Psychologia · 15 min czytania
Czarny Anioł cz.1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
1
- Szybciej Sharon, bo się spóźnimy! Stałam w łazience patrząc zaspanym wzrokiem w lustro i nie poznając samej siebie. Roztrzepane włosy, zamglone oczy i sińce pod nimi. Zwykle wyglądam lepiej. Mam szesnaście lat, krótkie brązowe włosy, ciemne brwi, długie rzęsy i kryjące się pod nimi piwne oczy. Czasami gdy patrzę w lustro, wydaje mi się, że nabierają złotej barwy i bije od nich niesamowity blask. Niekiedy zdarza się, że gdy patrzę na siebie zbyt długo, zaczyna mnie boleć głowa. To jest chyba najdziwniejsze. Mozolnie czyściłam zęby czując, że najchętniej znów odpłynęłabym do bajkowego świata snu. No, ale przecież obiecałam. Wczoraj ni stąd ni zowąd mama postanowiła odwiedzić swoją dawno zapomnianą ciotkę, mieszkającą 280 km od naszej miejscowości w Concord. Nie chcąc sprawić jej przykrości, gdy patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi, szarymi oczami, z przesadnym zapałem przyznałam, że to znakomity pomysł i też chętnie wyrwę się z New Haven. No i teraz mam za swoje. Mama wpadła do mnie do pokoju o wpół do piątej, ściągnęła ze mnie kołdrę i wypędziła do łazienki. Skończyłam właśnie myć zęby i wzięłam się za poskramianie włosów, gdy znów usłyszałam: - Sharon! Szybciej! Śniadanie czeka! Wywlokłam się z łazienki, szurając butami identycznie jak moja babcia i opadłam na krzesło w kuchni. Na dworze wschodziło słońce i cały stół zalany był czerwienią. Patrzyłam na niego przez chwilę zauroczona, a potem zaczęłam grzebać w owsiance. - Co?! Ty jeszcze nie ubrana?! Dziewczyno opamiętaj się. To była mama. Stała w drzwiach, przyjmując swoją zwykłą pozę, to znaczy rękami podpierała boki i patrzyła na mnie ze zdumieniem i naganą. Była ubrana w czarne spodnie i beżową bluzkę z długim rękawem i guziczkami przy mankietach. Wyglądała kwitnąco. Jasne, długie włosy zaplotła w warkocz, a delikatny makijaż podkreślał jej naturalną urodę. Tego dnia ujrzałam ją taką jak dawniej. Skończyłam poszukiwania „czegoś” w owsiance i wróciłam do pokoju. Otworzyłam szafę. Zalała mnie fala czerwieni i nagle ogarnął dziwny niepokój. Serce zaczęło mi bić szybko i mocno, a wszystkie ubrania zdawały się być przesiąknięte krwią. Zapragnęłam zostać w domu, nigdzie się z niego nie ruszać, a przede wszystkim zatrzymać w nim mamę. Wszystkie te uczucia minęły równie szybko jak się pojawiły. Stałam przed szafą wypełnioną promieniami wschodzącego słońca i patrzyłam na swoje najzwyklejsze w świecie ubrania. Ocknęłam się i wzięłam do ręki jeansy i moją ulubioną bluzkę z wielkim chińskim znakiem przyjaźni. Były ciepłe i… wilgotne. Upuściłam je i patrzyłam ze strachem jak nasycają się rubinową czerwienią. Uczucie niepokoju dopadło mnie ze zdwojoną siłą. Obserwowałam, jak moje ubrania powoli rozpływają się, tworząc wielką kałużę krwi. Uciekłam. … Stałam przed lustrem w łazience i obmywałam twarz zimną wodą. (To złudzenie. Na pewno. Szafa stoi naprzeciwko okna, dlatego wydawała mi się taka czerwona. Ubrania też. To tylko złudzenie.) Pocieszona tą myślą wróciłam do pokoju i znalazłam swoje ubrania (nie krew) leżące na podłodze. Szybko przebrałam się i znów poszłam do kuchni. Mama siedziała za stołem i z niecierpliwością bębniła w niego palcami. - No, nareszcie. Już myślałam, że będę musiała pomóc ci się ubierać. Masz już wszystko? Możemy w końcu jechać? - Tak. Wczoraj wszystko sobie spakowałam. - No to jedziemy.
*
Gdy wyjechałyśmy, zbliżała się szósta. Świat wokół budził się do życia. Mijałyśmy ludzi śpieszących do pracy lub na poranne zakupy. Pomimo wczesnej pory na ulicach było tłoczno od samochodów. Ale wszystko to wydawało mi się bardzo dalekie i obce. Myślałam o tym, co wydarzyło się rano. Nigdy wcześniej nic takiego mnie nie spotkało… Chociaż nie… Dawno temu miało miejsce podobne zdarzenie. Miałam wtedy może jakieś cztery lata. Pamiętam, że strasznie nie chciałam, żeby tata poszedł do pracy. Płakałam, prosiłam go, a on cierpliwie tłumaczył, że musi iść, bo inaczej nie kupi mi mojego wymarzonego rowerka. Nie wiem dlaczego tak bardzo nie chciałam go wypuścić z domu. Pamiętam tylko, że tamtego dnia wydawał mi się taki odległy, blady, smutny… zimny. Gdy go dotykałam czułam przeszywający ból w całym ciele, a oczy przesłaniała mi szara mgła. Tego dnia około godziny pierwszej zadzwonił telefon. Odebrała mama. Pod tatą zawaliło się rusztowanie. Pracował na budowie. (To był tylko przypadek. Dzisiaj na pewno nic złego się nie stanie. Miałam zwidy. Pewnie dlatego, że tak mało spałam. Dzisiaj nie wydarzy się nic złego.) Otworzyłam sobie okno, żeby pęd powietrza rozgonił moje ponure myśli. Było gorąco, no ale to w końcu środek lipca. Ciepły oddech wiatru miło gładził mnie po twarzy. Czułam zapach sosen. Jechałyśmy autostradą sąsiadującą z pięknym lasem. Patrzyłam za migające zielone drzewa i marzyłam, by ich dotknąć, być wśród nich. Pewnie usłyszałabym śpiew ptaków, gdyby nie szum pędzących samochodów. Tak bardzo chciałabym wybrać się na spacer po lesie, z dala od ludzi, samochodów, dymu. Może po powrocie od ciotki namówię mamę na taką małą wycieczkę? Spojrzałam ponownie na szosę akurat w momencie, gdy pojawił się przed nami, zataczający się po całej drodze czarny samochód. Kątem oka zauważyłam, że mama mocniej zacisnęła ręce na kierownicy i lekko się nad nią pochyliła. Kierowca tamtego samochodu najwidoczniej był pijany. Czułam jak napięcie rośnie, bo nie można było przewidzieć toru jazdy auta. Miałam nadzieję, że ominie nas i dalej już pojedziemy sobie spokojnie. Myliłam się. Kilkadziesiąt metrów przed nami samochód niespodziewanie zjechał na nasz pas. Przez ułamek sekundy widziałam człowieka siedzącego za kierownicą. To był mężczyzna, biały, o otępiałym wzroku i bardzo krótko obciętych włosach. Potem mama bardzo gwałtownie szarpnęła kierownicą i minęłyśmy maskę tamtego samochodu zaledwie o cale. Zjechałyśmy na lewy pas i… stanęłyśmy oko w oko z ogromnym czerwonym TIR-em. Ujrzałam przerażenie zarówno na twarzy mamy jak i kierowcy ciężarówki. Oboje zaczęli bardzo szybko kręcić kierownicami, próbując uniknąć zderzenia. Prawie im się udało. Prawie. Zanim zdążyłyśmy zjechać z powrotem na nasz pas, ciężarówka uderzyła w lewą stronę naszego auta. Zderzenie było na tyle silne, że gdybym nie była przypięta pasami, wyleciałabym przez przednią szybę. Zamknęłam oczy, a dłońmi kurczowo trzymałam się fotela. Czułam jak samochód wiruje. Pisk opon był nie do zniesienia. Prosiłam Boga, aby to wreszcie się skończyło i nikomu nic się nie stało. Czułam jakby upływały godziny, a ten pisk rozdzierał mi uszy, głowę, duszę. (Przestań!) Wszystko ucichło. Samochód się zatrzymał. Zakołysałam się w fotelu. Bałam się otworzyć oczu. - Mamo? – szepnęłam, ale nie dostałam odpowiedzi. – Mamo? Nic ci nie jest? – znowu cisza. Przemogłam się i powoli otworzyłam oczy. Stałyśmy w poprzek drogi. Przez siatkę pęknięć pokrywającą przednią szybę widziałam las. Odwróciłam głowę w stronę fotela mamy. (O Boże!!!) Samochód od strony kierowcy był zmiażdżony. Kierownica znajdowała się tuż przy klatce piersiowej mamy. Oddychała. Po twarzy ciekła jej krew. Spływała po prawym policzku, tworząc małe strumyki. Miała nią przesiąknięte całe ubranie. Czułam jej zapach.…