fantastyka · 9 min czytania
Czarne Ogrody odc.2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czarne Ogrody odc.2
Istnieją na ziemi takie rzeczy i zjawiska, których trwanie zaświadcza światu, że ciągle kręci się we właściwą stronę lub nie zgubił drogi. I nie mam tu bynajmniej na myśli codziennej wędrówki gwiazdy ognistej po łagodnym oka błękicie tudzież alabastrowej łuny magicznego sierpa. Nie, słońce i księżyc są zbyt błahe wobec naturalnego porządku. Wyobraź sobie teraz, że nagle przestajesz widywać staruszkę dzień w dzień rano kłaniającą ci się przed sklepem. Albo nagła nieobecność historyczki o żelaznym zdrowiu. O tak, te wydarzenia mogą z powodzeniem zburzyć ład ustanowiony przez przyrodę. Takim też, stałym, wydawać by się mogło – ponadczasowym elementem krajobrazu wokół „Czarnych Ogrodów” był ślad skrupulatnie, codziennie wydeptywanej przez Mateusza ścieżki.
Na chwilę obecną z racji panującej zimy, a zimy na Śląsku nie bywają łagodne, toteż z racji srogiej zimy, ścieżynka ta była regularnie, dość obficie zasypywana pokładami śniegu. Co by jednak nie burzyć porządku kosmicznego ktoś dbał o to, by stale ją odtwarzać. Gdyby obserwować codziennie dolinę, można by dostrzec malutką, ciemną sylwetkę, a za nią wijącą się ociężale gąsienicę wydeptanych śladów. Nikt jednak nie miał zamiaru tracić czasu na przyglądaniu się terenowi wokół opuszczonej kopalni, toteż i nikt nie mógł podziwiać heroicznie toczonej walki ze śnieżną zasłoną wiatru oraz mrozu.
Sam śnieg właściwe mu nie przeszkadzał. Obłędnie tańczące, jakby pijane chłodem, płatki wydawały się odgrywać zaczarowaną operę. Goniły się dwie śnieżynki, przyłączały się kolejne, bawiły się i grały na czerwonym nosie, czerwonych policzkach. Jedynie uszy zaszyły się głęboko pod grubą, futrzaną czapką. Woli ścisłości – tak naprawdę była to stara, dawno znoszona czapa. Innego, delikatniejszego określenia nie potrafił znaleźć. Owszem, nasuwały mu się rozmaite określenia, tych jednak wolał nie przytaczać. Za każdym razem toczył o nią bój z mamą i za każdym razem odchodził upokorzony, obarczony niewolniczym jarzmem. Mateusz sam nie wiedział, czy to tylko myśli w jego głowie, czy faktycznie prowadzi ze sobą rozmowę, której słowa porywa wiatr. A przyznać trzeba, że szalał niemiłosiernie, hulając, omal go nie przewracał. Przedarłszy się w końcu przez zimowy plener, zagłębił się w labirynt kopalnianych korytarzy. Przychodził tu już od ponad pół roku, toteż doskonale orientował się, którędy iść. I choć od października nie musi już przychodzić po węgiel, to wcale nie porzucił swoich wypraw.
Jak zwykle najpierw po plecach łagodnie przebiegł go dreszcz. Doskonale wiedział, że nie ma się czego obawiać, a jednak za każdym razem ciało zdawało się do przed czymś ostrzegać. Szybko się uśmiechnął, gdy tylko wyobraził sobie, co też mogły mu zrobić. Prawie jak dzieci, niewiele je interesowało, jedynie własne nory i niezliczone ilości korytarzy. A poza tym ich świat kręcił się wyłącznie wokół złota, którego tak pilnie strzegły i ukrywały. Z rozważań wyrwał Mateusza cichy pomruk. Z dusznej ciemności jaskiń wynurzyła się malutka, pokraczna sylwetka. Zawsze w pierwszej kolejności pojawiały się ich migotliwe oczy. Nagle w powietrzu cichutko zapalały się dwa jasne punkciki, które rubinowym blaskiem zdawały się go obserwować. Tak mu się przynajmniej wydawało, ale pomimo swej niepewności, przysiąść mógł, że ich duże i nienaturalne okrągłe ślepia mają coś wspólnego z kamieniami szlachetnymi, tak jakby ktoś kiedyś je tam zamknął. Niepewnie stał przed nim teraz niski stworek, choć nie ma się co oszukiwać, jak na kobolda i tak wyrośnięty. Mateusz nigdy nie mógł pojąć, dlaczego mała istota ciągle się wahała, bała, niepewnie krocząc, towarzyszyła mu, ciągle jednak jakby gotowa do błyskawicznej ucieczki.
I choć w głębi duszy podziwiał tę ostrożność, to z pełną powagą zaświadczyć mógł, że z jego strony najmniejsza krzywda im nie grozi. Podążał właśnie szybkim krokiem za machającym niecierpliwie długim ogonem. Koboldy były istotami nader niezwykłymi i prawie równie mocno ciekawymi. Wielkości ośmioletniego dziecka, posturą i postawą przypominały smukłe owady, tak delikatne, iż wydawać by się mogło, że uścisk dłoni uszkodzi ich ciało. Zresztą i tak nigdy tego nie robiły, to jest,