Dla dzieci · 9 min czytania
Czarodziej i Zosia - opowiadanie III
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Zosie obudził zapach smażonych jajek i pieczonej szynki. Obie dziewczynki uwielbiały szynkę, szczególnie tą którą robiła mama. Wdziały szybko szlafroki i pobiegły do kuchni, z nadzieją, że uda się im coś przekąsić za nim jedzenie wyląduję na talerzach, lecz Justyna kazała im pójść najpierw do łazienki.
Chwilę później, cała czwórka zasiadła przy stole na ogrodowym tarasie. Wiatr delikatnie kręcił włosy Zosi, czarodziej wiedział, że to nie przypadek, szczególnie, że włosy drugiej córeczki wiatr w ogóle nie zaczepiał. Rozumiał, że będą musieli opuścić na jakiś czas dom, musieli udać się w Popielate Góry, gdzie moc dziewczynek nie wyrządzi większych szkód, biblioteka nie była najlepszym miejscem do kontynuowania nauki, za dużo wokół łatwo palnego papieru.
- Sami nie pojedziecie, idę z wami – powiedziała Justyna. - Ale kochanie, to tylko kilka dni, wrócimy w sobotę – rzekł Wacław opuszczając oczy w dół, co zwykle znaczyło że kłamie. - Jasne, już ci wierzę, wrócilibyście za miesiąc, już ja dobrze wiem co tam knujesz. Idę z wami i kropka.
Misia bawiła się ostatnim kęsem szynki, kiedy nad stołem przeleciał bąk. Próbowała go przepędzić dłonią i wtedy nad jej głową pojawił się ognisty sznur, który po chwili opadł i podpalił obrus. Mama szybkim ruchem odciągnęła za krzesła dziewczynki, a potem wylała lemoniadę gasząc w ten sposób pożar.
- Beze mnie nie dacie rady dojechać nawet do Czerwonego Młyna za zakrętem, a co dopiero do gór – zaśmiała się Justyna. - Dobrze już, dobrze możesz jechać z nami. - Wcale nie pytałam o zgodę – powiedziała, po czym udała się spakować rzeczy potrzebne do podróży.
Wacław zaprzągł wołu do wozu i załadował pakunki, które przyszykowała jego żona. Ruszyli, gdy tylko Justyna upewniła się, że dom jest zamknięty i dobrze zabezpieczony. „Tak jakby na tym odludziu, ktoś próbował ich ograbić” - myślał złośliwie czarodziej, ale nie powiedział tego głośno, bo wiedział że dla kobiety bezpieczeństwo jest bardzo ważne, zresztą nie chciał się narażać na jej marudzenie.
Część 22 / 2
Dziewczynki usiadły wygodnie z tyłu, na pierzastych, bordowych poduszkach. Wyobrażały sobie, że są królewnami, które jadą na wielki bal. Cieszyły się z podróży, rzadko opuszczały pustkowia i dom, tu nawet goniec rzadko zaglądał, od czasu kiedy bibliotekarz poszczuł go niechcący, przywołanym lwem.
Teraz to samo zwierze zostało aby przypilnować ich majątku. Strażnik pochodził z jednej z książeczek przygodowych i świetnie się sprawiał w roli ochroniarza. Co prawda mało mówił, ale za to był bardzo lojalny, no i jego usługi nie kosztowały zbyt wiele, lew lubił dobrze zjeść, a w spiżarni pod biblioteką było zawsze pełno dobrego jedzenia.
Wóz minął Czerwony Młyn, stał on na granicy pustkowia i oznaczał granicę posiadłości czarodzieja i jego żony. Dalej mieściła się kraina ludzi i Wiedźmowy Las.
- Tato, czy w tym lesie mieszkają czarownice? - zapytała Misia po przeczytaniu drewnianej tablicy z nazwą tego przedziwnego lasu. - Nie, dawno pozbawiłem mocy ostatnią z czarownic, w lesie nie ma już nic strasznego. Kiedy byłem młodszy wyczyściłem ten teren z plugastwa, które nawiedzało miejscowych wieśniaków mieszkających nieopodal. - A to na drzewie, to dziwne zwierze to co to? - zapytała Zosia, kiedy spostrzegła, kudłatego stwora na olbrzymim orzechowcu. - To tylko kudłatek, te stworzenia są bardzo ciekawskie, ale nieśmiałe, choć bardzo przyjacielskie. - Opowiadał dalej Wacław. - Nie bójcie się, to kudłatki dostarczają nam orzechy, grzyby i jeżyny – powiedział mama – czasem jak dam im trochę ciastek, to przynoszą pyszne pstrągi, od lat z nimi handlujemy, bardziej uczciwych handlarzy nie sposób znaleźć na całym świecie.
Nagle, w samym środku lasu, pojawił się zakapturzony człowiek. W ręku trzymał kij, którym podpierał swoje zmęczone podróżą nogi. Jego szata wskazywała, że łączyła go niegdyś więź z Zakonem Smoka, który prowadził stu letnią wojnę z tutejszym królestwem. Dziewczynki bardzo dobrze znały historię królestwa i Zakonu, wiedziały, że to ich tata pozbawił mocy smoczych wojowników, wykradając klejnot i ujarzmiając jego moc. Był to ten sam klejnot, zakopany pod wieżą.
- Czego tu szukasz wędrowcze? - zapytał czarodziej marszcząc brwi i chwytając kostur. Obawiał się podstępu, czcicielom smoka nie wolno było ufać. Idę w góry, podobno obudził się Drako, czarny władca tej doliny. - To nie możliwe, bestia spoczęła na dnie jeziora, uwięziona…