Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Polityka · 23 min czytania

Czasy szkolne

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Czasy szkolne

W szkole radziliśmy sobie z gogami w różnoraki sposób. Zawsze przyprawione to było specyficznym dreszczykiem niepokornym i hecą konspiracji. Działaliśmy razem, działaliśmy w zrzeszeniu, działaliśmy z zaskoczenia, działaliśmy ryzykownie. Przypuszczaliśmy desanty, zdobywając przyczółek wolności po przyczółku. Ha! Przedni mieliśmy ubaw w tej wojnie! Bo wojna zabawą nie jest, jak niektórym się wydaje (w naszej szkole wisiało zdjęcie pewnego generała podpisane, bez chyba uprzedniego pomyślunku, „Generał na kilka dni przed upragnioną walką z wrogiem”), ale myśmy zabawę mieli. Czasem było autentycznie śmiesznie, a czasem euforyczną niemal przyjemność dawało samo poczucie jedności. Jedności przeciw. Przeciw wrogowi. Przeciw niewoli. Przeciw Mickiewiczowi. Przeciw trenom. Przeciw amebom. Przeciw naszej woli własnej. I huzia! Do przodu! Szarpać psa! Szarpać jak pies! Bo tak naprawdę „przeciw” samo było słodsze nam nad to, co po nim należało podstawić. Ale może po kolei... W klasie pierwszej dostał nam się z fizyki profesor Schmitzer. Jegomość to był ohydnej urody – kościotrupio chudy, ze skórą nieporadnie obciągniętą na twarzoczaszce. Zawsze nosił się na czarno lub szaro. Okulary, chyba z tysiąc dioptrii, zdawały się świdrować nas na wylot tak, że ja osobiście uświadamiałem sobie, co mam w środku i robiło mi się z tym wszystkim niepewnie i nieswojo. To trochę było tak, jak wtedy, gdy kręcimy karkiem i cały czas wydaje nam się, że zaraz coś tam strzeli i już napowrót się nie nastawi, albo w najlepszym wypadku, jakiś dysk wyskoczy nam, niczym przez dyskobola ciśnięty. Palce on miał długie i kościste. Szponów mu nie trzeba było zapuszczać, bo paluchy same znakomicie funkcję tę piastowały. Na dokładkę jedno oko odchodziło mu nieco w bok tak, że do końca nikt nigdy nie wiedział, czy łypiąc pozornie zupełnie w drugą stronę, i jego bacznie nie inwigiluje. Odrażająca jego powierzchowność była jednak jednocześnie najzacniejszą jegomościa cechą. Opowiem Wam, jaki był Schmitzer. Otóż na pierwszej lekcji, po beznamiętnym, a nawet chłodno dystansującym powitaniu, cały czas poświęcił, by skrobać po tablicy skomplikowane i budzące respekt wzory i przekształcenia oraz wyliczenia. Trzeba zwrócić uwagę, że z czasem narastała w nim w jakiś dziwny sposób odrażająca pasja. Na koniec podkreślił parę liczb i parę nierówności. Odwrócił się do nas. Nie wiem, czy moja wyobraźnia, która, jak wiemy, konszachty ma z pamięcią, wykreowała sobie ten obraz o wiele później, czy też był on zjawiskiem w pełni realnym, ale, słowo daję, do dziś widzę wyciekającą z kącików jego ust pianę. Tymi się do nas zwrócił słowy: -Tutaj macie udowodnione analitycznie – (słowo to ostatnie jakby przecięło skórę moją niezwykle precyzyjnym ostrzem) – co się stanie przez p e w n e o s o b y, jeśli m y czegoś z tym nie zrobimy. Empirycznie – (to słowo wybrzmiało, jakby miało być groźbą) – tego nie będziemy doświadczać. – kategoryczność stwierdzenia nie mogła pozostawiać wątpliwości. – Przez g r u b e d z i e w c z y n k i – (z nienawiścią) – ta podłoga może się zapaść jeszcze za waszego życia! Tutaj, na tablicy, dokładnie stoi, kiedy to się stanie. Tu obok macie, co stanie się, gdy wszystkie dziewczynki będą chude! Jest różnica. G r u b y c h d z i e w c z y n e k tolerować nie możemy! Dziewczynki mają być chude! Chude! – zagrzmiał – Już niedługo przekonacie się, że nie rzucam słów na wiatr. Moja to jest walka i wasza musi być! Rozległ się dzwonek na przerwę. Zdruzgotani pozbieraliśmy manatki i czym prędzej oddaliliśmy się, kierowani pierwotnym strachem, który musi wywołać taka agresja. Mieliśmy w klasie parę grubych dziewczynek. Postanowiliśmy wybadać teren na kolejnych zajęciach. Po pierwsze: rozstrzygnąć jednoznacznie o realności naszego widziadła z poprzedniej lekcji, po drugie: obrać strategię i taktykę. Przyszliśmy na lekcję. Pozwolił usiąść wszystkim Oprócz trzech dziewczyn. Oczywiście tych najprzysadzistszych. Ustawił je w szeregu. Stały wystraszone, a on począł się wzdłuż przechadzać, bokiem do nas i do nich, z rękoma założonymi z tyłu, nienaturalnie wysoko podnosząc nogi. -Ha! – wreszcie ryknął – Widzę – ciął, dosłownie szlachtował nas słowami – że n i k t n i c nie raczył z n i m i zrobić! Ha! No to patrzcie! Doskoczył do nich i zaczął szczypać je w krągłe piersi i brzuchy. Szczypał i poklepywał ordynarnie. One tylko spuściły pokornie głowy i jakby zapadły się w szarość. -Patrzcie, patrzcie! Ha! Walczyć, trzeba z nimi, walczyć! Dla naszej sali! Dla sali nad salami! Nie można pozwolić, by ta zaraza – pacnął łapą obłe lico Gośki – zniweczyła wytwór myśli n a s z y c h architektów. Nie damy! Gdy zakończył to chore widowisko, zwrócił się do reszty, je całkowicie ignorując, abyśmy otwarli zeszyty i zapisali temat. Dziewczyny stały jeszcze chwilę, a potem pod wpływem naszych nieśmiałych sygnałów, zajęły miejsca. Lekcja się skończyła, a my już co – nieco wiedzieliśmy o wrogu. Nasza radiolokacja pracowała pełną parą. Dziwne to, ale nie mogliśmy się doczekać lekcji następnej. Ta to nastąpiła już wkrótce. Weszliśmy do klasy, zaraz potem Schmitzer. Rozejrzał się po klasie wzrokiem szaleńca i – zgodnie z naszymi przypuszczeniami – wywołał te same dziewczynki na środek. -G r u b e d z i e w c z y n k i...ha... jeszcze... ha! Już niedługo...- tym razem mamrotał do siebie. Wziął z biurka nożyczki, podszedł do trzech zaszczutych istot i ściął im po kolei warkocze. Tak po prostu, jakby to było jasne i logiczne. Stało się to w ciszy i powszechnej bezsilności. Stało się to w prostolinijnej szarości klasy w szkole publicznej. Dalej lekcja potoczyła się zgodnie ze zwykłym schematem. Następna lekcja. Na te zajęcia przyszliśmy przygotowani lepiej niż zazwyczaj. Usiedliśmy w ławkach, czekaliśmy. W powietrzu unosiło się coś niezwykłego. Hejże, przyszedł czas! Nareszcie wszedł Schmitzer. To był nasz umówiony sygnał wywoławczy. Wszyscy, jak jeden mąż, sięgnęliśmy do plecaków. Z hukiem postawiliśmy butelki Coli i Pepsi (w żadnym razie nie dietetycznych) na ławkach. Każdy zaopatrzony był ponadto w jakąś ociekającą tłuszczem kanapkę, czy cokolwiek, co potencjalnie byłoby w stanie utuczyć dziewczynkę. W dobrze wycyrklowanym oku Schmitzera przez ułamek sekundy dostrzegłem błysk przerażenia, który jednak od razu ustąpił. Świetnym aktorem był nasz profesor, przyznać trzeba. Zignorował ten sabotaż. Nie kazał niczego schować, nie spojrzał na nasze stoliki z większą nieprzychylnością, niż to miał w zwyczaju. Jednak nie wywołał też dziewczynek. Ha! I tutaj tkwił jego błąd! Podniósł się Maniura. -Panie psorze, myśmy przynieśli coś...Tak do klasy, żeby było ładniej, no bo to nasza klasa nad klasami jest, więc pomyśleliśmy, że może ozdobić...- tutaj wytargał spod ławki przysłoniętą białym płótnem ramę. – czy można by... -Zawieś tam. – ponaglił, a uważny słuchacz mógł posłyszeć nutkę zdenerwowania w jego głosie. Nie było jednak rady – musiał się zgodzić, zwyczajnie musiał. Maniura zawiesił dalej przysłonięty obraz na ścianie. -Pozwolę sobie odsłonić...- zaanonsował fabrykując pretensjonalność w głosie. Szarpnął białą płachtę, a oczom nas wszystkich ukazało się dzieło. My doskonale wiedzieliśmy, co kryje się pod białą maską. Natomiast Schmitzer zbladł. Nie ukrywał już zgrozy, jaka przypadła mu w udziale. Po jego bladym czole spłynęła kropla potu. Źrenice rozszerzyły się w przerażeniu. Zastygł na moment, a jego cała groza uszła z niego i był teraz maluczki i żenujący. Bliski byłem radykalnego paradoksu politowania nad jego nieszczęściem. Wtem to podniósł się i wyszedł z klasy. Już nigdy więcej go nie ujrzeliśmy. Od tego dnia, na ścianie klasy fizycznej wisiała dumnie reprodukcja „Trzech gracji” Rubensa. Po klasie pierwszej nastała klasa druga, jak to zwykle bywa. A przynajmniej dla większości. W każdym razie, rachuba z grubsza się zgadzała. Z tą klasą nastał też profesor języka polskiego, niejaki Buchaj. Pierwsza lekcja z nowym profesorem. Usiedliśmy w ławkach. Wszedł krótko przystrzyżony pan, lekko przy ciele, z rumianą twarzą i serdecznym uśmiechem.. Przywitaliśmy się. -Witaj, młodzieży! Literatura! Dostojna dama, dama piękna, dama niepokorna, dama kapryśna, femme fatale! Młodzi moi przyjaciele. Tak, przyjaciele! Przyjacielem bowiem chcę być waszym ponad wszystko. Dopiero potem pedagogiem i wzorem. A więc, przyjaciele, udajmy się w tą jedyną i magiczną podróż! Podróż, z której już się nie powraca, albowiem powrócić się nie chce. Płyńmy, niesieni nurtem marzenia. Wy jesteście solą gleby literatury. To wy, drodzy przyjaciele, jesteście najważniejsi, to wy dopiszecie kolejne stronice na kartach historii literatury i to tylko od was zależeć będzie ich treść. Wy, młodzieży ucząca się, wy będziecie filarem. Z moją pomocą, zajdziecie dalej, niż teraz możecie to sobie wyobrazić, bo ja wskażę wam, jak kroczyć. Przyjaciele, wyruszajmy już dziś! Po tej przemowie musieliśmy udać się na przerwie do wychodka, aby zwymiotować. Już go nienawidziliśmy. Jako młodzież szkolna, przywykliśmy już, że rzyganie jest logiczną kontynuacją spożywania różnych alkoholi w nadmiernych ilościach. Tak jak wydobycie dźwięku jest silnie i nierozłącznie związane z szarpnięciem struny, tak wymioty były niczym rezonans pijaństwa. A tu przyszedł taki i zaburzył tę wiekuistą harmonię. Ale znów, żeby działać, musieliśmy lepiej rozeznać się w terenie. Na kolejnej lekcji, której temat pamiętam do dziś – „Mickiewicz wielkim był poetą” (coś Wam to przypomina?) – uczyliśmy się głównie o tym, że Mickiewicz wielkim był poetą. -A teraz, zapodam wam rytm, – tu zaczął nierówno bębnić długopisem w biurko – a wy mówcie te słowa tak, jak je czujecie. Tak, jak chcielibyście do stóp upaść Mickiewiczowi. Mówcie, dajcie mi spijać z waszych ust nabożny hołd ku czci esencji literatury! Mówcie. Więc mówiliśmy: „Mickiewicz wielkim był poetą, Mickiewicz wielkim był poetą, Mickiewicz wielkim...etc.” Gdy przestał nabijać, bo długopis wyleciał mu z ręki, a my mogliśmy zakończyć tę farsę, zaczął mówić, schylając się i odsłaniając fragment świńsko – różowego naddupia. -Następnym razem wy będziecie piać...eee...sławić literaturę! Sławić ją będziecie, po swojemu, albowiem literatura to swaboda jest, to wolność jest. O jednym pamiętajcie tylko – aby pięknu nie urągać, bo literatura to piękno, a co nie jest piękne, to nie może być literaturą. Przyniesiecie ulubiony wiersz, fragment prozy, sztukę. Pokażecie, jak kochacie literaturę! Już niebawem mieliśmy szansę, aby dać upust naszym najszczerszym uczuciom ku literaturze. Recytowaliśmy, czytaliśmy, pialiśmy. I wtedy coś pękło. Na środek wyszedł Leszek. -Ja przeczytam wiersz Stanisława Grochowiaka... -A fe! Ani mi się śnij! – zaskrzeczał Buchaj – Herezja! Herezja! Świętokradztwo! Grochowiak, a fuj! A fuj! Nie, nie, nie! O, ty urwisie! Nie kochasz literatury! Ha! Dajcie no tu te wszystkie książki! Dajcie no je! Na kupę je tu zrzućcie! No dalej, żwawo! O, tak! Na kupę je, na kupę! Jak mogłeś nie pokochać?! Jak to tak?! O, czy to już wszystkie? Wybornie. Stawaj no tu na nich, Leszek, stawaj. Ani waż się ruszyć! Ani myśl o tym! Leszek stanął na stercie książek. My zebraliśmy się wokół, nie pojmując niczego. Buchaj tymczasem wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki piersiówkę, zawartością polał książki i podpalił. Szybko się zajęły. Leszek jęczał, płonąc żywcem, ale nie ruszył się o krok. Po paru minutach na środku…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Czasy szkolne — czytnik · opowiadania