Filozofia · 16 min czytania
Czarna Dziura
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Czarna dziura
Cóż to za syf w tej telewizji dają? Jakieś dziadowskie reklamy. Kto to w ogóle kupuje? Jakiś szampon do filcowania włosów. Co oni sobie myślą? Że każdy chce mieć coś takiego na głowie? Zaraz, zaraz... Przecież tu przed chwilą chyba film leciał. Co to za czasy, że filmy nawet zakończenia nie mają? Pieprzone pudło. Zawsze to samo. Ja już naprawdę nie wiem o co w tym chodzi. Dobra, zobaczmy co na innym kanale. A to co? Jakiś obdartus siedzi przed chałupą i kopci wyślinione cygaro. Ciekawe o czym myśli? Siedzi, siedzi i nic nie robi. Widać mu dobrze tak, zupełnie jak mi. O kurde! Ktoś mu łeb rozwalił! Jakiś typ na koniu strzelił do niego! Cóż za nie fart... Chciał sobie tylko przed domem posiedzieć spokojnie i pomyśleć a tu kulkę w łeb dostał. Ciekawe czy mi też to grozi? Hmmm... dziwne. Ostatnio ktoś podejrzany kręcił się u mnie pod drzwiami. Jakiś wąsaty kot w butach. No ale ja nie pale cygar, więc chyba jestem bezpieczny. Palenie zabija! Tak, to na pewno przez to cygaro! Nie podoba mi się dziś ta telewizja. Czy tu nie ma nic lepszego do oglądania? Meble, stół, fotele, okno no i kanapa na której leże. Wszystko zakurzone. I to jak! Chyba Sprzątanie o mnie zapomniało. A jaki bałagan! Książki, papiery, jakieś kartki z zapiskami i bazgrołami, wszystko porozrzucane bezładnie. No i płyty, dużo płyt wszystko w bezładzie. No ale to znaczy, ze wszystko w porządku. Wszechświat dąży do całkowitego chaosu. W tym pokoju nic się nie dzieje wbrew naturze. Jeszcze obraz! Jaki dzisiaj wisi? Nie widzę stąd dokładnie... Musze podejść bliżej. Jakiś dostojny jegomość stoi na skale wsparty o drzewo. W długim płaszczu i w kapeluszu. W drugiej ręce trzyma laskę. Włosy mu falują na wietrze, spogląda w dal. I co widzi? Jakaś sylwetka, odwraca się. I druga! Idzie, odchodzi, oddala się od niego. Nie, chwila... przecież to tylko zawirowanie powietrza i blask słoneczny odbijający się w chmurach. Nie, nie, nie! Teraz widzę wyraźnie! Jest więcej postaci, całe mnóstwo. Oddalają się, odchodzą, kroczą w stronę horyzontu. A ten facet stoi i patrzy na ten snujący się orszak. Dobry obraz, podoba mi się. Ale co oznacza? Może ja też powinienem tak jak ten typ. Wejść na skałę i rozejrzeć się. Może zobaczę coś osobliwego. Ale ja nie mam skały, jedynie okno. Myślę, że się nada. Skała czy okno nie wielka różnica. To i to punkt obserwacyjny wyniesiony w górę. Chwila, już otwieram. Jakie brudne, no ale co tam. - Ej! Ty łysy z papierosem! Mówiłem ci już, że chodzić to sobie możesz u siebie w mieszkaniu po podłodze! A nie po ścianie budynku! Wracaj do swojego okna! Nie słucha mnie. Trudno, w sumie nie moja sprawa. Niech sobie chodzi gdzie chce. Olać go! Co jeszcze można tu zobaczyć? Tam w dole, co to? Mrówki? Nie, to chyba ludzie... i samochody. Strasznie daleko ledwie widzę. Ale to zabawne. Łażą tak w kółko, kręcą się tam i z powrotem. Co za idioci. Jakby tu przyszli do mnie na górę i spojrzeli na siebie, to na pewno by im się odechciało. Paranoja. Po co oni się tak kłębią? Dziwne. Wydaje się jakby na nic nie zwracali uwagi łażą tylko i łażą jak roboty jakieś. No i jeżdżą tymi swoimi dyliżansami. Rzucę w to doniczką. Ciekawe co się stanie. Może przynajmniej coś się odmieni w tej kotłowaninie. Nie, to jest kaktus i to mój ulubiony! Nie mogę nim rzucić. - Przepraszam kaktusiku kochany. Przepraszam że chciałem Tobą rzucić. Co mówisz? Pić Ci się chce? Poczekaj, zaraz pójdę do kuchni po wodę. Wybacz, zaniedbuję Cię. Wytrzymaj jeszcze trochę, zaraz wracam. Moment. Tu jest więcej kaktusów. 3, nie 4. Dwa na parapecie, i dwa na meblach. Rosną sobie ładnie. Ale to nie wszystko! Oprócz kaktusów doniczki z jakimiś zeschłymi badylami poustawiane w różnych miejscach. Dziwne, nie rozumiem, co tu się dzieje? Przecież wczoraj wszystko podlewałem. W takim razie kaktusów nie mogę podlewać, bo zgniją. Jedynie mojemu Kaktusikowi przyniosę coś do picia, bo prosił mnie o to osobiście. No to do kuchni. Na prawo od drzwi i 40 metrów prosto ciemnym korytarzem. Musze tu w końcu jakieś żarówki zamontować, bo sobie kiedyś po ciemku głowę rozbije o te stalaktyty na suficie. W końcu drzwi kuchenne! Jak tu jasno. Zachód słońca! Jakże pięknie! Za oknem zachodzi wielkie czerwone Słońce. - Dziękuje Słoneczko, że dajesz mi życie. Mnie, moim kaktusikom i wszystkiemu co żyje. Do zobaczenia jutro, do zobaczenia! No, nalejemy wody do szklaneczki i wracamy do pokoiku. Słoniu do pełna proszę. Tak, dziękuje, dobre zwierze, podaj trąbę, do zobaczenia. Albo może by tak trochę usiąść przy stole koło okna i popatrzeć, taka piękna zorza. Nie! Kaktusik czeka, muszę iść. Jaka długa ta droga, chyba zacznę rowerem jeździć do kuchni. To jednak więcej niż 40 metrów. 60 a może i lepiej. - A ty co się gapisz? Tak, ty na suficie do ciebie mówię! Takie to śmieszne? Jak ci przywalę, to ci wszystkie nosy połamie! Nareszcie wejście do pokoju. Ale nie przypominam sobie, żebym tu drogowskaz ustawił. Fajny taki, na cztery strony świata wskazuje. „Wyjście”, „pokój główny”, „do kuchni i łazienki”, „do przeklętego pokoju”. Hmmm... „przeklęty pokój”, cóż to może znaczyć? Fakt, że w tym mieszkaniu są dwa pokoje, a może nawet więcej, ale nic mi nie wiadomo o „przeklętym pokoju”. Ale jak znak ktoś postawił, to nie bez powodu. Lepiej nie będę tam chodził, do „przeklętego pokoju”. - Kaktusiku wróciłem! Oto woda dla ciebie. Smakuje? Taka chłodna i świeża, prosto od słonia. Na zdrowie! No teraz mogę spokojnie się czymś zająć. Jednak telewizje pooglądam. Potem do łazienki i spać.
„nie czuję, nie czuję... co się stało? nie czuję... odchodzę tu nie ma światła nie...”
...co to było? Ktoś coś mówił? Sen, to był sen! Ale nie pamiętam. Żebym tylko mógł sobie przypomnieć... Ale Słońce pięknie świeci. Pewnie już późno, która to godzina? Już 32:93. Najwyższy czas, żeby wstać. Trzeba się ubrać, umyć twarz i iść do sklepu po świeże pieczywo i coś do chlebka. Co by tu dzisiaj ubrać? Majtki, skarpetki, spodnie ładne, czarne. O! Ta koszula będzie odpowiednia i sztruksowa marynarka też czarna, będzie pasować. I ten kowbojski kapelusz! Super! Teraz gdzie jest mapa? Tutaj, spoko. Jeszcze reklamówka, klucze, wychodzimy i zamykamy drzwi. Spójrzmy na mapę... W lewo, w prawo, prosto, w lewo, schodami w dół, w lewo, schodami w górę, w prawo, do windy, zjechać na sam dół, przez pięć skrzyżowań prosto, w prawo, w lewo, prosto i do wyjścia z budynku. A potem już prościutko wzdłuż ulicy do sklepu. Dobra mapa, w końcu sam rysowałem.
Część 22 / 2
Na reszcie na dworze! Jaki piękny dzisiaj dzień mamy! Słoneczko świeci, ptaszki śpiewają... tylko samochody warczą, ale co tam! Dziś nawet samochody mi się podobają.
- Dzień dobry! - Dzień dobry panie Roser! Co dzisiaj panu podać? To co zwykle? - A to ja już byłem kiedyś w tym sklepie? - ...nie pamięta pan? Zawsze pan do nas chodzi. - Możliwe, jakoś mi się zapomniało. Ale pani taka miła, niech mi pani powie co ja zwykle kupuję. - Najczęściej dwie duże bułki i mały dżem truskawkowy. Do tego coś na obiad na przykład pizze mrożoną lub frytki. - Świetnie, w takim razie niech pani da dwie bułki, mały dżem truskawkowy i pizze mrożoną.
„Ty przeklęty gadzie, zapłacisz mi za to!”
- przeklęty... on powiedział przeklęty? - Tak, jakiś film w telewizji oglądam, żeby mi się nie nudziło o tej porze nie ma zbyt wielu klientów, wszyscy w pracy... - Przeklęty pokój... - Coś się stało panie Roser? - Jeszcze nie wiem... muszę sprawdzić... ale skąd pani zna moje imię? - Przecież jest pan moim stałym klientem i mieszka pan dwie przecznice dalej. - No tak... a pani jak ma na imię? - Alicja - Piękne imię... i pani też jest piękna! - Dziękuję - Czy nie zechciałaby pani może spotkać się kiedyś ze mną po pracy, moglibyśmy pójść do parku... - Dobrze, ale pod jednym warunkiem. - Jakim. - Że jak jutro pan tu przyjdzie, to będzie pan pamiętał moje imię i znowu poprosi o spotkanie. - Tylko tyle? - Tak - Obiecuje pani? - Obiecuje - Zatem do jutra! - Panie Roser! Pańska siatka z zakupami, no i…