. Albo pilnuję jakiegoś miejsca, lub przekazuję tajemnicze wiadomości... Tego typu sprawy. Przy czym kiedy dostawałam taką misję, nigdy do końca nie wiedziałam jaki jest jej cel. Na początku jeszcze zadawałam Pani jakieś pytania, ale zawsze tylko uśmiechała się tajemniczo i odpowiadała: „zobaczysz”. Z czasem więc mi się znudziło. Z resztą bezgranicznie ufam Pani i wiem, że ona wie co robi. Cedryka śledzę już od dwóch miesięcy. Z racji, że pracuje w szpitalu było to trochę trudne zwłaszcza na początku. Z czasem jednak zarówno on, jak i personel szpitala przyzwyczaili się już do mojej obecności. Zdążyłam go już nawet polubić... To miły facet... Czasem nawet pozwala mi u siebie przenocować, chociaż oczywiście nie robię tego zbyt często, żeby nie obrazić Pani. Cedryk chyba był trochę samotny... Nikt go nigdy nie odwiedzał. Być może to właśnie dzięki temu tak szybko się ze mną zaprzyjaźnił. Czasami wieczorem kładłam się przy nim na kanapie, a on zwierzał mi się z różnych rzeczy i opowiadał o swoim życiu. Te historie nie były nudne. Nie takie jak opowiadania staruszków o ich nieudanym życiu. Z resztą Cedrykowi daleko było przecież do bycia staruszkiem. Nie skończył nawet trzydziestu lat. Podziwiałam jego dar opowiadania i niezwykłą skromność. Wiele w życiu przeżył i pokonał wiele przeciwności, ale opowiadał o tym jakby było to coś zwykłego. Coś co może osiągnąć byle kto. Innym objawem jego skromności była jego niechęć do przydomku, którym nazywano go w środowisku lekarzy. Był on wśród nich znany z tego, że żaden jego pacjent nigdy nie umarł. Nigdy. Nawet jeśli wszyscy spisali go już na straty. Nawet dziewięćdziesięcioletni staruszkowie pod jego opieką wracali kolejno, do zdrowia, a potem do domu gdzie przeżywali jeszcze parę spokojnych lat. On sam bronił się przed tym. Mówił, że po prostu ma trochę szczęścia, a poza tym to w ogóle rzadko dostaje naprawdę ciężkie przypadki. Według niego ci ludzie których niby to uzdrowił tylko wyglądali na mocno chorych. W rzeczywistości byli tylko trochę zmęczeni życiem. Wystarczyło ich podłączyć do kroplówki i przepisać parę leków. Nawet dziecko by to potrafiło! Ja wiele w swoim długim życiu widziałam i nic mnie już nie dziwiło. Zresztą przyznam, że na medycynie nie znam się zbyt dobrze. Zwłaszcza tej nowoczesnej. Niemniej jednak zawsze uważałam, że przydomek „Cudotwórca”, należał się Cendykowi przynajmniej w jakimś małym stopniu.

Pewnego wieczora leżałam u Cedryka na kanapie. On głaskał mnie po karku. W ręku trzymał kieliszek z winem. Bardzo rzadko pił alkohol zazwyczaj wtedy, gdy martwił się o jakiegoś pacjenta. Tego dnia nie byłam z nim w pracy i nie wiedziałam do końca o co chodzi. Postanowiłam jednak wspierać go swoją obecnością. Jak zechce to sam mi się zwierzy. - Wiesz kotku... - zaczął smutnym tonem. - Życie ludzkie jest takie piękne.. Tu spauzował... Wyglądało jakby zakrztusił się tym ostatnim słowem. „Piękno”... A mnie to trochę zaskoczyło. Skoro jest piękne, to dlaczego jest smutny? Dlaczego jego oczy były pełne łez? On jakby wyczuł moje niezrozumienie i zaczął tłumaczyć dalej. - Ludzie zastanawiają się dlaczego jest tyle zła. Dlaczego cierpimy. A to jest jak szukanie dziury w całym. W życiu jest tylko szczęście. Szczęście i brak szczęścia. Wszystko i nic. Po co przejmować się tym drugim? Po co przejmować się niczym? To głupie.. Pacjenci wiele od nas-lekarzy oczekują. Niektórzy widzą w nas bogów. Panów życia i śmierci. Ale my jesteśmy tylko obserwatorami, tak jak oni. Pełnymi pokory obserwatorami... Uniosłam na niego swoje wielkie zielone oczy. O czym on mówił? Śmierć zawsze była dla mnie zagadką. Zarówno ja, jak i jedyna osoba, z którą kiedykolwiek byłam związane jesteśmy nieśmiertelne. Tak do końca nie rozumiałam czym jest śmierć. Nie wiedziałam czym ona jest dla ludzi.. - Wiesz... Byłem kiedyś zakochany. Krótko. Ale byłem. Wcześniej żyłem tylko ambicjami. Chciałem pomagać ludziom. Ratować życie, ale sam naprawdę nie zdawałem sobie sprawy z jego ceny. Aż poznałem ją. Miała na imię Amber. Ja wtedy właśnie zaczynałem staż... Ona odwiedzała kogoś w szpitalu... Ten ktoś od wielu miesięcy był w śpiączce.... Widziałam to. Widziałam dziewczynę o długich jasnych włosach. Siedziała przy łóżku. W pokoju panował półmrok. Blade, wpadające przez okno światło ulicznych latarni otaczało ją lekką poświatą. Była piękna jak księżyc. I tak samo samotna. Obok niej na łóżku leżała jakaś postać.... Ale jej nie było... Nie czuło się jej. Materac zajmowała tylko ludzka powłoka, z której dawno uciekło prawdziwe życie. Dziewczyna nie trzymała go za rękę... Patrzyła na niego, ale.. Nie tak jak się patrzy na ukochaną osobę pogrążoną we śnie. Patrzyła tak jak się patrzy na zimny kawałek marmuru. Taki, pod którym zostawia się kwiaty. Amber wszystkie pożegnania miała już za sobą. Wiedziała, że jej ukochany nie wybudzi się już ze śpiączki. Do szpitala przychodziła tylko w jednym celu. Aby zostawić białą różę obok łóżka. Dziewczyna odwróciła się powoli. Chyba czuła na sobie czyjś wzrok. Cedryk nawet się nie poruszył. W tym momencie było coś magicznego. Nie wstydził się tego że podziwia tą magię. Dziewczyna to rozumiała. Odwróciła się z powrotem w stronę zimnego marmuru…

Tego wieczoru wracałam do domu w pełnym zamyśleniu. Świecący na niebie księżyc przypominał mi, tą niewyraźną utkwioną w mroku twarz dziewczyny. Właściwie, nie miałam w związku z tym żadnych głębszych przemyśleń. Po prostu nie mogłam pozbyć się tego obrazu z pamięci. Dotarłam do domu. Jednym susem wskoczyłam na parapet, gdzie jak zwykle czekało na mnie uchylone okno. Z niego bezpośrednio dotarłam na kanapę. Pani jeszcze nie spała. Jak co wieczór wypisywała jakieś dokumenty. To była część jej obowiązków służbowych. Nie spojrzałam w jej stronę, ale tuląc głowę do snu czułam jej spojrzenie. Wiedziałam, że obserwuje nie tylko moje ruchy. Śledziła wzrokiem to samo co ja. To samo ponure wnętrze pokoju szpitalnego… Następnego dnia odwiedziłam Cedryka w szpitalu. Siedziałam na łóżku jednego z jego pacjentów. Było tam bardzo jasno. Cedryk podszedł do mnie z uśmiechem na ustach. Od razu widać było, że wczorajszy ponury nastrój już dawno go opuścił. - Witaj zielonooka. Jak Ci minął dzień? – Cedryk podrapał mnie czule po karku. Uwielbiałam to. – Za chwilę kończę pracę. Wracasz ze mną do domu? Przytaknęłam, a on uśmiechnął się szeroko. - Jesteś wspaniałym kotem! – powiedział. – Czasami mam wrażenie że rozumiesz więcej z tego co się wokół ciebie dzieje niż cała reszta personelu tego szpitala. W tym momencie spojrzałam na niego przenikliwie. Mogłabym w tym momencie odpowiedzieć „nawzajem, Cedryku”. Już dawno zauważyłam bowiem, że Cedyk ni mniej ni więcej, ale chwyta nieco język koci. A taka umiejętność zdarza się rzadko u zwykłych śmiertelników. Zwłaszcza u dorosłych. Cedryk natomiast rozumiał całkiem sporo. Na przykład w tamtym momencie doskonale zrozumiał o co chciałam go zapytać. - Jeśli chcesz.. – zaczął swoją odpowiedź i na raz nieco spoważniał. - To dokończymy dzisiaj naszą wczorajszą rozmowę. Wczoraj niestety zmorzył mnie sen. Poza tym przeszłość to trunek, którego naprawdę nie powinno się pić w zbyt dużych dawkach... Skinęłam głową. Za jakąś godzinę znów byliśmy w jego domu. On znów odkorkował to stare, stare jak świat wino. To z plakietką „przeminęło”. I zaczął sączyć. Znów był oszczędny i ostrożny. Łykał powoli. Ja leżałam i słuchałam. Dzisiejszego wieczora już nie obrazy, a dźwięki przewijały się przez pokój. I jeszcze zapach. Zapach świeżo rozkopanej ziemi i jesiennych przygniłych nieco liści. Cedryk i Abmer byli na pogrzebie. W tle słychać było dźwięk wbijanych w ziemię łopat. - Chodzisz na pogrzeby wszystkich swoich pacjentów? – spytała Amber. Wcale nie była bardzo smutna. Raczej obojętna. - Nie... Mnie interesują raczej żyjący... – odpowiedział jej Cedryk. - To znaczy tacy którym można jeszcze pomóc. - Rozumiem.. Widzę jak na mnie patrzysz. W szpitalu. Zapadła chwila ciszy. - Nie czuj się skrępowany... Ja... Już dawno pożegnałam swojego chłopaka. - Wiem. Zauważyłem. - Mam absolutną pewność, że on chciałby żebym szła dalej i nie zatrzymywała się. W jej głosie faktycznie brzmiała pewność. I ogromna siła. Midril to podziwiała. Cedryk najwyraźniej też. - Po wypadku mojego chłopaka... Kiedy leżał na łóżku i wiedział, że prawdopodobnie zaraz umrze... Patrzyliśmy oboje na siebie z takim żalem. On powiedział… Po długiej chwili milczenia powiedział do mnie, że z dwojga złego woli swoją sytuacje niż moją... Bo wie że kocham go tak samo jak on... Powiedział, że boi się śmierci, ale jeszcze bardziej bałby się możliwości, że mógłby żyć dalej beze mnie. Dlatego cieszy się, że to on leży tu i umiera, a nie ja. W tym momencie naprawdę się uśmiechnął, a mi spłynęła łza po policzku. Dostrzegł ją i znów nagle posmutniał. Wtedy powiedział... „Z drugiej jednak strony, ponieważ jak już sam zauważyłem moja sytuacja jest lepsza, a wynika z troski o ciebie... Boże, nie chcę żebyś cierpiała. Wszystko zniosę tylko nie to. Dlatego najchętniej zamieniłbym się z tobą gdybym mógł... Ale Amber... Nie mogę. Nie mogę w ten sposób ulżyć ci w cierpieniu.” Chciałam wtedy krzyczeć. W egoistyczny i infantylny sposób błagać go żeby faktycznie się ze mną zamienił. Żebym uwolnił mnie od bólu i żebym to ja umarła. Ale wiedziałam że nie mogę.. Raz że to nie możliwe, a dwa... Że ja też nie chciałam, aby on cierpiał. Zrozumiałam, że w ten dziwny pogmatwany sposób to ja jestem na lepszej pozycji. A ponieważ widziałam jak na mnie patrzył.. Z tym współczuciem. Wiedziałam również, że najlepsza rzecz jaką mogę teraz dla niego zrobić to uwolnić się od bólu. Nie cierpieć po jego stracie i jak najszybciej wrócić do życia. Tamtego wieczoru dostał zapaści i wpadł w śpiączkę. Już nigdy więcej nie miałam okazji aby z nim rozmawiać. Ponieważ od początku było jasne, że z tej śpiączki się nie wybudzi postanowiłam również nie karmić się nadziejami. Otrząsnęłam się z tego niezwykle szybko. Zrzuciłam z siebie ból i myśli o nim tak jak gady zrzucają starą i martwą skórę. On powoli przestawał we mnie istnieć. Zostawiłam sobie tylko najpiękniejsze wspomnienia przeżytych wspólnie chwil. Teraz będę żyć i będę szczęśliwa. Dla niego. Dla niego też się zakocham. Kto wie... Może nawet w tobie? Bo wiesz... Podobasz mi się. Naprawdę. Kiedy na mnie patrzysz czuję się... Hm... Czuję się niezwykle bezpieczna w blasku twoich oczu. Może nie dzisiaj, ani nie jutro, ale kiedyś... Kiedyś moglibyśmy się wybrać na kawę.

Otworzyłam oczy i spojrzałam na Cedryka. Był trochę smutny, ale w jego oczach nie było łez. - Chciałem pójść z nią na kawę, naprawdę – powiedział w zamyśleniu. – Niczego bardziej nie pragnąłem... Właściwie, to ja już od dawna byłem w niej szaleńczo zakochany. Trochę cierpiałem z tego powodu, bo wiedziałem, że dużo czasu minie zanim ona otrząśnie się z tego wszystkiego i zanim znów będzie w stanie kochać. A tam... Na tym cmentarzu, naprawdę uwierzyłem, że jest już gotowa... - A nie była? – kołatało mi się w głowie pytanie. Spojrzałam na niego natarczywie. No dalej! Skończ opowiadać! Jak to się zakończyło? Wiedziałam że Cedryk mnie rozumie, ale milczał. Był w nim jakiś dziwny chłód. W górę wziął w nim po prostu czysty rozsądek i uczciwa kalkulacja. - Wystarczy na dzisiaj – powiedział stanowczo, a potem spojrzał na mnie nieco bardziej trzeźwo. Widać było że skończył już podróż w czasie. – Zostaniesz na noc? Pokiwałam przecząco głową. Miałam jakąś wyjątkową ochotę się przejść. Wieczór był chłody. Księżyc świecił jeszcze bardziej natarczywie niż wczoraj. W którymś momencie wędrówki stanęłam i odwróciłam się w jego stronę. Przyglądałam się mu uważnie. Stałam tak bardzo długo. Nie wiem ile czasu minęło zanim bijące się we mnie myśli zdążyły uformować się w jedną cenną konkluzję. A właściwie, to nie była konkluzja tylko pragnienie. Bardzo silne pragnienie. To z nim wróciłam do domu. Zeskoczyłam z parapetu. Tym razem nie na kanapę ale na miękki dywan. Potem uczyniłam jeszcze parę kroków by stanąć naprzeciwko fotela, na którym czekała na mnie moja Pani. Moja zawsze i wszystko wiedząca Pani. - Dobry wieczór Midril – powiedziała do mnie z lekkim uśmiechem. – Czekałam na ciebie. Nastąpiła chwila ciszy, w czasie której Pani spojrzała się z namysłem w przestrzeń. - To nie jest dla mnie łatwa decyzja – powiedziała z westchnieniem, a potem znów przeniosła na mnie swój wzrok. – Ale spełnię twoje życzenie. Przez wieki byłaś moją najwierniejszą asystentką i przyjaciółką. Zasłużyłaś na to... Tutaj zmarszczyła nieco czoło. - Ale będzie trochę dziwnie nie sądzisz? Choć na pewno też i zabawnie... Hm... Słuchaj... Jutro, gdy wstaniesz czar się dopełni... Tylko że ja nie będę mieć rano czasu... Zobaczymy się pewnie dopiero w sobotę… Pamiętasz chyba- wyjeżdżam służbowo… Ale na pewno poradzisz sobie sama… Baw się dobrze. I uważaj na siebie... Teraz idę spać, jestem bardzo zmęczona. Z resztą ty chyba też, co? Dobranoc, Midril. Przytaknęłam z wdzięcznością i odpowiedziałam „dobranoc”. Potem pełna przyjemnej acz lekko dręczącej tremy położyłam się spać.

Obudziłam się rano niezwykle zmęczona. Moje ciało bolało z przemęczenia, jakbym przebiegła wiele, wiele kilometrów. Ale to był dziwny ból... Dziwny bo taki nie mój... Bo to te mięśnie. Mięśnie nie były moje! Otworzyłam oczy. Widziałam przed sobą tylko sufit.. - Pani spełniła prośbę... – szepnęłam cicho i na raz ogarnęło mnie pewne zdziwienie. Moje myśli zamieniły się w słowa! Takie prawdziwe... Takie dźwięczne, takie... Ludzkie. Miałam struny głosowe! Do tej pory byłam przyzwyczajona, że wszystko co myślę czy też czuję, a to co wypowiadam to jedno... U ludzi jest inaczej. Oni to rozdzielają. Usiadłam powoli na łóżku. Byłam taka podniecona... Z jednej strony nie mogłam się doczekać, kiedy się dokładnie obejrzę a z drugiej nieco się tego bałam. Spojrzałam w dół. Miałam ręce! Piękne ręce. A na każdej po pięć długich palców. Obracałam je to w jedną to w drugą stronę śmiejąc się do siebie cicho, jakby czynność ta była najbardziej niezwykłą rzeczą na świecie... Nadszedł czas na dalsze zwiedzanie. Spojrzałam jaszcze niżej. Reszta mojego Ciała była zawinięta w narzutę od kanapy. Widocznie okryłam się nią nieświadomie przez sen. Szybko ją odrzuciłam. Chciałam jak najprędzej dotrzeć do lustra. Skoczyłam na podłogę, ale... Nagle sobie to uświadomiłam. No tak. Teraz byłam człowiekiem. Musiałam się zachowywać stosownie. Według wszelkiej znanej mi wiedzy oraz kilkuset letnich obserwacji ludzie nie chodzili na czterech nogach. No chyba że dzieci, ale ja nie byłam przecież dzieckiem. Wstałam. Trochę chwiejnym krokiem zaczęłam iść w stronę lustra. Byłam z siebie bardzo dumna, że to idzie mi tak łatwo. Dotarłam do czystej jak łza tafli i tam... Po prostu oniemiałam z zachwytu. Moje nowe ciało było takie śliczne... Pani najwyraźniej odeszła od własnych konwencji kiedy je tworzyła. Nie byłam bowiem stara. Ani trochę. Wręcz przeciwnie. Wyglądałam na mniej więcej dwadzieścia lat. Miałam jasnobrązowe włosy. Delikatne rysy twarzy... A oczy... Oczywiście zielone. Duże i zielone. Właściwie te oczy były jedyną rzeczą które przypominały mój dawny wygląd. Na twarzy miałam jeszcze trochę piegów. A uśmiech... Ach, jak ta nieznajoma dziewczyna z lustra cudownie się uśmiechała! Od ucha do ucha. Uśmiechała się do granic możliwości odsłaniając przy tym większość swoich perłowo białych zębów. Jeśli chodzi o resztę ciała... Dziewczyna miała jasną karnację, gdzie niegdzie przyozdobioną piegami. Była drobna i szczupła. Nie wyglądała jakoś przesadnie kobieco, ale nie była również pozbawiona tego rodzaju wdzięków... Wyglądałam po prostu idealnie! Przed tym lustrem stałam jak zahipnotyzowana ładnych parę minut. Potem odwróciłam się w stronę stołu... Byłam teraz taka wysoka! To było niezwykłe... Zresztą wszystko wydawało mi się wtedy niezwykłe. Świat wokół mnie zupełnie się zmienił. Na stole leżał różowy, gruby portfel Pani, a pod nim jakaś kartka. Podniosłam portfel i przyciskając go do piersi przyjrzałam się kartce.

Midril, Jak się czujesz w nowej skórze? Mam nadzieję, że podoba Ci się Twoje nowe ciało? Zostawiam Ci portfel. Korzystaj z niego ile chcesz. W mojej szafie znajdziesz ubrania. Wybierz coś sobie... Życzę Ci miłej zabawy. Twoja Pani

Wzdrygnęłam się z lekkim niedowierzeniem. Portfel – tak. Z pieniędzy mogłam korzystać. W końcu pieniądze to i tak taki przyziemny, ludzki wynalazek. Ale ubrania? Wszystkie rzeczy należące do Pani były dla mnie świętością. O nie, nie... Nie mogłabym z nich korzystać. Traktować jak swoje własne. To byłoby jak bluźnierstwo. Kilka minut później znalazłam się w sklepie odzieżowym. Ekspedientki patrzyły na mnie trochę dziwnie, kiedy wybierałam co ładniejsze ubrania. Cały czas byłam w dobrym humorze i nuciłam wesołe piosenki. Byłam zawinięta we wzorzystą czarnobiałą narzutę. Jedną ręką tuliłam do siebie różowy portfel. Drugą przebierałam wieszaki z ubraniami. W końcu podeszłam do lady kładąc na niej cały stos ubrań. Uśmiechnęłam się szeroko do sprzedawczyni. - Ludzkie życie jest takie piękne, nie sądzi pani? – spytałam z entuzjazmem. - Owszem, czasami... Ee... Czy coś się pani stało? - Nie... Dlaczego? A! Byłabym zapomniała. Jeszcze buty! Podbiegłam do półki z butami. Cały czas pod bacznym okiem ekspedientek. Przymierzyłam stojące tam fioletowe pantofelki. Pasowały jak ulał. Wróciłam z nimi do lady. - Potrzebuje pani pomocy? – spytała sprzedawczyni. Dosyć mozolnym ruchem wybijała już te wszystkie rzeczy, które jej przyniosłam. - Tak. Chciałabym żeby sprzedała mi pani ubrania. Świetnie pani idzie! Jest pani po prostu niesamowita! - Ech... Dziękuję... Może jednak... Powinien zobaczyć panią lekarz..? - Lekarz? A tak... Muszę dziś spotkać się z pewnym lekarzem – powiedziałam pełnym odpowiedzialności głosem. To że stałam się człowiekiem nie znaczyło przecież, że od teraz już zawsze będę wyłącznie korzystać z ludzkich uciech. Nadal miałam ważną misję do spełnienia. Wciąż musiałam pilnować Cedryka. - Mój mąż może panią zawieść – zaproponowała ekspedientka. - Jej! Naprawdę? To miłe z pani strony... Tylko odniosę zakupy do domu i... - Może pani zostawić je tutaj... Wróci pani po nie później. Teraz niech się tylko pani ubierze... Tam, w przebieralni. Skinęłam głową i posłusznie ruszyłam do przymierzalni. Chwilę później sprzedawczyni wraz ze swoim mężem odwieźli mnie do szpitala. Potem nawet odprowadzili mnie na odział. Tutaj cały czas rozglądałam się za Cedrykiem. - W czym mogę pomóc? – spytała nas pielęgniarka. - No tak... My.. – zaczęła ekspedientka. Rzucając mi niepewne spojrzenie. Ja nie wracałam na nich uwagi. Wciąż szukałam wzrokiem Cedryka. – Przywieźliśmy tą dziewczynę bo... Zachowywała się bardzo dziwnie... Powiedziała że była tu umówiona z jakimś lekarzem... - Za jakim lekarzem..? - Nie wiem... – powiedziała ekspedientka, a potem ściszyła nieco głos. – podejrzewam że psychiatrą.... - O nie! – zaprotestowałam natychmiast i odwróciłam się w ich stronę. – Cedryk nie jest psychiatrą, jest renomowanym lekarzem i genialnym diagnostą. - Cedryk? To imię lekarza którego pani szuka? – spytała mnie pielęgniarka. - Tak. Cedryk. Cedryk „Cudotwórca” – dodałam, żeby pielęgniarka miała pewność o kogo chodzi. Wiedziałam że tu wszyscy go tak nazywają. Ona skinęła mi głową. - Już po niego idę... – powiedziała. - Na pewno jest teraz w swoim gabinecie. O tej porze zawsze wypisuje recepty... – krzyknęłam za nią. Chwilę później pielęgniarka wróciła razem z Cedrykiem. - O co chodzi? – spytał Cedryk państwa sprzedawców. Jego głos był jak zawsze miły i pełen ciepła. - To może lepiej niech żona wyjaśni.. Sprzedawczyni przytaknęła i znów ściszyła głos. - Bo widzi pan.. Ta dziewczyna przyszła dziś do naszego sklepu... Prawie że naga... Znaczy... Była owinięta w jakąś narzutę i... Zachowywała się tak.. Dziwnie... To znaczy... Jakby wie pan... Uciekła ze szpitala dla obłąkanych... Pomyśleliśmy że lepiej tak jej nie zostawiać i gdzieś ją odwieść... A ona powiedziała, że była tu dziś z panem umówiona więc... Wie pan... - Tak... Rozumiem – powiedział niepewnie Cedryk, a potem odwrócił się w moją stronę. Przyglądał mi się przez długi czas. Ja uśmiechałam się do niego znacząco. Wiedziałam, że moje nowe ciało na pewno bardzo go zdziwi. - Czy my się znamy? – spytał niepewnie Cedryk. - O tak! – zapewniłam natychmiast. – Tylko że kiedy spotkaliśmy się ostatnio wyglądałam nieco... Inaczej. - Tak... Jak masz na imię? - Midril – powiedziałam podchodząc do niego bliżej. Potem przyłożyłam ręce do ust zasłaniając je, tak żeby tylko Cedryk widział ruch moich warg. A potem niemal bezdźwięcznie dodałam – „Zielonooka”. Cedryk przyglądał mi się chwilę w niemałym zdumieniu. Stał tak dosyć długo. Potem westchnął głęboko i odwrócił się do państwa sprzedawców i pielęgniarki. - Nie byłem umówiony z tą dziewczyną, ale spokojnie... Możecie odejść ja już się nią zajmę. Tamci skinęli mu głowami i odeszli. Zostaliśmy sami na korytarzu. Ja cały czas przyglądałam się Cedrykowi z uśmiechem. - No i? – spytałam natarczywie. - Co „no i”? – spytał Cedryk. - Jak ci się podoba moje nowe ciało? W tym momencie odsunęłam się dwa kroki w tył i zrobiłam obrót, tak, żeby mógł mi się dokładnie przyjrzeć. Wpatrzyłam się w niego z niecierpliwością. On nadal miał minę jakby nie rozumiał o co chodzi. - Ładne... – powiedział niepewnie. – A... Co się zmieniło? - Nie udawaj! – powiedziałam już nieco urażona. Ale potem zmieniłam nieco ton. Coś do mnie dotarło. – Ojej! Ty naprawdę mnie nie poznajesz! - A powinienem? Wyglądasz tak... Czuję, że się znamy, naprawdę... Ale zupełnie nie mogę sobie przypomnieć skąd. Kiedy się ostatnio widzieliśmy? - Wczoraj! - Wczoraj? - Tak. Byłam u ciebie, pamiętasz? Opowiadałeś mi o Amber. W tym momencie Cedryk rozchylił nieco usta. - Faktycznie... Siedziałem wczoraj w domu i opowiadałem komuś o mojej dawnej dziewczynie, ale.. To na pewno nie byłaś ty. - To byłam ja, głuptasie – powiedziałam śmiejąc się. – Właściwie, to ta twoja historia zainspirowała mnie do tego... Była taka wzruszająca. Wiesz.... Po raz pierwszy poczułam taki... Dziwny smutek i zaczęłam myśleć o tym jakie ludzkie życie jest cenne i ulotne. Zapragnęłam tego. Zapragnęłam bycia człowiekiem. A moja Pani. Moja dobra i wszechmocna Pani spełniła moją marzenie. Cedryk milczał. Przyglądał mi się z bardzo mieszanymi uczuciami. - A więc.. – powiedział w końcu otrząsając się lekko. – A więc jesteś... Kotem. - BYŁAM kotem – zaznaczyłam. - Rozumiem. A jak... Jak to możliwe, że tak po prostu zamieniłaś się w człowieka? - Moja Pani mnie zamieniła. Ona może wszystko. - Twoja pani? - Tak. No wiesz.... Dlatego tak rzadko u Ciebie nocowałam, mimo że zachęcałeś. Nie chciałam odrzucać twojej gościnności, ale z drugiej strony bardzo nie chciałam też urazić Pani. Dlatego wracałam do niej co wieczór. - Rozumiem... Gdzie jest teraz twoja Pani? - W pracy. - W pracy... Ktoś tak wszechmocny musi pracować? - Nie musi, ale lubi – powiedziałam z uśmiechem. – Tobie też by się pewnie znudziło jakbyś całymi dniami tylko siedział w domu i zmieniał losy wszechświata. - No tak... To oczywiste... E... Czy „Pani” będzie mogła tu po ciebie przyjechać? - Po co? Trafię sama do domu. - No tak... Dobrze... - To znaczy! Trafiłabym ale... - Co? - Spodziewałam się, że pójdziemy do ciebie. I dokończysz mi opowiadać o Amber. - To nie najlepszy pomysł. - Proszę! Muszę wiedzieć jak to się skończyło. Cedryk wahał się przez chwilę. - Naprawdę to ty...? Ty byłaś kotem? - Tak. - A dlaczego... Dlaczego za mną chodzisz? - Pani mi kazała. - Jak to? Po co? - Nie wiem... Z jakiegoś powodu muszę cię pilnować. Najprawdopodobniej wkrótce odegrasz jakąś ważną rolę we wszechświecie, a... Może Pani wyczuła, że jesteś w jakimś niebezpieczeństwie i coś może ci w tym przeszkodzić. Dlatego mnie przysłała. Mam ci pomóc. - Rozumiem.... Jaką mógłbym „odegrać rolę”? - Jesteś genialnym lekarzem. „Cudotwórcą”. Codziennie ratujesz ludziom życia. Myślę, że to może mieć z tym jakiś związek... - Nie jestem żadnym „cudotwórcą”. To co robię to... To po prostu moja życiowa rola. Robota którą codziennie odwalam. Każdy człowiek ma w życiu coś do spełnienia. Wiesz... Taką życiową misję. To sens naszego życia... - Aha... – przytaknęłam z zaciekawieniem. – To ciekawe co mówisz. W takim razie sensem mojego życia i moją misją, w tej chwili, jesteś ty. - No proszę... Czyli... Będziesz cały czas za mną chodzić. - Tak. Muszę. To mój obowiązek.... - W porządku... - Opowiesz mi dzisiaj o Amber? - No wiesz, nie wiem czy... Późno dzisiaj kończę... - Jak w każdy piątek. Wracasz do domu zmęczony i…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
CUDOTWÓRCA — czytnik · opowiadania