Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 11 min czytania

Czasami żyję

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Jestem. Choć czy istnieję naprawdę? Nie mamy tu czasu i miejsca. Ergo, żadnej wyobrażanej czasoprzestrzeni. Mamy myśli, wszystkie wspomnienia. Wszystko ogarniamy w doskonałą całość. Pewnie zatem: my jesteśmy, ja jestem. Nie widzę swojego ciała, nie słyszę żadnych dźwięków; zawieszony trwam w takim stanie. Ni to oczekiwanie, ni żadna aktywność. Nie wiem jak długo to "teraz" trwa. Nie znać ani początku ani końca. Pewnie znowu się urodzę gdzieś tam na świecie. Być może nawet przyniosę radość. A może płacz, rozczarowanie? Różnie bywało.

Parę dobrych razy miałem zeza rozbieżnego. Byłem rudy, byłem blondynem lub brunetem, byłem łysy, bywałem kretynem lub geniuszem. Raz urodziłem się bez nóg, innym razem głuchy jak pień, kilka razy bez jakiegoś palca. Nieraz kończyło się życie jako kilkumiesięczny płód, innym razem dożywało się ponad stu lat i chciało więcej. Szalałem po świecie z umysłem zawładniętym schizofrenią, chyba 4 razy. Bywało i tak, że mordowałem ludzi na zlecenie. Pamiętam, że spędziłem nieraz całe życie na modlitwie w różnych klasztorach, różnych wyznań. Wierzyłem w Allaha, Jahwe, Boga, Buddę, Naukę i Humanizm. Byłem świadkiem kilku takich wydarzeń, które na dobre zmieniały bieg historii. Ja wynalazłem pierwszy sejsmograf, skomponowałem bardzo popularny koncert skrzypcowy, wierciłem pierwszą na świecie studnię artezyjską, zbudowałem pierwszą hulajnogę, to ja jako pierwszy wzleciałem w powietrze balonem, zorganizowałem spisek przeciwko drugiemu cesarzowi Chin; to ja byłem stolarzem, który wykonywał gilotynę przeznaczoną później do ścięcia Ludwika XVI. Zostałem stracony za romans z Katarzyną Howard, piątą żoną Henryka VIII, rozstrzelany za dezercję we Francji, powieszony za fałszowanie pieniędzy w 1771 w Anglii, utopiony w morzu za nie składanie czci rzymskim bogom w Cezarei Palestyńskiej, łamany kołem za herezje Hiszpanii, skrócony o głowę w państwie Inków, palony na stosie na Morawach, kamienowany w Persji, ćwiartowany w Polsce, krzyżowany w Tracji, wleczony końmi w Świętym Cesarstwie Rzymskim Narodu Niemieckiego, spychany do wulkanu Kibo, nabijany na pal w Rumunii. Kiedy rodziłem się w Afryce - miłowałem Słońce. Kiedy w Rosji - mróz i zimną wódkę. Rodziłem się kaleką - marzyłem o pełnosprawności. Rodziłem się zdrowy - prędzej czy później marzyłem o innym ciele. I nigdy nie było mi tak dobrze, iż nie mogłoby być lepiej. Zastanawiające, ale nigdy nie urodziłem się kobietą. Nie wiem dlaczego.

Tutaj nie można stwierdzić z pełnym przekonaniem, że dwa plus dwa daje cztery i tylko cztery. Nie ma - zdaje się - działania umysłu, więc inteligencję i procesy myślowe dane ludzkości, można tu sobie wsadzić między bajki. Zupełnie tak, jakbym istniał bez formy. Tak więc czysta świadomość plus jakieś wspomnienia, jakieś "logiczne" rozumienie i kojarzenie. Tak jakby wspomnienia i myśli miały kolory i niepotrafiłbyś ich rozróżnić. Tak jakby były koncertem symofonicznym zapisanym na papierze, nie w dźwiękach. To jakbyś jechał gdzieś swoim samochodem. Na prędkościomierzu widziałbyś 100 km/h, choć naprawdę stałbyś w miejscu. To także jak gdybyś wiedział, że jest jesień, a nie widziałbyś ferii rudo-czerwono-żółtych barw zaklętych w spadających liściach i nie słyszałbyś listopadowej, leśnej elegii wiatru i deszczu. Po prostu jesień. Okres roku i nic ponad to. Nie wiem jak i dlaczego się to dzieje. Tutaj można wspominać i obserwować. Wszystko. Czasy i miejsca na świecie istniejące, i te, które istniały. Jest jedna rzecz, którą wszyscy tu jednak czujemy. To miłość. Choć znacznie częściej - jej brak. Nie wiem jak to możliwe. Nie znamy się, a wiemy o sobie wszystko. Nie ma bogatych i biednych, wysokich i chudych, czarnych i białych, grubych i chudych, ładnych i brzydkich. Wszyscy jesteśmy tym samym. Nie różnimy się w ogóle prócz jednego - niektórzy z nas czasem poczują tę nieuchwytną miłość. Ci, którym się to udaje, szybko odchodzą w nieznane. Mam wrażenie, że ktoś im wtedy towarzyszy. Nie zazdroszczę. Nie wiem jak to jest.

Ostatnio umarłem w tysiąc osiemset siedemdzięsiątym dziewiątym roku. Rok wcześniej, Thomas Edison opatentował fonograf, wybrano dwieście pięćdziesiątego szóstego papieża, który - jako Włoch - zastąpił Włocha, Bułgaria odzyskała niepodległość, po raz pierwszy na świecie rozegrano mecz piłkarski przy stałym oświetleniu. W lutym tamtego roku urodził się André Citroën, a w grudniu Józef Stalin. Umierałem jako Kanadyjczyk, urodziłem się Norwegiem choć pracowałem i mieszkałem we Francji. Nie ożeniłem się, czego żałowałem do ostatniego tchnienia. Zarobiłem mnóstwo pieniędzy (których prawdziwą wartość poznałem dopiero umierając), posługiwałem się biegle trzema językami, nigdy nie nauczyłem się jeździć na rowerze, dwa razy w ciągu całego tamtego życia się zakochałem. W młodości złamałem obie nogi, wspinając się po fiordach, innym razem - już w Paryżu - staranował mnie tramwaj konny zostawiając długą, trwałą szramę na policzku. W roku tysiąc osiemset pięćdziesiątym czwartym wytrzymałem pod wodą cztery i pół minuty ustanawiając nowy rekord Lombardii, a którejś zimy, z nieuwagi wyłącznie, oparzyłem mera miasta Lyon rozżarzonym węglem. Barwne to było życie, lecz bez specjalnych dodatków. Szczególnie zawiodłem się na jego długości, bo umierałem jako stosunkowo młody człowiek. Umarłem na żółtą febrę, którą to…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%