Thriller · 5 min czytania
"Czarno-biały ptak" część 2/3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Opowieść” - Jak mówiłem moja,choć może powinienem mówić nasza tragedia, wydarzyła się przed piętnastu laty. Piętnaście lat conocnych koszmarów, wyrzutów sumienia ... . Tak, tak, obwiniałem się. Lata cierpienia. Żalu... . A później gniewu i chęci zemsty – Kononowski czuł świdrujące spojrzenie narratora. Wiedział, że Jarkowski wciąż lustruje jego twarz, czeka na reakcję. – Miałem wtedy jedenaście lat – kontynuował opowieść. – Z tego co sobie przypominam byłem dość szczęśliwym dzieckiem. Uczyłem się całkiem nieźle, rodzice rozpieszczali mnie. Tak, rodzice pozwalali mi na wszystko. Ich oczko w głowie. Wiesz, jestem jedynakiem. Matka chyba nie mogła mieć więcej dzieci. Nie pamiętam czy wspomnieli o tym kiedyś, czy sam to wydedukowałem – zamyślił się. – Synek świetnych lekarzy – powrócił do monologu. – Przyszły chirurg. Ba, może nawet profesor medycyny. Pierdolone marzenia starych. Wszyscy tylko wymagali, wymagali, wciąż wymagali. Ale to było później. Kiedy miałem jedenaście lat nie odbierałem tego źle. Kochali mnie. Miałem każdą zabawkę jaką chciałem. Wiesz, pierwszy pecet na osiedlu, pierwszy Pegasus, najdroższy góral. Pewnie tak nie rozpieszczasz swoich dzieci? Kononowski spojrzał pytająco. Jarkowski oczekiwał odpowiedzi? Marcin bał się przerywać. - No kurwa, gadaj! – oprawca wydarł się na całe gardło. - Nie, nie rozpieszczam ich tak bardzo – wydukał. - To dobrze – Jarkowski wpadł w zadumę. Chodził nerwowo w kółko. Widać trudno mu było snuć tą opowieść. – Kiedyś zachciało mi się kolonii. Koledzy jeździli, też chciałem. Byłeś kiedyś na koloniach? Kononowski zbladł jak kreda. Musiał się opanować, odpędzić złe myśli. Oczyścić umysł. Nie chciał już słuchać. - Trzęsiesz się, wraca ci pamięć? Spokojnie, opowiem wszystko. Pojechałem w Bieszczady. Piękna przyroda. Ale po powrocie miałem w dupie przyrodę. Dosłownie w dupie panie opiekunie. - Przestań! – Kononowski przerwał płacząc. Łzy wielkości ziaren grochu ciekły mu po policzkach, kapały z brody na koszulę brudną od potu, kurzu i krwi. Wciągał śluz płynący z nosa. – Przestań – błagał smarkając. - Spokojnie – zaśmiał się histerycznie Jarkowski. –