Akcja · 18 min czytania
Czerwona Świeczka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Raz, dwa, trzy, trach. Raz, dwa, trzy, trach. Popołudniowe niebo było idealnie czyste, bez jednej chmurki. Słońce świeciło na głowy przechodniów, kładąc kolorowe odblaski na ich włosach. Wiatr mącił spokój sierpniowego powietrza. Raz, dwa, trzy, trach. Raz, dwa, trzy, trach. Zielone plamy trawników ginęły w szarym morzu bruku i betonu. Ludzie tłoczyli się po prawej stronie chodnika, jak najdalej od pędzących po jezdni samochodów. Raz, dwa, trzy, trach. Raz, dwa, trzy, trach. Podeszwy zniszczonych butów stukały rytmicznie o popękane płyty. Blade, upierścienione dłonie tańczyły w powietrzu, kilkukolorowe włosy powiewały na wietrze. Zielone oczy patrzyły hardo prosto przed siebie. Raz dwa, trzy, trach. Raz, dwa, raz, dwa. Zaskoczeni przechodnie odwracali głowy i podążali spojrzeniem za niską dziewczyną idącą przy samym krawężniku. Była ubrana w czarną koszulkę na ramiączkach, króciutkie czarne szorty i jaskrawoczerwone rajstopy oraz wysokie do kolan buty. Na piersi miała wisiorek, idealnie dopasowany kolorem do rajstop, paska w spodniach i ufarbowanego pasemka w długich włosach. Raz, dwa, raz, dwa. Dziewczyna pochyliła głowę, pozwalając, by włosy zasłoniły jej dość ładną twarz. Raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa, trzy i… Impet nagłego uderzenia posłał ją na beton, tak samo jak biegnącego z naprzeciwka człowieka. Zerwała się na równe nogi i wyszarpnęła słuchawkę z ucha. - No czyś ty zdurniał?! – wrzasnęła wściekle, wyciągając z kieszeni przenośny odtwarzacz i zatrzymując płynącą z niego muzykę. – Po chodnikach się nie biega, tępy imbecylu! Obiekt jej furii właśnie podnosił się z ziemi, masując szczękę. Był to niewysoki, młody mężczyzna o długich do ramion ciemnych włosach i wąskich, granatowych oczach. Miał na sobie długi, bordowy płaszcz narzucony na ciemną koszulę, skórzany pas i ciężkie, wojskowe buty. - Się biega, jak się nie ma gdzie indziej – mruknął, obrzucając dziewczynę taksującym spojrzeniem. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo nagle wśród grupki przechodniów, którzy przystanęli, żeby popatrzeć rozległy się trwożliwe szepty, ciche przekleństwa i modlitwy. Środkiem chodnika szło pięciu uzbrojonych ludzi w czarnych mundurach, hełmach i kewlarowych kamizelkach z jaskrawym napisem „POLICJA”. Nagle ulica opustoszała, ucichły ryki silników, ludzie oddalali się pospiesznie, nagle gdzieś spóźnieni. Jeden z funkcjonariuszy złapał dziewczynę za ramię i już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, kiedy ta krzyknęła: - Rzuć broń, albo ta niewinna obywatelka zginie na twoich oczach! - Co? – zdziwił się policjant. - No, to chciałeś powiedzieć, tak? – wytłumaczyła spokojnie. – A teraz powinnam się miotać i krzyczeć o pomoc. – Wzięła głęboki oddech i zaczęła wrzeszczeć płaczliwie: - Ratunku! Ratunku! Poddaj się, proszę, ja nie chcę umierać! Pomocy! Mężczyzna w czerwieni nie tracił czasu. Wyszarpnął zza pasa długi nóż, podrzucił go, złapał w powietrzu i cisnął, trafiając policjanta w ramię. Ten krzyknął i wypuścił zakładniczkę, a wtedy człowiek z nożami złapał dziewczynę za nadgarstek, obrócił, jakby w parodii jakiegoś tańca i przycisnął do siebie, przykładając jej ostrze do gardła. - Teraz już możesz krzyczeć – powiedział uprzejmie. - Szybki jesteś – stwierdziła dziewczyna, wpatrując się w policjanta, który próbował wyciągnąć nóż z ramienia. – Kimkolwiek jesteś – dodała po krótkim namyśle. - Czyżbym zapomniał się przedstawić? Wybacz, pani – w ochrypłym głosie mężczyzny zabrzmiała nuta drwiny. – Jakkolwiek urocze są to okoliczności do krótkiej pogawędki, będę zmuszony odłożyć wymianę grzeczności… - Rzuć broń! – ryknął jeden z funkcjonariuszy przez wbudowany w hełm megafon. – Jesteś aresztowany za działalność wywrotową, podpalenia, obrazę rządu i przynależność do grupy terrorystycznej znanej jako Menedżer Zadań Windows! Wypuść zakładniczkę i poddaj się po dobroci, bo będziemy zmuszeni użyć siły! - O, widzi pani, pan oficer dokonał prezentacji poniekąd za mnie – mruknął domniemany terrorysta. – Skracając jego cokolwiek przydługą wypowiedź, możesz mówić mi Control. - Miło mi. – Dziewczyna nie odrywała wzroku od zakrwawionych dłoni zranionego policjanta. – Diana jestem. - Śliczne imię. Ile masz lat, Diano? - Piętnaście. - Piętnaście… - Mężczyzna pokiwał głową. – Wspaniały wiek na nagrabienie sobie u rządu. Odwrócił się na pięcie i runął w jedna z bocznych alejek, wciąż ściskając ramię Diany. Policjanci rzucili się za nim, krzycząc coś niezrozumiałego i oddając „strzały ostrzegawcze” nad ich głowami. - Ale jaja, strzelają do nas! – Ucieszyła się dziewczyna. – To tak na serio? Control obrzucił ja spojrzeniem, ale nie odpowiedział, tylko skręcił w kolejną uliczkę, jeszcze ciaśniejszą niż poprzednia. Zatrzymał się przy klatce numer 5, odczekał, aż zza rogu wypadną funkcjonariusze, po czym pokazał im język i wbiegł do środka budynku, zatrzaskując za sobą skrzydło podwójnych drzwi. Znaleźli się w szerokim, ciemnym pomieszczeniu, czymś na kształt magazynu. Było zupełnie puste, miało popękane, betonowe ściany i brudną podłogę z kafelków, które kiedyś mogły być zielone. W dalekim kącie majaczył zarys schodów na pierwsze piętro i przeszklone drzwi windy, wydobyte z ciemności przez wątłe światełko zwisającej z sufitu gołej żarówki. - I co, oni tu teraz nie wejdą? – Zaciekawiła się Diana, wkładając do ucha słuchawkę i zwijając kabel w kłębek, żeby jej nie przeszkadzał. - Wejdą, ale z grubsza o to chodzi. – Control wyciągnął spod płaszcza dwa długie pistolety i teraz sprawdzał stan magazynków. - I będziesz do nich strzelał? I rzucał nożami? - Mhm. – Spojrzał na nią spod oka. – Nie boisz się? - A czego? – Dziewczyna wsadziła ręce do kieszeni i rozglądała się ciekawie dookoła. - No… Krwi, śmierci… Że cię zabiją. - A, nie zabiją. – Machnęła ręką. – Mnie nie można zabić. Mężczyzna drgnął. - Jesteś Bezzmienna? - Kto jestem? – Zdziwiła się Diana. – A, Inna. Nie, coś ty, to by było zbyt niezwykłe dla mnie. Tak jak śmierć mniej więcej. To dość długa historia… Chcesz posłuchać? - Pewnie. – Control usiadł na podłodze, chowając pistolety do kabur. - Tak więc… - Dziewczyna spojrzała w sufit i westchnęła lekko. – Tak naprawdę to nie ma żadnej historii. Mnie się to po prostu nie zdarza. Na oczy nie widziałam niczego niezwykłego, aż do dzisiaj. Niby bywam czasami w Niebieskiej Strefie, ale… - Skrzywiła się. – Nic im wtedy nie działa. - Nie działa? – Terrorysta nie odrywał wzroku od zamkniętych drzwi. - No… Nie mogą używać tych swoich mocy, czy jak im tam… Dlatego wolę tam nie chodzić, bo powoduję wypadki. Na zewnątrz coś załomotało. Control wstał nagle. - Diano – powiedział, nadal wpatrując się w ciemny prostokąt wejścia. – Stań jak najdalej od windy, w ogóle nie patrz w tamtą stronę. Najlepiej trzymaj się mnie i udawaj damę w opresji. - Ale ja nie jestem w opresji! – zaprotestowała. – Przecież ci mówię, ze mnie nie można… - Posłuchaj. – Mężczyzna złapał ją za ramiona i spojrzał prosto w oczy. – Ta twoja aura, czy jak ty to tam nazywasz może i działa na moce Bezzmiennych, ale na pociskach wrażenia nie zrobi. Jeżeli myślisz, ze jesteś nietykalna, to się mylisz, rozumiesz? Diana skinęła głową. Coś w jego twarzy mówiło jej, że, oficjalnie i nieodwołalnie, żarty się skończyły. Drzwi zatrzęsły się. Control zaklął. - Stań przede mną – rzucił, wyciągając noże. Stanęła posłusznie. Skrzydła drzwi wyleciały z zawiasów i światło słoneczne wdarło się do pomieszczenia, ale tylko na chwilę, bo zaraz zasłoniły je potężne sylwetki komandosów w czarnych uniformach. Kilkunastoosobowy oddział wsypał się do magazynu i błyskawicznie otoczył uciekinierów. W ciemności szczęknęły zamki pistoletów. - Jesteście otoczeni! – oznajmił jeden z mundurowych przez mikrofon w masce. - Zdążyłem zauważyć – warknął terrorysta, mierząc spojrzeniem sylwetki napastników. Diana zerknęła na niego ukradkiem. Nie przewidział tego? - Rzuć broń i wypuść zakładnika! Potem ręce na… Komandos nie dokończył. Pocisk wystrzelony z tyłu prawie odciął mu głowę. Wszystkie lufy w pomieszczeniu jednocześnie skierowały się w stronę drzwi. Stała w nich samotna postać. - Prepare for trouble… - odezwał się wysoki, kobiecy głos. Na drugim końcu pomieszczenia wejście do windy eksplodowało, zasypując pomieszczenie deszczem szklanych drzazg i kawałków metalowej ramy. Diana wyciągała szyję, żeby zobaczyć, co się dzieje, ale Control przygiął jej kark do ziemi i osłonił przed fruwającymi odłamkami. Całe pomieszczenie wypełniał ciężki, gryzący dym. Z osmalonej kabiny windy wyłonił się potężny, łysy mężczyzna w czerni. W obu dłoniach trzymał pistolety maszynowe. - Make it fucking double-double! – zawył i