Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 45 min czytania

Czarownica rozdział XVIII

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Jacek odstawał od pozostałych o dwa kroki. Kiedy jako pierwszy dotarł do drzwi wejściowych odwrócił się w stronę towarzyszy. — No dalej — rzekł. — Chyba się nie boicie? Pokręcili przecząco głowami. Mili w sumie sto sześćdziesiąt lat, co poniekąd świadczyć miało o tym, że strach, to w ich życiu dawno opuszczony port, skryty w dalekich, mglistych przestrzeniach ich pamięci. Gdyby jednak tak mogło być w rzeczywistości. Wyzbyć się strachu to jak wyzbyć się życia; można żyć bez miłości, nadziei, złudzeń strach jednak pozostaje w nas do ostatniej chwili. — W takim razie załatwmy to wreszcie. Uchwycił klamkę. Ledwo to uczynił, a drzwi powoli zaczęły się otwierać. — Może wyjechała — powiedział Zbyszek. — Nie — odparł Jacek. — Jest tutaj. Czuję jej zapach. Jako pierwszy wszedł do środka. Kilkukrotnie naciskał kontakt bez żadnego efektu. — Poczekaj mam latarkę. Zbyszek sięgnął pod koszulę. Na niewielkiej smyczy miał zawieszoną niewielką latarkę, zdjął ją z szyi i włączył skierowawszy światło w głąb pomieszczenia. Okrąg światła powoli wędrował po pokruszonych ścianach, rozbitych meblach, po roztrzaskanych szkłach rozrzuconych po podłodze. — Nie ma żarówki — powiedział. — Co? — Nic, żarówki nie ma. — Odpowiedział zatrzymując światło, na wiszącej u sufitu lampie. Mariusz rozejrzał się w ciemności. — Wy sprawdźcie tutaj — powiedział do Jacka. — Ja ze Zbyszkiem idę na górę. — Zacisnął wargi. Przetarł je dłonią. — gdyby któryś z was… — dodał po chwili. — Zostawimy ci ją — zapewnili go jednogłośnie. Podziękował im za tę odpowiedź skinieniem głowy, po czym odwrócił się i poprowadził Zbyszka w kierunku drewnianych schodów. * To już drugi pokój do którego zajrzał. I tu też przy otwieraniu drzwi, czuł nieprzyjemny, przeszywający głowę ból, kiedy zardzewiałe zawiasy bezlitośnie traktując swego słuchacza, skrzypiały tak, jakby były poddawane torturą. Powoli przekroczył próg, podłoga uginała się pod naciskiem jego butów. Zatrzymał się. Oświetlił latarką gołe ściany. Nie było tutaj niczego, tak samo jak w poprzednim pokoju; po jaką więc cholerę kupować tak duży dom, skoro nie potrafi się go w pełni zagospodarować? A może już jej nie ma i wreszcie wyniosła się stąd do stu diabłów? Tak byłoby dla niej najlepiej, ale przecież nie dla niego i nie dla całego tysiąca mieszkańców, nie w tę noc, bo dziś wszyscy pałają do niej żądzą krwi. To jak narkotyczny głód, którego jeśli nie jesteś w stanie zaspokoić, zacznie cię zżerać od środka. To jak rak społeczeństwa. Z tą myślą podszedł do kominka. Pochylił się i poświecił latarką do jego wnętrza. Zupełnie czysty, jakby nigdy nie był używany. Wyprostował się. To już zbyt długo trwa. Jak długo? Odkąd tu przyjechała. Od samego początku. Było to zaledwie trzy miesiące temu, a wydaje się jakby tu żyła od stuleci, jakby stanowiła część tego miasta, cała tę jego złą część skupioną w jednej osobie. Czas jednak by się od tego uwolnić, czas zabić Czarownicę. Były tu jeszcze jedne drzwi. Może tam się ukryła? Już wyobrażał sobie jak strzela jej w łeb, a później patrzy na jej idealnie kształtną dziurę w czole. Nie chciał tego, ale usta poszerzyły mu się w obłudnym uśmiechu. I skierował krok w stronę czarnych drzwi. Dlaczego ona? A kto to cholera może wiedzieć? Mogło przecież paść na każdego. To mogła być stara Maciaszkowa — ta dopiero wygląda na czarownicę! Garbaty stary babsztyl, który całymi dniami gada do siebie. Dlaczego to nie ona? Albo jego żona, a nawet on sam? Gdyby kierował tym przypadek, to na niego mogliby teraz polować jak na zwierza. Przypomniały mu się czasy szkolne. W każdej klasie można było znaleźć taką czarownicę; zawsze znajdywał się ktoś, kogo można było obwinić za obniżone zachowanie, za kolejną dwóję na sprawdzianie i nawet kiedy wyskoczył ci pryszcz na nosie, mogłeś winę zwalić na niego. Dlaczego? Bo człowiek boi się obwiniać samego siebie, boi się przyznać do błędu, bo wie, że jeśli przyczyny klęski leżą po jego stronie, to nigdy nie uwolni się od wyrzutów sumienia. Zwalmy więc sumienie na kogoś innego, znajdźmy czarownicę, która nas oczyści; niech ona zbierze nasze brudy, a potem ją zabijemy. Może to nie jest ludzkie, ale przecież takie proste. Może więc kiedy dorastamy, uczymy się wielu rzeczy i jeszcze więcej z nich zapominamy, może kiedy na naszych twarzach pojawiają się brody i zmarszczki zaczynają kreować nasz wygląd, może, kiedy już nie mamy sił, żeby w cokolwiek jeszcze choćby raz uwierzyć i wszystkie nasze ideały spłonęły jak drewno w ognisku, może tylko ta jedna rzecz pozostaje w nas niezmienna? Może mimo wszystko nadal potrzebujemy czarownicy? A może potrzeba nam jej jeszcze bardziej niż w młodości? Może nigdy wcześniej nie potrzebowaliśmy jej tak bardzo jak teraz, kiedy pozostało nam jedynie oglądać się za siebie? Może nie chcemy widzieć, że przez całe życie szliśmy po gównie i że jesteśmy w nim upaprani aż po szyję? Chcemy być czyści, czyści jak łza nawet kosztem okłamywania samych siebie, nawet kosztem cudzej śmierci. Ale dlaczego ona? Stanął przede drzwiami. Przez kilka sekund stał nieruchomo, oświetlając je po całej ich powierzchni. W końcu jednak wstrzymał oddech i nacisnął klamkę. Drzwi były otwarte, nie były zamknięte na klucz — tak jak się tego początkowo spodziewał. Uchylił je nieznacznie, po czym wyjął zza paska broń, sprawnym ruchem ją odbezpieczył. Wyjął latarkę z ust, gdzie ją na chwilę wsadził, by zwolnić ręce, i trzymając ją w jednej dłoni, a w drugiej mając zaciśniętą rękojeść pistoletu, ruchem nogi otworzył drzwi, na tyle szeroko, aby mógł przez nie przejść. Jeśli ją tam znajdę, to ją zabiję, (oczyszczę się z gówna) — poprawił się w myślach i przełożył prawą nogę przez próg. * Pusto. To pomieszczenie zdawało się być czymś pośrednim pomiędzy małym pokojem a szafą. Z trudem można było się tam odwrócić, mając rozpostarte ramiona i nawet on stusześćdziesięciojednocentymetrowy człowiek, miałby z tym spory kłopot. Suka ma więcej szczęścia niż jej się wydaje. Wycofał się. Drzwi pozostawił otwarte i ponownie zatrzymał się na środku pustego pokoju. Nie wiedział dlaczego, ale teraz wydawał mu się większy niż pół minuty temu. To złudzenie, z całą pewnością złudzenie wywołane przejściem z jednego, ciasnego pomieszczenia z powrotem do tego miejsca. Złudzenie, ale mimo tej świadomości czuł się dziwnie i coraz bardziej niepewnie. To nie ten pokój jest większy, to ja maleje. Nie urosłem przez te wszystkie lata, nie urosłem (bo nie jadłem mózgu matki). Znowu wszystko to co jest wokoło mnie jest przytłaczająco wielkie. Rozglądał się, kierując wzrok, w sposób ściśle zsynchronizowany z ruchem jasnego świetlnego koła, rzucanego na ściany przez latarkę. Jego oczy to była mieszanka trwogi i podziwu; budziło w nim to lęk — autentyczny lęk, jakiego nie przeżył od czasu ostatniego koszmaru. Jednak z drugiej strony, to było niesamowite, jak wizyta w komnacie luster, gdzie nic nie jest takie jak być powinno. Błysk piorunu wyrwał go ze stanu otępienia i znowu wszystko miało swoje dawne rozmiary. A zaraz po tym, zanim jeszcze roztoczył się po niebie grzmot pierwszego piorunu, noc rozjaśnił kolejny; jego błysk trwał zaledwie sekundę, ale w trakcie tej jednej sekundy Zbyszek zauważył, że obok jego wydłużonego cienia, załamującego się w miejscu, gdzie kończy się podłoga, a zaczyna ściana, był także drugi cień — cień kobiety stojącej za nim. Nie zdążyła się w jego mózgu pojawić nawet jedna myśl, jak zareagował w sposób zupełnie odruchowy; odwrócił się na pięcie i nacisnął spust. Kula przeszła przez szybę w oknie, pozostawiając po sobie dziurę i siatkę odchodzących od niej, przypominających pajęczą sieć, pęknięć. Ale gdzie podziała się ta kobieta? Wodził wzrokiem z lewej strony na prawą; dwukrotnie obrócił się wokoło siebie, ale w tym pokoju nie było nikogo, nikogo poza nim. Stał oszołomiony i czuł, że cały oblewa się potem. Serce szalało mu w piersi, jak wściekły pies, więziony na łańcuchu. To już było drugie, drugie przewidzenie w ciągu minuty. O mało nie podskoczył, kiedy dobiegło do niego, głośne, podwójnie niosące się przez okolicę, dudnienie grzmotu. W ustach zrobiło mu się sucho i czuł w nich ten wstrętny, kwaśny smak, jakby na jego języku znajdowała się kopalnia siarki; wiedział doskonale, że ten smak będzie miał dopóty, dopóki nie przepije go wodą. Może kiedy stąd wyjdzie, trafi do łazienki, odkręci kran i przepłucze usta. Na razie jednak prowadził nimi wzmożoną wymianę powietrza, gówno to jednak pomagało. Za chwilę tu przyjdą inni. Usłyszeli strzał i będą chcieli wiedzieć, co się stało? Czy Czarownica już nie żyje? Pomyślał, że nie będzie tu na nich czekał, spotkają się w korytarzu. Przynajmniej tak sądził, gdyż tak naprawdę, nie wiedział o tym, że tego strzału nie usłyszał nikt poza nim i gdyby nawet w tym pokoju, nastąpił wybuch jądrowy, to żaden, nawet najdrobniejszy dźwięk, nie wydostałby się poza granicę tych ścian. Rozejrzał się raz jeszcze i skierował krok w stronę wyjścia. Będąc już przy drzwiach, usłyszał dobiegający zza jego pleców, trzask palącego się drewna. Początkowo znów przyszły mu na myśl, poprzednie dwie halucynacje i miał ochotę zignorować również i tę; coś jednak, coś znacznie silniejszego od jego woli, coś przed czym uległa jego świadomość, nakazało mu odwrócić się i zabić poczucie niepewności — czasem lepiej być wariatem, niż celowo nie zauważać pewnych rzeczy. Odwrócił się i spojrzał za siebie, stwierdził, że w pokoju jest dużo jaśniej i nawet ta latarka, którą trzyma w rękach, nie jest mu już do niczego potrzebna, upuścił ją na podłogę, sam nawet nie wiedział w którym momencie się to stało, tak jak nie wiedział kiedy jego palce rozluźniły się gubiąc również broń. Nogi same niosły go w głąb pokoju, gdzie już zalawszy się, jego wzrok powędrował za źródłem światła. To kominek. W kominku paliły się jasne płomienie, wokoło których niedopalone drewno, przypominało jarzące się rubiny. Ale przecież ten kominek był zupełnie pusty! Zaglądał do niego, nie było w nim nawet popiołu. Więc skąd teraz ten ogień? Podejdź do mnie i przekonaj się — zachęcił go wewnętrzny głos, jasno dając do zrozumienia, zasadę, że jeśli się nie sparzysz, nigdy nie poznasz prawdy. Podszedł więc i pochylił się, zaglądając płomieniom prosto w twarz. — O ja pierdolę… — tylko tyle zdołał z siebie wyksztusić, nim zupełnie zabrakło mu słów.

*

Oczywiście pierwszeństwo należało się Mariuszowi, ale prawda była taka, że żaden z nich nie miał tak wielkiej ochoty osobiście rozwalić jej łeb, jak Jacek, który powoli wszedł do czegoś co w okrągłym świetle latarki, wyglądało jak łazienka. To on nienawidził jej najbardziej. Podszedł do umywalki, położył na niej latarkę i odkręcił kran z zimną wodą. Równy strumyk zaczął się powoli sączyć i okrążając brzegi umywalki, spływać do dna jej ciemnego gardła. Jacek pochylił głowę i przytknął usta do cieknącej wody, zaczął ją nabierać w usta. Pierwszy łyk od razu wypluł, ale kolejne wypijał ochoczo; co prawda nie była to wódka, której tak bardzo pragnął, musiał się jednak zadowolić tym co miał pod ręką. Oderwał usta od strumienia i zwiesiwszy głowę bezmyślnie wpatrywał się na jej wędrówkę do nieznanych przestrzeni kanału. Tamtej nocy musiał się upić. Pił z ludźmi, których pierwszy raz w życiu widział na oczy i którzy to ludzie nie widzieli w nim nikogo poza towarzyszem do płacenia za wódkę i mieli głęboko w dupie jego smutne opowieści o miłości. A kiedy już upił się zupełnie, resztę pieniędzy wydał na miejscową dziwkę, której daleko było do urody choćby przeciętnej — ale w tak małej miejscowości jak ta, gdzie nie było żadnej konkurencji, nie mogła narzekać na brak klientów — co prawda nie miała powodzenia jak supermarket w niedzielne popołudnie, ale zawsze zdarzał się choćby jeden rozgoryczony pijak, pragnący kontaktu z kobietą. I Jacek też jej potrzebował i wziął ją w ciemnym, zimnym pokoju, pod śmierdzącym potem i starą, zaschniętą spermą kocu. I przez cały czas nazywał ją imieniem Dominika, a ona za każdym razem uśmiechała się szyderczo i mówiła mu, że Dominika — kimkolwiek jest — nie jest warta złamanego grosza, bo gdyby było inaczej, nie przychodziłby do Róży — nikt nie znał jej prawdziwego imienia, dla wszystkich była po prostu Różą. Tylko że Róża nie wiedziała, co naprawdę działo się Jackiem i nie wiedziała na co naraża się, mówiąc, że „żadna nie zadowala tak jak Róża, a już na pewno żadna nie potrafi tak ciągnąć druta”. I kiedy przesunęła głowę w stronę jego krocza i zaczęła zasysać jego stojącą pałę, Jacek przypomniał sobie Dominikę i ten pokój w motelu, którego okno wychodziło na morze, i przypomniał sobie jak Dominika kochała się z nim w ten sposób (nie robiłam tego żadnemu mężczyźnie i żadnemu tego nie będę robić), a potem przed jego oczyma stanął obraz Dominiki, która robi to samo swojemu mężowi. (nie robiłam tego żadnemu innemu mężczyźnie) (różo, nie robiłaś tego żadnemu innemu?) Robiłaś! Robiłaś, ty suko! Miałaś w ustach połowę fiutów tego miasta i może każdemu mówiłaś, że to ten pierwszy raz. (dominika! dominika! dominika!) Czy jest ktoś kto jej jeszcze nie posiadł? Kto nie rżnął Dominiki niech podniesie ręce. Wyżej! Wyżej! Wyżej! Róża zaczęła go masturbować, a językiem lizała jego brzuch. Jacek odepchnął ją całą siłą. Upadła na plecy niecały metr od niego. Podniosła się szybko, z powrotem na kolana i niczym pies proszący o kawałek kiełbasy, rzekła: „No dalej, daj Rózi. Rózia cię nie zawiedzie.” (kocham cię — mówiła dominika, kiedy klęczała przy nim — kocham cię) Jacek wziął zamach, zaciśniętą w pięść dłonią, która ostatecznie wylądowała na jej twarzy. Ponownie upadła, tym razem z zakrwawionym nosem. Zaczęła coś mówić, coś krzyczeć, lecz do Jacka nie docierały żadne odgłosy, słyszała jedynie szum w głowie (morskie fale uderzające o brzeg) Kolejne uderzenie w Różę. Bił ją z całych sił, bez chwili opamiętania. Krew zostawała na jego dłoniach, krew ochlapywała ściany i podłogi, a Róża po pewnym czasie, przestała krzyczeć, już nawet nie poruszała się, kiedy raz za razem ją uderzał i kopał po jej martwym ciele. A potem uciekł z tego pokoju. Całymi tygodniami nie wychodził z mieszkania w którym zaszył się jak mysz przed kotem. Dni mijały mu na chodzeniu od jednego okna do drugiego. Czas ciągnął się niemiłosiernie, a potem przychodziły noce i koszmary w których policja puka do jego drzwi, a wraz z nią jest martwa Róża, która cała skrwawiona wskazuje na niego palcem mówiąc, że to on jest mordercą. Budził się więc zlany potem i zdawało mu się, że już na jawie słyszy pukania do drzwi. Ale były to tylko omamy, omamy i nic więcej. Nikogo zresztą nie obchodziła śmierć dziwki. W czasach kiedy tysiące żon i matek było bitych każdego dnia, nie było osoby, która przejęłaby się dziwką i jej śmiercią. Zwłaszcza, że winny mógł być każdy: pijak bez imienia, mąż który nigdy nie zdradził swojej żony i tylko raz spróbował miłości z kimś innym, tylko że ta dziwka zaczęła go potem szantażować, to mogła być żona, która dowiedziała się o zdradzie męża. To mógł być ktokolwiek, szansa na to, że ktoś zacząłby podejrzewać jego była równa zeru. Podstawił złożone w koszyk dłonie pod cieknącą wodę, poczekał chwilę aż się napełnią, a potem ochlapał sobie twarz; uczynił to samo jeszcze dwukrotnie. Podniósł głowę. Obok odbicia swojej twarzy dostrzegł odbicie Dominiki. Stała poważna niczym woskowa figura, nie drgnąwszy ani jednym mięśniem. Jacek starał się nie spuszczać z niej wzroku, pomimo że jego ciężkie powieki opadały, odnosząc miażdżące zwycięstwo nad jego wolą. — Kocham cię — rzekł — Ja nadal cię… „Kocham” — powiedział, kiedy kilka dni później przyszedł do niej i siłą wepchnął się do środka, nie bacząc na jej próby powstrzymania go. „Jesteś pijany — odrzekała — obudzisz Teresę.” „Nie obchodzi mnie to. Kocham cię, słyszałaś?! Ciebie jedną i nie pozwolę ci tak odejść” „Wynoś się stąd!” Chwycił ją za ramiona i mocno przyciskając, przyciągnął ją do siebie i złożył na jej ustach pocałunek, taki jaki składał wtedy, kiedy istnieli tylko dla siebie. Dominika uderzyła go w twarz, kiedy ich usta przestały już stanowić jedności. Obtarła wargi, jakby dotknęły one czegoś obrzydliwego. „Nigdy więcej nie waż się tego robić!” — odsunęła się od niego na dwa kroki, jak przed spotkaniem z jadowitym wężem. „Kocham cię — powiedział raz jeszcze — Nie znam innych słów, nie potrafię mówić jak ten poeta, którego tak często cytowałaś, potrafię powiedzieć tylko te proste słowa i tylko to się dla mnie liczy. Kocham cię.” Zbliżył się do niej zataczając się jak dziecko pierwszy raz w życiu stawiające swe kroki. „Pluję na twoją miłość!” „To nieprawda.” Podszedł jeszcze jeden krok, a wtedy Dominika splunęła mu w twarz, energicznie przy tym wychylając się w jego stronę. Otworzył powieki. Obraz Dominiki w lustrze zaczął się rozmazywać i blednąć z każdą sekundą, a on w milczeniu wpatrywał się mętnym wzrokiem w jej rozmazującą się postać i już nawet nie był pewny czy znajduje się w rzeczywistym świecie, czy w świecie surrealistycznych iluzji. Dominika zniknęła zupełnie, ale Jacek w lustrze nie był sam. Miejsce dawnej dziewczyny zajęła Barbara o twarzy zimnej jak topór kata, ze wzrokiem gotowego do ataku drapieżnika wpatrywała się w Jacka, który dopiero po chwili dostrzegł, różnice między tymi dwiema kobietami. Były do siebie tak bardzo podobne, były jak prawdziwa Dominika sprzed lat i jej dzisiejsze zachowane głęboko w nim wspomnienie o niej; jak coś co nie może w nim umrzeć, co każdego dnia ginie i ożywa na nowo w każdym śnie. Barbara uśmiechnęła się lekko i z błyskiem w oku, rzekła: — Zabije cię. Jacek odskoczył od umywalki. Potrącił przy tym strzelbę, która z metalicznym trzaskiem, upadła na podłogę. — Tej nocy zabiję was wszystkich — dodała. Lustro pękło, a w pajęczynie jego pęknięć, pozostało jedynie przerażone odbicie Jacka.

*

Mariusz otworzył jedną część dwu kwaterowych drzwi i zajrzał do środka, nie wchodząc tam jeszcze. Nacisnął kontakt i pokuj rozpromienił się w blasku żarówki. Wszedł do środka. Pokój był obszerny, znacznie większy niż wszystkie inne i w przeciwieństwie do tych pozostałych był w pełnie umeblowany. Komoda była początkiem rzędu szaf i półek z niedbale porozrzucanymi na nich książkami. Po drugiej stronie, niczym pustelnik w samotności, stał fotel o najobrzydliwszej tapicerce, jaką kiedykolwiek widział, wymalowane na jej białym tle wzory, stanowiły coś pośredniego między kwiatami a płatkami śniegu. Obok niego nie było niczego, żadnego stołu ani innej rzeczy, która mogłaby mu towarzyszyć. Samo nawet jego ułożenie, wydało mu się bezsensowne; przez chwile wyobraził sobie osobę, która w nim siedzi i jedyny widok jaki roztacza się przed jej oczyma to stare szafy. Zaśmiał się pod nosem i z trudem powstrzymał się, by nie ryknąć naprawdę głośnym śmiechem. Ale czy rzeczywiście miałoby to być aż tak śmieszne? A kogo to obchodzi? Ważne było jedynie to, że potrafił się zdobyć na uśmiech — mniejsza z tym, że aby to osiągnąć, musiał wypić parę głębszych. I jeśli znowu zacznie pić, a najprawdopodobniej tak to się skończy, to jednak mimo wszystko warto było. Dla tej jednej chwili i tego, że ponownie czuje się jak mężczyzna, że potrafi dostrzegać rzeczy, na które będąc trzeźwym, nie zwróciłby najmniejszej uwagi. I niech mu mówi teraz kto chce, że pijąc zmarnował swoje najlepsze lata; niech mu mówią, że chlanie jest bezsensu i chlejąc gubi się swoje życie. Co oni w końcu wiedzą? Czy któregokolwiek z nich śmieszyłby fotel, ustawiony frontem do szaf? Jeśli nie to się zamknijcie, a swoje dobre rady, zachowajcie na spotkanie w kółku różańcowym. Mam już dość tych koszmarnych dni, mam dość tych nieprzespanych nocy, mam dość życia złudzeniami i daremnego oczekiwania, na dzień, w którym obudzę się i nie będę myślał o tym, że tak bardzo chciałbym się upić, jeszcze tylko raz, jeden pierdolony raz w życiu upić się do nieprzytomności. Przypomniała mu się Anka, kiedy wyrwała mu z rąk butelkę wódki. Był już zbyt pijany, by ją jej odebrać i kiedy tylko podniósł się z krzesła, nogi nie utrzymały go, zawalił się pod własnym ciężarem. Przewrócił się na krzesło i niemal równocześnie z hukiem uderzyli o pokryta płytkami kuchenną podłogę. Resztkami sił wyciągnął dłoń, jak tonący człowiek, chwycił róg obrusu, a próbując się podciągnąć, zsunął go ze stołu i stojąca na nim porcelanowa cukiernica — ta od kompletu, który dostali w prezencie ślubnym — roztrzaskała się tak, że trudno było później rozróżnić jej fragmenty od kryształków cukru. Nic go jednak nie obchodziła ta cukierniczka, chciał jedynie odzyskać tę butelkę. Ta suka jednak nie miała najmniejszego zamiaru mu jej oddawać. Odkręciła zakrętkę i całą jej zawartość, na jego oczach, wylała do zlewu. A on jedyne co z tego miał, to zapach wódki, który wypełnił całą kuchnie. A kiedy już ostatnia kropla spłynęła do kanału Anka wrzuciła butelkę do kubła na śmiecie i zagroziła mu, że to będzie koniec i że jeśli jeszcze raz sięgnie po kieliszek. Mówiła mu, że już dłużej nie może i nie może dłużej patrzeć, na to jak poniewiera jej i swoim życiem. Chciał ją wtedy sprać po pysku, pokazać jej kto tu jest mężczyzną i pokazać jej, że należy mu się szacunek i oddanie. Chciał ją sprać po pysku za te pół litra wódki, które wylała w kanał; chciał ją stłuc i zrobiłby to, gdyby tylko potrafił się podnieść i gdyby nie to, że zobaczył Ewelinę z Sebastianem, którzy stali z zapłakanymi twarzami, w progu kuchni i drżąc na całym ciele, obserwowali scenę jak się między ich rodzicami rozgrywała. Od tamtej pory coś się zmieniło. To od tamtej pory go nienawidzą i żyją w tej nienawiści konsekwentnie od siedmiu lat. A on od tamtego dnia nie pił. W każdym razie nie oficjalnie. Myślałaś suko, że dotrzymałem ci obietnicy? Czy byłaś aż tak głupia, czy może tak naiwna? Czy naprawdę jesteś taką idiotką i nie potrafiłeś się niczego domyślić? Pamiętasz jak często bolała mnie głowa i zamykałem się w pokoju? Kładłem się na łóżku i udawałem, że śpię. Kiedy już trwało to cały tydzień, miałaś nawet zamiar dzwonić po lekarza i przynosiłaś mi jakieś proszki. A teraz chcesz znać prawdę? Dobrze powiem ci ją. Chlałem wtedy, nie upijałem się, nie tak żeby stracić przytomność, ale piłem, a potem uciekałem od ciebie i udawałem, że jestem chory, żebyś nie stała

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%