Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 12 min czytania

Czarownica Rozdział VII

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kiedy dochodziła do bramy, dostrzegła, w połowie skrytą za płotem, Ewelinę. Szła dosyć szybko jakby się spieszyła, co było dziwne, nie tylko dla ludzi z tego miasta, ale chyba dla wszystkich innych małych miasteczek, gdzie pomimo zacierania się wszelkich różnic pomiędzy metropoliami a takimi miejscowościami, jedynie tempo życia pozostaje na niezmiennych zasadach; ludzie tu w zasadzie są flegmatykami, a możliwość spotkania ich w biegu do czegoś była równa prawdopodobieństwu spotkania Tyranozaura Rexa cierpliwie czekającego w kolejce w dziale mięsnym. Chyba że ona uciekała? Przed czym? Przede mną? Czy ta dziewczyna, która jeszcze wczoraj rozmawiała ze mną jak z każdą inną kobietą, dziewczyna z którą nawiązała pierwszą znajomość w tym mieście, znajomość bez uprzedzeń, bez podejrzeń o czary, miałaby teraz przede mną uciekać? Jeszcze wczoraj śmiały się z zabobonów, tylko że od wczoraj wiele się zmieniło, a ona z całą pewnością słyszała o kocie tych dzieciaków. Masz paranoją — pomyślała i przyspieszyła krok. — Ewelina!— zawołała, uniosła rękę, jakby same słowa nie wystarczałyby zwrócić na siebie uwagę. — Zaczekaj. Dziewczyna zatrzymała się, choć wyraźnie było widać, że robi to wbrew sobie. Wciąż stała odwrócona tyłem do Barbary i tylko spuściła wzrok z zakłopotaniem, jak rabuś przyłapany na kradzieży i czujący z tego powodu wstyd. Nie tak to zaplanowała. Chciała stąd jak najszybciej odejść i z całą pewnością nie miała najmniejszej ochoty na rozmowę z tą kobietą, nie miała ochoty na to by spojrzeć jej w oczy. Nie po tym wszystkim co stało się wczoraj. Nie po tym co przytrafiło się Mateuszowi. Czy ona miała z tym coś wspólnego? Nie. Nie, albo może nie? I choć rozsądek dyktował jej jednoznaczną odpowiedź, to jednak jako matka, dopuszczała do myśli istnienie owego „może”, które zmieniało tak wiele, a zwłaszcza jeśli to „może” stawało się bardziej niż tylko prawdopodobne. Jednak bez względu na wszystko, była matką, a będąc matką nie mogła być racjonalistką; była matką i najważniejsze staje się dla niej dziecko (Mateusz) i nawet najmniejsza, najbardziej bezsensowna i bzdurna wątpliwość, w trosce o jego bezpieczeństwo to jest więcej niż tylko może. Dla matki nie ma „może” — i zrozumienie tego nie przychodzi z wiekiem, ale z chwilą macierzyństwa, z chwilą, kiedy płód w jej ciele zaczyna się rozwijać, kiedy zaczyna oddychać i wykonywać swoje pierwsze ruchy; zrozumienie tego przychodzi w chwili, kiedy opływając zimnym potem i wciąż mając jeszcze w pamięci trudy i zmęczenie porodu, bierze się do rąk i przytula się do piersi nowe życie, to które do niedawna stanowiło jedno nierozerwalne życie z matką. Od tej chwili ze słownika matki musi zniknąć „może”; „może” nie ma już prawa bytu, pozostają tylko barwy białe i czarne, a to co do tej pory było „może” teraz jest teraz przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Żal jej było Barbary, zwłaszcza jeśli nie miała racji, ale i racja i żal nie miały tutaj żadnego znaczenia, leżały na jednej szali i nie miały najmniejszych szans w porównaniu z dobrem dziecka. Barbara otwierając furtkę, zauważyła, że na jednej z dranek był zawieszony zielony kamień (talizman) ten sam, który wczoraj podarowała Sebastianowi. Skąd się tu wziął? To oczywiste. Zawiesiła go, zawiesiła go tu i chciała stąd odejść (zwrotu można dokonać do czternastu dni, bez podawania przyczyny). Teraz już wszystko było dla niej jasne. Zdjęła talizman i przez chwilę trzymała go na otwartej dłoni. Zacisnęła usta. Poczuła, że wraz z wypuszczanym przez nos powietrzem, wypróżniają się z niej wszelkie uczucia, pozostawiając jedynie jej cielesną powłokę i tę bolesną pustkę. Potrzebowała jeszcze kilku sekund, by z jej ust wydobyły się słowa: — Ten talizman był dla Sebastiana. Nie chciałam byś go przynosiła z powrotem. Ewelina odwróciła się. — Chciałam ci to oddać — powiedziała i mimo że stały od siebie w odległości kilku metrów to jednak wyraźnie unikała spojrzenia w jej oczy. — Po prostu oddać i nic więcej. Nie chcę żeby Sebastian to nosił, nie chcę żeby to było w moim domu, czymkolwiek to jest i… — Chodzi ci o tego kota, prawda? — przerwała jej i zaczęła się do niej zbliżać. Ewelina jednak odpowiadała na każdy jej krok, dwoma swoimi. Barbara zauważyła to. Zatrzymała się. — Pozwól mi to wytłumaczyć. Nie zabiłam tego kota, przysięgam ci. Chciałam mu uratować życie. — Nie obchodzi mnie to — jej oczy zaczęły błyszczeć i rzeczywiście nie obchodził jej jakiś głupi kot; nie obchodziło jej nawet milion kotów, dla niej ważny był Mateusz, a nie jakieś głupie zwierze. — Błagam cię, uwierz mi — Barbara kontynuowała, jakby w ogóle nie zwracała uwagi na broniącą się przed każdym dźwiękiem jej słów Ewelinę. — Nie wiem dokładnie jak do tego doszło, chociaż scenariusza można się z łatwością domyśleć. Byłam w domu stałam nad czajnikiem i z niecierpliwością czekałam aż woda zacznie się gotować. Miałam zamiar napić się gorącej herbaty, usiąść w fotelu i zagłębić się w jakiejś książce. W momencie kiedy woda zaczęła wrzeć i chwyciłam za ucho czajnika, usłyszałam głośny jak wycie syreny dźwięk klaksonu i przeraźliwy pisk opon, który słyszy się jeszcze długo po tym, kiedy już w rzeczywistości zniknie. Ręka mi drgnęła i połowę wrzątku rozlałam na blacie stołu i tylko cudem nie poparzyłam przy tym samej siebie, ale wtedy wcale o tym nie myślałam; odłożyłam czajnik z powrotem na swoje miejsce i podbiegłam do okna. Najpierw mój wzrok pokierował się w ślad za odjeżdżającym samochodem, nie wiem jaki to był samochód, nie znam się na ich markach, nie mam nawet prawa jazdy. (Uśmiechnęła się do siebie) Dostrzegłam tylko że był…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%