Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 19 min czytania

Cyryl Graf

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W pokoju panował półmrok a ja siedziałem w fotelu. Słuchałem jakiejś muzyki i popijałem przezroczysty płyn ze sporą ilością procentów. W ręku trzymałem dopalającego się papierosa. Wpatrywałem się w ścianę. A właściwie to w debilny szlaczek, jakim udekorowali mieszkanie wcześniejsi właściciele. Ohyda, ale mimo to kontemplowałem go ciągle, upajając się wrażeniem, jakie na mnie robił. Nie było dobre, więc chyba przyświecał mi jedynie wyrafinowany masochizm. Pociągnąłem łyk napoju i wróciłem do oglądania ściany, kiedy stało się coś dziwnego... Zakręciło mi się w głowie. Ale z drugiej strony, po tej ilości czystej, jaką wypiłem nie powinno to dziwić. Niepokoiło mnie, co innego. Pokój wirował. Wszystko zwyczajnie kręciło się. I to szybko. Magnetofon – regał – ściana – stolik – telefon – okno - magnetofon – regał – ściana – stolik – telefon – okno – magnetofon – regał – drzwi – stolik – telefon... Drzwi!!! Nie było ich tam wcześniej! Wiem, przecież mieszkam tu od miesięcy! Wielkie, przeogromne. Z mosiężną klamką i kołatką w kształcie trupiej czaszki… Otrzeźwiałem momentalnie. Przestraszyłem się porządnie. To wszystko wcale nie sprawiało wrażenia majaków pijanego faceta. Przecież wiem... Było tak realne, że aż nierzeczywiste. Drzwi… co tam drzwi, wrota! Otworzyły się skrzypiąc i zobaczyłem ciemne schody prowadzące w dół. Zresztą wszystko się zmieniło. Nie byłem już u siebie, ale w jakimś ogromnym pomieszczeniu. Komnacie? Uderzyła mnie cisza panująca wokoło. Cisza i mrok, z każdą chwilą większy. W końcu zrobiło się tak ciemno, jakby ktoś niespodziewanie zgasił światło. Nagły chłód, silny wiatr, na dodatek zaczął padać deszcz… Nieoczekiwanie niebo się rozjaśniło. Na chwilę... Piorun... Trzask! I zaraz silny grzmot. Tuż za mną. Pioruny biły coraz częściej. Ale ja nie byłem w stanie się poruszyć. Paraliżował mnie paniczny strach. W życiu takiego nie czułem. Miałem wrażenie, że cały świat jest pełen lęku, a hałas opanował ziemię do tego stopnia, że nawet cisza wydawałaby się grzmotami. Wtem, tuż za mną pojawił się jakiś facet. Niesamowicie wysoki... Twarz miał pociągłą i bladą; ciemnobrązowe oczy sprawiały wrażenie smolistych węgielków. Długie, czarne włosy spływały na ramiona. Przy następnym błysku, zauważyłem równo przystrzyżoną bródkę i zdawało mi się również, że… nie, nie możliwe. Wyglądało na to, że w zakolach miał… maleńkie różki? Nie, nie można ufać zmysłom pijanego człowieka a niewątpliwie nie byłem trzeźwy… Mężczyzna miał na sobie strój końca XIX wieku. Sprawiał wrażenie poety fin de siecle; dekadenta zagubionego w gąszczu materii. Elegancji dopełniała długa, czarna aksamitna peleryna. Zarzucona na lewe ramię, dyskretnie odsłaniała ledwo widoczny w ciemnościach staromodny rewolwer. Pewnym estetycznym zgrzytem, była trzymana w prawej dłoni komórka, ale właściwie już mnie to nie zdziwiło. Nawet gdyby za chwilę okazał się małym czerwonym króliczkiem w bikini, jedzącym lody. Obok nieznajomego pojawił się niski, barczysty człowieczek. Trzymał parasol jak nad pryncypałem, co - widząc jego służalczą minę, upewniło mnie, że jest podwładnym tamtego. Facet w pelerynie spojrzał na mnie świdrującym, hipnotycznym wzrokiem i kiwnął palcem. Zmarszczyłem czoło, o co chodzi? Nieznajomy pstryknął palcami i… nastała światłość. W jednej chwili zniknął mrok i deszcz; staliśmy na pustym i zimnym placu. Obok pojawiła się długa limuzyna, do której wiedziałem – mam wsiąść. Więc uczyniłem to niezwłocznie, czując na sobie ponaglający wzrok. Nieznajomy usiadł obok mnie i pojechaliśmy. Jechaliśmy już długą chwilę, a że głowa bolała mnie paskudnie (w końcu cały wieczór spędziłem nad butelką) marzyłem o kieliszku czegoś mocniejszego. Dziwne zdarzenia, dziwnymi zdarzeniami, a pić się chce. Zerknąłem na barek z nadzieją. Pewnie świetnie zaopatrzony... W tej samej chwili nieznajomy, prawie nie zauważalnym gestem dłoni zaproponował brandy. Choć miałem ochotę jak diabli, podziękowałem kłamiąc perfidnie: - Dziękuję, nie piję – w końcu, jaką miałem pewność, co się znajduje w trunku? Tyle się ostatnio czytało o narkotykach w napoju, o porwaniach, wykorzystaniu… Co prawda, to co czytałem dotyczyło młodych, pięknych dziewcząt…Ale lepiej uważać. Gwoli ścisłości nie jestem ani piękną młodą, ani tym bardziej dziewczyną, jednak o facecie nic nie wiedziałem. Jego jedyną reakcją na moje ewidentne kłamstwo, było pobłażliwe spojrzenie i podanie kieliszka z bursztynowym płynem. Na tak zdecydowaną sugestię nie byłem w stanie nie zareagować. Wypiłem duszkiem i ponownie napełniłem kieliszek. Jechaliśmy długo, jak długo? Tego nie wiem. Długo. Chyba zdrzemnąłem się trochę. Śniło mi się, że nieznajomy okazał się wersją mnie samego urodzonego za dziesięć tysiącleci… Kiedy się wreszcie przebudziłem, siedziałem w samochodzie sam. Drzwi otworzyły się cicho, więc wysiadłem. Na wprost mnie, otoczony zwartą ścianą lasu, stał mały domek. Wszedłem do środka, ale wewnątrz ujrzałem jedynie drzwi do windy. Takie starodawne, zamykane na kratę… Windziarz zaprosił mnie do środka i zamknął drzwi. W chwili, kiedy zasunął kratę, straciłem grunt pod nogami. Po prostu przestał istnieć. Spadałem w dół a całe życie przeleciało mi przed oczyma. Może to niezbyt dobre określenie skoro właśnie sam leciałem, ale jedyne, jakie przychodzi do głowy. Po dobrych 5 minutach spadania, raptownie zatrzymałem się w miejscu a następnie powolutku opadłem na podłoże. Miejsce, w którym się znalazłem wyglądało przerażająco. Ziemia miękka, okryta delikatną, zielonkawą mgłą. Nie wiadomo skąd wylewało się na mnie jaskrawe, pomarańczowożółte światło. Mój stary znajomy, stał oparty o drzwi saloonu i kiwał na mnie palcem. Czułem, że coś jest nie tak jak, powinno, ale kto by nie czuł? Mimo to podszedłem do niego i weszliśmy do środka. Mało przyjemne miejsce. Ciemne i duszne. Za czymś, co w równym stopniu mogło być szynkwasem jak świńskim korytem, stała oparta zwalista kobieta, ubrana w... coś... W każdym razie bluzka dawno temu musiała być jaskrawo różowa; dziś po kolorze pozostał brudnoróżowy odcień... obfity biust, wylewał się jej z głębokiego dekoltu, a twarz ozdabiał (???) grymas przypominający uśmiech. Mimo wszystko, nic przyjemnego. Usiedliśmy przy stoliku wytartym przez kobietę brudną ścierką. Za chwilę przyniosła nam butelkę mętnego płynu i dwa, chyba czyste kieliszki. Wydawało mi się dziwne, że nieznajomy, tak nieskazitelnie przecież ubrany, zaprosił mnie właśnie tutaj, gdzie brud był większy niż w niesprzątanym od roku pokoju studentów. Śmierdziało tak, jakby ktoś wylał wiadro końskich odchodów ( tak właściwie, to nie wiedziałem wtedy, że odchody konia nie śmierdzą, ale tak sobie dumałem, że gdyby śmierdziały to miałyby właśnie taki zapach). Choć, właściwie, dlaczego się dziwiłem? Cała sytuacja była podejrzana… Tak, więc, siedzieliśmy na przeciwko siebie sącząc bimber i zastanawiając się, co ma nastąpić. W zasadzie, myślałem o tym tylko ja, bo facet znał bardzo dobrze scenariusz rozmowy. W końcu sam go kreował. Nieznajomy podniósł kieliszek i wzniósł toast: - Za wieczność!... Zastanawia się pan zapewne, co tutaj robi? To prostsze niż mogłoby się wydawać... Mój przełożony, Luis Cypheros poprosił, abym przeprowadził z panem niecierpiącą zwłoki rozmowę. Stąd dziwne okoliczności, w jakich się spotykamy. Gdyby nie konieczny pośpiech, zaprosiłbym pana jak Pan Bóg przykazał...O, przepraszam... – speszył się mój rozmówca – Czy mogę zapytać? Wierzy pan w istnienie Boga? - … eee – zaskoczyło mnie jego pytanie, ale skro już pytał - raczej w jakąś pierwotną materię, może kosmiczny pierwiastek w każdym z nas? Sam nie wiem dokładnie... – Rozsiadłem się wygodniej na krześle. Przynajmniej coś zaczynało się wyjaśniać. Czy na pewno? Miałem nadzieję, że tak. Miałem dość wrażeń jak na jeden wieczór. - Mhm – zmartwił się mój rozmówca – Widzi pan, piękne jest to, co słyszę i gdybym nie wiedział tego, co wiem, pomyślałbym: wspaniale! Niestety, jest pewne małe, ale... – oparł się nieskazitelnie czystymi rękawami garnituru na lepkim blacie i nachylił konspiracyjnie w moim kierunku. Mrugnął figlarnie i wyszeptał – Cyrylu, zamknij oczy. Popatrzyłem z rezerwą i zmarszczyłem brwi. Dziwne. W ogóle przestał mi pasować do roli, którą do tej pory odgrywał. Z poważnego, nieprzystępnego jegomościa, zmienił się raptem w rozbawionego chochlika. Chyba wolałem go w pierwszym wydaniu. Nieznajomy ( nadal się nie przedstawił, a ja nie miałem ochoty pytać o imię) znowu rozparł się na krześle. - Zamknij oczy Cyrylu. Dobrze słyszysz – mówił hipnotycznym głosem psychiatry – To, co mam ci opowiedzieć, wymaga tego. Zamknąłem. Ogarnął mnie niesamowity spokój. Co zdawało mi się podejrzane. Przez chwilę jedynie, bo słowa nieznajomego trzymały w napięciu. - Wyobraź sobie piękną dziewczynę. Młodą, zgrabną... Na dodatek temperament i charakter identyczny z tym, jakie miały dziewczęta z Tahiti czasów Gauguin. Nieśmiała, delikatna a jednocześnie pozbawiona pruderii. Widzisz ją? – pokiwałem głową. Widziałem... – Wyobraź sobie teraz młodego diabła - chochlika. Przebywa na ziemi dopiero od kilku dni, i widzi ją... biorącą prysznic. Tonie w jej fiołkowobłękitnych oczach. Pragnie jej…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Cyryl Graf — czytnik · opowiadania