Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 9 min czytania

CZAS UTRACONY

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zbudować zegar. Zbudować zegar na miarę naszych czasów. Zegar, który pozwoliłby ochłonąć nam, pędzącym na oślep w trzewiach technologicznego molocha. Zegar, który niweczyłby przerażenie karkołomną galopadą zdarzeń w sterroryzowanym ekonomią świecie. Zegar, który wyzwoliłby wszystkich sfrustrowanych bezustanną utratą dystansu do liderów szaleńczego wyścigu mózgów. Zbudować zegar mierzący upływ czasu nieutraconego. Zegar, który jak wyrzut sumienia tkwiłby nad człowiekiem i pokazywał mu, kiedy i gdzie, jak i dlaczego marnotrawi bezcenne, nieodwracalne chwile swego życia. To pragnienie urosło w nim do rozmiarów obsesji. Zapewne dlatego tak często dręczyły go majaki senne. Widział w nich zdziczały, łamiący barierki tłum gnający na wyprzedaż w supermarkecie. Przy bramkach wejściowych tłum spiętrzał się, co uruchamiało machinę łokci hałasującą w swym pełnym bezwzględności działaniu skrzypem ordynarnych wyzwisk. Z drugiej strony wracali szczęśliwcy, przytulający do piersi, niczym bezcenny skarb, dopiero co nabyte żelazka, odkurzacze, suszarki do włosów, „jamniki”, laptopy... Ich nieprzytomne jak w mistycznej ekstazie spojrzenia pozwalały mniemać, że poczyniony przed chwilą zakup stanowi doniosłe wydarzenie, milowy krok w realizacji życiowych aspiracji. Czy można zbudować przyrząd, który pokaże tym ludziom, że jednak drepczą w miejscu? Z rozpaczą i bezsilnością obserwował młodego rewolucjonistę miotającego się na zaimprowizowanej mównicy. Słuchał wartkiego potoku gładkich słów układających się nad głowami słuchaczy w bajecznie kolorowe wizje przyszłości. - Trzeba krwi! - wołał młodzieniec, odgarniając opadające na oczy płomieniste kiście włosów. - Trzeba krwi! - ryczał tłum porwany równie płomienistą mową. I wznosił w górę zaciśnięte pięści. Jaki zegar umiałby pokazać temu człowiekowi iluzoryczność przekonania, że jest on zbawcą świata? Oglądał przestronne gabinety mężów stanu i menedżerów z wytwornymi fotelami i zielonymi palmami przy oknach. Ze stołami konferencyjnymi o nieskazitelnie lustrzanych blatach i budzącymi respekt biurkami. Leżące tam, grubością podobne Biblii terminarze zdawały się mówić z dumą: „Patrzcie, ile obowiązków ma mój właściciel! Zaiste, nie ma chyba na świecie drugiego człowieka, od którego tak wiele zależy!” Jakie czasomierze należałoby postawić na tych biurkach, by oczy, nie dostrzegające dotąd stojącej obok palmy, znieruchomiały choć na moment nad pięknem misternej sieci pająka, który zagnieździł się tutaj, zmyliwszy czujność sprzątaczki? Po dniach, w których pracował intensywniej niż zwykle, prześladowały go wizje zegarów spadających z nieba. Przeróżne cyferblaty, od staroświeckich ze złoconymi wskazówkami i rzymskimi znakami o cienkich szeryfach do elektronicznych z zielonkawą poświatą kanciastych równoległoboków cyfr i pulsującym dwukropkiem, wszystkie spadały spokojnie i majestatycznie. Ruchami podobne płatkom śniegu, kładły się wokół bezszelestnie jak jesienne liście i ginęły pod warstwą następnych...

Czasem myślał, że podjął się zadania ponad siły. Ogarniało go zwątpienie. Rychło jednak otrząsał się z niego, myśląc ile korzyści przyniesie ludzkości taki przyrząd. Gdyby każdy człowiek umiał zidentyfikować czas, który traci, gdyby tylko wiedział dlaczego! O ile łatwiej mógłby zorganizować swą drogę życiową. Jakie proste byłoby wówczas omijanie zdradliwych mielizn błahostek. Demaskowanie problemów trywialnych, lecz podstępnie tworzących miraże wielkości, przebiegle domagających się dla siebie priorytetów, przyćmiewających sprawy rzeczywiście ważne, o których istnieniu, oślepieni, częstokroć nie mamy pojęcia. Więc pracował. Mozolnie pochłaniał stronice naukowych publikacji najeżone ostrokołami równań i symboli zazdrośnie strzegących dostępu rozumu do piękna matematycznego raju. Wertował opasłe tomy podręczników historii i monografii poświęconych wielkim tego świata, pragnąc dostrzec, jakie to wspólne cechy zdecydowały o tym, że mają oni swoje ulice, place i pomniki. Jako pierwszy pojawiał się w czytelni uniwersyteckiej biblioteki i jako ostatni ją opuszczał. Bibliotekarz, poczciwy staruszek, któremu udało się wybronić przed emeryturą, witał go życzliwym uśmiechem jak starego znajomego. Odwzajemniał ten uśmiech machinalnie i szybko zagłębiał się w lekturze, jakby go ktoś gonił.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
CZAS UTRACONY — czytnik · opowiadania