fantastyka · 8 min czytania
Czarne Ogrody odc.4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Czarne Ogrody odc.4
Czarne pióro po raz sto-dwudziesty-trzeci niespokojnie obróciło się w tłustych, starannie wypielęgnowanych palcach. Właściwie nie był pewny, czy nie był to przypadkiem sto-dwudziesty-drugi obrót, co jednak nie zmieniało faktu, że stał właśnie przed pulchną, świecącą, a nade wszystko czerwoną ze znudzenia twarzą. Pan Robert intensywnie analizował sytuację i stwierdził, w duchu gratulując sobie wielce błyskotliwego zmysłu obserwacji, że dla jego szefa tak wyczerpujące musi być myślenie o czymkolwiek innym niż własne paznokcie. Szybka kalkulacja – szefowi wystarczy jeszcze kondycji na jakieś 10 minut. Pora przejść do sedna:
- Zatem rozpatrując ogólny bilans zysków i strat, nasz zakład powinien dość dużo, przynajmniej jak na obecne warunki, ale jednak, zarobić. Tak… – przerwał przerażony. Okrągła twarz szefa rozjaśniała, o ile jest to możliwe przy tym odcieniu czerwieni.
- No! O to chodzi… Nie mógł pan tak od razu? Panie Norbercie, tak?
- Robercie.
- Tak, to miałem na myśli. – Chwila zadumy nad paznokciami i kontynuował. – Teraz się zgadzam. Dopełni pan formalności?
Część 22 / 3
- Czyli burzymy? - Burzymy!
***
Cykliczny, kolisty, względny, czy nie, czas ten był wtedy dla niego przeklęty. Cicho siedział i słuchał. Wąsy nieruchome prawie, nie chciały, czy nie mogły, nieistotne – stały. Otoczony pięcioma ścianami i szafą czekał i słuchał. Jedynie czerwony język wystukiwał miarowy rytm. Dokładnie: jedna sekunda – jedna kreska. Cóż to za męki. Nie był pierwszy, nie będzie ostatni. Skazany na błagalne wpatrywanie się w twarz zegara. A ten, nieskończonym, dwunastogodzinnym uśmiechem kpił sobie z Marka. Gdy przybiegł do domu po swojej brawurowej eskapadzie, wprost kipiał radością. Nie! – to była duma. Chciał udowodnić bratu, że jest jednak lepszy. Wykrzyczeć mu w twarz, że zszedł Tam, że widział na własne oczy „Czarne Ogrody”. A teraz? Siedział sam w pustym mieszkaniu. Nie było ani Mateusza, ani mamy, ani obiadu. Biedny musiał siedzieć, patrzeć w zegar i się nudzić. Wielkie nieszczęście.
***
Ćwiczył przed lustrem kolejną minę ogłupiałego, chorego i otępiałego kobolda. O ile się nie mylił, powinna otrzymać numer czterdziesty czwarty. Król ciężko westchnął i pomyślał, że ma dość. Wilgoci, ciemności i całego podziemia.{i} Czy może być coś przyjaźniejszego, piękniejszego od mrocznej ciemności, ślepych lochów i muzyki wygrywanej przez krople wody w oddali? Synu, „Czarne Ogrody” to nasz wielki skarb. Opiekuj się nim należycie i dbaj o poddanych. Daję ci lustro ku przestrodze – ludzie to zwodnicze zwierzęta.{/i} Jego ojciec był naprawdę uroczy w swoich idealistycznych teoriach. Król wiedział, czego pragnie, zamierzał to osiągnąć i nie ważne były przy tym środki.{i} Poddani? To motłoch. Nie muszą wszystkiego wiedzieć. Synu, król ma zawsze rację.{/i} O tak, tu się z ojcem zgadzał. Może był - choć trochę - do niego podobny? Nie! Był zdecydowanie bardziej ludzki…
- Jaśnie panie, - czerwony kapelusz służalczo dotknął ziemi przy ukłonie. – tak jak Pan prosił, zjawiła się tu stara wiedźma.
Część 33 / 3
- W samą porę. Niech wejdzie. A ty wyjdź.
- Król ma magiczny interes, czyż nie? - Zaczęła wiedźma z udawaną podejrzliwością.
- Właściwie to nie. Chcę tylko się upewnić. – Sprawdził, czy są faktycznie sami w królewskich lochach i kontynuował. – Czy to prawda, że jeśli ludzkie dziecko przebywa w koboldzim mieście, kobold, który wyjdzie na powierzchnię, stanie się człowiekiem?
- Tak, ale Jaśnie Wielki Koboldzi Król potrzebuje zgody tego człowieczka. – Wzrok wiedźmy skupił się w końcu, a twarz króla nie przedstawiała w żadnej mierze otępiałej miny…
***
A propos małego wyjaśnienia – Marek był naprawdę biedny. Nie rozumiał (a może nie słuchał) dorosłych i ich świata. Prawda jest taka, że był to wielki dzień jego ojca. Po pół roku przygotowań, po rozmowie z szefem – przyszedł czas na sukces zawodowy,