Opowiadania.pl · 8 min czytania
Cytryna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Cytryna
Luty 1972
Drogi Przyjacielu
Nigdy nie lubiłem takich zim, kiedy zamiast śniegu pada deszcz. Świat jest wtedy taki nagi. Odsłania wszystkie swoje brudy i świństwa. Za płotami, gdzie sterczą ciche kamienice, widać stare deski, opony, metal. Wszystko to ogarnięte badylami nadgniłych traw. Na litość boską, jeszcze to szare niebo! Jakby nie miało wstydu wisieć nad tą ponurą rzeczywistością. Gdyby tylko zechciało ustąpić miejsca słońcu! Ale nie chce… Prosiłem już parę razy. Czy ja jestem przygnębiony? Zapytał mnie dziś o to sprzedawca. Ja bym chciał raczej uzyskać odpowiedź na trudniejsze pytanie. Czy jestem? Coś tam się dzieje wokół mnie. Przecież ciało funkcjonuje, przecież jadłem dziś śniadanie, przecież czułem ból, gdy na skórę upadła kropla wrzątku. Widzę, czuję zapachy, smak, słyszę. Jestem. To znaczy fizycznie jestem . Poparłaby to każda osoba z tłumu, gdybym stanął gdzieś na ulicy. Nie wiedziałem co odpowiedzieć temu mężczyźnie. - Nie jestem – wydusiłem, kiedy kładł pięć cytryn na wagę. Uśmiechnął się. -To dobrze- usłyszał co on sam chciał usłyszeć. Gdyby spojrzał w moje oczy, zobaczyłby zupełnie coś innego. Nie jestem. Nie ma mnie. Niby torba z owocami jakoś dawała odczuć na mięśniach, że ją trzymam. To znaczy, że moje ciało żyje. Jest. Tylko mnie w środku nie ma.
Cytryna trysnęła mi w oko, kiedy kroiłem ją na plastry. Mało miejsca było na moim stole. Wszędzie pędzle i tubki z farbami. Tak obco wyglądał biały i lśniący talerz na tym kolorowo-brudnym kawale drewna. Żałuję, że nie mam aparatu. Nasycenie żółci cytryny, ta biel, nieład dookoła… i nożyk! Dodawał kontrastu. Ostrze zawsze budzi niepokój w człowieku. Potrafisz wyobrazić sobie ten widok?! Nie? To może inaczej… Spróbujmy ze smakiem. Nie kupiłem samych cytryn. To by było za proste. Obok talerza położyłem czekoladę z bakaliami. Popatrzyłem na to i pobiegłem po czarny spodek. Przełożyłem na niego plastry, a czekoladę na biały. Czegoś brakowało… Filiżanki z gorzką herbatą! Teraz było idealnie. Popatrzyłem na gramofon. Zastanawiałem się nad muzyką… jakąś nastrojową. Może fortepian albo skrzypce? Byłoby tak artystycznie. Nie.. cisza będzie lepsza. Podekscytowany otworzyłem okno. Chciałem czuć dodatkowo zapach brudnej zimy. Przyłożyłem plaster cytryny do ust i zatopiłem zęby. Wszystkie mięśnie twarzy napięły się w gwałtownym grymasie. Gdy kwas rozprzestrzenił się aż po koniec języka, przyszła pora na nieosłodzoną herbatę. Częściowo go wypłukała. Zepchnęła do przełyku. Sam nie wiem jak nazwać to uczucie. Ulgą? Niby jedno zniknęło, ale gorycz została. Który z tych smaków jest gorszy? Bardzo trudne pytanie. Wiem jedynie, że połączone są nie do zniesienia. Jak wielką ulgę poczułem, gdy na języku spoczął kawałek czekolady. Błoga słodycz. Od razu porównałem ją z kobietą. Tak, to idealnie trafiona myśl. Wyobraź sobie ciężki dzień, kiedy na ulicy po zapaleniu zielonego światła, rusza na ciebie tłum nieznanych ciał i ociera się o twoje. Potem wracasz do domu i słyszysz szum prysznica. Wchodzisz do łazienki (w mojej wyobraźni zawsze są uchylone). Widzisz istotę doskonałą. Delikatną jak pióra na skrzydłach. Odsuwasz kotarę… Patrzy na ciebie. Zawsze wystarcza tylko jedno spojrzenie, żeby zapragnąć ocalić ją przed całym światem. Zachować tylko dla siebie. Podnosisz nogę. Czujesz ciepłą wodę, gdy stawiasz stopę w kabinie. Chwilę potem stoisz przed nią. Nic nie ma prawa być wtedy ważniejsze od kobiety, nawet twoje mokre ubranie. To ciało przyciąga jak magnes. (A może lepiej, gdybym napisał ‘ciałko’. Ciała mamy my – mężczyźni. Nie należy nazywać tych dwóch różnych postaw tak samo. Albo odwrotnie. To one mają ciała, a my ciałka –jakieś tam, bez tej ich gracji. Można by się spierać). Dotykasz ramienia, przesuwasz palcem po…