Przygoda · 15 min czytania
Cudowne Ocalenie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Malownicza śnieżna sceneria oraz dwudziestostopniowy mróz towarzyszyły wędrówce dwojga mężczyzn. Była pełnia, ale niebywale gęsta mgła tłumiła światło księżyca. Mgła otulała biegnącą wzdłuż pobliskiego lasu dróżkę, którą podążali mężczyźńi i była tak gęsta, że w jej oparach niknęły nawet szczyty Trzech Koron. Ciemność i cisza panowały wśród rosnących opodal lasów. Wokół nie było widać piętna człowieka - żadnych śmieci, inicjałów wyrytych w dzrzewach, asfaltowych dróg czy metalowych znaków. A co najgorsze, ani śladu łuny światła. I ciepłego pomiesczenia. Jeden z mężczyzn zachaczył nogą o wystający korzeń i runął na twarz. Z zmarzniętego nosa pociekła mu strużka krwi i wyznaczyła wąski tor na przypruszonej śniegiem twarzy. Nawet nie próbował zatamować krwotoku. Na takim mrozie jakikolwiek płyn zamarzał w ciągu kilku minut. Drugi mężczyzna oparł ręce na kolanach i zaczął głęboko oddychać. - Niech to szlag... Musieliśmy nieźle pokręcić drogi - powiedział przerażony mężczyzna leżący na ziemi - I co teraz Paweł ? Paweł nic nie odpowiedział; nadal łapczywie oddychał. Był trochę tęższy i starszy od towarzysza, co łatwo można było odgadnąć po kilku pasmach siwych włosów wśród brązowej czuprny, wystającej spod kaptura. Jeszcze przez kilka nieznośnie długich, lodowatych minut cisza triumfowała. Jednak przerwał ją szelest kurtki i charakterystyczny dźwięk towarzyszący rozpinaniu zamka błyskawicznego. To Paweł gorliwie szukał czegoś wśród warstw swojego ubrania, i najwyraźniej to coś znalazł, bo po chwili ściskał w dłoni dwa ciemne kształty. Słabym, urywanym światłem rozbłysła żarówka latarki, która okazała się jednym z niekoreślonych kształtów. Migotliwe światło padło na drugiego mężczyznę. Jego twarz miała przystojne, młodzieńcze rysy, a oczy koloru toni oceanu wyglądały tajemniczo w słabym świetle. - Zamierzasz tu tak leżeć przez całą noc ? - głos starszego miał basowe brzmienie i zarazem karcący ton. - Rusz tu swój zmarznięty tyłek, Mały. Widać było, że Mały darzy nielada szacunkiem starszego mężczyznę, bowiem niewzykle szybko podniósł się z niewygodnego gruntu. Starszy zmierzył towarzysza oceniającym spojrzeniem i skierował promień światła na przedmiot w jego drugiej dłoni, który okazał się małym kompasem w srebrnej otoczce. Światło nie dosięgło jednak jego twarzy. Starszy przyjrzał się uważnie kompasowi, zgasił latarkę (co było trudne w grubej rękawicy) i odłożył oba przyrządy na swoje miejsce... krzyknął z goryczy, a zaraz potem z jego ust popłynęła wiązanka soczystych przekleństw. Jego krzyk potoczył się echem po okolicy i w następnej chwili chór Pawłów zawodził żałośnie. - Aż tak źle ? - zapytał Mały. Jego głos był mieszanką lęku i zaskoczenia. - W którą stronę mamy iść ? - zapytał po chwili, w ciągu której Paweł wzdychał ze złości. - Wschód. - Ee... A gdzie jest wschód ? Paweł w milczeniu wskazał ręką wyjątkowo mroczną plątaninę krzaków i korzeni. Młody powoli obrócił głowę, jakby bał się, co napotka wzrok. - Możemy go obejść... - zaczął nieśmiało, bez przekonania, ale starszy przerwał mu gwałtownie. - Dobrze wiesz, jaki to kawał drogi. Równie dobrze moglibyśmy przeszukać pobliskie lasy. - Ale na pewno... - NIE ! - starszy znów przerwał. - Czy ty nie rozumiesz ? Obkrążanie lasu z góry jest skazane na niepowodzenie. Jakieś... siedem, osiem godzin marszu, w ciągu którego możesz zamarznąć. Nie mam pewności, czy za lasem kogoś znajdziemy, może zapuściliśmy się w tak dzikie tereny, że w promieniu paru kilometrów nie ma żadnej chaty, a co dopiero schroniska ! MUSIMY przebrnąć przez las. To JEDYNY płomyk nadziei. - na ostatnie słowa położył szczególny nacisk. Paweł wprost emanował przekonaniem i determinacją, za to Mały wydawał się być przerażony samą myślą, ale nie chcąc dłużej prowadzić bezsensownych dyskusji i marnować cenne sekundy, które mogą zależeć od zycia ich obojgu, ponuro skinął głową. Paweł uśmiechnął się słabo, ale wśród panujących ciemności jego towarzysz tego nie dostrzegł. Był zmęczony; nie jest młodzikiem o silnych mięśniach i świetnej kondycji, jakim był niegdyś. Ma już za sobą swoje lata, więc powinien jak najszybciej znaleźć się w ciepłym pomieszczeniu i pod opieką lekarską - powoli, lecz skutecznie, nogi odmawiały mu posłuszeństwa, mięśnie wiotczały, zaś serce biło coraz słabiej i nierównomiernie. Mimo to musiał przekonać się, czy miał rację. W zamyśleniu znów zaczął grzebać w połach ubrania, po chwili dzierżąc w ręku małą latarkę. Zaświecił ją. Tym razem jego twarz rozbłysła rozmigotanym światłem. Miał ostre, wysmagane wiatrem rysy, siatkę zmarszczek wokół jasno-brązowych oczu, a jego usta były zaciśnięte w wąską kreskę. - Słodki Jezu... - powiedział cicho Mały z nieustannym lękiem w głosie. - Aż tak źle ? - starszy rzekł to na tyle wesoło, na ile mógł się zdobyć, i uznał, że wyszło mu całkiem nieźle. - Wyglądasz jak trzy ćwierci do śmierci - odpowiedział Mały, już trochę pewniej. - No to w drogę. Paweł, z uśmiechm na twarzy, ruszył w stronę nieprzeniknionego mroku, oświetlając sobie droge latarką. Młody musiał do niego dobiec, bo stał chwilę nieruchomo, jakby rozważając, czy nie zostać tu i zamarznąć, po czym obaj mężczyźni zniknęli w mroku.
Szelest liści, trzask zamarzniętego podłoża, świst gwałtownie rozgarnianych gałęzi... Szelest, trzask i świst... Wszystko to tworzyło niezwykłą muzykę; muzykę lasu. I przy takim akompaniamencie, dysząc i ledwo trzymając się na nogach, przez las przedzierała się dwójka mężczyzn. Słabe światło z latarki urywało się na coraz dłuższe chwile, tak że wokół nie było nic widać. Wędrówka po ciemnym lesie była niezwykle męcząca i przerażająca. Wszechobecny mrok, mgła tak gęsta, że nie widać czubka swojego nosa, natrualne przeszkody i niepokojące dźwięki. To wszystko wykańczało zarówno ficzynie, jak i psychicznie. Lecz Paweł i Mały, starszy i młodszy, dzielnie podążali do swojego celu. Wyglądało na to, że przeszli już niezły kawał drogi. Księżyc bardzo, bardzo długie mroźne chwile temu nieśmiało królował na horyzoncie, jakby bał się gniewu Słońca. Teraz, razem z gwiazdami, niczym król z swoim dworem, śledził losy ludzkości. Stracili poczucie czasu. Jeszcze przez wiele chwil przemierzali mroczny las. Właściwie nie odczuwali już zimna, co było złym znakiem. Na szczęście warunki atmosferyczne trochę się poprawyiły. Mgła opadła nieznacznie, ale lepszy rydz niż nic. Zamieć z minuty na minutę słabła, aż w końcu sam, lodowaty, świczący wiatr nękał mężczyzn. Paweł prowadził, od czasu do czasu zerkając na kompas. Mały podążał za nim na tyle szybko, na ile pozwalały mu resztki sił i niestabilne filary podtrzymujące jego psychikę. Za to ze starszym było naprawdę źle. Każdy oddech zdawał się sprawiać mu wielki ból, od czasu do czasu kaszlał paskudnie, za to nogi same mu się plątały. W końcu, przy wyjątkowo stromym wzniesieniu, ześlizgnął się z niego i uderzył potylicą w twardy grunt. Mały mruknął coś niezrozumiale i podbiegł do Pawła. - Paweł, Paweł... Ocknij się ! - zaczął nerwowo szeptać, jakby bał się, że zakłóci spokój drzew, i potrząsać coraz mocniej starym ciałem. - Odwal się... Powiedziałem, odwal się, przecież nie zemdlałem ! - Och... Wybacz. - Mały rzekł przepraszającym tonem, postawił towarzysza do pozycji siedzącej, tak, że opierał się teraz o pechowe wzniesienie i sam usiadł obok niego. - Co z twoją głową ? - zapytał młodzieniec. - Będzie guz. - skwitował krótko Paweł. Mały otworzył usta i chciał już coś powiedzieć, ale rozmyślił się i je zamknął, potem znowu otworzył, i znów zamknął. - Wyglądasz jak ryba w…