Dom i ogród · 5 min czytania
Czarna polewka,czyli na tęsknoty za prostymi fabuł
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Był sobie raz pewien Czarnowitz niepewnego pochodzenia. Jedni mówili, że przybył ze wschodu, drudzy że z zachodu, inni utrzymywali, że z północy a jeszcze inni obstawali przy południu. Ponieważ jak do tej pory nie wymyślono innych kierunków, możemy spokojnie ograniczyć krąg podejrzanych do czterech podstawowych. Oczywiście ktoś może powiedzieć “ależ nieprawda, istnieją wszak jeszcze kierunki pośrednie, chociażby południowy wschód czy północny zachód” ale czy naprawdę należy wymagać od przybysza znikąd tak daleko posuniętej precyzji kroków? Przybysz znikąd, jak słusznie sobie wyobrażamy, nie łazi niczym linoskoczek od południka do równoleżnika i z powrotem, bo mógłby dostać globusa. Czarnowitz po prostu pojawił się w okolicy i już. Czy raczej jeż, którego zdeptał był dotarłszy na miejsce przyszłego zamiesz(k)ania. -To znak-wymruczał przybysz zwalniając kroku i wywracając oczami ponuro-Tu przyjdze mi dokonać żywota-i zaśmiał się mrocznym basem, bo słowo “żywot” ma też znaczenie anatomiczne, przez co jego słowa nabrały dwuznaczności. W przeciągu pół godziny powstała więc chatka, parodia domostwa, kpina z osiedli ludzkich, mieszkalny dowcip. Ale Czarnowitz, przyzwyczajony do niewygód, które niedomiennie uważał za składnik swojego losu, nie zwracał na to uwagi. Więcej-postanowił zapuścić tu korzenie na dobre. Co prawda las, przytulony szczelnie do ścian jego chatynki, tętnił własnym rytmem i miał sobie za nic nietypowe sąsiedztwo, ale Czarnowitz wytrwale sąsiedział, podczas gdy las rósł w siłę i w górę. Po upływie tygodnia meżczyzna postanowił wobec podobnej ostentacji odpowiedzieć tym samym. Wystrugał wędkę z leszczynowej gałązki i poszedł nad rzekę, by zalać robaka. Tam, w strumieniu światłowody pluskała się mała, rześka i absolutnie złota rybka o końskim zdrowiu. Nie imały się jej ni katar, ni bronchit, skrzelka pracowały aż miło a fertyczny ogonek wachlował wodę. Niestety, tłusty robak na żyłce, dryfujący śród wodnej toni zaburzył nieco tę harmonię zwierzęcia i żywiołu. Do tego stopnia, że Czarnowitz wbrew temu, co zakładał, złowił rybę a nie tylko zmoczył wędkę, robak, do końca wierzący w swoją dobrą kartę zginął śmiercią tragiczną, targany w pyszczku ryby, a ryba…