melodramat · 1 godz. 30 min czytania
Czarny dzień
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
{b}{i}Czarny dzień{/i}{/b}
— Tą optymistyczną wiadomością kończymy poranny serwis. W następnym wydaniu spotka się z państwem Jeremy Rodriguez. W jego imieniu zapraszam na godzinę ósmą, a sam żegnam się już z państwem w ten piękny, letni poranek. Za chwilę prognoza pogody, proszę zostać z nami. To powiedziawszy Jim uśmiechnął się szeroko i trwał tak uśmiechnięty do czasu, gdy czerwona lampka stojącego przed nim obiektywu zgasła, obwieszczając w ten sposób koniec transmisji. Razem z czerwonym światełkiem zgasł też promienisty wyraz twarzy prezentera. Rozejrzawszy się po ciasnym studio, mężczyzna ryknął: — Co za osioł przygotowywał informacje do tego serwisu?! — A gdy nikt nie odpowiedział, wrzeszczał dalej. — Czy w kilkumilionowej metropolii, jednym z największych i najciekawszych miast świata naprawdę nie dzieje się nic ważnego?! Myślicie, że zyskamy widzów, informując ich o jebanych, psich czworaczkach z Bronxu?! Co z wami?! Dlaczego mówimy o ładnej pogodzie, skoro każdy może podejść do okna i zobaczyć, że nie pada?! Cholera, pracujemy chyba w najgorszej telewizji świata! — Wyluzuj Jim — odparł w końcu operator kamery, wyłączając wysłużony prompter. — Kogo obchodzi, o czym mówimy? I tak nikt nas nie ogląda. Myślisz, że ta niszowa stacja wygra kiedyś z Fox News? Zapomnij. — To na jaką cholerę w ogóle tutaj siedzimy?! — Jim nie dawał za wygraną. — Skoro nikomu nie chce się szukać poważnych informacji, to może dajmy sobie spokój? Nie widzicie, że w tym mieście tematy dosłownie leżą na chodniku?! Wystarczy się po nie schylić! W drodze do pracy widziałem wypadek na rogu Halsey i Lewisa, byłem świadkiem, jak dwóch smarkaczy włamywało się do jubilera, mijałem płonącą kamienicę na Lexington i co?! Gówno! Zamiast tego mówimy o rowerzystach bez kasków! — Przesadzasz — wtrąciła sprzątaczka, podchodząc do szklanego stołu. Zupełnie ignorując wciąż przy nim siedzącego prezentera, zaczęła szorować blat brudną, śmierdzącą szmatą, rozchlastując przy tym na boki nie mniej brudną wodę. — Halima, uważaj! Jim zerwał się z krzesła, nie chcąc zostać poplamionym. Niestety, brązowe plamy zdążyły już zagościć na jego idealnie białej koszuli. — Wczoraj ją kupiłem, co z tobą?! — ryknął do ciemnoskórej sprzątaczki. Ta jedynie zmierzyła go od góry do dołu i rzuciła niedbale: — Trzeba było szybciej stąd wyjść. Ja muszę sprzątać, nie mam czasu czekać! — Szybciej wyjść?! — ryknął Jim, czując jak momentalnie zrobiło mu się gorąco. — Kobieto, to jest telewizja! Jesteśmy w telewizyjnym studio a to jest telewizyjny stół! Dlaczego myjesz go śmierdzącą, starą ścierą?! Pewnie przed chwilą myłaś nią kibel! Może od razu się tutaj wysraj, widzowie i tak nie zauważą różnicy! To moje miejsce pracy i chyba już wiem, dlaczego zawsze tak tutaj capi. Zupełnie, jakbyś myła ten blat moczem! Ta woda śmierdzi, nie czujesz tego?! Kurwa, co za chlew! — Ktoś tu chyba ma zły dzień — mruknął pod nosem operator, po czym uśmiechnąwszy się porozumiewawczo do Halimy wyszedł na korytarz. — Skończyłeś? — Kobieta nie wyglądała na poruszoną. — To teraz stąd wyjdź, ja też mam swoją robotę. Jak coś ci się nie podoba, to sam sobie umyj ten pieprzony stół i wyłóż go liliami. — Chodzi o zasady! — wrzeszczał dalej Jim. W tej chwili w studio został już tylko on i Halima. — W siedzibie stacji telewizyjnej musi być czysto i schludnie. Wiesz, co to znaczy? Wczoraj omal się nie porzygałem na antenie, bo ten zasrany blat zajeżdżał psem! Zupełnie jakbyś umyła go truchłem znalezionym w jakimś zaułku! Nie zamierzam tak pracować! — To zmień robotę — warknęła sprzątaczka, po czym spojrzawszy z ironicznym uśmiechem na zakłopotanego prezentera, dodała — Oj, zapomniałam. Nigdzie cię nie przyjmą, bo taki z ciebie dziennikarz jak ze mnie sprzątaczka! Tylko w tej telewizji możesz udawać gwiazdę, bo w innych stacjach to ty myłbyś stoły dla takich pajaców! Mamy oszczędzać, więc oszczędzam. Nie będę zmieniała co chwilę wody, bo jak potem będą musieli kogoś wywalić, to wywalą czarną sprzątaczkę, a nie białego lalusia! To powiedziawszy kobieta odwróciła się do Jima plecami, dając tym samym do zrozumienia, że nie ma ochoty na kontynuowanie dyskusji. Ten jednak, zbulwersowany jej słowami do szpiku kości, nie zamierzał dawać za wygraną. — Nie rób z siebie męczennicy! Wszyscy wiedzą, że łatwiej wyrzucić białego, bo to nie wzbudza kontrowersji! — krzyknął i wyszedł, by po chwili cofnąć się i dorzucić — Nie próbuj tą ścierą myć mojego fotela, bo nie chcę się potem zarazić jakąś dżumą, czy innym cholerstwem. Bóg jeden wie, co pływa w tym twoim wiadrze! Usłyszawszy to Halima rzuciła Jimowi mordercze spojrzenie i na jego oczach wylała całą wodę z wiaderka na fotel, po czym opuściła studio.
Zdenerwowany i zmęczony nocną zmianą, Jim wyszedł na parking przed siedzibę stacji, by tam w spokoju zapalić papierosa. Po raz kolejny zmuszony był odłożyć w czasie próbę rzucenia nałogu. Musiał ochłonąć, a porcja dymu nikotynowego z pewnością mogła mu w tym pomóc. Zaciągnąwszy się głęboko, podszedł powoli do swojego nowego, niespłaconego jeszcze Forda i oparł się o jego srebrny dach. Słowa Halimy nadal tłukły mu się po głowie. — Ja bym nie dostał lepszej pracy! — prychnął, ponownie zaciągając się dymem. W rzeczywistości jednak doskonale zdawał sobie sprawę ze słuszności słów sprzątaczki. Istotnie bowiem ubiegał się już o pracę we wszystkich redakcjach wschodniego wybrzeża. Wszędzie słyszał tę samą odpowiedź: {i}Brakuje panu doświadczenia{/i}. Starał się więc zdobywać doświadczenie w lokalnej telewizji, której rekord oglądalności padł podczas transmisji uwolnienia dwóch indyków przez znaną, nastoletnią piosenkarkę w zeszłoroczne Święto Dziękczynienia. Wtedy to, według niezależnych badań, stację oglądało prawie trzydzieści tysięcy widzów.
Tego dnia, po nocnej zmianie, Jim kończył już pracę. Napawając się papierosowym dymem z utęsknieniem spoglądał na rozpościerające się w oddali wieżowce Dolnego Manhattanu. Wielki świat zawsze go fascynował. Jeszcze jako student marzył o pracy w ogólnokrajowej telewizji, o własnym gabinecie w szklanym biurowcu, o sławie i wiążących się z nią przywilejach. Niestety w tym momencie musiał skupiać się na otaczającej go, szarej rzeczywistości. Nadal jednak wierzył, że pewnego dnia wybije się i zostanie znanym i szanowanym dziennikarzem telewizyjnym.
{b}*{/b} Howard podszedł do lustra, by kolejny już raz poprawić krawat, który zdawał się nie pasować do jego nowego, wdzięcznie prezentującego się garnituru. — Cały czas mam wrażenie, że krzywo leży — oznajmił w końcu i odwrócił się w stronę siedzącej przed telewizorem żony, a gdy ta nie zareagowała, stanął przed nią i powtórzył. — Krawat chyba krzywo mi się ułożył, poprawisz? Przestań się gapić na te bzdety. Niedługo pewnie odetną nam prąd, więc mogłabyś zacząć szukać ciekawszych, a najlepiej dobrze płatnych rozrywek. — Chcesz, żebym była dziwką? — odparła Claire i podniósłszy się z kanapy podeszła do męża, po czym zaczęła od nowa wiązać mu krawat. — Oj, Howard! Daj spokój. Przecież płacimy rachunki w miarę możliwości. Zobaczysz, jak dostaniesz pracę spłacimy długi, znowu podłączą nam telefon i wyjdziemy na prostą. Może gdybyśmy nie wydawali pieniędzy na głupoty, już teraz mielibyśmy… — Znowu zaczynasz? Garnitur to głupota! — warknął Howard, po czym wyrwał jej krawat z rąk i ponownie podszedł do lustra, gdzie sam zabrał się za jego wiązanie. Stał tak chwilę w milczeniu, po czym, nawet nie spojrzawszy na żonę, dorzucił: — A telefonu nie mamy przez ciebie i te twoje całodobowe pogaduchy! — Mówię tylko, że w naszej sytuacji nie powinniśmy wydawać pieniędzy na niepotrzebne rzeczy. Masz przecież stary garnitur. Claire zupełnie zignorowała uwagę dotyczącą telefonu. Najwyraźniej nie poczuwała się do winy. — Chodzi ci o tę zieloną marynarkę po twoim ojcu, w której wyglądam jak świerk? Tata nie zgadzał się nawet, żeby go w niej pochować, rozumiesz? Wstydził się pewnie, że pod ziemią wyśmieją go robaki! — Howard zaczynał tracić nerwy, a niedający się zawiązać krawat wcale nie poprawiał jego nastroju. — Jak ostatnio poszedłem w tamtej marynarce na rozmowę, to zamiast pracy zaproponowali mi paczkę dla potrzebujących. W nowym robię lepsze wrażenie i może dzięki temu gdzieś mnie wreszcie zatrudnią. Co za gówno! Howard cisnął krawatem o podłogę, po czym podszedł do szafy, by poszukać innego. — O! — Claire wstała i podniósłszy krawat z ziemi, zawołała — Jak to było? Kotku, co za świetny prezent, marzyłem o takim! Tak traktuje się wymarzone prezenty? Gdybym wiedziała, kupiłabym ci szczotkę do kibla, skoro i tak prezenty ode mnie kojarzą ci się z gównem! — Claire, daj spokój! Znalazłszy w szafie czerwony krawat we wściekle zielone grochy, nijak nie pasujący do nowego, czarnego garnituru, Howard spojrzał na żonę. — Przepraszam — zaczął, po czym zerknął na zegarek. — Nie chciałem, po prostu strasznie się spieszę. Zrozum, o ósmej trzydzieści mam rozmowę, a na Manhattan nie jedzie się pięć minut. Pomożesz? — dodał, ponownie wyciągając w kierunku Claire rękę z krawatem. — Pomogę — odparła wyraźnie naburmuszona, po czym podeszła do Howarda. — Wiesz… — zaczęła w pewnym momencie. — Ostatnio się nam nie układa. Moglibyśmy spróbować być dla siebie milsi, częściej się uśmiechać. Dlaczego nie jesteśmy taką szczęśliwą rodziną jak Hudsonowie? Rzygać mi się chce, gdy widzę to ich szczęście! — Hudson jest prawnikiem, jak połowa ludzi w tym mieście, a jego pokraczna żona pracuje w banku. Ich syn pewnie już ma tam konto na miliard dolarów. Oni nie muszą się o nic martwić i mogą pieniędzmi wytapetować sobie wszystkie ściany w mieszkaniu. Zdziwiłbym się, gdyby nie byli szczęśliwi. Rozmawiałem ostatnio z Wentworthem i wiesz, na co mi się uskarżał? Powiedział, że nie może spać po nocach, bo Melanie zauważyła, że kolor deski od sedesu nie współgra z zasłonkami w łazience. Myślałem, że to żart, więc zapytałem, czy nie może spać przez jej narzekania, na co on odpowiedział, że nie śpi, bo gdy przyjrzał się tym pieprzonym zasłonkom to spostrzegł, że Melanie ma rację i teraz wyrzuca sobie brak gustu. Twierdzi, że mógł to zauważyć wcześniej — odparł beznamiętnie Howard, a gdy spostrzegł, że jego żona skończyła już wiązać krawat, podszedł po raz kolejny do lustra i przeglądając się w nim, zapytał: — Jak teraz wyglądam? — Jak bezrobotny — zaśmiała się Claire podchodząc do męża i z czułością gładząc jego pstrokaty krawat. — Nigdy nie widziałam gorszego kompletu. Idź już, bo się spóźnisz. Gdzie dokładnie masz to spotkanie? — Mówiłem już, na Manhattanie. Będę tam gdzie ostatnio, przy Broadwayu. Nawet w tym samym budynku. Jak znam życie po kilku godzinach czekania jakiś smarkaty pajac wreszcie łaskawie zaprosi mnie do biura i powie, że jest mu tak cholernie przykro, że gdyby mógł, osrałby mnie tęczą serdeczności, ale pracy mi nie da. W rzeczywistości, jak zwykle, będzie mnie miał cały czas głęboko w swojej biznes-dupie. — Przesadzasz — zachichotała Claire, odprowadzając męża do drzwi. — Przesadzam? — odparł Howard. — Już piąty raz jadę do tego gniazda snobów. Tam zawsze czuję się jak śmieć. Denerwują mnie ci wypucowani lalusie ze skórzanymi teczuszkami, wartymi pewnie więcej niż całe nasze mieszkanie. Nigdy nie myślałem, że przyjdzie mi prosić o pracę takich smarkaczy. Mógłbym być ich ojcem, albo nawet dziadkiem, pradziadkiem czy ultra-pradziadkiem! — Idź już, bo się spóźnisz — przerwała mu Claire i poklepawszy go po ramieniu dodała. — Powodzenia, postaraj się. — Spróbuję — odpowiedział Howard i zamknął za sobą drzwi mieszkania.
Siedząc w tłumie różnokolorowych ludzi, nie wiedzieć czemu przyglądających się uporczywie jego krawatowi, mężczyzna rozmyślał nad istotą swojego życia. W wieku czterdziestu trzech lat nie potrafił znaleźć pracy w kraju, w którym ta czekała na niemal każdej ulicy i w niemal każdym budynku. Rozejrzawszy się dookoła Howard stwierdził, że nie pasował już do otaczającego go świata. Obok niego siedział młody chłopak, którego ciało prawie wszędzie poprzekłuwane było różnej maści kolczykami. Metalowe ozdoby wystawały z jego ust, brwi, nosa, uszu, powiek, a Howard przypuszczał, że również i z odbytu. Naprzeciwko niego siedziała nie mniej dziwna Azjatka, przyodziana w kilka różowych sznurków, zakrywających niektóre części ciała, z wyjątkiem tych najbardziej newralgicznych. Gdyby nie szkolna torba, spoczywająca na kolanach dziewczyny, Howard pomyślałby, że nastolatka wybierała się na mammografię. Obok niej siedziała równie ekscentryczna koleżanka. Jedynie wyraźnie przez nią eksponowany brak bielizny zdradzał, że była chłopakiem. Z każdą kolejną stacją wagonik wypełniał się tłumem coraz dziwniejszych ludzi, niekoniecznie młodych. Na jednej ze stacji do wagonu wsiadła staruszka z naręczem kilkunastu kotów, a na jeszcze innej mężczyzna w przebraniu Batmana. Nowy Jork miał to do siebie, że od zawsze skupiał najdziwniejszych z dziwaków. Howardowi nigdy się to nie podobało. Próbował więc ignorować otaczającą go rzeczywistość i przeczekiwać nerwowe momenty. Szczęśliwie tym razem przesiadka do pociągu linii numer dwa wyswobodziła go z objęć absurdu. Dosiadający się tłumnie na kolejnych stacjach elegancko ubrani ludzie zwiastowali bliskość celu podróży. Wreszcie, gdy po około dwudziestu minutach jazdy drzwi wagonu otworzyły się na stacji przy rogu Chambers Street i West Broadway, Howard, niesiony przez tłum, wysypał się na zatłoczony peron. Mimo wczesnej pory biznesowe centrum miasta najwyraźniej pełne było ludzi, a tłumy na stacji jedynie zapowiadały to, co czekało na niego na ulicy. Gdy tylko Howard wydostał się na powierzchnię, w uszy uderzył go tak typowy dla Manhattanu zgiełk. Odgłosy przejeżdżających aut, nadużywanych klaksonów i szmer powodowany przez przechodniów naparły na jego błony bębenkowe, nieprzyjemnie je drażniąc. Niezrażony tym jednak, Howard od razu skierował wzrok na gigantyczne biurowce, pnące się wysoko na tle błękitnego nieba. Wyszukawszy w tle najwyższy z nich od razu skierował się w jego stronę. Wielkie budowle zdawały się napierać na niego z każdej strony, potęgując poczucie maleńkości.
{b}*{/b} — Nie wiem, czy to był dobry pomysł, Nig — odezwał się Alan, widząc przejeżdżający ulicą radiowóz. — Szkoła dopiero się zaczęła, chyba nie powinniśmy opuszczać zajęć. — Tchórz z ciebie — odparł Nigel, po czym przyspieszył kroku. — Zawsze mówiłeś, że wolałbyś skoczyć do centrum, zamiast siedzieć na matmie. To ostatnie tygodnie lata, trzeba je wykorzystać. Zresztą, kiedy opuszczać zajęcia, jeśli nie teraz? Rozejrzyj się, nie czujesz tej wolności? — Czuję szczyny — oznajmił z niesmakiem Alan, spoglądając na śpiącego na ławce żebraka. — Wyluzuj, stary! W budzie jeszcze nic nie zaczęliśmy robić, więc niczego nie tracimy. To powiedziawszy Nigel zatrzymał się na środku chodnika i nie bacząc na niepewną minę towarzysza, zaczął się rozglądać w milczeniu. Szukał miejsca, do którego mogliby się udać. — Central Park! — zawołał wreszcie po kilku minutach namysłu. — Może być — mruknął Alan, najwyraźniej wciąż nieprzekonany, po czym zapytał — Wiesz w ogóle, w którą stronę iść? Bo jeśli nie, to zdążylibyśmy jeszcze wrócić na drugą… — Nie! — Nigel wyraźnie tracił nerwy. — Nie wrócę do szkoły! Jak chcesz, to idź, o ile się nie zgubisz. Ja idę do Central Parku. Jeszcze nigdy tam nie byłem. Zaraz zapytam kogoś o drogę. Nigel zaczął się rozglądać za jakimś miło wyglądającym, zionącym serdecznością przechodniem. Szczęśliwie już parę chwil później rzuciła mu się w oczy drobna staruszka, spacerująca chodnikiem. — Ona musi znać drogę. Wygląda, jakby żyła tu już dwieście lat. — Hmm, sam nie wiem — odparł Alan, ale Nigel nie zamierzał go słuchać. Zbliżywszy się do starowinki odchrząknął sugestywnie, a gdy ta mimo to nie zwróciła na niego uwagi, zapytał, siląc się na grzeczność: — Przepraszam, stara kobieto, czy umiałabyś nam wskazać drogę do Central Parku? Jesteśmy turystami z… Meksyku i zwiedzamy to piękne miasto. Chłopak nie był pewien, czy nie przesadził z grzecznością, bo kobieta dziwnie na niego spojrzała. Być może usiłowała dostrzec na jego amerykańskiej twarzy rysy mogące potwierdzić zadeklarowaną narodowość. Najwyraźniej coś znalazła, bo po dłuższej chwili namysłu odpowiedziała: — Pierdol się, cholerny Meksykańcu. W dupie mam ciebie i to zasrane miasto! — To ty się pierdol, stara torbo! — Tym razem Nigel nie zamierzał bawić się w uprzejmości. Nigdy nie należał do ludzi, którzy grzeczność przedkładali ponad własną dumę, dlatego rozzłoszczony przez staruszkę pewnie długo by jeszcze na nią wrzeszczał, gdyby Alan nie odciągnął go na bok. — Sam widzisz, lepiej... — zaczął, nerwowo zerkając na zegarek, lecz jego towarzysz, zupełnie go nie słuchając, wpadł mu w słowo: — Zapytam tego! — oznajmił, po czym podszedł do długowłosego blondyna o bladej jak prześcieradło twarzy i zapytał, ponownie siląc się na uprzejmość. — Czy wie pan może, jak dojdziemy stąd do Central Parku? — Kysyt minulta? En voi auttaa sinua. En ymmärrä, mitä sanot. Olen pahoillani. — Kurwa, jakiś Włoch — warknął Nigel, już nie tak uprzejmie, patrząc mężczyźnie prosto w oczy. Następnie, ignorując zdziwioną minę obcokrajowca, odwrócił się i wrócił do Alana. — To jakaś paranoja. Widziałeś? Żyjemy w tym mieście od urodzenia i jesteśmy w nim bardziej zgubieni niż jacyś turyści z Kazachstanu czy cholera wie skąd! Może jednak trzeba było zostać w naszej okolicy. Skoczylibyśmy do sklepu Billa, pewnie odpaliłby nam jakąś flaszkę albo fajki. — Jeszcze możemy wrócić. — Ostatnia próba — oznajmił Nigel, zupełnie ignorując zdanie kolegi. — Halo, proszę pani — zawołał, machając ręką do jakiejś ciemnoskórej kobiety. — Tak, rybeńko? — Czy wie pani, jak stąd dojść do Central Parku? — Do Central Parku, złociutki? — powtórzyła kobieta, oblewając każde wypowiedziane słowo mdłą słodyczą, po czym chwilę się zastanowiwszy, odparła — Wiem, kochanie. Musicie się lekko cofnąć i na drugim skrzyżowaniu skręcić w Church Street, potem w prawo, w Canal, ale tylko do najbliższego skrętu w lewo, w Greene, dalej prosto przez trzy skrzyżowania do Houston. Tam przejdźcie przez ulicę i wejdźcie w Mercer, idźcie prosto do Georgetown Plaza, potem w lewo, na Ósmą, na rogu Ósmej i Piątej skręćcie w prawo i idźcie nieco ponad cztery kilometry prosto. Nie zgubicie się, po drodze miniecie Empire State. Na końcu jest Central Park. Ewentualnie możecie wsiąść w metro na Canal, dojechać do West Washington Square, tam przesiąść się na {i}ef{/i} i dojechać do Pięćdziesiątej siódmej. To prosta droga. — Ja pierdolę — powiedział Nigel, patrząc uśmiechniętej kobiecie prosto w twarz, po czym bez słowa odszedł. — Widzisz te piździelce w centrum? — zapytał Alana, wskazując na piętrzące się w niedalekiej odległości skupisko najwyższych wieżowców. — Widzę, to Dolny Manhattan — odrzekł Alan. — Chcesz tam iść? To chyba nie są rewiry dla młodych wagarowiczów. — A co innego mamy robić? Może sami przypadkowo trafimy na coś ciekawego, a jeśli nie, to przynajmniej popatrzymy sobie na te tyczki z bliska. Nie wiem jak ty, ale tam też nigdy nie byłem. — Zawsze możemy wrócić do szkoły. To przecież… — zaczął Alan, ale widząc mordercze spojrzenie kolegi zamilkł i pokiwawszy głową dał znać, że zgadza się na jego propozycję. — No to w drogę — zawołał Nigel, nagle jakby weselszy.
{b}*{/b} Frank przeciągnął się najmocniej jak tylko potrafił, po czym leniwie zwlókł się z łóżka. Założywszy na bose stopy pluszowe kapcie, podszedł do okna i z wyrazem błogiego zadowolenia na twarzy spojrzał na rozpościerającą się przed nim panoramę skąpanego w słońcu Nowego Jorku. To właśnie ten widok sprawiał, że tak cierpliwie znosił trudy mieszkania w ciasnym apartamentowcu. Rankiem, w czasie urlopu, uwielbiał napawać się tym pięknym widokiem, zapominając o niedogodnościach życia w mieście. — A któraż to godzina, Frankie, ty stary zgredzie? — zapytał sam siebie, podchodząc do budzika. Z zadowoleniem spostrzegł, że dochodziła dopiero ósma dwadzieścia jego pierwszego, urlopowego dnia w tym roku. — I co ty, skostniały pierniku, będziesz robił przez ten cały tydzień? — kontynuował monolog.
Część 22 / 3
Przygotowawszy sobie pospiesznie jajecznicę i tosty z nieco już zeschniętym bekonem, Frank rozsiadł się wygodnie w fotelu i włączył telewizor. Jego żona od kilku godzin była w pracy, dzięki czemu mógł rozkoszować się błogim spokojem. — Och, no co też oni! — rzekł, przełączając kanały. — Kogo obchodzą jakieś jebane psie czworaczki z Bronxu? Po kilku minutach poszukiwań, wobec braku lepszych rozrywek, zmuszony był zawiesić oko na zupełnie go nieinteresującej relacji z przygotowań do wizyty prezydenta w szkole podstawowej na Florydzie. — Powiedzieliby lepiej tym dzieciakom, żeby nie rzucały niedopałków gdzie popadnie bo miliony z budżetu idą potem na gaszenie durnych pożarów — warknął, widząc rozpromienione i jakże niewinnie wyglądające twarze dzieci, z których, w opinii Franka, większość paliła już papierosy, piła alkohol, klęła i uprawiała seks z wszystkim, co żywe lub niekoniecznie ożywione. Frak miał bardzo złe zdanie o dorastających pokoleniach młodych Amerykanów. Jako doświadczony strażak niejednokrotnie już zmuszony był uczestniczyć w usuwaniu skutków głupoty młodych ludzi. Wiele mrożących krew w żyłach opowieści słyszał też od swojej żony, na co dzień zmagającej się z młodymi chuliganami. Nie zamierzał więc nabierać się na niewinny wygląd uśmiechających się promieniście uczniaków.
Rozzłoszczony fałszem sączącym się z ekranu, Frank po kilku minutach wyłączył telewizor. Nie chciał spędzać kilkudniowego urlopu, siedząc w fotelu. Był już i tak wystarczająco niezadowolony z przymusowej przerwy od pracy. Zbyt mało zadań, zbyt dużo pracowników. {i}Chyba lepsze rotacyjne urlopy, niż zwolnienia{/i} — tłumaczył kapitan. Mało zadań. W Nowym Jorku! Do czego to doszło?! Ubrawszy się w pośpiechu już zamierzał wyjść z domu, gdy zadzwonił telefon. Migająca na małym ekraniku nazwa dzwoniącego skutecznie postawiła go w stan najwyższej gotowości. — Tak, mamo? — zapytał, podnosząc słuchawkę. — Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! — rozległ się głośny wrzask jego matki. By nie ogłuchnąć, Frank zmuszony był odsunąć słuchawkę od ucha. Dopiero teraz uświadomił sobie, że kończył tego dnia czterdzieści jeden lat.
{b}*{/b} Minąwszy kilka zatłoczonych przecznic, Howard stanął wreszcie pod gigantycznym wieżowcem. Zatrzymawszy się na chwilę poprawił krawat, po czym, podniósłszy dumnie głowę, ruszył w kierunku jednego z wejść, oznaczonego numerem zgodnym z tym, jaki zapisał sobie na karteczce. Czuł się nieswojo w tłumie elegancko ubranych biznesmenów tłoczących się razem z nim przed szklanymi drzwiami, jednak próbował nie okazywać zmieszania. Miał przecież na sobie nowiutki, wart kilkaset dolarów garnitur. I jedynie pstrokaty krawat stanowił rysę na jego szykownym wyglądzie. Minąwszy wreszcie wielkie drzwi, Howard znalazł się w obszernym, wyłożonym marmurami holu. Wypucowane i pachnące, oświetlone ciepłym, pastelowym światłem wnętrze było tak ogromne, że setki ludzi rozpływały się w nim, zupełnie jakby wsiąkali oni w ściany. Jedynie stonowany szmer licznych rozmów i odgłosy stukających tu i ówdzie obcasów zdradzały obecność mnóstwa ludzi.
Howard od razu udał się w kierunku recepcji, ucieszony widokiem znajomej mu twarzy skośnookiej recepcjonistki, tej samej, która pomagała mu już wielokrotnie podczas jego wcześniejszych wizyt w tym budynku. Zauważywszy go, kobieta uśmiechnęła się szeroko, ukazując w jednej chwili szereg bielszych niż śnieg zębów i zapytała: — Pan na które piętro? — Dziewięćdziesiąte szóste. — W takim razie proszę wybrać windę ekspresową, to jedna z tych srebrnych, po lewej stronie. — To powiedziawszy kobieta wskazała ręką ścianę, wzdłuż której tłoczyło się już kilkadziesiąt osób, po czym dodała — Na piętrze czterdziestym czwartym przesiądzie się pan do następnej windy, także ekspresowej. Znajdzie ją pan bez problemu gdy tylko wysiądzie pan z pierwszej. Na siedemdziesiątym ósmym jeszcze raz proszę zmienić windę i tą trzecią już bez przesiadek dojechać na dziewięćdziesiąte szóste. Ma pan jeszcze jakieś pytania? — Nie, dziękuję bardzo. Howard uśmiechnął się jak mógł najszerzej, ukazując szereg żółtych jak mocz, zniszczonych dietetyczną colą zębów, po czym ruszył we wskazanym kierunku, rozmyślając w duchu o nieporadności konstruktorów budynku. Jakby nie mogli zrobić jednej windy, jeżdżącej na samą górę.
Odczekawszy z grupą innych ludzi kilka chwil, wsiadł do windy, gdy tylko otworzyły się przed nim srebrne wrota. Wnętrze metalowej klatki wbrew pozorom było całkiem obszerne. Stanąwszy z tyłu, Howard oparł się o chłodną, pokrytą lustrzanymi płytami ściankę. Zaraz przed nim stanęło dwóch rosłych mężczyzn w garniturach. Obydwaj trzymali ciemne, najpewniej skórzane walizki. — Na które jedziesz, Will? — zapytał wyższy z nich, spoglądając na kolegę. — Wracam na chwilę na swoje — odparł niższy. — Zostawiłem w biurze prezent dla Trevora. — Ma dzisiaj urodziny? Winda nieznacznie zadrżała, a ciśnienie, coraz bardziej napierające na uszy, oznajmiło Howardowi i wszystkim wokół, że zaczęła błyskawicznie wznosić się w górę. — Nie, po prostu jutro mija sześć lat, odkąd powiedział pierwsze słowo. — Gratuluję. Mężczyźni kontynuowali głośno rozmowę. Najwyraźniej nie krępowała ich obecność osób postronnych. — I co mu kupiłeś? — odezwał się ponownie wyższy z nich. — Nic wielkiego. Pamiętam, że pierwszym słowem, jakie powiedział, było {i}monitor{/i}. Kupiłem mu więc komputer, żeby się dzieciak nie zmarnował przy tych książkach. Sam wiesz, teraz wszystkie dzieciaki w jego wieku myślą tylko o komputerach.
Po zaledwie kilkudziesięciu sekundach jazdy winda zatrzymała się na dwudziestym drugim piętrze i niższy mężczyzna wysiadł z niej, w pośpiechu żegnając się z kolegą. Komputer! — pomyślał Howard, pomstując na dopiero co usłyszaną rozmowę. — Pierwsze zdanie mojego syna brzmiało {i}Chcę kupę{/i} i wcale nie kupiłem mu z tej okazji sedesu. Niczego mu nie kupiłem, bo i co to za okazja?! Bijąc się z myślami Howard dojechał wreszcie na piętro czterdzieste czwarte, gdzie przesiadł się do następnej windy. Zgodnie z zaleceniami recepcjonistki czynność tę powtórzył raz jeszcze kilkadziesiąt pięter wyżej i gdy wreszcie trzecia winda wyniosła go na dziewięćdziesiąte szóste piętro, odsapnął z ulgą. Otarłszy spocone czoło chusteczką, Howard rozejrzał się dookoła. Stał w obszernym, wyłożonym kremowym marmurem korytarzu. Naprzeciw niego znajdowało się coś na wzór recepcji. Za lśniącym, drewnianym stołem, z słuchawką w ręku, siedziała ciemnoskóra sekretarka. Gdy stanął przed nią, kończyła akurat rozmowę telefoniczną. — Przepraszam, zaraz się panem zajmę — rzuciła w stronę Howarda, po czym ponownie przyłożywszy słuchawkę do ucha, powiedziała — Muszę kończyć, Meg. Pamiętaj, nie możesz się tym zadręczać. Mitch to zwykły, podstarzały smerf, któremu wydaje się, że jest Bondem. Każdy facet po czterdziestce to próchno, nic z niego już nie będzie. Posłuchaj mnie i znajdź sobie innego. Howard zerknął dyskretnie na swoją ociężałą sylwetkę, odbijającą się niewyraźnie w błyszczących ścianach. Przekroczył już wprawdzie czterdziestkę ale mimo to rzeczywiście miał w sobie coś z Bonda, co zawsze powtarzał dla poprawy nastroju. Przekonany, że sekretarka posługiwała się jedynie niepoprawnym stereotypem, spojrzał więc ponownie na kobietę, sugestywnie stukając palcami o blat biurka. — …zgredzieją, mówię ci — kontynuowała sekretarka. — Rzuć go w cholerę, znajdź sobie jakiegoś młodszego. Nie wiem, kochana, nie jestem tobą. Najlepiej jakiegoś siedemnastolatka, tylko nie gitarzystę. Taki ci same problemy sprowadzi na głowę, coś o tym wiem. No, kochana, kończę już, bo jakiś zgr... zgrabny pan mnie tutaj popędza. W razie czego dzwoń, no, pa pa, złotko! Odłożywszy słuchawkę, kobieta zmierzyła Howarda od pasa w górę. — Co za okropny… — zaczęła, zatrzymawszy wzrok na krawacie mężczyzny ale dostrzegłszy jego pytające spojrzenie, szybko się zreflektowała i dokończyła — …dzień. Następnie instynktownie spojrzała za okno, na bezchmurne niebo i panoramę skąpanego w słońcu miasta. Lekki rumieniec zagościł na jej twarzy, ale nie dała tego po sobie poznać. Przejechawszy delikatnie dłonią po burzy gęstych, kręconych włosów, zapytała uprzejmym tonem: — W czym mogę pomóc? — Ja na rozmowę w sprawie pracy. Miałem się stawić o ósmej trzydzieści w gabinecie kierownika. — Oczywiście — mruknęła, ponownie zawiesiwszy wzrok na krawacie, po czym uśmiechnęła się od ucha do ucha i dodała — Proszę usiąść tam i poczekać chwilkę. To powiedziawszy wskazała ręką długi rząd eleganckich sof, ciągnący się wzdłuż korytarza. Ku własnemu przerażeniu Howard spostrzegł, że najwyraźniej nie był jedynym zaproszonym na rozmowę bezrobotnym. Większość miejsc na sofach zajęta już była przez innych, wyraźnie zestresowanych ludzi. Napięcie między nimi niemal dało się dotknąć, a atmosfera najpewniej gęstniała z minuty na minutę, w miarę jak do kolejki dołączały kolejne osoby. Zająwszy jedno z ostatnich wolnych miejsc, Howard rozejrzał się dyskretnie po zgromadzonych. Wiele par oczu wpatrywało się w niego uporczywie i bez skrępowania. Najwyraźniej wszyscy widzieli w nim kolejnego potencjalnego wroga, mogącego im odebrać upragnioną posadę. Jakby na to nie patrzeć, właśnie po to tutaj przybył. Złowroga cisza panująca na korytarzu wcale nie pomagała się zrelaksować.
W pewnym momencie szklane drzwi na końcu korytarza, opatrzone logo firmy, otworzyły się i wyszła przez nie zapłakana, młoda kobieta. Była wyraźnie rozzłoszczona. Nie zwracając uwagi na innych ludzi oczekujących w korytarzu, krzyknęła w stronę wnętrza gabinetu: — Żebyś wiedział, bezczelny bydlaku. A wzywaj sobie kogo chcesz! Nie, nie, gamoniu, to ty jesteś chory psychicznie! To powiedziawszy kobieta trzasnęła szklanymi drzwiami, omal ich nie rozbijając. Następnie spojrzała spode łba na oczekujących i widząc ich pytające spojrzenia, mruknęła: — Powiedział, że zadzwoni… Ale nie wziął numeru! Wszyscy wyglądali, jakby szczerze jej współczuli i dopiero gdy zamknęły się za nią drzwi windy, na korytarzu rozległ się przepełniony ulgą szmer. — Pani Manuela Rosicky — zabrzmiał od strony drzwi dźwięczny, męski głos. Stojący w progu wysoki mężczyzna w garniturze rozejrzał się znudzonym wzrokiem po zgromadzonych i dostrzegłszy kroczącą w jego kierunku młodą i bladą jak papier kobietę, zniknął za uchylonymi drzwiami.
{b}*{/b} — Oszalałeś?! — warknął Alan, z przerażeniem dostrzegając puszkę coli, znikającą pod bluzą Nigela, po czym momentalnie oblał się potem i z wymalowanym na twarzy lękiem zerknął na patrzącego w ich kierunku sprzedawcę. — Spokojnie, wiem co robię — odparł Nigel i z zafrasowaną miną niestrudzonego poszukiwacza zaczął oglądać sklepowe regały, jakby nie mógł na nich czegoś znaleźć. Sprzedawca nie spuszczał go z oczu. — Mieliśmy tylko wejść po coś do picia. Nie mówiłeś, że nie masz forsy! Powaliło cię?! — Alan wyraźnie tracił nerwy. — Ja wychodzę! — Spokojnie, przecież tu nie ma kamer a on bez powodu nie może nas przeszukać, zresztą… — Co tam schowałeś? — rozległ się za ich plecami gruby, kobiecy głos. Nigel ostrożnie przełknął ślinę i robiąc minę niewiniątka, powoli się odwrócił. Omal nie wrzasnął na widok stojącej przed nim, ciemnoskórej policjantki. Jej srogi wyraz twarzy nie zwiastował niczego dobrego. — Ja… — zaczął, po czym zamilkł, czując jak momentalnie zaschło mu w gardle. W jednej chwili uderzyła go nieprzyjemna fala gorąca. Stojący kilka metrów dalej Alan ostrożnie wycofał się w kierunku drzwi. Najwyraźniej chciał sprawiać wrażenie, jakby nic go z Nigelem nie łączyło. W momencie gdy już zamierzał nacisnąć klamkę, drogę zagrodził mu sprzedawca. — Pytałam, co chowałeś pod kurtką — powtórzyła policjantka. — Ja? Nigel rozejrzał się dookoła, jakby w nadziei, że zobaczy obok siebie innego adresata pytania. Nie zobaczył. — Tak, ty. Niepokojący spokój w głosie policjantki nie zwiastował niczego dobrego. Był jak cisza przed burzą. Widząc, że sytuacja stała się beznadziejna, Nigel delikatnie odchylił skrawek kurtki i dostrzegłszy czerwoną puszkę, wybałuszył oczy, udając zdziwienie. — O, puszka! — zawołał. — Jak ona się tam znalazła?! Może sama wpadła?
Część 33 / 3
Chwilę później obaj chłopcy siedzieli na tylnym siedzeniu radiowozu. Alan nie odzywał się do Nigela i z miną mordercy ignorował jego przepraszające, przepełnione trwogą spojrzenia. — No chłopcy, macie kłopoty — oznajmiła policjantka, zatrzymując się na czerwonym świetle przy jednym ze skrzyżowań. — Gdzie mieszkacie? — Na Brooklynie — mruknął niewyraźnie Alan. — Brooklyn jest ogromny, skarbie, pytam o ulicę — drążyła kobieta, od czasu do czasu zerkając w lusterko. — Przy Beverley Road — szepnął Alan. — Ocean Avenue — dodał po chwili wyraźnie naburmuszony Nigel. — Myślałby kto, że o tej porze chłopcy w waszym wieku powinni siedzieć w szkole. Nie rozumiem więc, co robiliście na Manhattanie? Uczycie się tutaj? W przeciwnym razie… — Aresztowała nas pani, bo jesteśmy czarni? — wypalił nagle Nigel. Policjantka, mocniej ścisnąwszy kierownicę, spojrzała ze zdziwieniem w lusterko. — Co ty wygadujesz?! — krzyknęła, nie odrywając wzroku od odbicia jego twarzy. — Nie jesteście czarni! — Fakt — drążył Nigel, ignorując przerażone spojrzenia Alana. — Gdybyśmy byli, nie zatrzymałaby nas pani. Swoich się nie łapie! Radiowóz zatrzymał się przed skrzyżowaniem. — Posłuchaj mnie, gówniarzu! — Kobieta odwróciła się do tyłu, ignorując zielone światło sygnalizatora i spojrzawszy przez metalowe kraty prosto w twarz nastolatka, warknęła — Nie wyjeżdżaj mi teraz z rasizmem, smarku, bo kolor skóry nie ma tu nic do rzeczy! Prawo dotyczy każdego i odpowiadałbyś za tę kradzież nawet gdybyś był niebieski. Jedziemy teraz na komisariat i lepiej wymyśl sobie jakąś dobrą wymówkę. Wasi rodzice mają was osobiście odebrać! To powiedziawszy ruszyła z miejsca z piskiem opon. — Na pewno moi starzy po mnie wpadną — mruknął sam do siebie Nigel. — O ile samochód im się nie rozkraczy po wyjechaniu z garażu.
Znalazłszy się na komisariacie nastolatkowie wyraźnie spokornieli. Bez słowa weszli za policjantką do ciasnego pokoju przesłuchań dla nieletnich i usiedli na krzesłach przy szarym, zimnym stole. Policjantka usiadła naprzeciwko nich i rozłożywszy na blacie jakieś dokumenty, oznajmiła: — Nazywam się Cynthia Williams, zadam wam kilka pytań. Musicie mi podać numery telefonu do waszych rodziców. Powinni tutaj być. — Co nam grozi? — zapytał Nigel. — Moi rodzice nie przyjadą, sam mogę odpowiadać. Chcę prawnika, ale najlepszego, a nie jakiegoś urzędasa z przerośniętą prostatą. — Sprzedawca jeszcze nie zdecydował, czy wniesie oskarżenie. Radzę wam jednak współpracować. Podajcie mi szybko… Nagle drzwi pokoju otworzyły się i stanął w nich wysoki policjant. — Cynthia, przepraszam że przeszkadzam, ale to pilne. Możesz pójść ze mną? — Co jest, Mike, mam przesłuchanie? — odezwała się Cynthia, po czym rzuciwszy w stronę nastolatków krótkie {i}Poczekajcie chwilkę{/i}, razem z policjantem wyszła na korytarz. Nie było jej dobrych kilka minut. — A co z tymi gówniarzami?! — dało się słyszeć zza drzwi jej wrzaski. — Nie mogę ich wypuścić, to przyszła tkanka przestępcza! W tym mieście są tysiące policjantów, niech inni jadą! Policjant mówił nieco ciszej, przez co nastolatkowie nie mogli zrozumieć, czego dotyczyła rozmowa. Sprawy jednak najwyraźniej nie potoczyły się po myśli Cynthii, bo gdy chwilę później ponownie wtargnęła do pokoju przesłuchań, omal nie wyrywając klamki z drzwi, była wyraźnie wściekła. — Macie cholerne szczęście, gówniarze. Wynocha stąd! — warknęła do Nigela i Alana, a gdy ci, zaskoczeni jej zachowaniem, nie ruszyli się z miejsca, dodała — Tylko nie myślcie, że wam się upiekło. Mamy chwilowo kryzysową sytuację, ale zanotowałam wasze adresy. Wkrótce ktoś się z wami skontaktuje i dokończymy sprawę. A teraz zejdźcie mi z oczu, byle szybko!
{b}*{/b} — Ale w którą, w północną? Uspokój się i mów wyraźniej, bo nic nie rozumiem! — Jim przycisnął mocniej telefon do ucha. — Ja jestem już w drodze do domu, stoję w korku na Fulton. Nie, nie w centrum, u siebie, na Brooklynie. Kamerę? Mam, jasne. Leży w bagażniku. Dobra, Roy, jadę tam, tylko wydostanę się z tego zasranego korka. W razie czego dzwoń. Powiedz Christine, że spotkamy się na rogu Ann i William. Niech tam na mnie czeka, dojadę najszybciej jak będę mógł. Co?! Chyba oszalałeś, przecież mam do przejechania pół miasta! Może gdybyś zatrudniał też innych dziennikarzy, byłbyś na bieżąco. Dobra, kończę. Jim rozłączył się i znalazłszy sporą lukę między stojącymi po jego prawej stronie samochodami, ignorując trąbienie innych kierowców, wcisnął się w nią i przejechawszy przez pas rozgraniczający jezdnie, zawrócił z piskiem opon. — Cholera, to będzie temat — powiedział sam do siebie, zerkając w lusterko, by poprawić ułożenie grzywki. — Przy takich wydarzeniach można wypłynąć. Nie chcąc tracić życiowej szansy, docisnął pedał gazu. W głowie układał już sobie scenariusz wydarzeń. Najlepiej będzie, jeśli wytarzam się w jakimś pyle i powiem, że pomagałem w akcji — pomyślał, uśmiechem nagradzając swoją błyskotliwość. — Albo jeszcze inaczej. Natnę nożem czoło i powiem, że zranił mnie spadający odłamek. Ewentualnie mógłbym jeszcze odciąć sobie nogę dla większej dramaturgii i… Nie, to byłaby lekka przesada.
Jadąc w stronę centrum Jim łamał niemal wszystkie przepisy ruchu drogowego. Bardzo zależało mu na tej relacji. Chciał się pokazać od jak najlepszej strony w nadziei, że jego poświęcenie dostrzegą prezesi innych redakcji. W duchu uśmiechał się na myśl o mogącej go czekać sławie. Jego nastrój zmienił się jednak, gdy wjechawszy na Brooklyn Bridge dostrzegł między stalowymi fragmentami konstrukcji kłęby gęstego, czarnego dymu, unoszące się złowrogo nad Dolnym Manhattanem. Dopiero wówczas uświadomił sobie, z jak wielką katastrofą miał mieć do czynienia. W miarę gdy zbliżał się do wyspy coraz wyraźniej słyszał wycie syren. Jim włączył radio, chcąc rozeznać się w sytuacji. Nie musiał szukać stacji o profilu informacyjnym. W tej chwili większość rozgłośni informowała już o katastrofie na bieżąco. {i}…o godzinie ósmej czterdzieści sześć. Nie wiemy jeszcze, jak wielkie są zniszczenia i czy konstrukcja budynku została poważnie naruszona. W tej chwili północna wieża jest ewakuowana. Trudno powiedzieć, ilu ludzi może być uwięzionych na najwyższych piętrach.{/i}
{b}*{/b} Howard stał przed oknem. Nikt nie siedział już na skórzanych sofach. Wszyscy wpatrywali się w kłęby gęstego, czarnego dymu, wydostające się zza sąsiedniego biurowca. — Co to w ogóle było? — zapytała jakaś młoda kobieta, podchodząc do sekretarki. Ta, również wpatrzona w spowity dymem szczyt wieżowca, pokręciła głową i odparła: — Nie wiem, słyszałam tylko huk. Coś jakby eksplozję. — Może to bomba? — zapytał jakiś Arab, nerwowo przebierając nogami. Wyglądał na przerażonego. — Już byś chciał. Wy tylko o jednym! Może po prostu coś się zapaliło! — warknął Howard, zmierzywszy Araba od góry do dołu. — Słyszałam przecież huk! — powtórzyła sekretarka. — W tych budynkach są systemy przeciwpożarowe, ugasiłyby zwykły pożar. To rzeczywiście mogła być bomba. — Aaaa! — wrzasnęła inna kobieta, nie wiedzieć czemu ubrana w garnitur. — Uciekajmy! Co, jeśli to był zamach?! To powiedziawszy podbiegła do srebrnych drzwi i zaczęła uderzać pięścią w zielony przycisk, chcąc przywołać windę. — Nam chyba nic nie grozi — bezskutecznie próbowała ją uspokoić sekretarka. — Włączyłby się alarm, ktoś by nas powiadomił. Zresztą, zaraz zadzwonię do recepcji i zapytam, co mamy robić. — No nie wiem. — Howard ponownie zerknął przez okno. — Hej! Tam lata jakiś helikopter. Może to policja? Wszyscy wlepili wzrok w śmigłowiec, tłumnie napierając na szybę. Wyraźnie słychać było odgłosy tnących powietrze śmigieł. — To telewizja! — zawołał wreszcie ktoś ze zgromadzonych. — Może nas pokażą! Machamy? Patrzcie, tamci też machają. Niewysoki mężczyzna wskazał ręką na ludzi, wychylających się przez okna sąsiedniego biurowca. Przez szyby nad ich głowami ulatniały się na zewnątrz kłęby coraz gęstszego dymu. Niektórzy najwyraźniej krzyczeli, inni machali chusteczkami. W pewnym momencie w kilku oknach płonącego budynku pojawił się ogień. Wszystko działo się bardzo szybko. — O Boże! O mój Boże! — krzyczała sekretarka, trzymając się za głowę. — Co tam się dzieje?! — wrzasnęła kobieta w garniturze, z przerażeniem obserwując ludzi wychylających się z okien sąsiedniego wieżowca. — Oni spłoną! Dlaczego nikt ich nie ratuje?! Nie mogę na to patrzeć. Następnie odwróciła się i usiadłszy w fotelu na co dzień zajmowanym przez sekretarkę, ukryła twarz w dłoniach. Ciemnoskóra pracownica spojrzała na nią przez ramię, ale nic nie powiedziała. — JEZU! — krzyknęła w pewnym momencie drobna kobieta w zielonej sukni. — KTOŚ WYPADŁ! Wszyscy momentalnie spojrzeli w dół, ale z tego miejsca nikt nie mógł dostrzec spadającego ciała. Zgromadzeni przy oknach ludzie wydawali się coraz bardziej przerażeni scenami rozgrywającymi się na ich oczach ledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Sekretarka podbiegła do biurka i chwyciwszy za słuchawkę wcisnęła jakiś przycisk. Długo czekała, nim ktoś po drugiej stronie w końcu odebrał telefon. — Co jest grane? Mamy się ewakuować? Zamilkła na chwilę, spoglądając w stronę stojących przy oknie ludzi. — Rozumiem. Dziękuję. — I co? — zapytał Howard. — Mówią, że możemy zostać. Inne piętra wracają do pracy. Sama nie wiem... — Kobieta ponownie spojrzała za okno. — Podobno nic nam nie grozi, straż już jest na dole.
{b}*{/b} — Do wszystkich jednostek na West Broadway. Utorujcie drogę na skrzyżowaniu z Chambers dla ekip z Jersey — rozległ się w krótkofalówce Cynthii głos jej naczelnika. — Tu dwa-dwa-trzynaście, zrozumiałam. Jesteśmy na Warren Street, zaraz tam będziemy. Cynthia spojrzała na siedzącego obok niej partnera. Jason nie odezwał się do niej ani słowem odkąd wsiadł do radiowozu. Był bledszy niż zazwyczaj. — Spokojnie kolego, poradzimy sobie — powiedziała w końcu. Nadal milczał. — Nie takie rzeczy działy się w tym mieście. — Tam jest moja narzeczona — oznajmił nagle Jason i ze strachem wymalowanym na twarzy spojrzał na starszą partnerkę. Cynthia jedynie poklepała go po ramieniu i powiedziała: — Będzie dobrze, zobaczysz. Uratują ją. Wszystkich uratują. — Ma na imię Angela, pracuje w południowej wieży — kontynuował Jason. — Nie odbiera telefonu, martwię się. Myślisz, że już ich ewakuowali? — Na pewno nic jej nie będzie.
Chwilę później radiowóz zatrzymał się na wskazanym skrzyżowaniu. Przez przednią szybę radiowozu Cynthia i jej młody partner po raz pierwszy zobaczyli płonący biurowiec. Kłęby gęstego, czarnego dymu spowijały jego najwyższe piętra. Z niektórych okien buchały płomienie, liżąc złowrogo betonowe ściany budynku. Wszędzie latały kartki, a w powietrzu unosiły się nieprzyjemne drobinki kurzu. Mimo że wiatr zwiewał chmurę dymu w innym kierunku, wielu spośród obserwujących ten widok ludzi zakrywało usta chusteczkami lub rękoma. Wielu też z przerażeniem zadzierało głowy do góry, by dostrzec jak najwięcej szczegółów dziejącego się na ich oczach dramatu. — O mój Boże... — wyrwało się Cynthii. — Jason, do roboty, nie mamy czasu. Razem z innymi przybyłymi na miejsce funkcjonariuszami zabrali się za torowanie drogi dla ekip ratunkowych. Po kolei podchodzili do stojących w korkach aut, nakazując ich kierowcom zawrócić i jak najszybciej opuścić centrum miasta. Jednocześnie inni funkcjonariusze nie pozwalali następnym samochodom zbliżać się do skrzyżowania. W tle słychać już było syreny nadjeżdżających wozów strażackich i karetek, mieszające się złowrogo z głośnym wyciem pojazdów już będących na miejscu. — Proszę natychmiast zejść z drogi! — ryknęła Cynthia, widząc skośnookiego turystę, ustawiającego liczną rodzinę do pamiątkowego zdjęcia na tle płonącego wieżowca. — Proszę zaraz… — zaczął Jason, ale dalsza część jego wypowiedzi utonęła w głośnym ryku, który w jednej chwili rozbrzmiał nad miastem. Policjanci i stojący na chodnikach ludzie zaczęli rozglądać się po niebie w poszukiwaniu źródła hałasu. — Przepraszam, czy tu się kręci jakiś film?! — krzyknęła blada turystka z francuskim akcentem, podchodząc do Cynthii. — O BOŻE! — ryknęła jakaś kobieta, wskazując na płonący wieżowiec. Chwilę później dźwięk potężnej eksplozji rozległ się nad budynkami Nowego Jorku. Wielka kula ognia na moment otoczyła spory fragment drugiej wieży, ustępując z czasem miejsca kłębom gęstego dymu. — O mój Boże! — krzyknęła Cynthia, łapiąc się za głowę. — Co się dzieje?! — Angela! — ryknął Jason i pobiegł w stronę płonącego kompleksu, zupełnie zapominając o swoich obowiązkach. — Jason, stój! Cynthia wiedziała, że młodszy partner i tak jej nie posłucha. Patrząc, jak znika między stojącymi przy sąsiedniej ulicy wozami strażackimi, ponownie spojrzała w niebo, na ukryte w ciemnej chmurze szczyty budynków. W głowie wciąż huczał jej dźwięk eksplozji. Na chwilę rozkojarzyła się, zupełnie ignorując natrętną turystkę, dopytującą o obsadę filmu.
Przez skrzyżowanie przejechał chwilę później sznur wozów strażackich z sąsiednich dzielnic. Groźne wycie syren zmroziło krew w jej żyłach. Nie odrywając wzroku od World Trade Center, wymacała w…