Dom i ogród · 11 min czytania
Cyfrowe pole
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
To było niedaleko po Matki Ciele, bo na pewno jeszcze przed Świętego Jana, jak zdarzył się cud u mnie za stodołą. Nie znam dnia, ani godziny, bo tego się u nas już nie liczy. Musi wystarczyć rok i pora.
Wiosna roku Pańskiego 2020.
Wróciłem z zatłoczonego Kościoła do chałupy. Zrzuciłem garnitur i wciągnąłem luźne spodnie. Wyszedłem na podwórze dziarskim krokiem i spojrzałem w górę - na niebo. Słońce było już wysoko, a wokół niego ani jednej chmury. Wielki, głęboki błękit. Zapowiadał się prawdziwy skwar i susza. Rozejrzałem się na boki po zagrodzie. Wszystko kwitło, pachniało, gziło się, podskakiwało... Pięknie. Gęsi dreptały za kaczkami, prosiaki za kurami, koty wygrzewały się na parapetach, a psy lizały sobie tyłki. Zawsze miło na coś takiego popatrzeć i podumać nad wyższością natury ludzkiej nad zwierzęcą. Nic przecież tak człowieka nie buduje jak prawdziwa, świętobliwa pogarda. Zwłaszcza po łacińskiej Mszy Świętej.
Tak ogromnie ubogacony udałem się za stodołę. Tam, przy samej ścianie suszyła się wysoka góra skoszonej trawy i pachniała tak, jak pachnie suszona góra skoszonej trawy ułożona przy drewnianej ścianie. Zaległem sobie w tej miękkości i w tym zapachu, i grzebiąc słomką w zębach, zacząłem rozmyślać. Sam nie wiem skąd mi się to bierze i nie wiem czemu ma służyć, ale przychodzą na mnie czasem takie momenty - najczęściej w niedzielne popołudnia, gdy nie ma nic do roboty - że myślę. Nie potrafię już się przed tym bronić, a wiem, że powinienem - zwłaszcza dlatego, że nie myślę wtedy o tym, co trzeba, co wzmacnia, ale o głupotach. Tak samo było wtedy.
Część 22 / 2
Myślałem o młodości - o latach podstawówki i technikum. O tych czasach niedobrych, kiedy był bałagan i chaos; gazety w kioskach, papierosy, amerykańskie filmy w telewizji, piwo i złe media, i setki innych, diabelskich pokus. I, Matko wybacz, przyszło mi nawet do głowy, że wtedy było lepiej! Słońce piekło w ten głupi łeb i chyba nawet przygrzało w kroku, bo chwilę później nadeszło jeszcze gorsze - zacząłem myśleć o babach. Przed oczami, jak świnie, zaczęły przechodzić sprośności. Pamiętałem różne rzeczy z tej przeklętej młodości, bo zwyczajnie nie mogłem o nich zapomnieć. Nie mogłem zapomnieć na przykład tego, że w czasach przejściowych, w takie dni jak ten, kobiety chodziły w przewiewnych, cienkich spódnicach. Te były tak wulgarnie krótkie, że odsłaniały nie tylko kostki, kolana, bo to by było pół biedy jeszcze, ale często nawet uda. Miałem to przed oczami. Widziałem to, przysięgam. Pamiętam nawet, że raz taka weszła na drabinę i wtedy było jej widać...
Cycki spod bluzki. To inna sprawa. Chodzi mi tutaj o bluzeczki, bo z nimi było tak samo. Szyto je w tak dziwny sposób, bezmyślnie albo oszczędnie, że były do niczego; nie spełniały swojej podstawowej funkcji. Krągłe fragmenty gruczołów mlecznych pozostawały widoczne! Duże, małe, noga, młode, stare, pupa, wiszące, jak u mamy, sterczące, miękkie, blade, śniade, gacie... Zaczynało mnie, o zgrozo, ponosić, a rękę w spodnie czort zaprowadził. Nie trwało to - na szczęście - długo, dzięki Bozi, bo oto przed moimi oczami stanął widok nieprzyjemny: Nuka - suka, która co chwilę się szczeni - znów stała dupą sklejona z psem Proboszcza. Zerwałem się natychmiast i z buta zastosowałem antykoncepcję dozwoloną. Świst, jęk, plask, chlast i już... stały obok, osobno. Bardzo mi ulżyło i odeszły świńskie myśli - jak ręką odjął. Odruchowo chwyciłem Różaniec, żeby podziękować Dziewicy za ratunek i przeprosić jak najprędzej. Stało się - stanął przecież - i samo się nie odstanie. Trzeba odpokutować, odpłacić, resztki myślozbrodni wyrzucić z serca i rozdeptać to plugawe robactwo. Założyłem, że dwieście pięćdziesiąt paciorków wystarczy, pamiętając, że onanizm zupełny policja każe pięćsetką. Dla pewności i lepszego efektu naciąłem jednak też skórę na brzuchu, na Krzyż Pański, i spoliczkowałem się trzykrotnie - w imię Ojca i Syna, i Matki Świętej. No i zacząłem samo-umartwianie. Obracając święte kuleczki w brudnej ręce modliłem się i przeklinałem siebie. Nie wiem dokładnie ile zrobiłem obrotów. Nie wiem też, czy kręciłem szybciej niż zwykle, czy wolniej, czy bardziej się upodliłem, czy mniej, raczej nie. Myślę, że modliłem się normalnie, klasycznie. I wtedy usłyszałem świst, grzmot, huk! Podniosłem wzrok, poraził mnie błysk, fala gorąca uderzyła w twarz. Zatrzęsła się ziemia. Różaniec wypadł z ręki! Klęczałem, jak wcześniej - zupełnie ogłupiony i całkiem ślepy. "Żyję? Nie żyję? Żyję. Bomba? Piorun? Dupa? Meteoryt?" - takie myśli chodziły mi po głowie. Wzrok, na szczęście, po chwili zaczął powracać, a to po to bym mógł zweryfikować, i wreszcie znów widziałem normalnie. Ale i tak nic nie widziałem. Dookoła unosił się bowiem gęsty dym i tumany kurzu. Ja sam obficie obsypany zostałem tym piaskiem, trawą i dżdżownicą; na spodniach, ramionach, we włosach i we włoskach.
Piasek powoli opadał i w końcu opadł zupełnie. I co? - Bomba? Meteoryt? Piorun? Lepiej. Rzeczywistość okazała się jeszcze ciekawsza. Jakieś dwadzieścia kroków na wprost ode mnie, w świeżo przeoranym polu, lśniła kupa żelaza na kształt kuli, zagrzebana do połowy w gruncie rzeczy. Ozdobiona ze wszystkich stron antenkami, okienkami, błyskotkami, światełkami, choinką... No, UFO! UFO jak w mordę strzelił! W tym momencie już widziałem wyraźnie. Widziałem je. Tak samo, jak Moniki majty od dołu. I nikt mi…