Horror · 10 min czytania
Cudzoziemka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Z nieba padał deszcz o srebrzystej, niezdrowej barwie, by zbierać się na gliniastym podłożu, tworząc kałuże głębokie po kolana. Ich niepozorna tafla, mącona jedynie przez krople, nie sugerowała jak głęboko jest dno, przez co koło wozu mogło wpaść i utknąć na długi, długi czas. Drzewa szarpał wiatr, złowieszczo szepcząc między sobą. Okrutnie targał za suknie kobiet, porywał czapki z męskich głów. Ona obserwowała to wszystko, nie rozumiejąc ani słowa z krzyków ludzi. Słuchała jedynie wiatru, który wszędzie mówił tym samym językiem. Z kraju, z którego pochodziła, to właśnie on był najmilej widzianym gościem na złotych polach, w górskich cieśninach i na morzu o barwie perły. Nie liczyła chwil, które spędziła na kołyszącym się leniwie wozie. Nie wyglądała już ratunku - granice swego domu, swego kraju, opuściła wiele księżyców temu, a ludzie tutaj nie dostrzegali jej błagalnego spojrzenia, nie rozumieli słów w obcym, dziwnym dialekcie. Nie odzywała się już - chciała jeść, a niepotrzebne słowa odbierały jej to, czego potrzebowała. Czerstwy chleb i woda z rzeki była tym, na co mogła liczyć i o nic więcej nie prosiła. Była Amenteryjką - ten lud nigdy nie prosił. Zimne kraty stalowej klatki budziły w niej klaustrofobiczny lęk, dopuszczając do głosu instynkty, których istnienia nie była do końca świadoma. Tam, skąd pochodziła, nie rodziły się nigdy prymitywne pragnienia. Tam nie było na nich miejsca. Ani w naturze ludzkiej, ani w naturze bestii. Kraj, do którego trafiła, był tak dziki i nieobliczalny, jak nieobliczalne były potwory go zamieszkujące. Jechali dzień i noc. Mężczyźni w czarnych, skórzanych zbrojach jechali konno, spoglądając na nią z początku nieufnie. Lecz wiele dni podróży sprawiło, że zaczęli łypać z pożądaniem, a nieprzyjemne uśmiechy na twarzach zdradzały ich najgłębsze myśli. Chciała wierzyć, że klatka chroni ją przed nimi, lecz prawda była zupełnie inna. I bezustannie padał deszcz. Powoli zaczęła wątpić w istnienie słońca, jakby te zostało w kraju bezkresnych, złotych pól. Mijali wioski, w której wieśniacy pluli na nią, szydzili. Słowa ją bolały, chociaż nie rozumiała ich znaczenia. Raniły ją emocje, jakie kierowali do niej - osoby, której nie znali i widzieli pierwszy raz. Nienawidzili jej przez słowa, jakie wypowiadali mężczyźni w zbrojach. Jedynie kobiety, matki, które posiadały własne córki, przychodziły do niej ze współczuciem i miską gorącego gulaszu, mówiąc słowa. Słowa. Ludzie tego kraju wierzyli słowom. Nienawidziła ich za to. Opuściła głowę, lecz nie zamknęła oczu. Obserwowała, jak woda spływa po kosmykach czarnych jak bezgwiezdna noc. Drobne kropelki przemykały pomiędzy włoskami, by następnie spaść z czubka na wełnianą koszulę, w jaką ją przyodziali. Kiedy zabrali ją z domu, zerwali z niej jej ubrania i rzucili starą, przeżartą przez mole męską koszulę. Ubrała ją, by chronić się przed pożądliwymi spojrzeniami i upokorzeniem, jakie ją spotkało. Nagle usłyszała, jak konie nerwowo rżą, a ludzie zaczynają między sobą krzyczeć. Podniosła wzrok, lecz by dostrzec cokolwiek w zamieszaniu, wstała i złapała się krat. W świetle błyskawicy dostrzegła urwisko majaczące za krzakami. W dole płynęła głęboka, rwąca rzeka, która pochłonęła wiele istnień. Nagle wóz zatrząsł się, a ona poleciała całym ciałem na kraty a jej więzienie osunęło się delikatne w tę stronę wąwozu, z której majaczyła przepaść. Krzyknęła zaciekle, uciekając w przeciwną stronę, by powstrzymać nieuniknione. Mężczyźni też zaczęli krzyczeć, próbowali ratować osuwający się wóz, smagając woły zaciekle batami. Zwierzęta ryczały, przekrzykując głosy burzy, a w świetle błyskawic majaczyły wszelkie możliwe cienie. Dziewczyna złapała jakiegoś przebiegającego mężczyznę za ramię, a ten smagnął batem po wystającej ręce i wyszarpnął się. Wrzasnęła, cofając się w głąb więzienia, by przytulić do piersi piekącą dłoń. Krew płynęła strumieniami, by mieszać się na podłożu z deszczem. Karmazynowa, życiodajna esencja była jak oczy dziewczyny. Amenteryjka cieszyła się, że padało, bo łzy bólu wymieszały się z deszczem. Nie chciała płakać i nie płakała. Słone krople wypływały z oczu wbrew jej woli, ale dusza wcale nie płakała. Poczuła silną nienawiść narastającą w piersi, jakby tworzyło się w niej osobne życie, które rozrywało jej wnętrzności na strzępy. Wściekłość była tak silna, że prawie przesłoniła jej oczy ciemnością. Zwierzęca furia obudziła się w jej świadomości. To nie była jej nienawiść. Coś czaiło się w mroku. Coś głodnego, przepełnionego żądzą krwi. Wiedziała o tym, bo czuła jego obecność. Furia i nienawiść wypełniły mrok, tworząc dzikie, wrogie cienie. Chciała ostrzec zbrojnych, lecz nieważne co krzyczała - nie rozumieli. Potem było już za późno. Wpierw znikł dowódca jadący na czarnym jak smoła koniu. Zwierzę jedynie kwiknęło, padając na kolana, by dokończyć swego żywota w kałuży, która