Fantastyka · 13 min czytania
Czerń
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dawno nie byłem tak zdenerwowany, pech prześladował mnie już od rana. Po pierwsze wstałem za późno i wszystkie poranne czynności typu: „umycie się” i „zjedzenie śniadania” wykonywałem w pośpiechu, tak, że teraz czułem się nieco nieświeżo. Kiedy wsiadłem na swój ślizgacz, ten odmówił startu, wyświetlając na ekranie kontrolnym, komunikat o braku aktualnego przeglądu. Przegląd nie stanowił żadnego problemu, odbywał się na odległość przez satelitę i kosztował tylko pięć i pół santa* ,ale ja tylu pieniędzy, niestety, nie miałem, byłem spłukany. Jedynym moim ratunkiem był magnebus*. Do stacji miałem jakieś trzy minuty drogi, więc nie czekając na nic ruszyłem w jej kierunku. Przejrzawszy dokładnie sakwy, przy pasie, znalazłem odpowiednią ilość santów na dojazd magnebusem do celu. Na miejscu miałem być za dwadzieścia jeden minut, kalkulując chwilę doszedłem do wniosku, że zdążę i to nawet z nie złym zapasem kilku minut. Ucieszyło mnie to, gdyż nie jest dobrze spóźnić się w pierwszy dzień do pracy. O robotę tę starałem się dość długo, odpowiadała mi ona na całej linii i w końcu się doczekałem. Jeden z pracowników odszedł na emeryturę a ja wskoczyłem na jego miejsce. Wyobraziłem sobie, siebie na nowym stanowisku pracy i od razu zyskałem dobry nastrój, tak, że niemal „dofrunąłem” do schodów prowadzących w podziemną stację magnebusa. Zaraz po wejściu na peron uderzyła mnie ostra woń zgnilizny i moczu. No cóż, tu zawsze tak śmierdziało i śmierdzieć będzie, po prostu, chyba tak być musi. Przeszedłem jedynie kilka kroków i stało się coś, co mogło się przydarzyć przedstawicielowi mojej rasy. Cios w tył głowy jaki „zebrałem” od napastnika był na tyle mocny, że zwalił mnie z nóg. Leżąc tak i za wszelką cenę próbując wrócić do pełni świadomości, usłyszałem nad sobą: - I co pieprzony krasnalu, ładnie to tak wałęsać po miejscu publicznym. - Waszym miejscem są kanały, jedyne towarzystwo dla was to szczury, chodź i one mogą się czuć urażone waszym towarzystwem. – dodał drugi z agresorów. - Co z nim zrobimy? – spytał trzeci. - Wrzućmy go do rzeki – zaproponował pierwszy. Tak nawiązała się dyskusja na temat mojego przyszłego losu. Oto trzech młokosów, jak się nie myliłem pół-elfów, miało decydować o życiu Tupilila Tazrksa, krasnoluda w młodzieńczym wieku ( to jest pięćdziesięciu siedmiu lat, co u przedstawicieli mojej rasy, oznacza wiek wchodzenia w życie dorosłe), który to został zatrudniony w kopalni węgla, co było dla mnie szczytem szczęścia. Trzej napastnicy, co musiałem przyznać, wykazywali dość dużą wyobraźnie, jeżeli chodzi o sposób aby pozbawić mnie życia, albo przynajmniej mi je nieźle obrzydzić. Naglę oświeciło mnie, chodź wydawać by się mogło, że jestem na straconej pozycji, to miałem dość dużą szansę, otóż na swym przegubie przypięty miałem funkcjonator. Sprytne to urządzenie, służyło do tak wielu celów, że mało było osób, które by je wszystkie wymieniło bez dłuższego zastanowienia. Mnie w tej sytuacji interesowała jedna z funkcji. Ostrożnie, aby nie wzbudzić podejrzeń u moich oprawców, zajętych rozmową, sięgnąłem dłonią do urządzenia. Kiedy już wcisnąłem pożądany przycisk na funkcjonatorze, zastanowiło mnie, dlaczegoż to chłopcy zapomnieli, że mogę posiadać taki przyrząd. I po chwili, jak by telepatycznie odebrał moje myśl, jeden z pół-elfów aż podskoczył i zaklną. - On ma funkcjonator – po tym odkryciu trzej koledzy spojrzeli na urządzenie na mojej ręce, na którym to wesoło mrugała jedna z diod. - Ten pieprzony karzeł wezwał łapaczy – kolejny z pół-elfów dokonał błyskotliwego odkrycia. - Zmywajmy się z stąd – trzeźwo zaproponował trzeci. Na pożegnanie przyjąłem jeszcze trzy kopniaki na żebra po jednym od każdego i już chłopaków nie było. Kiedy upewniłem się, że jestem już bezpieczny spróbowałem wstać, lecz nie okazało się to z byt łatwe. Głowa ciążyła mi strasznie zdawała się ważyć tonę, lecz po wielkim wysiłku udało mi się przykucnąć. - A więc cię nie zabili – usłyszałem za sobą głos i znów pacnąłem plackiem na ziemię myśląc, że wrócili moi trzej prześladowcy. – Co ty robisz? – właściciel głosu spytał ironicznie. – Możesz już wstać, ja nic do ciebie nie mam. Głos docierający do moich uszu był chrapliwy i nieczysty. Zmusiłem swój organizm do powstania i odwrócenia się w kierunku nieznajomego co zaowocowało zawrotem głowy, które minęły dopiero po dość dłuższej chwili i zostawiły niemiłe wspomnienie. Spoglądając w kierunku dochodzącego głosu, dostrzegłem przycupnięty przy ścianie cień postaci, gdyż ta część peronu została pozbawiona światła (prawdopodobnie przez jakiegoś łobuza który ćwiczył celność na świetlówkach). Kiedy mój krasnoludzki wzrok oswoił się z mrokiem ciemnego zakamarka, mogłem dokładnie przyjrzeć się tajemniczej postaci. Osobnik ten, ubrany w czarny, dość obszerny płaszcz, równie z czarnym kapturem zarzuconym na głowę tak, że przysłaniał również oczy. Jedyny szczegół jaki odróżniał tę postać od cienia, to biała broda i tegoż samego koloru włosy, wystające z przodu kaptura. Ostrożnie zacząłem się zbliżać do siedzącego starca. Ten w ogóle się nie poruszył jak by był z marmuru. - Kim jesteś? – postanowiłem go zagadać. Byłem pewien, że jak na takiego tajemniczego starca przystało, odpowie coś w rodzaju: „A czym jest imię?” albo „Nieważne kim jestem, ważne co robię”. Lecz ku mojemu zaskoczeniu dziadek darował mi takich morałów, po prostu rzucił: - Nazywam się Łoina i jestem żebrakiem. - To twój pełny etat? – sam nie wiem skąd wziął mi się ten głupi żart. Poczułem się dość głupio. Lecz Łoina widać miał poczucie humoru i zamiast obrazić się zarechotał, a ja poczułem się jeszcze gorzej. - A ciebie jakoś zwą prócz „pieprzonego krasnoluda” – okazało się, że starzec też potrafi być zgryźliwy. - Nazywam się Tupilil z klanu mosiężnego młota. - Dość długie to imię – stwierdził starzec w czerni. – może po prostu będę mówił na ciebie młot. - To może lepiej Tupilil – próbowałem się wybronić. - No może być i Tupilil – zgodził się nieznajomy – ale jakoś bardziej pasowało mi do ciebie młot. Zarechotałem, twierdząc, że to żart, lecz Łoina nie podzielił