Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 7 min czytania

Cyrkowcy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Namiot rozstawili w standardowym miejscu. Między kościołem a warzywniakiem. Ze wszystkich stron otoczony był przyczepami, ale nie sposób było go nie zauważyć. Był żółto – pomarańczowy. Z głębi obozu można było wychwycić część rozmów między cyrkowcami. Raz na jakiś czas słyszało się także rżenie koni i inne odgłosy zwierząt. Przed kasą już na dwie godziny przed seansem tłoczyły się rozgorączkowane dzieci. Wyjrzała przez okno. Przez myśl przeszło jej, że dawno nie była w cyrku. Z jednej strony miała ochotę zobaczyć przedstawienie, z drugiej – nie lubiła sposobu tresury zwierząt i było jej głupio z racji swojego wieku. W sumie co mi szkodzi? – odpowiedziała mamie, widzącej siebie w roli sponsorki biletu. Przebrała się, spakowała do torby telefon i pieniądze i wyszła, nawet nie próbując udawać szczególnie szczęśliwej. Zapłaciła za kolorowy kawałek papieru i stanęła trochę dalej od kasy. Nie miała ani czasu, ani ochoty, żeby wrócić jeszcze do domu. Po kilku minutach kolejka do wejścia zaczęła się zmniejszać. W końcu znalazła się tuż przed cyrkowym namiotem. Mężczyzna, który sprawdzał bilety najpierw się do niej uśmiechnął, potem rzucił komplement, znów się uśmiechnął, odsunął ją trochę na bok, z dala od dzieciaków, po czym grożąc, że nie odda biletu, wymógł na niej wypowiedź, że bardzo podoba jej się piosenka, którą słychać było z głębi cyrku. Jakiś nieśmiertelny hit o miłości, coś o Suzannie bodajże. - No ładnie, ładnie – powiedziała do siebie, po czym udała się w stronę jednej z nielicznych już wolnych ławek. Usiadła. Rozejrzała się dookoła. No pięknie, żadnej osoby powyżej piętnastki, nie będącej matką. – pomyślała. Seans rozpoczął się o dwadzieścia minut za późno. Najpierw swoje triki pokazała para iluzjonistów, którzy, jak się potem okazało, byli małżeństwem. Zbyt skomplikowanych sztuczek nie mieli w repertuarze. Liczyła, że kolejne punkty spektaklu będą ciekawsze. Na arenę wtargnął klown z opakowaniem po pampersach. Zaczął się witać z co którymś dzieckiem. Przeszkodziła mu w tym pani iluzjonistka, której w dalszej części przypadła rola zapowiadania i komentowania kolejnych numerów. Potem mogło być już tylko lepiej. Kozy, które nie chciały przeskakiwać z taborecika na taborecik, tresowane przez mężczyznę, którego miała okazję już wcześniej poznać, Piotra. Konie, wielbłąd, lama, osioł... Wszystkie nie do końca dobrze wytresowane, stawiały opór, gdy miały coś pokazać tak liczącej na chociaż jeden porządny występ publiczności. Po każdym numerze wkraczał irytujący klown, który w połączeniu z panującym z namiocie ukropem był nie do zniesienia. Potem jakieś nieudolne próby akrobacji i przerwa. Upragniona jak cholera. Poprzedzona komunikatem, że teraz można będzie zrobić sobie zdjęcie z wężem albo pojeździć na koniu. Odetchnęła z ulgą. Wyszła na świeże powietrze. Na zewnątrz przynajmniej raz na jakiś czas mocniej dmuchnął wiatr. Otoczyła ją zgraja kilkuletnich dziewczynek. Postanowiła wrócić do namiotu. Stanęła przy arenie, podziwiając konie. Faceta krzyczącego: "Zdjęcia z wężem! Tylko na podwórku, bo tu już nie wydolę..." zignorowała. Usłyszała głos dobiegający z głębi namiotu. Jakby w transie wciąż wodziła wzrokiem za kolejnymi okrążeniami. Dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że to chyba do niej ktoś krzyczy. Zaczęła koncentrować swoją uwagę już nie na zwierzętach, tylko mężczyznach, którzy je prowadzali. - Umiesz jeździć?…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Cyrkowcy — czytnik · opowiadania