biografia · 7 min czytania
Czas życia i czas śmierci
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
„Smutek rozproszy się, gdy słońce wstanie. On jest jak mgła” – powiedział Roberto do Pilar, w powieści „Komu bije dzwon” Hemingwaya.
***
Idąc do pracy ujrzałam przepiękny wschód słońca. Jasnobłękitne niebo stawało się żółtoróżowe. Szron pokrywał pobliskie trawniki. Drzewa rzędem witały jutrzenkę. Poprzez ich konary widziałam słońce rozpoczynające swoją dzienną wędrówkę.
Zatrzymałam się na chwilę i uśmiechnęłam na myśl, że zaczyna się nowy dzień. Zupełnie nowy, nieskazitelnie czysty, pełen radosnego oczekiwania na to, co przyniesie los. W tym dniu, kilka lat wcześniej przyszła na świat moja córka. Dziś są jej urodziny.
Szczęśliwa żwawo pomaszerowałam do pracy, marzły mi dłonie i schowana pod kapturem głowa. Wypiłam gorącą kawę i zajęłam się pracą, w międzyczasie opowiadając koleżankom o tym, jak Ignasia przyszła na świat. O jej przedwczesnym pojawieniu się i pośpiechu by znaleźć się na tym świecie. Jak z mężem byliśmy totalnie nieprzygotowani, niespakowani i jak w pogotowiu jechaliśmy do szpitala. Ignasia, ranny ptaszek, wzięła nas z zaskoczenia. Nie pozwoliła zdążyć odczuć stresu przed porodem.
Była, jest i na zawsze pozostanie jutrzenką. Urodziła się o piątej rano. Teraz, kilka lat później, nadal wstaje bardzo wcześnie i zachłannie czyta książki, nie przeszkadzając nikomu spać. Książki są całym jej światem. Ze wzruszeniem dzieliłam się wspomnieniami i teraźniejszością, a koleżanki słuchały porównując własne wrażenia z moimi.
***
Część 22 / 2
Noc była mroczna, pełna niepokoju. Nie mogłam spać. Leżałam, myśląc o wszystkim i o niczym. Czyżbym przeczuwała, że coś się stanie kilka godzin później? W południe…
O tej porze, w pracy zwykle wypijam drugą kawę, tym razem zrobiłam to później. Dochodziła pierwsza, gdy wracając z kuchni zadzwoniłam do mamy. Zaczęłam rozmowę jakąś radosną nowiną, gdy mama obdarzyła mi swoją, całkowicie odmienną. Usłyszałam, że zmarł Wujek Bogdan.
Nagle wszystko inne przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. To, że byłam w pracy. Że musiałam szybko wrócić na stanowisko i nie dać się przyłapać na przerwie dłuższej niż pięć minut. Nawet to, że dziś były urodziny Ignasi.
Powoli odstawiłam kubek na podłogę i stojąc przy drzwiach do pokoju, słuchałam jak to się wydarzyło…
***
Tak jakby przeczuwał, że stanie się to właśnie dziś. Już o czwartej rano wyszedł w pole i zaczął bardzo pracowity dzień. On, od lat walczący z chorobą Parkinsona. Od lat biorący leki na serce i odkładający w czasie „ustawienie serca” – bardzo niebezpieczny zabieg przywracający mu prawidłowy rytm.
Wujek nie miał syna, wszystkie sprawy w gospodarstwie zawsze spoczywały na jego głowie. Zaczął dziś pracę wcześnie rano, żeby zdążyć zrobić wszystko przed zimą. Wyjechał traktorem na łąki, rozwoził po polu łęty ze szklarni. Robił to spokojnie, nie spiesząc się, podczas gdy świat pogrążony był we śnie. Nie wiem o czym myślał w tych samotnych godzinach. Jaki miał humor? Co mu się właściwie przydarzyło? Czy osłabione chorobą serce nie miało siły już bić? Czy może roztrzęsione ręce wykonały jakiś niebezpieczny manewr kierownicą traktora? Nie wiem. Tylko Bóg wie, co naprawdę wydarzyło się na polu, pod osłoną nieba. Świadkami były ptaki, które nigdy nie powiedzą, co widziały. Jeszcze wiatr mógłby zaśpiewać smutną pieśń nam ludziom lub wysoko do nieba. Tam gdzie z pewnością Bogdan…