Fantasy · 2 godz. 47 min czytania
Czarodziej
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Talia Przemytników
Słońce dopiekało, gdy do wsi wjechał wóz na którym siedział człowiek ubrany w szary płaszcz z drobnymi dziurami, szpiczasty, również szary kapelusz, szarą koszulę, spodnie i buty. Obok niego leżała długa powykręcana laska a za pasem w błyszczącej pochwie tkwił miecz. Długa siwa broda spadała mu na tors a spod krzaczastych brwi na wieś patrzyły stare oczy. Wóz wlókł się wolno, ale czarodziejowi to nie przeszkadzało. Podziwiał piękno Benge i tutejszej przyrody. Przez brukowaną uliczkę, którą podążał przebiegła ruda wiewiórka. Wioska była mała otoczona palisadą, więc czarodziej dość szybko dotarł do południowej bramy strzeżonej przez dwóch strażników. Wyjechał na kamienistą drogę i wjechał w las oddzielający wioskę Benge od wioski Tarmzo, do której właśnie zmierzał. Lis kryjący się za kamieniem czujnie mu się przyglądał dopóki wóz nie odjechał. Potem rudy lis wyskoczył zza kamienia i przebiegł na drugą stronę leśnej drogi. Nie oglądając się za siebie czarodziej wyjechał z lasku i zobaczył na pobliskich pagórkach dużą wioskę. Można by powiedzieć miasto. Zamieszkiwały ją krasnoludy i małe hoppity, które miały podobny charakter do ich kuzynów z kopalń. Grube krasnoludy rozmawiające ze sobą spojrzały srogo na czarodzieja kiedy tylko przekroczył bramę Tarmzo. W tej wiosce czarodzieje to rzadkość. Ostatni przybył tam jakieś pięć lat temu i od tego czasu nie było tu żadnego czarodzieja. Gruby krasnolud spojrzał nieprzychylnie na niego i oparł się rękoma na krzyż o swój obusieczny topór jaki zwykł nosić krasnolud. Hoppici idący po prawej stronie drogi też nie najlepiej nań spojrzeli. W ich oczach coś złego się malowało. Mieli lekko wykrzywione twarze jakby brzydzili się przyjmować do wioski czarodzieja. Wioska stała się bardziej zamknięta na czarodziei i magię, na elfów i żywe drzewa oraz różnorodne bestie. Mieszkańcy wierzą tylko w to, że na świecie żyją trzy rasy. Ludzi, hoppitów i krasnoludów. Czarodziej jechał wolno brukowaną główną uliczką wioski a jego wzrok kierował się teraz na wysokie drzewa Rogudu stojące za palisadą okrążającą miasto. Palisada znajdowała się jakieś piętnaście metrów od wozu czarodzieja, więc on sam nie musiał się śpieszyć. Chciał oglądać dzieła natury. Drzewa i krzaki wyrastające z ziemi. Krzewy bujnie porośnięte czerwonymi owocami. Drzewa wysokie na dziesięć metrów, z których spadały jabłka i gruszki.
Gdy czarodziej wyjechał za palisadę drzewa zasłoniły mu światło słońca. Nic go już nie oświetlało. Nieliczne promyki słońca przedzierały się przez lekko pochylone w dół drzewa okrywające jak dach ziemię i zwierzęta żyjące na ziemi. Las był ogromny a jego szerokość mierzono w milach. Zamieszkiwały go bestie i normalne leśne zwierzęta jak króliki, zające czy wiewiórki. Las nie był zbyt długi. Miał chyba kilka kilometrów długości. W tym lesie drzewa sięgały dwunastu metrów a ich kora była gładka jak nowy papier. Drzewa te nazywano Ślisko Drzewami. Tę nazwę zawdzięczają swojej nadzwyczaj gładkiej i śliskiej korze. Stadko wiewiórek przebiegło panicznie przed wozem czarodzieja jakby przed kimś, lub przed czymś uciekały. Tak też się stało. Po chwili zza drzew wybiegł wilk. Szaro biały stary wilk obnażył swoje kły do czarodzieja a czarodziej wpił się w zwierzę swymi magicznymi oczami jakby rzucał na wilka zaklęcie. Po niedługiej chwili wilk zawrócił i poszedł wolnym krokiem w las. Czarodziej jechał dalej przez ciemny las Intilithg. Przejechał już dużo a jego koń wcale się nie zmęczył. W oddali czarodziej widział wyjście z lasu. Użył, więc swej mocy dalekiego wzroku Smoka i spojrzał kilkaset metrów w przód. Teraz widział dobrze wyjście, w którym stało kilkunastu ludzi z zakrzywionymi mieczami o chropowatych i zardzewiałych ostrzach. Byli w kolczugach i tunikach ze znakiem wyglądającym jak litera G z płonącym grzbietem a przed nim była namalowana skrzynia ze złotem.
Czarodziej jechał dalej nie zwrócił zbytniej uwagi na obozowisko krajowych przemytników na końcu lasu. Wiedział, że nie są nazbyt inteligentni i, że znają się tylko na przerzucaniu towaru i sprzedawania go. Jechał, więc dalej nie śpiesząc się do wyjazdu z lasu. Wyjście znajdowało się coraz bliżej i kontury przemytników stały się wyraźniejsze. Powoli ukazywały się całe postacie. Różne twarze przemytników. Niektóre poharatane nożem, inne zarośnięte. Przemytnicy zatrzymali czarodzieja i jeden z nich wyglądający na najstarszego powiedział. - A ty stary gdzie się wybierasz? Nie chcesz przed wyjazdem nic kupić? Mamy tu wszystko, czego chcesz. Bierzesz coś? - Nie, nie chcę waszego przemyconego towaru. – zaprotestował czarodziej. - Hej stary! Tu się kupuje albo gryzie ziemię! – krzyknął jeden z przemytników i złapał za rączkę krzywego miecza. Nagle zaczął się dusić. Na daremnie odciągał kołnierz tuniki by złapać oddech. Jego zaciśnięta na rączce miecza ręka puściła i człowiek nagle w ułamku sekundy przestał się dusić. Przemytnik zaczął nabierać powietrza ile się tylko do płuc zmieściło i wymówił ochrypłym głosem. - To czarodziej. On ma moc. Dajmy mu przejść lub zgińmy. - Co?! Mamy się bać starca, który ma moc nad magią, jeden tępy miecz i podpórkę. On prawie cię udusił Derkolt, trzeba zabić starucha. – powiedział jeden z przemytników wyciągnął swój miecz i rzucił się na czarodzieja. Nagle jego miecz zaczął żarzyć się na czerwono jakby dopiero, co go wyciągnęli z pieca w kuźni. Rączka miecza zaczęła płonąć i syczące języki ognia pochłonęły rękę przemytnika, który został przez maga odrzucony w tył z palącą się ręką. Przemytnik krzyczał gasząc w mokrej trawie mocno poparzoną rękę. Mag spojrzał po przestraszonych twarzach przemytników, którzy natychmiast zeszli mu z drogi. Wyjechał z lasu i dalej podążał dróżką wiodącą przez pola zbóż i wysokiej trawy do miasta Hancron, miasta kupców i przemytników. Oaza dla tych, którzy chcieli zakupić magicznego i normalnego towaru. Raj dla kupców i przemytników, którzy zarabiali tu tysiące. Pola ciągnęły się długo. Po przebyciu trasy mierzącej około pięciu kilometrów zobaczył mag bramy miasta. Były one strzeżone przez strażników ubranych w żółte tuniki schowane pod kolczugami. Za zaciśniętymi pasami mieli wetknięte grube pirackie szable z Ferlomu a w rękach trzymali włócznie. Strażnicy tylko spojrzeli na maga, gdy ten machnął ręką i strażnicy natychmiast go wpuścili. Miasto było pełne straganów okrytych szpiczastymi dachami, sklepami, targowiskami i przenośnymi straganami umieszczonymi na dużym wozie. Ulicami miasta przechodziło wielu ludzi. Czarodziej wjechał do miasta i trzymał się blisko straganów oglądając towar. Raz zobaczył nawet czterogłowego słonia z Tajflandu lub pomniejszonego sześciorękiego wojownika oraz śpiewającą żabę. Zatrzymał się przy sklepiku, na którego ladzie wyłożone były prześliczne karty. Karty te nazywano Magicznymi Kartami. Tę nazwę zawdzięczają swej nadzwyczajnej magicznej mocy, która była w nich zawarta. Te karty miały w sobie zawarte jakieś zaklęcie. To zależało od tego, co na owej karcie było namalowane. Na jednej były namalowane migoczące i przesuwające się w górę za sprawą magii gwiazdki nad głową jakiegoś człowieka. Oznaczało to sen, a karta z płonącą kulą, za którą ciągnie się fala ognia oznaczała kulę ognia. Kart była cała talia znaczy pięćdziesiąt dwie. Mag popatrzył na sprzedawczynię. Miała bujne blond włosy opadające jej na plecy. Jej twarz była gładka, oczy niebieskie, usta w lekkim uśmiechu. Miała na sobie lekko niebieską sukienkę ukrytą pod lekko ubrudzonym fartuchem. Wyglądała na dwadzieścia lat. Mag z ciekawości, która malowała mu się na twarzy spytał. - Skąd masz te karty kobieto? - Ukradłam je przemytnikom z wozu niedaleko mojego sklepiku. Ale ci głupi przemytnicy nawet się nie domyślili, kto mógł je im ukraść. A ty? Jesteś nimi zainteresowany? – odrzekła sprzedawczyni i uśmiechnęła się. - Istnieją trzy takie talie a ja mam swoją własną. - Masz całą talię tylko dla siebie? To niewiarygodne. Przecież karty posiadają tylko najwięksi magowie. Znaczy, że ty jesteś jednym z nich. Tak? - Masz rację. Jestem zwolennikiem boga światła Innoga – boga wiecznej harmonii i dobra. Boga, dla, którego walka i przelewanie krwi liczy się tylko w służbie dobru. - Czy zechcesz o wielki magu uzdrowić mojego chorego syna. Zachorował, gdy miał trzy miesiące. Nie wiem, na co i nawet moja wyspecjalizowana sąsiadka zielarka nie umie mu pomóc… Proszę. - Dobrze. Ale to tylko, dlatego, że nie znacie leku na chorobę, na którą cierpi twój syn. Przynieś dziecko. Kobieta szybko zniknęła za wywieszonymi ręcznikami, które też sprzedawała i wróciła z dzieckiem schowanym w białym ręczniku. Dziecko miało krwiożercze zęby jak u wilka i kocie, niespotykane u ludzi, oczy. - Wiem, co mu jest. To cecha odziedziczona po bestii zwanej Wiedźmorem. Kim był jego ojciec? – odpowiedział i zapytał czarodziej. - Ojciec został zabity przed narodzinami od postrzału z kuszy jednego z przemytników o imieniu Melfor. To kompletny idiota i egoista, wieczny pechowiec, który spędził nie jeden rok w celi. Pomożesz mu? Mag wziął do ręki jedną z kart. Na jednej jej stronie było dziecko a na drugiej bestia podobna do wilkołaka. Czarodziej położył kartę na czole dziecka i wymamrotał pod nosem kilka słów i karta zaczęła intensywnie wirować. Nagle zęby dziecka zaczęły rozkruszać się a oczy przybrały ludzki kształt. Karta przestała wirować. Mag zdjął ją z czoła dziecka, które było już zupełnie człowiekiem i odłożył ją by załatać dziurę w tali. Kobieta dała czarodziejowi sakiewkę monet o nazwie Doúri. Potem szczerze mu podziękowała i mag odjechał. Jechał do przemytników, którzy jak zapewniała sprzedawczyni mieli talie Magicznych Kart. Przemytnicy znajdowali się w porcie. Ich wóz był pełen towaru. Właśnie przenosili towar na barkę. Byli tak samo odziani jak, ci którzy znajdowali się przy wyjeździe z lasu. Było z nimi kilkunastu marynarzy i jakiś dowódca. W lepszej zbroi i półtora ręcznym strażniczym mieczem. Mag podjechał do tego dowódcy i zapytał. - Czy w towarze mieliście talie kart? - Tak starcze. Bardzo pięknych migoczących kart z przesuwającymi się obrazkami. Ale jakiś złodziejaszek nam ją skradł. I do dziś te nędzne psy z mojej przemytniczej bandy nie mogą złodzieja znaleźć. Niech tego złodzieja grom boski trafi!! A w ogóle po co ci ta informacja? – odrzekł i zapytał dowódca przemytników. W tej chwili czarodziej opuścił rękę. Po chwili odrzekł dowódcy. - Ta informacja potrzebna mi jest do tego aby zlokalizować złodzieja. I czy mógłbyś mi powiedzieć, kto znalazł te karty? - Porozmawiał z Winglessem, to on znalazł te karty przy jakimś trupie. Dwa dni po tym oszalał! – odrzekł dowódca. Wingless siedział na jednym z pakunków. Był niski, miał długie brązowe włosy opadające mu na kark. Spojrzał nań jakby dopiero, co nachlał się mocnego piwska. Jego oczy były wyraźnie zmęczone i przekrwione. Miał lekką bródkę i pożółkłe zęby. Piracka opaska zakrywała mu prawe oko. - Co?! Jak tu się dostałeś! Nic ci nie dam parszywy czarodzieju! To ty sparzyłeś rękę mojemu bratu. Nie zabijaj mnie!- krzyczał zdesperowany Wingless. - Przepraszam, ale twój brat próbował mnie zabić. – odrzekł przemytnikowi czarodziej. - Cze…Czego chcesz czarnoksiężniku?! Magicznego zwierzęcia, broni?! Gadaj! - Potrzebuje się od ciebie dowiedzieć gdzie znalazłeś Magiczne Karty, które wam skradziono. - I bardzo dobrze, że tak zrobiono. Te karty doprowadziły mnie do nerwowego załamania. Znalazłem je w lesie kiedy dążyliśmy do wsi chyba o nazwie Wilkro. Natknęliśmy się na jakiegoś martwego maga. Były też tam bestie. Pół ludzie pół wilki stojące na dwóch łapach. To nie były wilkołaki. Bestie miały coś z maga i Minotaura. Ich oczy. Czerwone jak krew, przerażające jak duch. Wilcze zęby. Czarnoksięskie czarne stroje. Miały na ludzko – wilczych łapach kule ognia. Nagle zniknęły. To… to było straszne. .Doprowadziło mnie do szału. A potem znalazłem przy nim całą talię magicznych kart. Aaa! Nadal nie mogę pozbyć się widoku tych oczu z umysłu. Gdybyś zdobył dla mnie jedną kartę i oczyścił mi umysł. Może i bym pomógł ci znaleźć to miejsce i ciało maga. - Nie sądzę bym mógł ci pomóc. Karty wam skradziono a znalezienie złodzieja pewnie długo potrwa. Więc niestety. Lepiej idź do uzdrawiarki.
Zabójca i Kamienna Straż Nagle, gdy czarodziej znów siadał na wóz coś śmignęło mu przed oczami. Potem usłyszał donośny krzyk i spojrzał na Winglessa. W pierś wbiła mu się do połowy gruba jak bełt strzała. Wingless umarł po chwili. Czarodziej spojrzał na dach jednego z budynków z jednego z nich właśnie zeskakiwał łucznik. Mag szybko pojechał za nim poganiając swojego konia. Łucznik wyglądał dziwnie. Po krótkiej chwili przyjrzenia się mag wiedział kim jest ów łucznik – zabójca Winglessa. Łucznik był centaurusem – odmianą centaura. Pół człowiek, pół koń. Wyglądał jak Minotaur bez rogów i zamiast byczych nóg miał końskie, silne i szybkie nogi. Był ubrany w czarny napierśnik i kolczugę. W jej ogniwa powtykane były ciemno zielone liście. Czarne włosy opadały mu na łopatki i był pokryty końską czarną sierścią. Miał ludzką głowę i koński ogon. Uciekał szybko jak jeden z najszybszych koni. Czarodziej nie przestawał jednak go gonić. Kiedy koń ciągnący wóz czarodzieja zaczął opadać z sił a centaurus wbiegał już w kolejny zakręt, czarodziej podniósł swą laskę, z siana leżącego na wozie i wymamrotał jakieś zaklęcie. Z laski wytrysnął jaskrawo niebieski piorun i za chwilę zza zakrętu wypadł ciągnięty w tył przez piorun czarodzieja centaurus. Po drodze łuk wypadł mu z ręki i rozciął sobie skórę przez wleczenie po brukowanej uliczce. Padł na siano i czarodziej mierząc mu laską do głowy zapytał. - Dlaczego go zabiłeś centaurusie? Czy byłeś najęty? - Nie byłem najęty. Wyrównywałem tylko między nami rachunki. On zabił mi brata a ja zabiłem jego. - Pytam cię po raz ostatni. Dlaczego chciałeś go zabić? - Dobra, już ci powiem. Ten przemytnik ukradł nam kiedyś koński artefakt przemiany w człowieka lub konia. Ale oni go sprzedali. A my chcieliśmy zemsty.
- A nie mogliście go odkupić od tego kto go kupił? - Nasza waluta nie ma tu żadnego wpływu. A i tak nie wiemy kto kupił nasz artefakt. Jeśli byś mógł go odnaleźć… To byśmy przestali atakować tych nędznych przemytników. A więc? - Jeśli sobie dobrze przypomnę te runy można było kupić u maga Vandresa przesiadującego na placu wyznających. Łatwo ci go będzie znaleźć. Plac jest duży i znajduje się w środku miasta. - Dziękuję ci czarodzieju. Ale nas nie obchodzą runy. Nas obchodzi nas święty artefakt. Musisz go odnaleźć. To była by największa szansa na to, żebyśmy przestali atakować tych biednych, głupich przemytników. - Co do tego waszego artefaktu… Zobaczę co moja moc widzenia może w tym celu zrobić. - Nasz król byłby bardzo tobie wdzięczny. Więc daję ci jedną z naszych mocy. Będziesz teraz mógł bez przeszkód wejść do miasta. Bądź magu pozdrowiony przez centaurusów. Potem centaurus wstał i szybko popędził do południowej bramy miasta. Czarodziej wymamrotał zaklęcie i zamknął oczy. Teraz widział dokładnie gdzie znajduje się centauruski artefakt. Znajdował się on u zielarki, która mieszkała blisko sprzedawczyni, która miała magiczne karty. Zielarka mieszkała w porośniętej mchem i pętami winogron wieży. Na jej szczycie znajdowało się małe okienko. Drzwi były wyłamane a cała wieża w ogóle
nie była w dobrym stanie. Zielarka przesiadywała w środku, na progu jej wieży jak zwykle miauczały wygłodzone, bezpańskie koty. Czarodziej pojechał w tamto miejsce a gdy już dojechał przywitał się ze sprzedawczynią i ruszył do środka wieży. Schody były częściowo połamane i porośnięte mchem. Wszędzie na łańcuszkach wisiały kwiaty i inne rośliny. Zielarka znajdowała się w małym pomieszczeniu na szczycie. Nie była wcale stara jak zielarki przedstawiane są w opowieściach. Miała podobny wiek do sprzedawczyni ze sklepiku obok. Może była o dwa czy trzy lata starsza. Miała na sobie czarną suknię. Włosy miała spięte w kok. Oczy miała zielone a zęby białe. Miała gładką cerę i trochę przydługi nos. Uśmiechnęła się do czarodzieja i zapytała. - Co cię tu sprowadza z dalekich stron czarodzieju? Czy chciałbyś zakupić tu roślinę leczniczą? Czy jakiś wywar? - Chciałbym się dowiedzieć dlaczego skradłaś centaurusom ich święty artefakt? – odrzekł jej czarodziej. - A więc przybyłeś po święty artefakt centaurusów. Hmm… Mam jeszcze tę starą runę. Mój syn jej używa. Jest wojownikiem. I bardzo chcę wiedzieć więcej o magii. Oddam ci tę centauruską runę jeśli wyszkolisz mojego brata na maga. - Jeśli twój brat już używał tego artefaktu i wie jak korzystać z mocy magii mogę zabrać się z nim ale najpierw chcę widzieć artefakt zielarko. - Hektor!! Przynieś mi na chwilę tę końską runę! – zawołała zielarka.
- Za chwilę mamo! – odkrzyknął głos z innego pomieszczenia i po krótkiej chwili z pokoju obok wyszedł chłopak. Miał długie brązowe włosy opadające mu na ramiona. Ubrany był w koszulę z lnu i grube brązowe spodnie. Buty podchodziły mu pod kolana. Miał niebieskie oczy w odróżnieniu od jego matki. - Daj mi tę runę. Jest mi teraz bardzo a to bardzo potrzebna. – powiedziała zielarka wyciągając rękę. - Ale ty nie umiesz posługiwać się tą runą. – odrzekł wyglądający na osiemnastolatka chłopak. - Nieważne czy umiem czy nie. Chcesz być magiem? - Pragnę tego. Ale powiedz po co ci ta runa. - Jeśli chcesz zostać magiem to mi ją daj. - Hura! Proszę oto ta runa. Chłopak położył na wystawionej ręce siostry dużą kamienną runę z rysunkiem konia i człowieka nad którymi krążą dwie aureole. Zielarka przyjęła runę i podała magowi mówiąc przy tym. - Dotrzymasz obietnicy czarodzieju? - Tak. Widać, że twój brat wierzy w to co mówisz i ma wielki umysł i wolę. Potrafił używać mocy tej runu. Chodź chłopcze. Chłopiec krzyknął z radości , pobiegł do swego pokoju i po chwili wrócił z plecakiem na ramieniu i jednoręcznym mieczem przy pasie. Młodzieniec pożegnał się z siostrą i wraz z czarodziejem wyszedł z wieży. Czarodziej wsiadł na wóz a chłopak siadł na sianie. Czarodziej magią uniósł trochę siana i podał swojemu koniowi do jedzenia.
Część 22 / 6
Jechali długo. Dawno już wyjechali z miasta wpierw zakupując prowiant na drogę. Chłopak nie wiedział dokąd zmierza czarodziej. Szczerze mówiąc niewiele go to obchodziło. Dla niego ważne było, że czarodziej nauczy go posługiwać się czarami. Już od dwóch godzin czarodziej jak na lekcji wmawiał mu przyczynę używania magii, teorię mędrców skąd przybyła i omawiał z nim różne aspekty mocy. Jak się okazało chłopak wiedział sporo o magii i po kilku próbach nauczył się używać prostszych czarów jak rozkruszenie kamienia czy poruszanie przedmiotem. Oczywiście chłopak miał w zamiarze nauczyć się wielu czarów i zostać jednym z najlepszych magów. Wlekli się jak czarodziej miał to w zwyczaju i rozmawiali o magii. Droga z południowej bramy w góry nie była łatwa. Większość skalnych dróg była zawalona kamieniami. Ale czarodziej umiał zrzucić te kamienie w przepaść a chłopak rozkruszał małe kamyczki u góry lub nasady kamiennej blokady. Nagle wyjechali na jedną ze skalnych półek porośniętych trawą, na której pasły się kozy i owce. Stad pilnowali pasterze. W rogu tej gigantycznej skalnej półki znajdowała się niewielka pasterska osada. Wysoki dom głównego pasterza otoczony domami normalnych pasterzy. Na końcu skalnej półki nie było drogi. Była tylko pionowa ściana przy której stały dwa drogowskazy. Jeden wskazywał na domostwa pasterzy a drugi w górę. Pod drogowskazem pokazującym w górę była brzmiąca tak zagadka.
„ Czarodziej umiał zrzucić kamienie w przepaść a chłopak rozkruszał drobne kamyczki z góry i u nasady kamiennej blokady. Pion postawił więc bóg wreszcie by rozkruszać kamień mogli wszyscy czarodzieje którzy na tej półce byli.” - To zagadka. Dla, niektórych łatwa jak dla mnie a dla innych trudna. To będzie dla ciebie mój padawanie pierwszy test umysłu. Ty się tu trudź a ja pójdę po trochę zimnego mleka. – powiedział czarodziej i zsiadł z wozu. - Tak mistrzu. – odrzekł mu chłopak i przeczytał zagadkę jeszcze raz. Chłopak długo się męczył nad zdaniem „Pion postawił więc bóg wreszcie”. Tego zdania nie mógł rozszyfrować przez pół godziny. W końcu spojrzał na pionową ścianę i coś zaświtało mu w głowie. Zsiadł z wozu i podbiegł do ściany. Powtórzył zdanie raz jeszcze i natrafił na półkolisty gładki przycisk. Pewna legenda, którą opowiadała mu jego matka była o skalnej półce i pionowej ścianie. Występowały tam i dwa drogowskazy, które nazywano „Diabelskimi”. Nacisnął wypukłe i gładkie miejsce i jeden z drogowskazów - ten wskazujący górę padł na ziemię. Czarodziej właśnie przyszedł i przyglądał się pracy chłopca. Po kwadransie chłopak krzyknął do czarodzieja. - Mistrzu potrzebuję zaklęcia! Czarodziej zaraz podbiegł do chłopaka, napis na ścianie był napisany na biało innym językiem. Coś typu Þ¥¤¶є i tym podobne. Czarodziej wymamrotał zaklęcie i nagle ku zdziwieniu pasterzy w pionowej ścianie otworzyła się brama, przez którą spokojnie mógł by się zmieścić wóz czarodzieja. - Musi być przez kogoś, lub przez coś strzeżona. – powiedział czarodziej i spojrzał na drogowskaz, który padł na ziemię. Była pod nim narysowana postać. Duża jakby z cegieł o wielkich pięściach i nogach. Na głowie miała kamienny pióropusz nie wyglądający jak siekiera w głowie tylko przekrzywiony jakby postać miała odwróconą w bok głowę. Pasterze zaczęli wchodzić do tunelu ale nagle jeden z nich wyleciał z krzykiem. Upadł gdzieś dwa metry dalej. Nagle z tunelu wyszedł kamienny strażnik. Taki jaki narysowany był pod drogowskazem. Kamienny strażnik wybijał swymi kamiennymi pięściami pasterzy na dwa metry. Z tyłu na plecach miał kamienne kolce. Jego oczy płonęły gniewem. Hektor próbował rozkruszyć strażnika ale udało mu się tylko rozkruszyć jeden palec. Nagle pięść kamiennego strażnika zmieniła się w miecz. Strażnik zaczął ciąć na wszystkie strony. Jednego przeciął na pół a drugiemu odciął głowę. Krew lała się po pasterskich polach. Trup za trupem pasterza kładł się na ziemię. W końcu czarodziej wymamrotał zaklęcie i kamienny strażnik znieruchomiał a po chwili rozkruszył się. Pasterze jednocześnie cieszyli się i opłakiwali zabitych przez kamiennego strażnika. Czarodziej wygrzebał spośród kamieni jeden wyjątkowy. Jarzący się na czerwono. Było to serce kamiennego strażnika. Czarodziej i chłopak weszli znów na wóz i czarodziej odepchnął magią kamienie z drogi. Wjechali w bramę. Tunel był pochyły więc trudniej się jechało. Na drodze do świecącego wyjścia z pochyłego tunelu nie napotkali już innego kamiennego strażnika. Natknęli się bowiem na centaurusa, który zabił Winglessa. Czarodziej zsiadł z wozu przywitał się w języku centaurusów i oddał centaurusowi ich artefakt. Widać było po minie i z ruchu warg, że centaurus szczerze mu dziękuje. Potem centaurus coś czarodziejowi podał a ten również mu za to podziękował. Czarodziej znów wsiadł na wóz i chłopak spytał. - Mistrzu, co ci dał ten centaurus? - To jest mapa czterogłowych słoni, dał mi też kilkadziesiąt centauruskich monet. No i moc wchodzenia do ich miasta. – odrzekł chłopakowi czarodziej.
Jechali dalej przez kamienne ścieżki. Chłopak cały czas myślał o kamiennym strażniku, drogowskazach, śmierci pasterzy. Ta rzeź, krew nie mogły dać mu odpocząć. Ale największym jego utrapieniem było to, że bóg stworzył coś tak przerażającego. Siły zła Beliardosa – boga cienia i śmierci zaczęły się wzmagać. Jak tornado zmiatają pomniejsze wioski by potem ruszyć na większe miasta. Niezliczone hordy bestii siedzą gdzieś w zakamarkach gór czekając tylko na sygnał ich pana z piekieł. Gobliny, Gremliny, trole, wargraki i inne bestie grasują wszędzie. W lasach, górach, polanach, miastach w ludzkim przebraniu. Śmiercionośne fale hord bestii Beliardosa nacierają na wszystko, co się da pod rozkazami innych. Ich dowódców. Smoki, Balgradtty i inni pobratymcy smoków i demonów. Przeczuwana jest wojna. Beliardos zaczyna ostro działać. Wioska Zielarek
Zaczynało już zmierzchać, gdy w oddali można było dostrzec kilkanaście niskich wież. Były wyższe od domów, które kłębiły się w korycie wyschłej rzeki. Daleko od wioski znajdował się znak, na którym pisało „Witajcie w królestwie zielarzy! W Wiosce Zielarek”. Czarodziej z chłopakiem pojechali więc do wioski zielarek. Prowiant już im się kończył i długo nie spali. Chcieli się tylko dobrze przespać i zakupić prowiant. Chłopak co chwilę padał na siano ale po chwili czarodziej znów go budził i mówił, że magią może posługiwać się tylko człowiek wytrwały. Wioska zielarek znajdowała się już blisko. Przy jej bramie stało już kilka wozów. Czarodziej i chłopak zsiedli z wozu i zabrali resztki prowiantu. Przeszli przez bramę wioski i weszli do pierwszej tawerny pod nazwą „Pod Zielonym Liściem”. W tawernie przesiadywali zielarze i zielarki wymieniający się słowami i teoriami na temat roślin. Za ladą stał wysoki i chudy mężczyzna o brązowych oczach i kościstych rękach. Cała zielarska tawerna była ładnie wystrojona. Czerwony dywan w złote kwiaty. Poobijane ciepłą, czerwoną wełną krzesła. Po obu stronach drzwi zawieszone na drewnianych kołkach były lampki świecące przez zamknięte w niej świetliki. Za ladą powieszone były zwierzęce trofea. Widać w wiosce zielarzy również funkcjonowali myśliwi. Były tam rogi jelenia, zęby wilka czy oczy wampira. Były też tam skrzydła harpii i ogon małego wodnego smoka. Czarodziej powiedział do kościstego mężczyzny.
- Macie tutaj dwuosobowe pokoje? - Tak, za jedną osobę płacisz mi piętnaście Balui. – odrzekł czarodziejowi kościsty mężczyzna. Czarodziej wyciągnął zza pasa sakiewkę i wysypał z niej trzydzieści Balui. Kościsty mężczyzna zgarnął pieniądze i rzekł. - Drugie piętro. Pokój…byle jaki. Czarodziej wraz z chłopcem poszli na drugie piętro i otworzyli drzwi jakiegoś pokoju. Był pusty. Znajdowały się w nim dwa łóżka w po obu stronach pokoju. Między nimi był kwadratowy stół, pod którym leżał niebieski dywan w czerwone płomienie. Z tyłu pokoju były trzy otwarte okiennice. Na obu ścianach wisiało po jednym jelenim porożu. Chłopak upadł na łóżko i od razu zasnął. Czarodziej zaś nie mógł spać przez chwilę. Coś go dręczyło. Ta wioska mu się nie podobała. Jakby było w niej coś diabelskiego. Ale i tak zasnął po chwili.
Nazajutrz pierwszy obudził się mag. Pół godziny później obudził się chłopak i otrzepawszy się ze snu zapytał. - Nauczasz mnie już dwa dni. Może powiedział byś mi jak się właściwie nazywasz mistrzu. - Nazywam się Malfradok mój młody padawanie. – odrzekł chłopakowi czarodziej Malfradok. Czarodziej podszedł do jednego z okien i rzekł ponownie. - Wyczuwam zło Beliardosa niedaleko tej wioski. - Myślisz mistrzu, że horda zła chce zrównać z ziemią tę wioskę? – zapytał go Hektor. - Tak. Wyczuwam zło bardzo blisko tej wioski. - Musimy ich ostrzec mistrzu – powiedział chłopak. - Wreszcie pomyślałeś. I wreszcie przyda ci się twój miecz. Może zasłużysz na lepszą broń. Ale teraz musimy iść ich zawiadomić. Malfradok wraz z Hektorem zbiegli szybko na pierwsze piętro i wybiegli z tawerny. Biegli korytem rzeki między domami do najwyższej wieży głównego zielarza i zielarki. Dobiegli do otwartych wrót wieży i wbiegli do pomieszczenia na jej szczycie. Główna zielarka wyglądała na pięćdziesiąt lat. Na wklęsłych policzkach miała zmarszczki. Oczy miała zielone a zęby miała nadal białe i czyste. Była w tak ciemno zielonej sukni, że jej kolor często mylono z czarnym. Włosy miała spięte w kok. Zaś główny zielarz był młodszy. Wyglądał na czterdzieści lat. Miał niebieskie oczy i lekkie zmarszczki na policzkach, czole i między oczami. Był ubrany w jasno niebieską koszulę i czarne spodnie. Rękawy miał nieco za szerokie i lekko stargane. Buty jak i głównej zielarce podchodziły mu pod kolana. I zielarka i zielarz spojrzeli na nich takim wzrokiem jakby nigdy nie widzieli czarodzieja czy chłopaka. - Posłuchajcie nas uważnie. – powiedział czarodziej. - Do waszej wioski zmierza horda sił zła. Jeśli chcecie przetrwać atak radzę wam się zbroić teraz. Wyczułem, że są już bardzo blisko. - Naprawdę zmierza do nas horda sił zła. – powiedziała główna zielarka. - Tak pani. Mogą to być orkowie lub Orksy. Trzeba się zbroić. – odrzekł jej Malfradok. - Tak też się stanie czarodzieju. Nekkas zawiadom wszystkich. - Tak pani. ...
Wszyscy stali uzbrojeni za bramą wioski zielarzy. Zielarze oraz zielarki uzbrojeni byli w długie, powykręcane kije, na których końcach były krótkie ostrza. Coś typu obustronnej włóczni. Horda złych sił była już widoczna. Niedaleko miasta szło zwarcie w prostokącie ponad stu Orksów. Te wielkie łuskowate stworzenia z zakrzywionymi, zardzewiałymi mieczami w dłoniach, o wielkich wystających zza górnych warg zębami szli w kierunku miasta zielarzy zwarci i gotowi wybić wszystkich, którzy tam się znajdowali. Walka zawrzała. Brama miasta była otwarta, więc Orksowie szybko wdarli się do miasta. Czterech strażników szybko znalazło się na ziemi z głębokimi krwawiącymi ranami. Orksowie wdzierali się na górę do wież zielarskich osadzonych po obu stronach koryta wyschłej rzeki. Inna zaś grupa Orksów zaczęła sprawnie i szybko podpalać domy ustawione w korycie. Nagle z górnych okienek wież wystrzeliły strzały zabijając kilku Orksów w przedniej części miasta. Jedna z wież została opanowana przez Orksów gdy łucznik wypadł z górnego okienka wieży i roztrzaskał sobie głowę o kamienie w korycie. Orksowie szybko przejmowali kontrolę nad miastem. W przedniej części miasta zostały już tylko same trupy, palące się domy i opustoszałe wieże. Zginęło już ponad pięćdziesięciu zielarzy. Jedynym miejscem gdzie było pełno trupów Orksów było to miejsce gdzie walkę prowadził Malfradok z Hektorem. A to go kulą ognia mag trafi, a to go mieczem Hektor
trzaśnie. Krew, trup i trup. Zielarze przegrywali. Zostało ich już niewielu pod główną wieżą gdzie znajdowało się jeszcze pięciu łuczników i dwunastu uzbrojonych. Przed wieżą pozostało ich tylko dwudziestu. Orksów było trzy razy tyle. Zielarze mało znali się na walczeniu więc nie wielu Orksów zginęło. Więcej tych plugawych bestii zginęło od laski i miecza Malfradoka oraz miecza Hektora iż od obustronnych włóczni zielarzy. Orksowie wycinali zielarzy jak trawę. Po pięciu minutach z dwudziestu zrobiło się pięciu. Już można było stwierdzić, że zielarze przegrają. Po chwili Orksowie wdarli się do głównej wieży a do miasta wkroczył ich dowódca. Większy od nich, bardziej przerażający i krwiożerczy i do tego w lepszym pancerzu. W ręku trzymał zakrzywiony półtora ręczny miecz. Podbiegł do niego jakiś Orks i powiedział mu coś. Potem dowódca oddziału skinął głową. I z wieży wyszli Orksowie. Widać wybili wszystkich zielarzy. Ich walka była na darmo. W mieście pozostali tylko Malfradok, Hektor i horda Orksów. Orksowie podeszli doń i złapali. Potem przywlekli do swego pana a on rzekł doń. - Zatrzymajcie ich. Będą przynętą dla miasta. Brać ich na wóz. - Tak się stanie panie. – odskrzeczeli Orksowie trzymający Malfradoka i Hektora i wrzucili ich na ich własny wóz. Przed tym związali im ręce oraz nogi i grozili, że jak coś powiedzą to przeszyją im flaki na wylot. Nie była to dobra perspektywa dla użycia magii.
Część 33 / 6
Podróż Ścieżką Orksów
Byli już daleko od zniszczonej wioski zielarzy, którą Orksowie doszczętnie spalili. Wkroczyli na tereny kraju Orksów – Oksorghu. Wóz ciągną dalej biedny koń Malfradoka. Kraj Orksów był jałowym pustkowiem pokrytym skalistymi górami i zwiędłymi kruszącymi się krzakami, na których od dawna nie było listka. Natykali się również na zniszczone obozy ludzi którzy zmienili się w szkielety leżące przy podziurawionych ledwo stojących namiotach. Były też słupy z flagą Orksów wyglądającą jak trzy krwawe czaszki przebite kolczastym mieczem. Na końcu pala była zawieszona na ostrym jego końcu czaszka jakiegoś człowieka. Szli ścieżką nazywaną Ścieżką Orksów a w rozwinięciu Wojenną Ścieżką Orksów. Tędy bowiem granice tego państwa przekroczyła armia ludzi i zginęła w bitwie pod wielkim miastem Orksów. Tędy też w odwrotną stronę przeszła armia Orksów, która również poniosła klęskę. Ścieżka Była widocznie wydeptana stopami ludzi i Orksów. Jechali już ponad trzy godziny i dostali tylko gorzki napój Orksów i suchy chleb. Orksowie rozwiązywali im ręce do jedzenia i picia a potem związywali znowu. Orksowie zadbali również o ich niewygodę więc usunęli siano i mężczyźni musieli spać na gołych deskach. A przez szpary w nich często wpadały jakieś kamienie, które kuły ich w plecy, barki lub łopatki. Najgorzej jednak było jak Hektor położył się na takim kamyczku.
Ta podróż nie była dlań dobrą podróżą. Wszędzie pył, kamienie, gruz, krzyki Orksów, ohydny napój i gorzki chleb. Do tego ten bolesny ucisk na nadgarstkach i kostkach.
Po kolejnej godzinie drogi obaj byli już prawie nieprzytomni z głodu i bólu, który zadawały im deski, kamienie i więzy. Koń zresztą też miał dość, więc Orksowie poszli po jednego z ich wytrwałych wilków a konia czarodzieja zjedli na obiad. Czarodziej nie mógł patrzeć ani słuchać tego, co tam się działo. Jęki i ryki jego zarzynanego konia były nie do zniesienia. W końcu Malfradok tak się zdenerwował, że obrócił się w stronę biesiadujących Orksów i puścił z rąk falę ognia w stronę Orksów rzecz jasna. Kilkunastu z nich zaczęło w krzyku się palić. Nagle do czarodzieja kiedy się nie spodziewał podszedł Orks i walnął go w twarz by stracił przytomność a potem pogroził chłopakowi, że zrobi mu to samo. Dopiero po pół godzinie w oddali można było dostrzec dwóch Orksów którzy trzymali za mocne łańcuchy coś przypominające wilka i warga w jednym. Zwierzę wyrywało się Orksom ale ci nie dawali za wygraną. Wreszcie dociągnęli wilko – warga do wozu i zaprzęgli go do niego. Potem Orksowie, którzy najedli się koniem czarodzieja podali im jeszcze ostatnie resztki. Orksowie pokłócili się krótko, ale po długiej chwili znów ustawili się i ruszyli. Ścieżka jakby nie miała końca. Ciągnęła się cały czas prowadzą Orksów w jednym kierunku… przed siebie. Ciągle napotykali te same rzeczy. Skały, pale i zniszczone obozy ludzi. Wędrówka naprawdę nie miała końca. Wprawdzie kraj Orksów jest wielki i zajmuje powierzchnię pięciu przeciętnych krajów jak Jekuo czy Flavrodks. Czarodziej dalej był nieprzytomny. „Przynajmniej nie musi znosić tych tortur” pomyślał Hektor i Orks podał mu gorzki napój i chleb a potem rozwiązał ręce. W nadziei, że walnie go do nieprzytomności Hektor odtrącił jedzenie i jak planował Orks uderzył go tak, że stracił przytomność.
- Krakwi muja nosa. – usłyszał Hektor otwierając powiekę oka. - Niea tyu idioyto! Krakwi muja całowa gębaska – usłyszał inny głos Orksa. - Po kira ty żegaś go tak trepotnął – usłyszał z nowy głos innego z Orksów. - Rozsuwka my se Orksowe idioyty. Co se stao lajdaky?! – krzyczał jeden z Orksów. Najwidoczniej był to dowódca ich dowódca. Hektor miał przekrwione oczy i długą raną blisko skroni. Jeden z Orksów – ten, który sprawił, że jest nieprzytomny przez omyłkę walnął go ćwiekowaną rękawicą. Kolce wbiły się głęboko pozostawiając długą, krwawiącą ranę. Do tego Hektor był bardzo głodny i miał suche wargi. Nie czuł się najlepiej. I znowu zawrzała kłótnia między Orksami. - Teraka ktors pojdde po lekrakte?! – rzekł dowódca Orksów wyraźnie podenerwowanym głosem. - Radza zabija tego idioyta panie – powiedział jeden z 25 nich. - Sluszenie muja slugko. Zarznąć my ta guławna scierwo! – krzyczał Orksowy dowódca. - Ala co ze nim bedero?! – zapytał jeden z najbardziej skrzeczących Orksów. - Trzeba by mu bedera dac nache ziolowa! – krzykną dowódca Orksów i szepną coś do swego sługi. Na samą myśl o skosztowaniu Orksowskich ziół Hektorowi zrobiło się niedobrze. Po zasmakowaniu chleba miał już serdecznie dość ich specjałów. Jego kubki smakowe całkowicie straciły poczucie smaku. Jakby zamieniły się w człowieka, który przyjmuje tylko gorzkie dania. Ale na szczęście nie musiał przyjmować niczego do ust. Orksowie czymś lepkim obandażowali mu głowę a pod bandaże włożyli zimne zioła. Ale i tak nie czuł się najlepiej Choć Orksowie ustawili go w pozycji siedzącej nadal nie czuł się dobrze. Nie jadł, nie pił. W ogóle nic nie robił. Malfradoka też ustawili w tej pozycji. Wmawiał mu różne rzeczy o magii. W końcu miał go uczyć. Gdyby tylko miał wolne ręce Orksowie już byli by martwi. Malfradok dalej nie mógł znieść tego, że stracił swego konia. Malfradok miał porządnego sińca w okolicy skroni. Hektor zaś nie miał już przekrwionych oczu i Orksowie obluźnili więzy na kostkach przez co Hektor nie czuł już bolesnego ucisku w jednym miejscu. Ale ręce dalej miał mocno skrępowane więzami Orksów. Wilko – warg jak go nazwał Hektor był szybki i nawet Orksowie musieli przyśpieszyć marsz. Aż w końcu zrobili kolejny postój. Tym razem dali więźniom coś lepszego do zjedzenia. Może nie było to wykwintne danie, które jedzą najzamożniejsi panowie i panie ale było to coś lepszego od gorzkiego napoju i suchego chleba. Był to chleb ale lepszy. Czuć było w nim nutę soli i kminek, który Hektor bardzo lubił. Zamiast gorzkiego napoju dostali zwykłą wodę. Więźniowie nie bardzo wiedzieli czemu dostali lepszą żywność. Czyżby Orksowie zlitowali się nad nimi, czy byli już blisko miasta Orksów. Nieważne! Najlepsze było, że dostali to co mogli ze smakiem przełknąć i mogli czuć się najedzeni. Chleba nie było dużo ale im bardziej zależało na wodzie. W kilka minut opróżnili dwie menażki. Byli bardzo spragnieni. Chleba zjedli zaledwie pół. Po Orksowym normalnym chlebie nie chciało im się zbytnio jeść. Kiedy już byli napojeni i można by powiedzieć najedzeni Malfradok powiedział z lekkim obrzydzeniem. - Nie chciałem ci tego mówić ale obwiązali ci głowę korą Lepkowca. A ich zioła to była pokrzywa lecznicza. Dlatego była taka zimna mój padawanie. - Łeee! Lepkowiec?! Przecież ja tego potem nie zdejmę! – krzyknął lekko przestraszony i zdekoncentrowany Hektor. - Jednak z drugiej strony Lepkowiec ma właściwości przeciwzakaźne i usuwa choroby. Nie wiem kto u nich zna się na zielarstwie ale dobrze to ci zrobi. I nie ważne czy będziesz mieć potem ślad czy nie, zrozumiałeś padawanie. - Tak Mistrzu. Zrozumiałem wszystko co do mnie teraz rzekłeś. - Bardzo dobrze mój młody padawanie. Musisz się jeszcze wiele nauczyć. - Wiem mistrzu, wiem i będę się bardzo dobrze uczył. - Mam taką nadzieję Hektorze. Mam taką nadzieję……
Wilk dalej nie zwalniał i nie dawał oddziałowi Orksów odzipnąć w marszu. Inaczej było z więźniami ale i tak kilka drobnych urazów ich dotykało. Przeważnie smród, który czuć było od kwadransa, uciskające w tyłek kamyczki, które wpadały do wozu i w reszcie jedzenie. Orksowie znów zaczęli dawać im to samo Orksowskie żarcie. Malfradok dalej był porządnie zdenerwowany utratą konia, który nazywał się Beuguin. Malfradok mówił, że to elfickie imię. Mistrz Hektora nie jadł ani nie pił tak dużo jak przedtem. Wjechali teraz na pochyłą ścianę co trochę zwolniło marsz. Gdy wyjechali na prostą drogę ujrzeli wielkie trzy skały układające się jak ściany domu tylko bez tej przedniej gdzie znajdują się drzwi i tym podobne. Skały miały ponad dwa tysiące metrów. Między nimi było ukryte miasto stworzone z trzech poziomych murów układających się w trzy łuki. Potem szły trzy pierścienie w górę aż na szczycie znajdowała się wieża. Pierwszy i drugi łuk był palisadą. Trzeci zaś to mur a pierścienie również były zrobione z kamienia. Do miasta był jeszcze jakiś kilometr ale z każdym krokiem miasto stawało się większe i większe. Powoli zaczęli zauważać mieszkańców i zobaczyli, że na murach wiszą czaszki. Oszpecone przecięciami. Czaszki mogły należeć do ludzi. W pewnym momencie drogi po obu jej stronach zaczęło się pasmo szubienic na, których wisiały?: z początku szkielety a stopniowo doszło do świeżo powieszonych ludzi. - Mam nadzieję mistrzu, że nas tak nie powieszą. Nie chciał bym tak skończyć życia. – powiedział Hektor. - Bądź pozytywnie nastawiony. Gdyby chcieli żebyśmy byli trupami zabili by nas w wiosce zielarzy. A tak musimy im się do czegoś przydać padawanie. – odrzekł mu Malfradok. - Następnym razem będę pozytywnie nastawiony. - Mam taką nadzieję padawanie. I mam nadzieję, że szybko się stąd wyrwiemy. - Ja też mistrzu… Ja też.
Więzienie w Oksorghu
Władca Orksów był najbrzydszym Orksem jakiego kiedykolwiek widział Malfradok. Był gruby jak beczka piwa. Miał długi nos, wielką i szeroką zieloną jak żaba gębę i szkarłatną koronę z zardzewiałego metalu. Wprawdzie miał wyróżniający się strój- krwistoczerwony długi płaszcz sięgający niemal do niższego schodka których było trzy, złotą kolczugę ubraną na czarną tunikę ze znakiem jaki widzieli na jednym z pali. Miał kilka złotych naszyjników i jeden szkarłatny z zardzewiałego metalu. Buty miał wysokie podchodzące mu prawie pod kolana. To nie były najpiękniejsze buty jakie widzieli do tej pory. Szczerze mówiąc były ohydne. Podeszwy była lekko przegniłe i odpadały a całe buty trzymały się na rzemieniach, którymi były związane. Do króla podszedł dowódca oddziału i coś doń powiedział. Król skinął kilka razy głową i dowódca odszedł. Potem król powiedział. - Skazuję czarodzieja i chłopaka na dożywocie w więzieniu w najwyższej skale. Odprowadzić. – głos też miał nie najlepszy. Szczerze mówiąc wydawał z siebie odgłos ropuchy. Potem strażnicy złapali ich i poszli eskortowani przez czterech, po dwóch z przodu i z tyłu do więzienia. Znajdowało się ono w jednej ze skał. Była to najszersza tylnia skała. Nawet Malfradok nie wiedział, że ta skała ma więzienie wydrążone w środku niej. Więzienie było poukładane piętrami jak klocki kiedy się z nich układa wieżę. Były to zakratowane cele mające z tyłu i po bokach kamień. U góry z prawej strony w każdej celi było małe poziome okienko przez, które więźniowie mogli się porozumiewać. Jak na Orksów wybrano im bardziej luksusową celę. Miała przynajmniej miękkie przegniłe posłanie z siana na którym można się było przespać. Z tyłu było też okienko i ławka przytknięta do ściany jakby ktoś był za niski by mógł przez nie spojrzeć. Strażnicy wepchnęli ich do celi i zamknęli zakratowane wrota celi. Hektor lekko załamany powiedział. - No pięknie. Przebyliśmy razem piękną długą drogę a skończymy jako szkielety w więzieniu Orksów. - Pamiętaj mój padawanie co ci mówiłem. Przeżyje tylko człowiek pozytywnie nastawiony do życia.- odrzekł mu Malfradok i wyjrzał przez tylnie okienko. - Przepraszam mistrzu. Jeszcze się nie przyzwyczaiłem. - A więc siedzimy w Orksowskim więzieniu i praktycznie nie mamy jak uciec bo wszędzie są straże. Więc wyważenie drzwi by nie wypaliło. Jesteśmy na wysokości półtorej tysiąca metrów więc skoczenie z tej wysokości skończyło by się śmiercią. To też odpada. Masz jakiś pomysł padawanie? Przyzwyczaj się, że nie tylko ja będę za ciebie myślał. Ty też musisz jeśli chcesz zostać magiem. - Tak mistrzu. – odrzekł Hektor - Więc co? Myśl dalej. Hektor po dłuższej chwili powiedział. - A gdyby tak przekopać się za pomocą magii a ziemię wysypać za okno. - Nie mój padawanie. Straże by to zauważyły.
Część 44 / 6
Zaczynało już zmierzchać. Więźniowie zjedli już kolację, którą nie za bardzo się nasycili. W końcu kiedy tak rozmawiali na temat ucieczki Malfradok ziewnął i rzekł. - Omówimy to jutro padawanie. Musze się przespać bo ta podróż osłabiła moje kończyny. Nie mogę już myśleć… Ychhh… Poszli więc spać. Hektor zasnął wolniej od swego mistrza. Chwilowo myślał jeszcze o planie ucieczki.
Miał dziwny sen. Śniła mu się osoba. Nie widział jej twarzy ani ciała. Tylko czarną postać. Wiedział jedynie, że jest to dziewczyna. Stała na fioletowym tle. Nagle w jej ciele coś zaczęło się jarzyć. Była to ich cela. Potem widział siebie i Malfradoka jak wyskakują z celi w bezkresne niebo. Potem wszystko zniknęło. Jego oczom ukazała się stara twarz mistrza stojącego nad jego łóżkiem. - Wstawaj szybko. Nie tylko my mamy plan ucieczki. - Więc się stąd wyrwiemy? Fajnie. Mam już dość tego miejsca. Hektor wstał szybko i szukał miecza gdy Malfradok rzekł. - W nocy zabrali nam oręż. Wraz z moją laską. Ale na szczęście umiem rzucać czarny bez niej. Podeszli do okienka po lewej stronie celi przez które widać było innego więźnia. - Mają plan. Nie jesteśmy sami z Orksami. Jest tu oddział ludzi w ciężkich zbrojach Orksów. Podają się za generałów. Pojutrze w nocy kiedy wrócą z bitwy, którą jak zaplanowali Orksowie mają przegrać wejdą tu gdy straż będzie ledwo utrzymywać się na nogach i wyrżną ich w pień a potem nas uwolnią. Sprytne co? - Racja Tekorze. – bo tak nazywał się więzień z sąsiedniej celi. – Ale teraz zawiadom innych i nie pozwól by straż się o tym dowiedziała. Tekor wrócił do swojej celi i zaczął przekazywać innym. - No i co mój padawanie. Mówiłem, że trzeba być pozytywnie nastawionym do życia! – powiedział Malfradok uśmiechając się jak zwycięzca do Hektora. - Ale dlaczego po jutrze w nocy? – odrzekł mu Hektor. - Widocznie nie słuchałeś. Muszą wrócić z bitwy. A wiesz ile zajmuje przyjazd tutaj. Więc pomnóż sobie to przez dwa. Albo lepiej przez trzy. Plus to, że bitwa będzie dość długa. No właśnie. Naucz się słuchać padawanie. Słuchanie to jeden z twoich największych sprzymierzeńców. Nie lekceważ go - Tak mistrzu. Czekali więc na śniadanie, które strażnicy dostarczyli im ledwo przed południem. W składzie śniadanie wchodził suchy chleb i zwyczajna woda. Podane to było na drewnianych talerzach. Menażka była lekko przetarta w kilku miejscach i woda małymi ilościami wylewała się na posadzkę. Gdy z niesmakiem zjedli i wypili zaczęli znów rozmawiać o magii. Hektor uczył się szybko i po niedługim czasie spędzonym tutaj nauczył się już niszczyć przedmioty typu drewniany talerz, na którym strażnicy przynieśli im jedzenie. „Naprawdę Hektorze uczysz się bardzo szybko” gratulował mu Malfradok. Hektor był bardzo zadowolony z pochwal mistrza, więc przykładał się do pracy jeszcze lepiej.
Długo po południu przyszedł upragniony przez więźniów obiad nie zależnie z czego się składał. Tym razem zjedli go o wiele szybciej niż tamtego dnia. Jakby już nie przejmowali się smakiem chleba ani wylewaniem wody. Byli bardziej zadowoleni z tego co jedzą co zaniepokoiło straże. Potem znów omawiali moc i zaklęcia. Hektor zapamiętał zaklęcia : Kisnoriogo – co po elficku znaczyło rośnij. Ten czar powodował to że rosły rośliny. Jeorytro – co po Grocku oznaczało koryto. To zaklęcie powodowało zapadnięcie ziemi i utworzenie koryta do strumyczka lub jeśli mag jest wielce potężny wielkiej rzeki jakiej świat jeszcze nie miał.
Im dłużej czekali tym bardziej chcieli wyjść z więzienia. Marzyli o tym aby zjawili się wojownicy w zbrojach Orksów i ich uwolnili. Ale czas nie płyną tak szybko jakby chcieli. Choć było po popołudniu więźniom dalej zdawało się jakby było wczesne rano. W więzieniu czas płyną inaczej a dla jeszcze większego zmylenia dawano im wszystko później więc wydawało im się, że wszystko dzieje się wcześnie. Do tego przez okienko widać było tylko bezkresne pustkowie i pył. Ni widać było słońca ani przynajmniej chmur. Żadnego deszczu. Nic. Nie było widać zmierzchu ani nadchodzącej kolacji. Zmierzch tutaj można było poznać po czerniejącym niebie. Stawało się tu też o wiele zimniej niż w dzień. Zaczynało już zmierzchać ale kolacji nadal nie było widać. Dziś wszystkie dania straże przynosiły o wiele później niż zwyczajnie. Do tego wszyscy stresowali się akcją uwolnienia z więzienia. „Jeszcze jeden dzień i pół nocy” pomyślał Hektor zanim skosztował chleba. Znów chleb był jakiś inny. Tym razem było w nim więcej kminku niż soli. Ten chleb mógł jeść z większym smakiem niż przedtem. Ale najbardziej nie mógł się doczekać tego co stanie się za jeden dzień o północy. Uwolnienie z więzienia. Ten plan musi wypalić. Generałowie ! Straże będą stać na baczność jak kołki kiedy tylko się zbliżą. A potem wejdą między stojących strażników i kiedy najmniej będą się tego spodziewali poderżną im gardła aby było cicho.
I znów Hektor ćwiczył podnoszenie i rozwalanie przedmiotów na drewnianych talerzach. Teraz już umiał więcej niż kiedyś. Umiał zrobić nawet by zrobiło się małe koryto. Z między cegieł ziemi wyrastały małe roślinki. Malfradok był z niego zadowolony więc postanowił nauczyć go czegoś poważniejszego. - Słuchaj. Magia to wielkie skupisko mocy, której największy mag całej by nie posiadł. Ale ty możesz posiąść jej większość jak wielu potężnych magów. Nauczę cię teraz czaru wyrządzającego ból. Nie byłby to ból śmiertelny ale mógłby twojemu przeciwnikowi dużo zrobić. Jest to magia wywodząca się z ognia. Czar Fenixiuodo powoduje rozgrzanie lub podpalenie. Możesz tym czarem podpalić komuś ubranie lub rozgrzać miecz do czerwoności by wypadł mu z dłoni… Pomedytuj tu chwilę a potem rzuć Fenixiuodo na ten talerz. – powiedział Malfradok - Tak mistrzu. – odrzekł Hektor i zaczął medytować. Po dziesięciu minutach medytowania Hektor otworzył oczy i powiedział „Fenixiuodo” na talerz leżący przed nim. Nagle drewniany talerz zaczął płonąć. Języki ognia urywały się od płomieni i znikały w górze. Falujący dym przemieniał wszystko co się za nim znajduje w falujące jakby było to odbicie w wodzie z szarych chmur. Malfradok pogratulował Hektorowi i wymamrotał czar Aqa Evatreatwa co znaczyło ugaś płomienie i powodowało natychmiastowe zgaszenie ognia. Talerz był zwęglony na czarno. Na szczęście w tamtej chwili nie przechodziły tędy straże. - Twoje umiejętności podwoiły się mój uczniu. – powiedział Malfradok. - Dziękuję mistrzu. Pozostało nie wiele czasu. – odrzekł mu Hektor. - Na co? – Malfradok mówił to jakby nie słyszał jeszcze o tym co miało się stać jutro w nocy. - Na ucieczkę, rzecz jasna mistrzu. Wymawiałeś to jakbyś nie słyszał jeszcze o tym planie ucieczki. - Po prostu wiele o tym nie myślałem i ta myśl wymskła mi się z głowy. Ha... ha...
Do ucieczki pozostał już tylko jeden dzień i noc. Wstali wcześniej od innych więźniów i straży. Siedzący niechlujnie na taboretach Orksowi strażnicy spali chrapiąc nie najgłośniej ale ohydnie. - To będzie dziś w nocy. Mogliśmy spać dalej. – powiedział Hektor kładąc się z powrotem na swoje siano. - Czemu by nie. W nocy musimy być na nogach. – odrzekł mu Malfradok i również położył się by dalej spać.
Tym razem obudzili się bardzo późno. Była już pora obiadu więc było sporo czasu po popołudniu. Ich śniadanie leżało jeszcze bardziej suche niż kiedykolwiek. Niebyli jedynymi, którzy teraz się obudzili. Tekor dopiero teraz wstał. Nawet nie tknęli chleba ze śniadania. Wypili tylko wodę. Tym razem zamiast trzech pajd chleba dostali sześć. Po trzy dla każdego. Kolejny raz nie wiedzieli dlaczego dostali taką… premię jedzeniową. Dlaczego podwoili rację żywnościowe? Niektórych postępowań Orksów nawet Malfradok nie mógł przewidzieć. Ale naszczęście dali im więcej i z tego powinni się cieszy– ć. Będą mięli więcej siły na ucieczkę ponieważ więzienie Orksów jest bardzo wysokie i długie. Obiad zjedli szybko i ze smakiem. Przynajmniej nie był suchy. Orksowie jakby wyczuwali, że więźniowie coś knują. - Za kilka godzin przyniosą kolację. Po niej idziemy spać. Budzimy się o pół nocy i wychodzimy. Taki mam plan. – powiedział Hektor i spojrzał na mistrza. - Jest bardzo dobry mój przyjacielu. Tym razem posłużymy się twoim planem. – odrzekł mu Malfradok. - Dziękuję mistrzu. Czuję się wyróżniony. Hektor spojrzał przez tylnie okienko i zobaczył kilkunastu Orksów zmierzających do miasta. To musieli być ci ludzie o których mówił Tekor. Było ich ponad piętnastu. Hektor nie widział w co są uzbrojeni ani co dzierżą w dłoniach. Postacie ludzi były zbyt małe. Wyglądali teraz jak jeszcze bardziej pomniejszone mrówki idące po górce z piasku w piaskownicy. W końcu zniknęli z oczu Hektora. Przynajmniej teraz był pozytywnie nastawiony do sytuacji. - Dziś w nocy znów będziemy wolni mistrzu. – powiedział Hektor. - Może. Nie zbadane są wyroki boże mój padawanie. Czasami najlepszy plan może się nie udać. Może na daremne się cieszysz albo i nie. Zobaczymy dziś w nocy kiedy przybędą tul nasi i wyrżną Orksów w pień. W tedy kiedy będziemy mieli pewność, że nikt nie wezwie straży. Wtedy możemy się cieszyć, że jesteśmy wolni. Teraz cieszmy się, że ludzi tu są i przybędą by nas uwolnić. - Tak mistrzu. Nieudane Plany i nowa nadzieja
Była już noc. Właściwie jej początek gdy Hektor się obudził. Zasnęli tuż po kolacji. Malfradok dalej spadł. Hektor siedział na przegniłym sianie. Myślał o ucieczce. Ten plan nie mógł zawieść, bo przecież nie ma nic lepszego od perfekcji. Tekor i reszta więźniów jeszcze spała a ich chrapanie rozchodziło się dudnieniem po całym więzieniu. Już teraz straże ledwo stały na nogach. Kiedy się nie śpi czas płynie o wiele dłużej. Hektor wstał i podszedł do krat. Strażnik odwrócił do niego głowę i zapytał głosem jak by przed chwilą się nachlał. - Czeeegu chceszzz? - Jestem głodny. – odrzekł mu Hektor. - Nieee dostanieeesz żarciaaa. – odpowiedział mu pijanym głosem strażnik i zasnął na stojąco w ułamku sekundy. Hektor stał dalej z twarzą przytkniętą do kraty więzienia. W głowie kłębiły mu się niezliczone setki myśli. Chciał czekać na ludzi by oni ich uwolnili a z drugiej strony chciał uciec teraz wraz ze swym mistrzem. Pora dnia była bardzo dobra by zgiąć magią kraty i udusić strażników. Potem zejść na dół i wymsknąć się z miasta kradnąc Orksowy wóz. Ta myśl była kusząca ale Hektor oparł się jej działaniu i powrócił do rozmyślania o ludziach którzy wejdą tu cicho i zaczną zabijać strażników. A potem ich uwolnią i wybiją wszystkich Orksów w całym mieście i wielkie miasto Orksów zginie. A bez niego nie mogła by już dalej ciągnąć się wojna.
Część 55 / 6
Była już prawie północ. Mistrz i inni więźniowie zaczęli się budzić. „Za niedługo powinni się zjawić rycerze” szeptano w celach. „Nie mogą nas tak zostawić”. I za niedługo na schodach do uszu więźniów doszły kroki. Były ciche. Po kilku minutach do tej części więzienia wszedł Orks generał. Strażnicy chrapali śpiąc pod celami. Nagle generał zaczął cicho nawoływać innych szeptami „Droga wolna” lub „Chodźcie”. Nagle pojawiło się więcej generałów. Było ich równo piętnastu. Strażników było dwa razy tylu. Nagle generałowie po cichu wyciągnęli miecze i ustawili się za piętnastoma strażnikami. Przyłożyli miecze im do gardeł i poderżnęli je. Potem cicho opuścili trupy na ziemię i podeszli do ostatnich strażników. Nagle jeden się ocknął i krzyknął. To wystarczyło by zbudzić całe więzienie. Generałowie szybko zaczęli uwalniać więźniów. Ale zanim zdążyli uwolnić więźniów z drugiej celi do środka wpadło wielu Orksów. Ludzie zaczęli bić się z Orksami. Krew lała się ze śmiertelnych ran Orksów lub ludzi. Po kilku minutach padło dwa razy więcej Orksów niż ludzi. Widać było, że oddział Orksów nie poradzi sobie z ludźmi. Nagle wszyscy więźniowie zaczęli brać broń i klucze komu się udało. Hektorowi i Malfradokowi, który dopiero teraz się obudził udało się zwędzić tylko broń. Ale więźniowie, którzy otworzyli bramy celi szybko zmienili się w krwawe trupy leżące na posadzce więzienia. Hektor nie mógł uwierzyć, że plan zawiódł. Teraz podwoją straże i jego plan zawiedzie. Szczerze mówiąc był rozgoryczony tym co się stało. Plan był perfekcyjny ale zawiódł, bo przecież nawet perfekcja może zawieść. Oczekiwania na ucieczkę z tego piekielnego więzienia zdały się na manowce. Ludzie wygrali z jednym oddziałem Orksów ale pozostało ich tylko dziesięciu i z tyłu wbiegł kolejny oddział Orksów i szybko wybił rycerzy w pień. Noc w goryczy, płaczu i lamentowaniu przebiegła szybko. Wczesnym rankiem zaczęto zbierać trupy. Więźniowie ze łzami w oczach patrzyli na to jak Orksowie ciągnęli trupy ludzi i ich pobratymców za nogi w dół schodów. Nawet Malfradok był wielce niezadowolony. W odróżnieniu do innych on nie lamentował z nieszczęścia tylko chodził w tę i z powrotem nad czymś myśląc. I do tego sprawdziły się obawy Hektora. Podwoili straże. - Och, gdyby nie ten głupi Orks, który się za szybko ocknął bylibyśmy już w drodze powrotnej z kraju Orksów. – powiedział załamany Hektor. - Przestań lamentować padawanie. Może jest tu jeszcze jeden człowiek, który mógł by nam pomóc. Ale potrzebuje ciszy i spokoju by móc wypatrzyć mocą kto tym kimś jest. Pamiętasz swój bandaż, którego nadal nie zdjąłeś? – odrzekł i zapytał go Malfradok. - Tak mistrzu. Tylko myślałem, że mam go zdjąć dopiero jutro. - Nie. Lepiej zdejmij go dzisiaj jeśli nie chcesz niepotrzebnie większego bólu. Hektor złapał za jeden koniec lepiącego się bandaża i pociągnął. Bandaż wyglądał jak pajęczyna z góry wyglądająca jak kora drzewa, trzymał się skóry jak rzep psiego ogona. Wszystko się kleiło a biała klejąca się pajęczyna schowana pod korą lepiła się do wszystkiego. W końcu Hektor zdjął bandaż. Na czole pozostał mu mocno czerwony klejący się ślad. Z boku głowy przy skroni pozostała tylko krwisto czerwona krecha. Rana dobrze się zagoiła. Właśnie nad tym myślał Malfradok. Potrzebował ciszy by użyć mocy wypatrzenia, by wypatrzyć osobę, która jest tu zielarzem. Wkrótce lamenty ucichły i Malfradok mógł użyć mocy. Jego moc wypatrzyła człowieka. Było ich pięciu. Byli zielarzami. Jeden z nich wyglądał mu znajomo. Przemówił więc do niego przez umysł. Chciał by tu przyszedł. Człowiek posłuchał go, nagle skierował się do wyjścia z pokoju zielarzy. - Słuchaj. Idzie tutaj mój przyjaciel zielarz. Może nas uwolnić po zmroku ale nic nie mów innym. Wyrwiemy się stąd tylko my. Będę udawać zwłoki bo on może ma pozwolenie na wynoszenie z miasta zwłok. Ty będziesz udawał mojego syna. Tutejsze prawo nie zabrania wychodzenia skazanym na zewnątrz przy wynoszeniu ciał rodziny za miasto. Wtedy uciekniemy naszym wozem. Ten człowiek ma konia. – powiedział Malfradok podchodząc do Hektora. - Tak mistrzu. I tym razem będę się modlił do Innoga by teraz się udało. – odrzekł mu Hektor. - Też mam taką nadzieję mój padawanie. Dobrze robisz modląc się do Innoga. Bóg może wszystko. Nawet wyrwać nas zza krat tego paskudnego więzienia.
Zielarz podszedł do kraty ich celi i gdy zauważył Malfradoka uradował się krzycząc i wyciągając między kratami ręce. - Malfradok! Stary przyjacielu. Ostatni raz widziałem cię zanim trafiłem tutaj! - Ciebie też miło widzieć Cenkionie! Ciekawe dlaczego ciebie posadzili jako jednego z zielarzy a mnie wielkiego czarodzieja za kratkami ich obleśnego więzienia. – odrzekł mu równie uradowany Malfradok. - Słuchaj przyjacielu. Mam bardzo ważną sprawę do ciebie. Malfradok przybliżył się jeszcze bardziej a Cenkion nastawił ucho. Czarodziej zaczął mówić o planie. Potem Cenkion tylko skiną głową mówiąc „Tak” i odszedł. - Oby się udało mistrzu. – rzekł Hektor i również przybliżył się do kraty. - On jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. – odrzekł mu Malfradok. - Ale nawet perfekcyjny plan może zawieść. - Pozytywnie nastawiony do życia mój padawanie. Malfradok był lekko podenerwowany mówiąc to zdanie. Przyszło im tylko czekać do wieczora i przygotowywać się do drogi. Plan był taki, że Cenkion przyniesie im szmatę, w którą owiną niby martwego Malfradoka i ukryją tam broń, którą przyniesie im Cenkion wraz ze szmatą. Na szczęście Malfradok znał czar na zmianę twarzy z normalnej na trupa. Użyje tego czaru kiedy Cenkion przyniesie im materiały. Tak jak powiedział Hektor gdy zaczęło zmierzchać zaczął się modlić. Minęło pół godziny odkąd Hektor zaczął się modlić i niedługo miała wybić godzina ucieczki. Hektor wstał i otrzepał spodnie z kurzu. Ale czuł się jakby dopiero wstał. Czuł że Innog dał mu siłę żeby iść. Już miało to nastąpić. Malfradok rzucił czar na siebie i jego twarz zmieniła się w tak bladą jaką ma każdy świeżo martwy człowiek. Hektor udawał jego syna mówiąc „Ojcze nie umieraj” lub „Nie odchodź, nie teraz”. Potem podszedł do krat i rzekł do strażników. - Potrzebna mi jest szmata do owinięcia zwłok. - Zara bedersz ja myiał. – odrzekł strażnik i kazał innemu iść po rzeczy.
Cenkion rzeczy miał już przygotowane a broń schowaną w płótnie. Wtedy wszedł strażnik i zabrał go do celi Hektora i Malfradoka. Otworzyli mu bramę i wszedł do środka. Potem sprawnie i szybko owinął Malfradoka szarobrązowym płótnem i razem z Hektorem wyniósł. Zeszli po schodach na dół kilkadziesiąt pięter. Hektora bolały ręce. To był jeden ze sprawdzianów siły. Malfradok wymyślał dziwne testy na różne umiejętności. Znaleźli się w gąszczu domów. Potem idąc uliczkami znaleźli się na głównej prostej drodze prowadzącej do bramy. Gdy już wyszli z miasta ogłuszyli strażników i popędzili na wóz czarodzieja. Malfradok się ocknął rozplątał i ruszyli. Na szczęście nikt nie widział jak uciekali bo ogłuszyli straż. Warg Orksów pędził szybciej od konia i można było poczuć prawdziwą adrenalinę. Pędzili tak aż miasto nie zniknęło im z tyłu. Nareszcie poza więzieniem i miastem. Po tym przeżyciu Hektor i Malfradok mieli dość Orksów na długi czas. Cenkion chyba też. Podróże po Uwolnieniu z Niewoli
Jechali już bardzo długo. Mieli do przebycia tę samą trasę tylko w drugą stronę. Więc mogli spokojnie spać. Wilk Orksów szedł bardzo szybko i do tego Cenkion zwinął mało prowiantu więc musieli oszczędzać. Jeśli mieli dojechać zanim skończy im się prowiant musieli zmusić wilka do jeszcze szybszego, rwącego z miejsca pędu. Pogonili więc wilka do pędu. Szybko zobaczyli pierwszy zniszczony ludzki obóz i pal. Pył unoszący się wszędzie, sypiący się im w oczy zmusił ich do zwolnienia w normalny krok. Jechali więc wolno nie śpiesząc się. Mieli do przebycia całą noc drogi. Hektorowi bardzo chciało się spać. Nie spał pół poprzedniej nocy i pół tej. Położył się więc na sianie i zamknął oczy. Ale tylko złe sny wiły mu się w umyśle więc nie mógł spać. Jego ostatnią złą myślą był wóz Orksów pędzący bez nikogo w środku tylko z niewidzialnym woźnicą, który raz po raz potrząsał wodzami, które przenikały mu przez niewidzialne ręce. Po tym obudził się i spostrzegł, że jest wczesne rano. Widać na złych i niezrozumiałych snach można było przespać pół nocy. Malfradok siedział już na sianie i rozmawiał z Cenkionem, który w zwiniętym z bronią małym garnuszku ważył jakiś eliksir. Jak zawsze Cenkion miał ze sobą kilka fiolek na jakiś eliksir. Od dłuższego czasu Hektor nie przyglądał się Cenkionowi. Teraz widział, że jest to stary zielarz o poczciwym wyglądzie i łysej głowie nakrytej ciemno zielonym kapturem w różne wzory liści lub drzew. Był chudy a ręce miał kościste. Nie wyglądał jakby był dobrze traktowany w służbie Orksom. Pod okiem miał lekką ranę a na palcach odciski i poparzenia. Widocznie praca zajmowała mu całe dnie i parzył się przy niej gorącymi wywarami. Jego palce przypominały ręce żywego drzewa. Kościste i twarde, sprawnie poruszały się i dobrze wiedziały, który liść wyłożony na sianie obok kociołka pochwycić i wrzucić do wywaru. Kociołek był od spodu porośnięty pędami jakiegoś umarłego kwiecia sięgającego jego brzegów. - Używają jego liści do tworzenia wywaru na rozmnażanie. Ich kobiety rodzą co dwadzieścia lat troje dzieci. Więc...- mówił Cenkion do Malfradoka. - Dzień dobry Hektorze. – przerwał Cenkionowi Malfradok. - Dzień dobry mistrzu. Słyszę, że prowadzicie pasjonującą rozmowę o rozrodach Orksów.- przywitał się i zażartował Hektor. - Słuchaj. Ta wojna trwa już ponad sto lat. Teraz pracujemy nad eliksirem, który prześlemy zielarzom w Oksorghu. Ten eliksir będzie zabijał tylko Orksów. – powiedział Cenkion odwracając do Hektora głowę. - Czytałem kiedyś o takim człowieku. Nazywał się……… Chyba Venekjosos czy jakoś tam. W każdym bądź razie on opracował taki eliksir. – powiedział Hektor - Jakże ja mogłem być taki głupi! Venekjosos. Najlepszy zielarz i alchemik we wszystkich historiach - o zielarzach i alchemikach jakie słyszałem! Malfradoku, Hektorze możliwe, że będziemy uratowani od wojny. – krzyczał z radości Cenkion. - Uspokój się Cenkionie! Zanim dojedziemy do granicy tego kraju minie jeden dzień. W dodatku kończy nam się prowiant a wioskę, w której przebywaliśmy przedtem doszczętnie spalono. – powiedział Malfradok z nieco przygnębioną miną i zaczął przeżuwać kolejny kawałek chleba. - Racja przyjacielu. A zawsze mówiłeś, że trzeba być pozytywnie nastawionym do życia. - Chyba, że wszystkie perspektywy przeżycia miały zawieść. Hektor spojrzał do tyłu i usłyszał turkot kół, warczenie i krzyki. - Orksowie nas ścigają! Zacznijmy pędzić by im umknąć spod nosów!- krzyknął Hektor. - Tak jest padawanie. – odrzekł mu Malfradok i pogonił warga. Zza pagórka wyskoczył wóz Orksów zaprzęgnięty w warga. Jechali tuż za uciekinierami. Mięli w ręku włócznie a za pasami długie zakrzywione miecze. Jeden z nich próbował dźgnąć Hektora ale ten schylił się i pociągnął za włócznie Orksa, której koniec znajdował się nad jego głową. Orks wypadł z wozu za nimi i znalazł się pod kołami. Jego ostatnim głosem był krzyk. Trzymając w ręku włócznię Orksa Hektor wstał i dźgnął nią w pierś innego Orksa. A inny siedzący obok tego dźgniętego odciął włócznię mieczem tuż przy jej końcu. Trzymając w ręku kij Hektor walnął jego końcem Orksa w głowę pozostawiając mu ślad. Orksowie mieli jeszcze wiele włóczni w wozie i jakieś paczuszki. Było ich równie wiele jak włóczni. Wozy były bardzo blisko siebie i jeden z Orksów wyciągnął miecz i skoczył na wóz czarodzieja i reszty. Nagle Malfradok podniósł z siana laskę i wyrzucił z niej potężny jaskrawo niebieski piorun, który wypchnął Orksa z ich wozu i upuścił gdzieś, dwanaście metrów za dwoma wozami. Z pewnością nie przeżył. Ale dalej na wozie było pięciu Orksów. Jeden z nich, ten z pręgą po uderzeniu kijem wstał i wyciągnął miecz choć w drugiej ręce trzymał włócznię i skoczył na wóz uciekinierów. Już miał wbić miecz Hektorowi a włócznię Cenkionowi gdy srebrzysta klinga miecza przedziurawiła mu głowę z której trysnęły stróżki czarnej krwi. Krew powoli zalewała Orksowi martwą twarz a miecz dalej srebrzyście świecący przekręcał się w niej jak kołowrotek nadal nie zalewając się czarną krwią. Krew spływała bestii na nogi gdy miecz znów znikną w tyle a Orks przewrócił się. W ręku Malfradoka lśnił miecz. Długi półtoraręczny miecz z różnymi elfickimi lub innymi znakami na klindze. Potem Czarodziej zepchną truchło Orksa z wozu. Po ułamku sekundy wóz zakolebał się mocno. Ale było jeszcze za wcześnie na radość. Za nimi na drugim wozie siedziało jeszcze czterech rozwścieczonych Orksów z mieczami i włóczniami w łapach. Nagle Orksowie rzucili włócznię w kierunku czarodzieja ale ten odepchną trzy a jedną odrzucił magią w głowę jednego z Orksów. Włócznia wbiła mu się chyba do połowy. Z głowy Orksa, który padł na tył wozu tryskała czarna krew. Kolejnych dwóch Skoczyło na wóz uciekinierów Hektor wyciągnął swój miecz i wbił go Orksowi w rękę a potem w głowę. Malfradok od razu wbił Orksowi miecz w głowę i szybko wyciągną. Orks padł na balustradkę a po chwili spadł na ziemię. Wozem znów zakolebało, bo przejechali po kolejnym trupie Orksa. Hektor dalej przekręcał miecz w głowie Orksa jakby chciał przez nią patrzeć. Krew zalała już Orksowi kolana gdy Hektor wyciągnął mu miecz z głowy i pchną za wóz. Wozem zakolebało kolejny raz. Na Orksowym wozie został tylko jeden Orks. Malfradok nie chciał się z nim cackać jak z innymi i rzucił w niego piorun. Potem Hektor wbił zakrwawiony miecz w głowę warga, który ciągną wóz Orksów. Malfradok spowolni również i ich warga do wolnego kroku. Potem zatrzymał go całkiem by przeszukać wóz Orksów. Na wozie nie było nic prócz włóczni i gorzkiego chleba. Ale naszczęście Malfradok znał czar zmieniający smak chleba. Było też tam trochę gorzkiego napoju, który po użyciu na nim czaru maga smakował jak woda. - A więc nie mamy już się martwić o nasze zapasy. – powiedział Malfradok kiedy odjeżdżali od zrujnowanego wozu Orksów. Pościg Orksów zdał się na daremne. Zostali zabici choć było ich o trzech więcej od uciekinierów. Ale tak już jest kiedy woźnicą jest wielki mag. Słońce już zachodziło więc do granicy została im nie daleka droga. Czas było położyć się spać. Hektor położył się z rękami za głową i patrzył w niebo na którym pojawiały się małe gwiazdki. Rano było jaśniejsze od innych. Malfradok był tej nocy zmieniony przez Cenkiona, który był teraz na wpół żywy.
Gdy zobaczył, że Malfradok wstał padł na siano z chęcią wyspania się. Hektor też już się obudził. Leżał teraz z otwartymi oczami na sianie i patrzył w jasne niebo. Słońce nie przeszkadzało dziś w patrzeniu w niebo choć było dziś cieplej niż w inne dni. Hektor wziął jeden chleb do ręki i szybko zjadł. Potem usiadł na sianie i zjadł następnego. Był bardzo głodny. Wiele dni nie dostawał okazji porządnie się najeść. Zjadł trzecią i czwartą pajdę chleba i jeszcze nie miał dość choć powstrzymał się od sięgnięcia po piątą kromkę. Cenkion spał już w najlepsze pochrapując lekko. Malfradok już siedział za wodzami a warg widać też domagał się snu. Jechali już długo. Było prawie południe i słońce parzyło. Hektor siedział obok Malfradoka ,który uczył go czarów i mówił kazanie o magii. - Słuchaj. Przed tobą długa droga zanim będę cię mógł zabrać do klasztoru magów w górach. Nauczyłeś się już wielu czarów podstawowych więc teraz chcę byś wysilił swą magie i pokazał mi te czary w zwiększonej sile. Naprzykład spraw żeby zrobiło się koryto w tamtej skale. – Malfradok wskazał palcem dużą skałę naprzeciwko. - Spróbuję mistrzu. – odrzekł mu Hektor. - Wypowiedz tylko Jeorytro. To proste. Zaczynaj. Hektor wypełnił swe zmysły mocą magii. Poczuł wielką siłę. Jego wysiłek nie zdał się na daremne. Kamyczki na powierzchni skały zaczęły się zapadał w wąski dołek potem ów dołek zaczynał się powiększać i powiększać. Miał już ponad dwa metry. Zaczął się poszerzać. Rów zmienił się w wielkie i szerokie koryto. Hektor przestał. Padł na siano spocony. Dyszał ciężko ale jego praca opłaciła się. W skale pozostało szerokie koryto. Malfradok pogratulował mu siły i podniósł z siana. Przejechali obok skały na której Hektor pozostawił oznakę obecności maga. Niedaleko była widoczna droga prowadząca w dół. Wjechali na nią i zobaczyli w oddali wioskę. Musiała być to wioska zielarek. Ten pęd musiał im skrócić kilka długich godzin drogi przez te pustkowia. Jednak do granicy był jeszcze jakiś kilometr a droga w dół na której przyśpieszyli nie była długa. Chwilę po zjeździe jechali trochę szybciej bo warg musiał wyhamować. Przy granicy było coraz więcej wyższych pali. Było rozstawione po lini granicy. Oczywiście nie stały na drodze tylko bo obu jej stronach. Było też więcej szkieletów. Pod, niektórymi jeszcze nawet zaschła krew nie schowała się pod piaskiem. Linia granicy była już niedaleko. Chcieli jak najszybciej wyjechać z tego obrzydliwego państwa. Po dłuższej chwili jazdy dojechali do lini granicy i bez wahania przez nią przejechali.
Jechali już obok spalonej wioski zielarek która teraz rozpadała się na części. Nie kierowali się tam skąd przybyli przedtem do wioski zielarek. Kierowali się w Niskie Góry w których jak sądził Cenkion mieszka Venekjosos. Było oczywiste, że prowiantu im wystarczy. W dodatku w Niskich Górach było wiele zwierzyny, na którą mogli polować. Góry znajdowały się jakieś dwa lub trzy kilometry od wioski. Widać je było dokładnie. Niższe od innych unosiły się jak fale Niskie Góry . Jechali więc dalej. Ścieżka żadna ich nie prowadziła. Jechali po prostu prosto przed siebie nie zbaczając z obranego kursu.
Ściemniało się a oni dalej jechali wolno. W końcu warg siadł i zwiesił łeb w dół. - Widocznie czas na postój moi mili. – powiedział Malfradok. - Ale przyjacielu jesteśmy na pustkowiu. Kto wie co może w noc się budzić ze snu. Wampiry, wilkołaki, grhakki, harpie... – powiedział z niedowierzaniem Cenkion. - Uspokój się przyjacielu. Hektor obejmie warte. To będzie dla niego drugi test wytrwałości. - Ale... Dobrze mistrzu. Obejmę wartę. Tylko zapal mi ognika bym mógł was ostrzec. - Sam się tego naucz Hektorze. Na ognika nie ma czaru. Wystarczy wskrzesić go z ognia. Wieczorem rozpal ognisko i spróbuj wskrzesić z niego ognika. - Tak mistrzu. Ale jak nie wystarczy mi sił? - Spokojnie. Zrobiłeś koryto w ponad dwu metrowej skale więc wskrzeszenie z płomieni ognika nie powinno sprawić ci kłopotów mój uczniu.
Część 66 / 6
Było już ciemno. Ognik latał dookoła Hektora siedzącego i zaspanego na sianie. Oświetlał duży teren więc Hektor mógł szybko ostrzec innych jakby ktoś się zbliżał. Ognik był mały. Wyglądał jak ognista kula z rękami i płonącym ogonem. Miał czarne skośne oczy i wielkie usta. Trójkątne kawałki magmy miały służyć jako zęby. Latał czasami z tyłu a potem wracał by patrolować przód. Dobry był z niego strażnik. Są takie ogniki co latają wszędzie i chichoczą jak gobliny czy chochliki. Gdy patrolował tył nagle lekko zachichotał. Hektor odwrócił się i zobaczył na końcu pola, które oświetlało światło ognika bestie. Była niepozorna. Stała na dwóch wilczych łapach. Dalej miała kompletnie rozczochrane futro. Głowy nie widział ale ta bestia warczała jak wilk, lub lew. Szybko zbudził Cenkiona i Malfradoka. Czarodziej chwycił za miecz i cicho powiedział do reszty. - To grhakk. Do tego dorosły. Hektorze. Łap za broń. Hektor wyciągną miecz. Bestia podchodziła coraz bliżej. Powoli z ciemności nocy wyłoniła się jej głowa. Niebyła to wilcza głowa. Była czarna. Pasowała do futra. Była to głowa czarnego lwa. Grhakk rzucił się na nich. Spadł na wóz. Hektor bez wahania wbił mu miecz w bok. Grhakk rykną i odepchną go tak mocno, że poleciał za wóz. Z mieczem w dłoni podbiegł do wozu z chęcią wdrapania się na niego z powrotem ale coś warknęło z tyłu. Był to kolejny grhakk. Szybko by od razu zabić wbił bestii w lwi łeb miecz. Potem szybko wyciągną. Na wozie leżał trup pierwszego grhakka. - Zdaje mi się, że jest ich tu całe stado mistrzu. - Jeśli tak. To zabijmy je za jednym razem. – odrzekł Malfradok i sięgną po laskę. Potem postawił ją na sianie i wymamrotał słowa: Jeneusyo krotkara menzeus rothan grhakk. Po chwili z laski wytrysnęło kilkanaście jaskrawo niebieskich piorunów i walnęło wszystkie grhakki jakie stały przy wozie. Grhakki szybko padały spalone uderzeniem pioruna. Spalały się jarząc się na niebiesko. Piorun miał potężną siłę. Grhakki popadały spalone na ziemię a światło, którym się jarzyły zgasło. Gdy było już po wszystkim Hektor zapytał. - Co znaczyło to zaklęcie mistrzu? - Gdyby przetłumaczyć to na nasz język to brzmiało by to: Grom boski znajdź i zabij grhakki. – odrzekł mu Malfradok. - Dziękuję mistrzu.
Noc szybko minęła. Oczywiście nie dla Hektora. Gdy tylko Malfradok siadł za wodzami padł na siano i błyskawicznie zasną. Gdy wstał to po długiej chwili zorientował się, że jest środek dnia. Jechali dalej. Góry bardzo się zbliżyły. Byli niedaleko podnóża. Gdy już dojechali do podnóża zobaczyli pod kilkunastoma średnimi wielkościowo kamieniami człowieka. Był martwy. Miał rozciętą nadal krwawiącą skroń. Oczy miał kompletnie białe. Gardło miał zakrwawione jak prawy policzek. Wargi miał popękane. Ręka wystawiona do góry trzymała mocno zakrwawiony na czarno miecz. Kamienie zakrywały tylko nogi. W brzuchu sterczał mu w pół złamany sztandar Orksów. Druga połowa zakrywała mu tors. Była przekrwiona. Widocznie tor był w jeszcze gorszym stanie niż reszta ciała, nie licząc nóg. Usta miał dalej rozwarte jakby dopiero co krzyczał na całe gardło „POMOCY”. Kto mógł go tak urządzić mistrzu?- zapytał Hektor i spojrzał pytająco na Malfradoka, który dalej patrzył na trupa. - Z pewnością Orksowie mój uczniu. – odrzekł mu - Malfradok. - Orksowie nie łamali by swego sztandaru. - Mogli to zrobić ludzie, którzy tędy przechodzili. Lub grhakki. Nie wiem. Ale z tego powodu trzeba się mieć na baczności. - Tak mistrzu. Trzeba uważać na wszystko. Pojechali w górę. Powoli ciało znikało im z widoku. Jechali nadal po pochyłej drodze wypatrując bestii lub innych trupów. Bo im ich więcej tym bardziej trzeba się mieć na baczności. Jechali więc dalej patrząc nadal. Wjechali na prostą ścieżkę ale po chwili znów na pochyłą. Góry te składały się właśnie z takich ścieżek. A jak wjechało się na szczyt to był spad w dół i kolejna podróż na następną górę. Szczyt nie znajdował się bardzo wysoko. Ale za to znajdował się tam kolejny trup. - Widać, że Orksowie nie próżnowali z zabijaniem w tygodniu.- powiedział Malfradok. Trup również był człowiekiem. Leżał na brzuchu. Głowę miał wykręconą do tyłu. Patrzył się na nich wytrzeszczonymi i przerażonymi oczami. Usta miał rozwarte. Kark i włosy miał kompletnie zakrwawione. Plecy miał podziurawione jakby przed chwilą ktoś powbijał mu w nie kolce. Dłoń z wyciągniętej do przodu prawej ręki miał odciętą. Nie był to najlepszy widok. Szczerze mówiąc Hektorowi chciało się już wymiotować. Jeszcze nigdy nie słyszał o tak brutalnych i krwawych mordercach. Cenkion nawet nie podniósł głowy. Widać miał zbyt słaby żołądek na takie widoki. - Jeśli spotkamy jeszcze kilka takich trupów musimy koniecznie zboczyć ze ścieżki. – powiedział
- Malfradok. - Dlaczego mistrzu. – zapytał go Hektor i znów spojrzał na niego pytającym wzrokiem. - Jeśli tych ludzi zabiła jakaś bestia ta ścieżka prowadzi wprost do jej gniazda. - I dobrze. Więcej nie będzie zabijać ludzi jeśli ją spotkamy. - Jesteś zbyt pewny siebie mój padawanie. W walce z taką bestią może zginąć jeden a drugi lub trzeci może przeżyć. Możesz to być ty, ja lub Cenkion. Kiedyś byłem na wyprawie z moim przyjacielem. On też był potężnym magiem. Natknęliśmy się na gniazdo Pełzarnicy. On chciał walczyć. Więc walczyliśmy i w najbardziej nie oczekiwanym momencie miecz Pełzarnicy odciął mu głowę. Więc nie chcę takiego zdarzenia więcej. Rozumiesz padawanie. - Tak mistrzu. Jechali więc dalej wypatrując jeszcze dokładniej trupów i bestii. Na następnym szczycie również leżał trup. Teraz nie było już wątpliwości. Ścieżka, którą obrali prowadziła wprost do gniazda jakiejś bestii. Trup był cały zakrwawiony. Również był człowiekiem i również leżał na brzuchu. Karku nie miał skręconego ale zakrwawione włosy same świadczyły o wyglądzie jego twarzy. Hektor odwrócił się i poszedł za wóz. Potem zwymiotował. Gdy już wrócili na wóz. Zboczyli ze ścieżki. Jechali teraz w lekkim nachyleniu w prawo. Jechali z górki ale nie było niepotrzebnych turbulencji przy zjeździe. Naszczęście też nie spotkali tej bestii, która tak zmasakrowała tych biednych ludzi. Według Cenkiona Venekjosos powinien mieszkać gdzieś w wyższych częściach góry więc przed nimi długa droga.
Słońce do połowy skryło się za czerwonym nieboskłonem. Jego światło padało teraz na wyższe partytury gór. Niektóre gwiazdy już pojawiły się choć były tak blade, że nie można ich było dokładnie zauważyć. Jechali więc dalej. Nie wyglądało aby księżyc chciał się wznosić. Słońce też jakoś wolniej kryło się za górami. Drogi nic im na razie nie zakłóciło więc nie byli zbyt pewni czy jeszcze coś zakłóci im drogę do Venekjososa. Minęło pół godziny i dopiero wtedy księżyc jakby zaspany wyszedł zza horyzontu i wolno wlekł się w górę nieba by zasiąść tam jak król nieba nocą i zasnąć by gdy zaświta poranek ustąpić miejsca królowi nieba jaśniejącego dnia. Słońcu.
Było już ciemno gdy gdzieś w cieśninie między górami, Malfradok oświetlając sobie drogę ognikiem, zatrzymał się. Zdaniem Malfradoka było to dobre miejsce na pobyt. Tej nocy wartę miał objąć Cenkion. On na pewno ich zbudzi gdy zobaczy cokolwiek większego od psa. Zasnęli szybko zostawiając na warcie Cenkiona. Krążył nad nim ognik stworzony wcześniej przez Hektora. Cieśnina była naprawdę wąska. Zmieścił się w niej tylko warg. Dalej cieśnina zwężała się coraz bardziej. Było już bardzo późno gdy ognik podleciał dalej i zakwilił coś swoim głosem. „ Z pewnością wyczuł jedną z tych cholernych bestii” pomyślał Cenkion i zbudził Malfradoka i Hektora. Po chwili ognik z głośnym piskiem rozdarł się na trzy części i znikł. Bestia wyłaniała się z ciemności powoli. Jej nogi przypominały lwie. Wyżej ujrzeli czarny ogon w żółte cętki. Pazury kończyły mu się u kolan a ręce miał w paski jak tygrys. Głowę również miał lwa. Nagle Malfradok krzyknął sięgając po laskę. - Tygrorak! Potem zaczął celować w Tygroraka różdżką a gdy już wycelował rzekł głośno. - Senea Raerw Orearno! W języku Wanellawórw – jednych z zapomnianych plemion wojowników z dawnych dziejów znaczyło to „Pioruny nieba zabijcie!”. Tak też się stało. Po chwili gdy Tygrorak przygotowywał się do skoku na wóz w lwi łeb walną go piorun rozświetlając ciemność nocy jaskrawo niebieskim światłem. Łeb rozwalił mu się na części. Rozprysną się pozostawiając tylko kark z którego strumieniami lała się ciemno czerwona krew. Ciało Tygroraka przewróciło się na bok i Malfradok odłożył na siano laskę a po chwili powiedział. - Mam nadzieję, że więcej nam się to nie zdarzy. - Też mam taką nadzieję mistrzu. – odrzekł Hektor. - I mam nadzieję, że... już niedaleko. – rzekł po chwili Hektor. - Spokojnie padawanie. Jeśli szybko będziemy jechać to być może następnej nocy będziemy spać i normalnej, ludzkiej chacie. – odrzekł mu Malfradok. Myśli Hektora walały się po jego głowie a jego umysł nie mógł ich okiełznać. Nie wiedząc dlaczego myślał tylko o jednej rzeczy. Dlaczego tyle się na trudzili by przybyć tu. Venekjosos
Na środku płaskowyżu na szczycie najwyższej góry stała chata. Była wysoka. Miała dwa piętra i była drewniana. Dach miała trójkątny. Na jego szczycie wystawał wysoki ceglany komin, z którego unosiły się kłęby szarego dymu. Okiennice były zamknięte a drzwi zaryglowane. Z pewnością była to chata Venekjososa. Cenkion był tego dnia wyraźnie podekscytowany. Myśl, że spotka legendarnego alchemika, którego czyny opisywane były w wielkich alchemicznych księgach, wzbudzała w nim wielkie podekscytowanie. Malfradok miał zaś spokojną minę, jak zwykle. Jego twarz nie była ani smutna ani uśmiechnięta. Nie dało się określić wyrazu twarzy Malfradoka. Zagadkowy... zamyślony. Z twarzy maga niekiedy da się wyczytać co myśli. Do tego ta fajka, którą zapalił z samego rana. Jeszcze bardziej podkreślała to, że wyraz twarzy Malfradoka jest niezrozumiały. Hektor miał twarz wyglądającą na zadowoloną. W końcu mógł odetchnąć z ulgą. Dojechali do pierwszego cywilizowanego miejsca. Choć miał małe wątpliwości. Jak taka mała chata mogła przeżyć w górach w których jeżyło się od wielkich i groźnych, krwiożerczych bestii? Ale jedno było pewne. W tej chacie nie będą narażeni na większe niebezpieczeństwo.
Coś migotało dookoła chaty w odległości dwóch metrów. Na ziemi wokół całej chaty był na ziemi wyryty krąg. Malfradok wiedział co to jest i zaczął mówić Hektorowi. Czasem nauka przestawała przypadać mu do gustu. A szczególnie dziś. Hektor w ogóle nie miał ochoty na naukę. Choć marzył o znalezieniu się w klasztorze magów w czerwono – czarnym stroju, laską w ręku i mieczem za pasem. Po chwili migoczące światło znikło i Malfradok pojechał dalej. Zatrzymali się obok drzwi odwróceni w lewo. Zsiedli z wozu i podeszli pod drzwi. Kołatka miała wygląd głowy lwa układający się w koluszko. Była ze srebra. Malfradok zapukał trzy razy. Drzwi otworzyły się natychmiast. Stał w nich staruszek. Miał około siedemdziesięciu pięciu lat. Siwa broda spadała mu na tors a na głowie miał jeszcze kilka siwych włosków. W ustach trzymał dymiącą fajkę. Nie opierał się o laskę, stał wyprostowany jak młody człowiek. Był chudy, ręce miał kościste a oczy zielone. Za pasem miał kilka połatanych sakiewek, nóż i sierp. W ręku trzymał kilka zszarzałych listków kruszących się. - Witam panów. – powiedział Venekjosos i pozdrowił Malfradoka ukłonem. - Witam. Jestem Malfradok a to mój padawan. Hektor. – odrzekł Malfradok wskazując na Hektora ręką. - Witam. Jak pewnie się domyślacie jestem Venekjosos. Proszę wejdźcie. - A ja jestem Cenkion. Miło mi poznać. – powiedział Cenkion wychodząc zza Hektora i Malfradoka. Weszli do środka. Dom był czysty. Na prawo znajdowały się schody na drugie piętro domu Venekjososa. Z tyłu w ceglanym kominku…