Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 12 min czytania

Czerwień Cz.1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Słońce kryło się już za horyzontem bezgranicznej wody, kiedy 12 października 1492 trzy karawele europejskie płynęły samotnie przez Atlantyk. Najszybsza 20 metrowa łajba zwana Pintą sunęła dumnie przed swoimi siostrami. Kapitan Martín Alonso Pinzón już od kilku godzin chodził po pokładzie w zadumie patrząc na zachodni horyzont. Mewy były pierwszym oznaką lądu, delfiny kolejną. Musieli być już bardzo blisko. Zapewne Kolumb też już to zauważył, ale to on miał szybszy statek, więc musi jako pierwszy stanąć na wybrzeżach Indii. -Ziemia!! Widzę ląd na horyzoncie- krzyczał marynarz z bocianiego gniazda. Reszta załogi wraz z kapitanem dobiegła na przód statku. Daleko zarysowywał się kontur lądu. - Cała naprzód! Musimy dotrzeć tam przed Santa Marią- dawał rozkazy Alonso. Spojrzał przez ramię na pozostałe statki. Po kilku chwilach i oni wiedzieli już o odkryciu. Na szczęście Pinta była dużo szybsza. Po godzinie wyścigu Santa Maria otarła już o dno. Dzięki lepszej wyporności dwie pozostałe karawele mogły żeglować dużo bliżej stałego lądu. Po kilku minutach kapitan był już na łódce i w geście zdobywcy z szablą uniesioną ku niebu wpływał na niewielka plażę. Jednak prawie wszyscy marynarze stali na pokładach dziobowych trzech dumnie wyglądających statków. Vicente Yáñez Pinzón wraz z kilkoma swoimi ludźmi płynął jako ostatni tuż przed nim Krzysztof Kolumb- inicjator wyprawy. Mimo iż kapitan Alonso dotarł do lądu jako pierwszy to Kolumbowi miały przypaść największe zaszczyty. -Tradycja nakazuje że inicjator wyprawy staje na lądzie jako pierwszy kapitanie Alonso- powiedział Kolumb poprawiając zmoczone buty. -Tradycja w tej dzikiej krainie nas nie obowiązuje. Mógł mości kapitan wybrać szybszy statek.- odparł z wyższością -Nie przystaje tak zachowywać się gentelmanowi niezależnie od okoliczności i miejsca. -Pan pozwoli że to ja będę wybierał co mi należy a czego nie należy wykonywać zuchwalcze. -To obraza przełożonego. Pana zachowanie jest naganne i nie przystoi człowiekowi pana stanu urodzenia. Pana ojciec na pewno nie byłby z pana dumny. A poczciwy był z niego człowiek. Przynajmniej do czasu aż znalazł się w przytułku dla obłąkanych -Jak śmiesz tak mówić o moim ojcu. Zapłacisz mi za to.- Ostatnie słowa wystrzeliły jak z armaty. Alonso dobył szpady i biegł w stronę Kolumba. Gdy był w połowie drogi zamarł w bezruchu. W jego plecach tkwiła strzała. Krew napłynęła mu do ust. Czerwony strumień spływał na złoty piasek. Wszyscy obecni na lądzie dobyli rapierów. Kolumb wyciągnął pistolet zza swojego skórzanego pasa. Załoga spojrzała w stronę lasu. Między drzewami pojawiły się trzy postacie. Mieli na sobie jedynie skórzane przepaski na biodrach. Nosili długie czarne proste włosy, które zdobiły pojedyncze białe pióra. Byli wysocy i dobrze zbudowani. Prócz dziwnego ubioru wyróżniała ich jeszcze karnacja. Mieli skórę o zabarwieniu czerwonawym. Dwóch uzbrojonych było w łuki trzeci zaś trzymał prymitywną dzidę i tarczę zrobioną ze skóry jakiegoś zwierzęcia. Odkrywcy nie mieli wiele czasu, ponieważ tubylcy wydobywali kolejne strzały z kołczanów i naciągali cięciwy łuków. Kolumb odpalił. Trafił czerwonoskórego w głowę. Ten opadł na kolana. Zza zarośli posypał się grad pocisków. Cała załoga została zabita w ciągu kilku sekund. Ci którzy pozostali na statkach szybko zorientowali się co stało się na lądzie. Dobyli muszkietów i ruszyli na wroga. Niestety ich broń przeładowywała się zbyt długo w porównaniu do prymitywnej broni miejscowych. Gdy fale wrzuciły ich łodzie na brzeg wszyscy byli martwi.

* * *

Apanaczi szedł jedną z wąskich uliczek Tenochtitlan. Ogromne miasto budziło się powoli ze snu. Kobiety wychodziły do studni po wodę, dzieci ganiały się między straganami gdzie handlarze rozkładali swoje towary, czarnoskórzy niewolnicy oczyszczali rynsztoki zaś czerwonoskórzy młodzieńcy udawali się do szkoły. Apanaczi, niewolnik dobrze sytuowanego właściciela ziemskiego miał tego dnia zacząć pracę w magazynie książek i manuskryptów. Był zestresowany. To ciężka praca, jednak nie mógł sprzeciwić się swojemu właścicielowi. Pan Amnon był jednym z bogatszych Mexic’ów w północnej części stolicy Azteków. Miał w posiadaniu kilkanaście hektarów pól kukurydzy gdzie pracowało setki białych, żółtych czy czarnych niewolników. Miał wpływy w straży miasta, oraz wśród najwyższych szamanów. Swój majątek odziedziczył w spadku po pradziadku, który zarobił fortunę po pojmaniu białoskórego buntownika Hercena Corteza. Magazyn mieścił się w centralno-północnej części metropolii niedaleko dwu-budynkowego kompleksu świątynnego Boga Ometeotla. Jedna poświęcona jego męskiemu pierwiastkowi Ometecuhtli’owi, zaś drugi żeńskiemu Omecihuatl’y. Budynek magazynu zrobiony z cegły i gliny był dużo większy od otaczających go drewnianych glinianych lub murowanych domostw. Jedynie monumentalne świątynne zigguraty wybijały się dumnie ponad dach nowego miejsca pracy Apanacziego. Otworzył ogromne drewniane drzwi i wszedł do środka. Skrzywił się, ponieważ uderzył go ostry zapach papieru, pergaminu, kleju wymieszany z kurzem, wilgocią i gryzoniami. W magazynie nie było nikogo. - Spóźniony. Magazyn już dawno otwarty. Jeśli tak będziesz postępował to nigdy nie dostąpisz progów Omeyocan . Zresztą białasy i tak nie mają tam wstępu Za karę po zamknięciu magazynu zostaniesz, aby posprzątać zachodnie skrzydło- czerwonoskóry mężczyzna wyszedł zza jednego z regałów. Miał długie ciemne włosy i groźne rysy twarzy.- i nie myśl o dodatkowym wynagrodzeniu!- dodał głośno- bierz się do pracy. Idź na górę po tych schodach. Tam leżą pakunki znieś je wszystkie na dół. Tylko szybko.- Apanaczi wbiegł po drewnianych schodach. Nie miał czasu na rozglądanie się po pomieszczeniu. Gdy był w połowie drogi usłyszał tylko jak Aztek mówi coś na kształt: „Kogo

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%