Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 21 min czytania

Czarownica Rozdział XVII

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nienawidził kobiet właśnie dlatego, że jedną z nich pokochał zbyt mocno i do dzisiaj, mimo że minęło już dwadzieścia lat, nie potrafił o niej zapomnieć. Miał czterdzieści dwa lata coraz rzadsze, siwe włosy — zaczął siwieć już w wieku trzydziestu lat zgodnie z tradycją rodzinną; wcześnie osiwiał jego ojciec i jego ojciec, więc kiedy Jacek przekroczył trzydziesty rok życia, jego włosy również pokryły się srebrzystym kolorem. Zresztą i bez tego zawsze wyglądał na starszego niż był w rzeczywistości, tak było od najodleglejszych czasów jego dzieciństwa, później młodości — nawet golić zaczął się wtedy, kiedy większość jego rówieśników nie wiedziała jeszcze czym jest żyletka — i dzisiaj również niewielu wiedziało, ile tak naprawdę ma lat. Zazwyczaj na pierwszy rzut oka, dodawali mu dziesięć, piętnaście lat więcej, a on nie zawsze wyprowadzał ich z błędu; może łatwiej było mu się przyznać do kilkunastu lat więcej, niż do takiego zużycia własnego ciała. Był wysoki, szczupły o pomarszczonej twarzy i podkrążonymi oczami. Miał twardy metalowy głos, którym co raz to wydawał niewyraźne pomruki, siedząc w starym fotelu i trzymając w dłoni napełnioną do połowy wódką szklankę. Miała oczy jak sarna — pomyślał nalewając wódki ze świeżo otworzonej flaszki, którą następnie postawił obok pustej, samotnie do tej pory stojącej na pobrudzonym obrusie. Zamknął oczy i opróżnił szklankę jednym tchem. Z hukiem odłożył ja na stół i po chwili jej kurczowego ściskania, powiedział: — Chciałbym cię nienawidzić. I to była jedyna prawda w jego nędznym życiu. Chciał ją nienawidzić ze wszystkich swoich sił, ale nie potrafił tego zrobić; nie potrafił jej nienawidzić, bo ona miała oczy jak sarna i miała piegi na plecach, i włosy czerwone jak niebo w czasie zachodu, i on ją kochał choć miał dopiero dwadzieścia dwa lata i wydawało mu się, że o miłości wie już wszystko, ale tak naprawdę nie wiedział nic; nie wiedział wtedy tak samo zresztą jak nie wie teraz — kiedy ma czterdzieści dwa lata i jego czarne włosy zaczynają się przerzedzać, jednak najgorsze było to, że już na zawsze zostanie głupcem, bo tylko głupotą można usprawiedliwić uczucie; wszystko inne to tylko puste słowa, piękne jak sen, ale jak sen, który wyrósł na gównie. Nie wiedział o miłości nic — choć wydawało mu się, że coś wie. Wiedziała za to ona, kiedy mówiła mu: „Ja go nie kocham” — a on jej wierzył, bo ona była jego pierwszą dziewczyną i była tą, z którą stał się mężczyzną i była pierwszą, bo przed nią nie było żadnej, która powiedziałaby mu, że go kocha; nie było jej przez dwadzieścia dwa lata i dopiero ona jedna, ta ruda dwudziestosześciolatka powiedziała mu to wszystko, a on wtedy zapomniał o jej mężu, który harował w pocie czoła i zapomniał o jej dziecku i o wszystkim innym co było między nimi. Był tylko on i ona, i szum fal, i bryza wpadająca do małego motelowego pokoju, w którym leżeli na podłodze obok łóżka, okryci swymi nagimi ciałami. On okręcał jej włosy na palec, a ona czule głaskała jego owłosioną klatkę i szeptała mu do ucha słowa: „Kocham cię”. „To niesprawiedliwe” — powiedział. „Co jest niesprawiedliwe?” — podniosła się i spojrzała na niego swymi piwnymi oczyma, świecącymi jak reflektory nadjeżdżającego w pędzie samochodu. „To wszystko — odpowiedział, usiadł na łóżku i podniósł z niego paczkę papierosów i pudełko zapałek. Zapalił papierosa, ogarnął wzrokiem cały pokój; wypuścił dym w stronę sufitu. Spojrzał na Dominikę, która wciąż leżała u jego stóp. — To wszystko jest niesprawiedliwe: to miejsce, ten pokój, to co jest między nami. To jest niesprawiedliwe, że ten dzień się skończy, przyjdzie noc, będziemy się kochać, a rano stąd wyjedziemy i ty znów będziesz ze swoim mężem, będziesz kołysać swoje dziecko do snu, a ja będę gnił samotnie w moim jednopokojowym mieszkaniu z zapleśniałymi ścianami i pozostanie mi tylko myśl o tobie, którą się będę katował. To jest właśnie niesprawiedliwe.” Odwróciła głowę w drugą stronę, źrenice jej drżały, a kiedy zacisnęła powieki, spod jej rzęs wypłynęła pierwsza łza. „Czyli uważasz, że ja też jestem niesprawiedliwa? — Nie otworzyła oczu, nie odwróciła głowy, wciąż unikała spojrzenia na niego. — Śmiało możesz to powiedzieć, możesz to powiedzieć głośno, w końcu jestem ta bezduszna, że w ogóle mnie to nie będzie bolało.” Jacek gasił papierosa na deserowym talerzyku, między jednym a drugim niedojedzonym kawałkiem, czekoladowego tortu. Zszedł z łóżka i przykucnął obok niego. Wahał się przez sekundę, nim wyciągnął dłoń i delikatnie dotknął jej ramienia. „Wiesz, że nie to miałem na myśli.” „Zostaw mnie! Miałeś to na myśli — odwróciła się w jego stronę, gwałtownie niczym spłoszona zwierzyna i spojrzała mu prosto w oczy. — Miałeś na myśli jeszcze wiele innych rzeczy, myślałeś o tym jaka jestem podła, może nawet przyszło ci na myśl, że nie jestem nikim więcej jak tylko dziwką. Może nawet przyszło ci na myśl, że cię wykorzystuję, że jesteś moją zabawką, na której wyżywam swoje fantazje erotyczne? Możesz to powiedzieć nie przejmuj się, przecież jestem tylko szmatą, a one nie mają uczuć więc nie masz czego zranić.” Patrzył na jej zapłakane oczy i nie wiedział co robić. Czy otrzeć jej łzy, czy siedzieć bezczynnie w milczeniu, a może powiedzieć jakieś słowa, które w ogóle nie przychodziły mu do głowy i wątpił czy kiedykolwiek umiałby coś powiedzieć. „Nie chciałem…” — wydusił z siebie. „Nic już nie mów, bo ty tego nie rozumiesz, nie wiesz co to znaczy kłaść się koło tego człowieka, pozwalać mu się dotykać, a potem patrzeć jak śpi i nie móc zasnąć. Wiesz co wtedy robię? Myślę o tobie, o tym czy już śpisz, czy jestem częścią tego snu, czy choć przez chwilę myślałeś o mnie? A potem znów patrzę na tego człowieka, który leży koło mnie i zaczynam płakać, bo tym człowiekiem nie jesteś ty. Myślisz, że tylko twój los jest niesprawiedliwy, że ja mam wszystko czego pragnę? Nie mój złoty.” Milczała przez chwilę. „Kiedyś usłyszałam takie zdanie, że prawdziwie kocha się tylko tego, przez kogo się najwięcej płacze. I ty możesz to uważać za niesprawiedliwe, nic mnie to zresztą nie obchodzi, chcę tylko żebyś wiedział jedno, to że cię kocham, a ta miłość boli za każdym razem kiedy cię nie ma i boli nawet wtedy kiedy jesteś tak blisko jak teraz, bo wiem że w końcu będziemy musieli się rozstać, więc w tym bólu będę musiała się nacieszyć każdą sekundą. Proszę cię więc nie rujnuj tego.” Objął ją, a ona pozwoliła mu się przytulić. „Zostaw go — szepnął jej do ucha, lekko falując jej włosy swym oddechem. „Nawet nie wiesz jakie to trudne” Odkleiła głowę od jego ramienia. „On mi nie pozwoli zabrać córki. A ja jestem matką, dopiero później kochanką i żoną i to co się dzieje z Teresą jest dla mnie najważniejsze. A ty nie zapewnisz nam niczego; nie masz mieszkania, pracy — żyjesz z dorywczej roboty, a pieniędzy nie wystarcza ci nawet na własne potrzeby. Z czego chciałbyś nas utrzymać?” — Oczywiście głupia kurwo, bałaś się, że nie będzie miał kto spełniać twoich zachcianek. Był już zupełnie pijany. Niebo zalało się czernią i tylko jasne pioruny, targały tę czerń, jęcząc przy tym stłumionym grzmotem. Skuty siarczystym mrozem śnieg, błyszczał w blasku księżyca miliardami drobnych punkcików, jakby stanowił lustrzane odbicie, gwiazd rozsianych po czarnym jak smoła niebie. Stał ukryty w cieniu kilu klonów, na wydeptanym przez siebie, w śniegu, okrągłym placu. Od jej domu dzieliło go zaledwie kilka metrów, wąska uliczka i drewniany płot, który mógłby przeskoczyć jednym susem, gdyby tylko dała mu ten znak i zapaliła światło w sypialni — środkowe okno na piętrze budynku, na które z niecierpliwością patrzył, bojąc się choćby na chwilę opuścić spojrzenie, by w tym czasie nie przeoczyć tego, na co z takim utęsknieniem czeka. Była już za dwadzieścia pierwsza; powinna zapalić to światło już o jedenastej, a on już powinien być z nią, powinien ją objąć i pocałować; a potem mieli się kochać i miał zasnąć na jej piersiach i mieli zacząć wspólne życie, bo przecież to ona zadzwoniła do niego — po tym jak przez kilka tygodni nie odbierała telefonów od niego i po tym jak konsekwentnie unikała jakiegokolwiek spotkania z nim. A on zaczynał pić, bo myślał, że wszystko się skończyło, bo myślał, że ona już przestała go kochać i że już go nienawidzi i upijał się i obwiniał się za brak winy, bo wszystko skończyło się tak nagle. Nie było ostrych słów, nie było rodzącego się zobojętnienia, nie było niczego poza nimi samymi, poza niezaspokojonym pożądaniem, poza jego żartami z których śmiała się najpiękniejszym uśmiechem na świecie i śmiali się przez całą noc, a kiedy on rano obudził się — przy nim nie było już jej. Był tylko pusty pokój, stolik z wyłączonym radiem, obok którego leżała nie rozpoczęta paczka papierosów i był on leżący w pomiętej pościeli; on upojony jeszcze nocnym szczęściem, nie wiedzący jeszcze, że początek tego dnia, to koniec tego co w jego mniemaniu miało trwać wiecznie. Kilka dni później, kiedy wyszedł zupełnie pijany z baru, zobaczył na ulicy jej męża. Myślał, że to przez niego, że to przez to że powrócił wszystko się skończyło. Miał ochotę podejść do niego i stłuc mu mordę, bo nienawidził go najbardziej na świecie, za sam fakt, że on był i miał prawo kłaść się koło niej, miał prawo brać ją kiedy tylko tego zapragnął i miał prawo zrobić z nią wszystko, wszystko to czego nie mógł robić on. I naprawdę miał ochotę stłuc mu za to mordę, tylko że był zbyt pijany, by utrzymać równowagę i po dwóch krokach runął na chodnik i to on przez następne kilka dni chodził posiniaczony. A później jej mąż znowu wyjechał, a ona nadal nie przychodziła do Jacka, a on już musiał zacząć rozumieć, że to nie była wina jej męża, ale że ona przestała go kochać i te dni które spędzali razem już nigdy nie powrócą i musiał znaleźć inną kobietę, bo myślał że wtedy zapomni o tej która uczyła go miłości, wtedy kiedy nic o niej nie wiedział. Tylko że z żadną inną kobietą nie potrafił rozmawiać tak jak z nią i żadna inna kobieta nie miała takich oczu jak sarna i żadna nie miała tak płomiennych włosów i uśmiechu bez którego dni stały się bardziej mroczne niż noce. I kiedy zabierał którąś z nich do dom i kiedy ona kładła się na łóżku, na którym kładła się kiedyś ona, i tak samo rozkładały nogi gotowe by go przyjąć, on nie potrafił z nimi tego robić, więc wyrzucał je na ulice, a potem tego żałował, bo noce były długie, a alkohol już nie

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Czarownica Rozdział XVII — czytnik · opowiadania