Horror · 11 min czytania
Czarownica Rozdział XVI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przez kilka minut stał nieruchomo jak kamienny posąg, ze zwisającą wzdłuż ciała ręką, w której trzymał zakleszczoną słuchawkę telefonu, z której teraz płynął jedynie ciągły sygnał, rozłączonego połączenia. W głowie niczym echo niosące się pośród górskich szczytów, rozbrzmiewały mu słowa Mariusza: „Mateusz nie żyje.” Nastąpiła po nich krótka przerwa, jakby jego rozmówca chciał oswoić Zbyszka z tą myślą, po czym dodał: „Chcę, żebyś mi pomógł; żebyś mi pomógł ją zabić. Pomóż mi pomścić mojego wnuka.” Oczywiście, że się zgodził, choćby dlatego że chodziło tu nie tylko o Mateusza i nie tylko o wieloletnią przyjaźń z jego dziadkiem, ale chodziło tu również o jego samego, o jego sklep, który był teraz jedynie bezużytecznym zgliszczem; chodziło tu o to czego sam nigdy nie potrafiłby zrobić, na co zawsze brakowałoby mu odwagi. No i chodziło o Elwirę, może nawet przede wszystkim chodziło o nią i o to czym się stała od chwili pożaru. Odłożył słuchawkę na widełki i powolnym krokiem wszedł w głąb pokoju; okrążył dębowe biurko, oparł na nim dłonie i pochylił głowę, niemal dotykając głową klatki piersiowej. Zamknął oczy i pomyślał o dniu sprzed piętnastu lat, kiedy leżał wraz z nią, głęboko schowany pod kołdrą, gdzie ich ciała wciąż oplątywały się wzajemnie. Delikatnie stopą gładziła jego nogi. Wsłuchiwali się w świat wiatru i odgłos zamieci śnieżnej, która od kilku godzin szalała za oknem. Była już późna noc, ale żadne z nich nie wiedziało która jest dokładnie godzina i nic ich to nie interesowało. Wtedy po raz pierwszy od dłuższego czasu zapomnieli o całym świecie i byli jedynie dla siebie, co po kilkunastu latach małżeństwa było czymś niebywałym. „Chcę prowadzić sklep” — powiedziała szeptem. „Zwariowałaś — myślał, że jego żona żartuje i w ogóle nie brał na poważnie jej decyzji. Prowadził warsztat samochodowy i nie miał powodów by narzekać na swoje zarobki. Ale ona nie żartowała i Zbyszek po tych kilku latach małżeństwa, powinien to od razu wyczuć, a wtedy daremny byłby jego trud włożony w przekonanie żony, jak bardzo to nierealny pomysł. — Musiałbym zamknąć warsztat — powiedział — sama wiesz, że nie stać nas na prowadzenie dwóch interesów na raz” „Nie masz doświadczenia, a poza tym Koźmińscy prowadzą w tym mieście sklep od pokoleń; ludzie będą chodzić tam, a nie do ciebie. Nie pomyślałaś o tym, prawda? Nie można wygrać z ludzkimi przyzwyczajeniami.” „Chcę coś mieć, nie rozumiesz tego? — odparła. — Chcę coś zbudować od samego początku.” Odwróciła głowę i wpatrywała się w mroczny sufit, tylko po to by Zbyszek nie zobaczył jej łez gromadzących się w kącikach oczu. „Ty tego naprawdę nie rozumiesz — kontynuowała, próbując powstrzymać drżące wargi. — To ja jestem niesprawną żoną, a nie ty. Ty mógłbyś mieć dzieci z każdą inną kobietą, mógłbyś poczuć jak to jest być ojcem, a ja tego nigdy nie doświadczę, nigdy nie poczuję się matką, nie będę wiedziała jak to jest dać życie, patrząc jak ono rośnie, jak staje się dojrzałe. Ja nigdy tego nie poczuję, dlatego chcę mieć ten sklep. Mówisz, że nie mam doświadczenia, ale która matka je ma, kiedy pierwszy raz rodzi? A ile z nich wychowuje wspaniałe dzieci i ile razy czują dumę, kiedy na nie patrzą? Nie pomyślałeś o tym, że i ja chciałabym poczuć coś takiego?” Otworzył oczy. Patrzył na porozrzucane na blacie biurka papiery, głównie rachunki z hurtowni, stare faktury i nigdy już niezrealizowaną listę zamówień. To wszystko to już tylko śmieci, bezwartościowy produkt zmielonego drewna. Odpiął dwa górne guziki koszuli i zdjął z szyi niebieską smycz z zawieszonym na niej złotawego koloru kluczem. Uchwycił go pewnym, mocnym uściskiem pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym; włożył go w zamek i przekręcił z niebywałą łatwością. Puścił klucz; odsunął krzesło na tyle, aby z łatwością na nim usiąść. Kiedy zajął już miejsce, palcami obu dłoni uchwycił szufladę od spodu. W końcu się zgodził, ale zastrzegł, że poczekają z tym do wiosny. Był dwudziesty piąty kwietnia 1991 roku, śnieg jeszcze zalegał tworząc to tu to tam białe wysepki, a temperatura rzadko przekraczała 15˚C, mimo że słońce świeciło jasno — tego właśnie dnia Zbyszek podpisał umowę sprzedaży garażu, w którym prowadził warsztat; dwa dni później zaciągnął pożyczkę, pod zastaw domu i dnia 23 kwietnia dziecko Elwiry zostało poczęte. 10 października Elwira w obecności swojego męża i pięcioosobowej grupy gospodyń domowych, o godzinie siódmej trzydzieści przekręciła klucz, nacisnęła klamkę i po raz pierwszy otworzyła sklep — swoje dziecko, swoje spełnienie marzeń. Odsunął szufladę i jej mroczne wnętrze zalało światło, padające z zaświeconej lampy, samotnie wiszącej na białym suficie. Interes szedł kiepsko; ponosili jedną stratę za drugą. Towary traciły daty ważności więc zjadali je sami, a resztę wyrzucali w kontener. Przyszła zima. Między Zbyszkiem a Elwirą nie układało się już tak jak rok temu. Coraz rzadziej z sobą rozmawiali i unikali rozmów z sobą, choćby po to by uniknąć wykrzykiwania sobie wzajemnie alfabetu wulgaryzmów. Ona wciąż kochała tren sklep, a on nienawidził go i przez niego coraz bardziej zaczynał nienawidzić Elwirę, zaczął więc już rozważać możliwość postawienia jej ultimatum: „albo ten sklep, albo my kochanie niestety, ale nie ma innego wyjścia.”…