Fantastyka · 11 min czytania
Czasoprzestrzeń Międzyplanarna cz.2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wyobraźcie sobie nic. Całe niezmierzone pokłady niczego. Ale nie pustkę, bowiem nawet ona jest konkretną przestrzenią określoną w czasie. Po prostu nic. A teraz umieśćcie tam najmniejszą drobinę atomu. Widzicie? To jest WSZYSTKO. WSZYSTKO to nieskończenie więcej niż „wszystko” jakie jest w stanie sobie wyobrazić najinteligentniejsza istniejąca istota. Jeśli się przyjrzycie, zobaczycie tam malutkie pyłki migające niczym brokat w wodzie, lub bardzo niezdecydowane świetliki. Tak wiele pyłków, że nie można ich ilości w jakikolwiek sposób określić. Wszystkie wydają się znikać co jakiś czas i pojawiać w innym miejscu, lub rozrastać na kształt długich serpentyn, tudzież rozmnażać w różnych miejscach jednocześnie. Dzieje się tak, gdyż ciężko opisać zjawiska zachodzące w przestrzeni mającej więcej niż 16 wymiarów. Mimo to postarajcie się skupić uwagę na jednym z tych pyłków. Tym, który wydaje się sterczeć skromnie z boku. To wszechświat. Tak się ciekawie złożyło, że jeden z Planów egzystencji przyjął formę miliardów dyskowatych skupisk miliardów gwiazd. Niektórzy nazywają je galaktykami. Inni, nie zwracają na nie uwagi, tak samo jak na inne rzeczy o które nie mogą się potknąć. Z tej perspektywy, jeśli poczekacie aż czarna dziura skończy zjadać jedną z galaktyk, wyłoni wam się inna, ważniejsza w tej historii. O, właśnie teraz. Wiruje sobie spokojnie. Gdzieś tam między środkiem a krawędzią znajduje się taka jedna gwiazda, a wokół niej krąży kilka kupek materii. Te odpadki o które nie upomniała się żadna gwiazda nazywają się „planety”. Tak, ta duża z własnymi pierścieniami wygląda interesująco, ale bardziej obchodzi nas ta niebieska, trzecia od słońca. Jeżeli spojrzycie na jej ciemną stronę, zobaczycie dlaczego. Pulsuje mnóstwem jasnych punkcików, jakby była utkana ze złotej pajęczyny. Ale oświetlona słońcem strona też jest interesująca, wystarczy się przyjrzeć. Zbliżyć do jednego ze skupisk prostokątnych brył, zwanych miastami. Na obrzeżu jednego z nich jest taki budynek, a w nim… Chlast! Jake wyprostował się jak struna chwilę przed tym jak się obudził, gdy ogromna linijka trzasnęła o jego stolik. - Panie Haley, obawiam się pora leżakowania już dawno minęła – kilka osób w klasie parsknęło śmiechem - Przepraszam panie profesorze – odrzekł Jake mechanicznie, szybko przypominając sobie układ współrzędnych w którym się znajduje – To się… -…więcej nie powtórzy – dokończył siwy mężczyzna patrząc pogardliwie zza niewielkich, okrągłych okularów – Panie Haley, znam to powiedzenie lepiej niż imię własnej matki. Zapadła krótka cisza. Była jednak jedną z tych ciszy które sprawiają wrażenie ciższych od zwykłego braku dźwięku. Przerywając ją, każdy dźwięk wydaje się być głośniejszy niż w rzeczywistości. - Proszę wyjść – wypowiedź przypominała bardziej wypowiedzenie wojny niż prośbę. Jake odczekał sekundę, gdy kilka neuronów podsunęło mu szalony pomysł, że profesor zaraz zaśmieje się i oboje poklepią się po plecach, gratulując sobie dobrego żartu. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło. Nerwowym ruchem wyciągnął rękę by schować zeszyt którego nigdy nie wyciągnął, po czym wstał i wyszedł w towarzystwie dwóch tuzinów odprowadzających go par oczu. Trzask drzwi nadał pustce korytarzowi niepowtarzalną aurę odizolowania. - Dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset osiemdziesiąt… - rozległ się cichy głos z oddali. Powoli lecz miarowo szedł ktoś ubrany w tunikę, szepcząc pod nosem liczby. Z każdym krokiem, gdy zbliżał się do Jake’a, wydawał się bardziej nieprawdopodobny. - Dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt... Była to kobieta, można by uznać po zgrabnych ruchach i smukłych kształtach. Nawet po niespotykanie pięknej twarzy. Wątpliwość ogarniała człowieka jedynie gdy przyglądał się jej skórze. Była niebieska. - Dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć... – wyszeptała gdy stała już naprzeciw Jake’a, po czym zrobiła jeszcze jeden krok – Milion Jake musiał zrobić krok w tył by go nie zdeptała - Jake Haley – raczej stwierdziła niż spytała swym melodyjnym głosem - Ja jestem Jake Haley. - Słucham? - Co? Zapadła chwila ciszy, po czym kobieta zaśmiała się w sposób przypominający kaszlnięcie. - Zacznijmy jeszcze raz. Nazywam się Messa Sasumi – kobieta wyciągnęła dłoń - Jake Haley – odparł chłopak, przy pretensjonalnym uścisku. - Mam ci coś bardzo ważnego do powiedzenia… - O co chodzi z tą niebieską skórą? - Przybywam… Co? - Urwałaś się z jakiegoś przedstawienia? - Nie rozumiem. - Mi byłoby głupio tak paradować. - Nie paraduję, przybywam w bardzo konkretnym celu. - Prowadzisz jakiś śmieszny blog internetowy? Czy to ukryta kamera? Messa zmrużyła oczy i zaśmiała się w sposób dający zwykle uprzejmie do zrozumienia, że nie nadąża się za tokiem myślenia. - Przebyłam milion kroków od najbliższej wyrwy w Planie egzystencji, więc proszę, pozwól mi coś powiedzieć. - Tylko jeśli nie jest to reklama lub oferta zmiany religii. Nie masz żadnych książeczek, prawda? - Nie, mam za to wspaniałą propozycję która może odmienić twoje życie. - No tak, wiedziałem – odparł Jake wznosząc oczy ku łuszczącemu się sufitowi – Do widzenia pani. Odwrócił się na pięcie i poszedł przed siebie. Messa wpatrywała się w jego plecy kontemplując nowe, interesujące zjawisko. Miała trudności z tym chłopakiem, zupełnie jak ją uprzedzano i nie do końca wiedziała co teraz zrobić. Jake wyszedł tylnym wejściem. A może przednim wyjściem? Można powiedzieć, że